dobrek1963
09.01.09, 20:21
Może ciekawszy byłby wątek "Sex, a depresja" ale wizytujący nas
czasem P.O Kpiarz Maruder odmówił zajęcia się tematem (wielka
szkoda). A ja osoba w silnej depresji od początku mojej dolegliwości
o seksie nie mam pojęcia.
Proponuję więc w zamian zająć się przez chwilę sportem, zwłaszcza,
że w innym wątku znalazłem taką oto kwestię (autor: ilqad).
"Możliwość uprawiania sportu oznacza, że nie
masz depresji, gdyż depresja uniemożliwia tego rodzaju działanie.
Ewentualne próby kończą się po paru machnięciach ręką, gdy człowiek
jest tak zmęczony, że pada na pysk."
Sportowcem zawodowym nie byłem, ale od paru ładnych lat biegałem i
udało mi się z pewnym trudem na poziomie amatorskim (w ok. 4godz.
25min.) ukończyć 2 x maraton.
Moja depresja spowodowała, że przestałem biegać (nie wspomnę, że
porzuciłem pracę, itd.)i wszelki wysiłek (aktywność) przychodzi z
dużym trudem, czasem czuję się jak cały z ołowiu i do 13.00 nie
jestem w stanie wyjść z piżamy. Moja depresja przebiega z innymi
przykrymi dolegliwościami somatycznymi (może została nawet przez nie
wywołana), o których tutaj pisał szeroko nie będę (pisk w głowie,
kłopoty z przewodem pokarmowym), które mi silnie dokuczają i
powodowały (powodują), że czasem jestem pewien, że długo nie
pociągnę. Zdarzało się, że w chwilach cięzkich (lęki) przymiarzałem
pasek od spodni na szyję w piwnicy, więc nie jest to lekka
depresyjka, w której można fikać nogami, chodzi się do pracy itd.
A teraz przechodzę do sportu. Otóż okazało, się, że w moim stanie (a
z opisu wynika, że nie jest to stan lekki i niewinny) uprawianie
sportu jest możliwe.
Po wielkich trudach (napięcie, lęk, odmowa) w czasie wakacji rodzina
wyciągnęła mnie w góry na 5 dni, gdzie 2 razy zaliczyłem po 15 km
górskiej wędrówki, co prawda nie biegam, ale kilkanaście razy
zaliczyłem po 5-6 km szybkiego marszu z kijami (Nordic Walking),
jeżdżę na rowerze (to przychodzi najłatwiej), grałem w ping-ponga, a
raz byłem z dzieckiem na lodowisku. Wszystko wskazuje, że jutro
pojadę na narty, mimo, że byłem pewien, że nigdy w życiu nie będzie
mi to dane. W czasie wysiłku i po nim czuję się nieco lepiej,
wyobrażam sobie, że jest "normalny" jak inni, którzy aktywność
sportową podejmują i to pomaga oraz poprawia nastrój.
Oczywiście nie jest to łatwe, często poprzedza to zły nastrój,
płacz, przekonanie, że nie dam rady (jestem jakby spraliżowany). Ale
jak już wystartowałem, to jakoś szło - wychodziłem w góry i szedłem
(mimo, że w głowie mi się kłębiło), wychodziłem na kije, wychodziłem
poćwiczyć na powietrzu, na rower, itd.
Jutro może te narty się udadzą, zmotywowało mnie to, że jadę dla
dzieci (moja córka chce pojechać w zawodach) i po kilku odmowach -
wczoraj powiedziałem, że jedziemy. Teraz się tego trzymam. Dla
wyjaśnienia rok temu, to ja musiałem dzieci wyciągać bo narty to mój
ulubiony sport i jeżdżę (jeździłem?) dobrze.
Oczywiście różni ludzie są w różnym stanie, ale nie trzeba biec
maratonu - polecam cokolwiek. Zauważam, że o ile od wielu miesięcy
sam wogóle nie odczuwam radości (chyba "książkowy" objaw depresji),
to małą satysfakcję przynosi mi, jeśli przezwyciężę niemoc i sprawię
tym radość innym (np. łyżwy czy narty z córką). Może to objaw
zdrowienia?
Nie wiem, ale nie można się kodować, że skoro jest się w depresji to
nie można uprawiać sportu. Powtarzam, to nie musi być maraton, ale
jeśli wystarujecie, wyjdziecie z domu, parę małych ćwiczeń, trucht,
cokoliwiek zaczniecie robić, co możecie, to Wam i bliskim bardzo
pomoże.
I powiem, że warto ... Najgorzeć zacząć ... I potwierdzam, czasem
trudno wymyć zęby, ale jeśli jest lepsza chwila, wykonasz jakiś
ruch, jakieś działanie, to potem można zrobić następny krok.
Pisałem, że najłatwiej mi wychodzi rower (z dziećmi), może dlatego,
że "sam jedzie", no i dzieci pedałują; Nordic Walking - w grupie,
może dlatego, że są inni, no i ja "muszę" dotrzymać im kroku. Chyba
jednak wyjście w grupie, bo to mobilizuje no i nie "zamykasz się"
sam ze sobą, choć często uciekam w samotność (też chyba objaw
depresji). Pływanie, trucht - też probówałem, ale po paru
minutach "odpuszczałem".
Acha, jest jeszcze taniec - raz to robiłem: byłem blady, zielony,
roztrzęsiony, ale poszedłem na imprezę i jak zacząłem tak tańczyłem.
Na marginesie - ma to też takie skutki, że otoczenie nie postrzega
Cię jako kogoś z depresją lub że już się wyleczyłeś (ja nie traktuję
swoich dolegliwości jako tabu i o tym mówię) i po takich "wyczynach"
jak tańce, np. żona oczekuje, żeby tak już było, bo "skoro wczoraj
tańczyłeś, to dzisiaj też możesz", no, a nie zawsze mogę ...
Zresztą nie dotyczy to tylko tańca ale też innych aktywności. To
jedynie przykład. I pojawia się napięcie: jest oczekwianie
normalności, żeby tak już było cały czas. A nie bardzo można i
znowu pogorszenie nastroju.
No ale to kwestia psychoedukacji rodziny i otoczenia, żeby
wiedzieli, że jeśli czegoś nie robię, to nie jest ani złośliwość ani
lenistwo. To już chyba temat na inny post, więc kończę.
No to napiszcie - jak u Was ze sportem?
PS. Maruderze, no napisz coś o seksie, nie wykręcaj się Bertradą!
Snajper w celach terapeutycznych to puści! 100%!
Pozdrawiam wszystkich Dobrek