dobrek1963
05.01.09, 22:45
Wiedziałem, że depresja istnieje, ale nie wiedziałem, że tak się ją
odczuwa. To coś strasznego - brak woli życia, brak odczuwania
przyjemności i radości, napięcie i wewnętrzny ból - lęk, coś co było
proste i oczywiste staje się olbrzymim problemem. Rok tem byłem
normalnym gościem - aktywnym, pracującym 45-latkiem, ojcem rodziny z
trójką dzieci, może trochę znerwicowanym (trochę napięć w pracy i w
domu), ale umiejącym się bawić, aktywnym i uprawiającym sport(2x
zaliczony maraton). Wszystko się zmieniło w krótkim czasie.
Zacząłem odczuwać ucisk i pisk w głowie, zbiegło się to z końcem
kuracji antybiotykowej przewlekłego zapalenia zatok (preparat
CIPROPOL). Przez kilka dni byłem zdezorientowany, potem
zaniepokojony, w końcu przestałem sypiać. Zacząłem szukać jakiejś
pomocy. Znalazłem w internecie relacje dwóch osób którym zaczęło
piszczeć w głowie po tym samym antybiotyku (jedna osoba wiązała to z
antybiotykiem, a druga z następstwami po infekcji). Ja byłem pewien,
że to nie przypadek i podawałem taką informację lekarzom. Ale
uznawali to za bzdury. Badania laryngologiczne - wszystko blisko
norm dla mojego wieku, badania neurologiczne - ok. Znalazłem
możliwość terapii tzw. szumów usznych (odczuwanych w uszach i
głowie) metodą TRT i zacząłem znajdować coraz więcej materiałów nt.
problemów szumów i pisków, ale lekarze w pobliżu mnie o tym prawie
nic nie wiedzą. Laryngolog stwierdził, że nie może mi pomóc,
neurolog nie "kupił" opowieści o antybiotyku (mimo, że w skutkach
ubocznych producent informuje o szumach usznych) i zalecił
konsultację z psychiatrą - rodzina też tego chciała, bo ja
przestałem nad sobą panować - pisk doprowadzał mnie do strasznego
napięcia i dużego lęku o rodzinę i jej przyszłość. Dla psychiatry
wersja z antybiotykiem też była "dziwaczna". Dla niego to były omamy
lub objaw nerwicy i zalecił neuroleptyk (dla chorych na
schizofrenię) żeby mnie wyciszyć + antydepresant. Do tego momentu -
poza tym, że byłem w panice i słabo spałem, szukałem rozwiązań,
byłem aktywny, nie unikałem kontaktów z ludźmi. Nie chciałem brać
neuroleptyku (Zolafren), bałem się go, ale pod presją wziąłem -
wyciszyło mnie to, zacząłem spać, ale straszne efekty uboczne:
drżące i cierpnące ręce oraz nogi, duże kłopoty z przewodem
pokarmowym (do dzisiaj) i parę innych. Wtedy mnie ścięło: przestałem
pracować, porzuciłem klientów, wpadłem w totalny marazm, napisałem
testament i czekałem na swój koniec (ciągle biorąc antydepresant -
Venlectine), przestałem odbierać telefony, itd. Rodzina ten stan
(uspokojenie) odczytała jako poprawę. Po czasie psychiatra odstawił
neurolpetyk, zostałem na antydpersancie (Venlectine). Zalecono
psychoterapię - która miała szukać przyczyn mojego stanu. Terapeuta
wykluczał pisk w głowie jako przyczynę ("Może to nieprzyjemne, ale
jak można tak radyklanie zmienić życie pod wpływem pisku? Gdyby Pan
stracił nogę, to ja rozumiem"). Znajduję publikacje, z których
wynika, że ludzie z szumem lub piskiem w głowie popadają czasem w
depresję lub nawet popełniają samobójstwa, bo mogą mieć czuły układ
limbiczny, który tak reaguje na nieznany dotychczas sygnał. Mówię o
tym terapeucie, ale go nie przekonuję - analizujemy moje życie
zawodowe, rodzinne - błędne koło. Psychiatra stwierdza, że mój stan
się pogarsza: pojawiają się lęki, unikam wychodzenia z domu, proste
czynności stają się problemem - zmienia mi antydperesant. Czuję się
fatalnie - piski w głowie odczuwam mocniej. Znajduję informację, że
mój antydepresant może powodować skutki uboczne - szumy uszne. Mówię
o tym psychiatrze. Twierdzi, że to niemożliwe. Ja się załamuję -
płaczę, rzucam się na podłogę. Dla dzieci i żony to szok.
Nie podejmuję terapii szumów usznych, bo nie widzę sensu. Przestaję
brać leki antydepresyjne i chodzić do psychiatry - może przewalczę
to sam? Tak mija kilka tygodni mój stan się nie zmienia: czasem
wyjdę na spacer, po wielkim boju i z olbrzymim wysiłkiem wyjeżdżam
na kilka dni z dziećmi na wakacje, ale generalnie jest fatalnie -
czekam na wieczór, kiedy się trochę uspokajam i zasnę na kilka
godzin (posiłkuje się prochami nasennymi). Pracy nie podejmuję -
firma zawieszona, żyję z jakichś starych profitów (i tak mam
szcżęście, że je mam). W końcu mnie ścina - lęk, płacz, strach, a
kiedy dzwoni telefon lub ktoś ma przyjść do nas do domu staję się
blady i zielony, bardzo chcę umrzeć, zastanwiam się jak to zrobić,
jedyne, co mnie powstrzymuje, to moje dzieci i żona. Krzyczę w
domu: "Ratujcie mnie!". Pod presją żony próbuję raz jeszcze
kolejnego psychiatrę: wracam do pierwszego antydepresanta + lek
antylękowy. Po krótkim czasie ucisk w klatce i strach się łagodzi,
ale moja aktywność i nastawienie do życia bez zmian. Wracam do
terapii, bo zdaję sobie sprawę jak mój stan rujnuje rodzinę
(najmłodsza 9-letnai córka boi się mnie i unika). Rodzina wytrzymuje
wiele i okazuje mi uczucia, ale czasem ma dosyć. Zresztą - mimo
rozmowy z psychiatrą - to chyba słabo rozumie: "...skoro ze mną
teraz normalnie rozmawiasz, to znaczy, że możesz, skoro wyszedłeś na
spacer, to znaczy, że możesz, skoro wczoraj było nieźle, to dlaczego
dzisiaj płaczesz?..." Szczerze mówiąc nie dziwię się im, gdybym sam
nie przeżywał tego, co odczuwam, to nie wiem czy byłbym w stanie
pojąć chorego na depresję. Zresztą wydaje mi się, że gdyby nie ten
pisk - jarzeniówka w głowie, której nie mogę wyłączyć i która
piszczy coraz mocniej (antydepresant?), to albo by tego nie było,
albo bym z tego szybko wyszedł. Mija już 10 miesięcy takiego życia.
Choruje mój Tato - ma zabieg, jestem "sparaliżowany" - nie pomagam
mu. Zbliżające się Święta i Nowy Rok tylko pogorszają mój stan
(nostalgia, tęskonota za tym jak je przeżywałem rok temu?). Choruje
dziadek mojej żony, którego traktuję jak swojego - żona organizuje i
prowadzi akcję ratunkową - ja jestem "sparaliżowany" (winię siebie,
że nic nie robię). Żona pod straszną presją, nie dziwię się, w domu
niesprawny mąż, a dziadek w stanie krytyczym. Dalsza rodzina coś wie
na mój temat ale bez dużej świadomości problemu, czasem mają
pretensje - np. czemu do nas nie zadzwonił, a najbliżsi wkurzają się
tym, że po lepszym dniu jest gorszy. A ja kiedy nie mogę zwlec się z
łożka, znowu myślę, żeby ze sobą skończyć.
Odwiedzam dziadka w szpitalu - wygląda to kiepsko - doradzam żonie
co robić, ale moja aktywność słaba. Dziadek umiera. Mój syn rozpacza
(bardzo lubił swojego pradziadka). Jak to widzę to drętwieję - to ja
teraz nie mogę umrzeć, bo moje dzieci nie przeżyją tego! Mobilizuję
się nieco - pomagam w kwestiach organizacyjnych (szpital, pogrzeb).
Żona się cieszy, bo widzi mnie znowu "normalnego", ale dla mnie to
chodzenie po linie resztką sił. Byle znowu wytrwać do wieczora,
zaliczyć dzień. Nie wiem jak z tego wyjść - kolejny antydepresant?
Jak pomagać starszym rodzicom? Jak utrzymać rodzinę, kiedy skończą
się rezerwy? Jak radzić sobie z "nieobiektywnymi" dolegliwościami
(depresja, pisk), których inni nie "czują"?
To co mogę powiedzieć czytającym ten post: unikajcie wszelkich ryzyk
jakie mogą doprowadzić do depresji - nie krzyczcie na siebie,
próbujcie się dogadywać w domu i w pracy, róbcie coś wzajemnie dla
siebie, próbujcie rozładowywać stres i nie kumulować go w sobie,
bądźcie aktywni, upawiajcie sport i cieszcie się życiem, unikajcie
sytuacji, które są dla was niemiłe, unikajcie agresywnych ludzi, no
i uważajcie na leki, które dają skutki uboczne takie jak szumy
uszne... Uważajcie też na lekarzy (jeśli macie siłę i wiedzę, żeby
zweryfikować to co mówią). Bo jak powiedział dr House: w zależności
do jakiego pójdziesz specjalisty, taką będziesz miał chorobę. W moim
przypadku: dla psychiatry - to omamy, nerwica, depresja; dla
oświeconego neurologa - może problemy naczyniowe (głowa/szyja); a
dla laryngologa - może uszkodzony słuch.
Cóż, dla czytelników powody mo