08.05.10, 20:18
wszystko jest w porządku, kiedy jestem wśród ludzi.
Zostaję sama i zaczynają wyłazić cienie. Pusto, pusto i cicho. Nic nie
wypełnia tej pustki, zamiatam pod dywan wszystkie pragnienia. Mówię na głos:
nie chcę, nie potrzebuję, po pierwsze dystans. A wewnątrz krzyczę, by we mnie
wejść. Po dwóch tygodniach spędzonych w towarzystwie samej siebie zasłaniam
lustra. Dlaczego nie mam odwagi zakończyć tej męki.
Obserwuj wątek
    • iamcrazy Re: pomocy... 08.05.10, 20:39
      Czy chodzisz na terapię? Ona może ci pomóc... Chcesz to napisz do
      mnie. iamcrazy@gazeta.pl Nie jestem ani terapeutą, ani nie mam
      zdiagnozowane BPD, uważam że to mam i przez lata się męczyłam
      ucieczkami we wszystkie możliwe uzależnienia, dopiero teraz kiedy
      wiem z czym, próbuję się z tym zmierzyć... właśnie terapią i
      unikaniem znieczulania się w jakikolwiek sposób (alkohol, narkotyki,
      leki nasenne,sex). Myślę,że tylko tak można, ja czuję jakbym rodziła
      się na nowo, nie wiem kim jestem, czego potrzebuję, bo przez lata to
      zagłuszałam, spełniając oczekiwania mamy, potem wszystkich dookoła,
      by uzyskać ich miłość. Nie jest łatwo, ale przynajmniej jest
      nadzieja. Pozdrawiam.
      • bella_morte Re: pomocy... 08.05.10, 20:47
        Nie, nie chodzę na terapię, biorę leki (lamitrin), ale dopiero od 3 dni. Mam
        wrażenie, że czuję się jeszcze gorzej. Obsesyjnie myślę o samobójstwie, jestem
        na zmianę rozdrażniona i przybita. Nie umiem już rozmawiać z ludźmi, nie
        rozumiem ich. Boli mnie, że ludzie, których uważałam za przyjaciół nie chcą i
        nie umieją mi pomóc, że są tak daleko, że jestem nieustannie sama. Kiedyś
        uważano mnie za pewną siebie duszę towarzystwa, a teraz czuję się odpychająca.
        Tracę wszystkich po kolei.
        • czita88 Re: pomocy... 08.05.10, 23:52
          Też brałam ten lek i inne stabilizatory ale no właśnie raz że nie
          pomagały (po pół roku przerwałam "kurację" choć nie powinnam) to
          czułam się taka otępiona a nastroje i tak wariowały strasznie (
          silne myśli depresyjne, próba samobójcza, awantury jedne z
          największych w życiu przeze mnie urządzanych, okropna skłonność do
          płaczu z byle powodu). Jak "dołożyli" antydepresanty było jeszcze
          gorzej, straszna pustka i osamotnienie plus złe samopoczucie
          fizycznie (mdłości itp.). Może bpd są odporne na wszystko :) - na
          miłość, krytykę, pomoc i leki...
          • bella_morte Re: pomocy... 09.05.10, 17:34
            Nie chcę być odporna. Wszystko już rozumiem i choć przeraża mnie fakt, że prawie
            wszystkie moje uczucia są patologicznie wykrzywione, to chcę to zmienić. Sama
            nie umiem, wku*wia mnie gdy ktoś mi mówi: "też tak miałem, ale popracowałem nad
            sobą i cyk! już jest wszystko w porządku, już wydoroślałem".
            Jestem artystką, krzyczę w swoich pracach, wyżywam się na swoich najbliższych,
            robiąc z nich na zmianę potwory i mimowolnych terapeutów. Z zewnątrz nie widać
            tej katorżniczej wojny, którą w sobie toczę, uśmiech i kamienna twarz, pozory
            opanowane do perfekcji, a wszystko pęka gdy zamykam za sobą drzwi pokoju.
            • annarchia Re: pomocy... 09.05.10, 21:05
              bella_morte napisała:

              > nie umiem, wku*wia mnie gdy ktoś mi mówi: "też tak miałem, ale popracowałem nad
              > sobą i cyk! już jest wszystko w porządku

              A jeśli to popracowanie to kilka lat skutecznej terapii to też Cię to wkurza?
              Mnie takie osoby dają nadzieję na to, że da się wyjść z tego.

              Chyba,że chodzi Ci o takich ludzi, którzy piszą tak, jakby takie problemy to był
              dla nich pryszcz, że udało im się popracować błyskawicznie nad pewnymi swoimi
              cechami, trudnościami - i to takie łatwe!, a wcale de facto nie zaznali bólu
              borderowego i nie mieli poważnych zaburzeń, wobec czego mają bagatelizującą
              postawę wobec takich osób jak Ty. To też mnie wkurza.
              • bella_morte Re: pomocy... 09.05.10, 21:13
                annarchia napisała:


                > A jeśli to popracowanie to kilka lat skutecznej terapii to też Cię to wkurza?
                > Mnie takie osoby dają nadzieję na to, że da się wyjść z tego.

                Takie osoby nie piszą, że to był dla nich pryszcz. Zaczynają niejako od drugiej
                strony medalu, od tego, że było ciężko.
                Zwierzyłam się bliskiej koleżance, podejrzewam, że odpowiedziała czymś, byle coś
                powiedzieć: "ja tak mam od 6 lat, ale się nie łamię, raz jest dobrze, raz
                płaczę, ale włączam sobie ulubiony film i jem czekoladę i jest ok".
                Głupota, ale mnie to zabiło. Każdy tylko mówi: "ja mam gorzej" albo kompletnie
                to bagatelizuje. Wiem, że nikt nie siedzi mi w głowie, że żadne słowa nie opiszą
                tego, z czym każdego dnia walczę.
                Nie chcę iść do terapeuty, boję się, że będę odporna na terapię, że w każdej
                znajdę dziury i niedociągnięcia.
                • iamcrazy Re: pomocy... 09.05.10, 22:09
                  Ja też przestałam się zwierzać osobom, o których wiem że mnie nigdy
                  nie zrozumią. I nie mówię o sobie, o tym jak mi źle, ukrywam to,
                  choć nie zawsze się da i nieraz mam to wypisane na twarzy. Lecz gdy
                  ostatnio byłam już w takiej depresji, że poszłam na zwolnienie i
                  całe dnie w domu w piżamie... koleżanki przyszły mnie odwiedzić,
                  było to miłe, widziałam przejęcie i przerażenie w ich oczach. Po
                  czym słowa: "musisz wziąć się w garść", jak ja nienawidzę tych słów,
                  a następnie: "czym ty się właściwie tak martwisz? jesteś ładna,
                  mądra, masz pracę, podobasz się mężczyznom... nie możesz tak uciekać
                  od ludzi..." A ja rzeczywiście uciekam coraz bardziej. Obecnie
                  rozumie mnie tylko moja terapeutka (tak mi się wydaje) i mój partner
                  bardzo próbuje zrozumieć, czyta książkę "Uratuj mnie", właściwie to
                  razem zaczęliśmy się mnie uczyć. Ja nawet nie pamiętałam o tym, jak
                  go wyzywałam i poniżałam, mówił, że na drugi dzień zachowywałam się
                  tak jakby nic się nie stało, on nie wiedział co się dzieje... I
                  gdybym nie zwierzyła mu się o problemach alkoholowych zostawiłby
                  mnie dawno, tak powiedział. A potem doszło BPD i jakoś razem
                  próbujemy się z tym zmierzyć. Nie jest łatwo. Pierwszym krokiem było
                  z mojej strony zostanie z nim gdy chciałam szukać następnego
                  zapatrzonego we mnie, zafascynowanego moją innością mężczyzny,
                  któremu ofiaruję mój zachwyt dla niego. Chyba oni to tak uwielbiają,
                  to że patrzę na nich jak na Boga i tak traktuję. Więc przełamałam
                  to, ale na jak długo...nie wiem i boję się, co będzie dalej. A z
                  nastrojami jest bardzo źle, myślę o samobójstwie a po kilku
                  minutach: jakie to życie może być piękne, nie mówiąc o złości i o
                  relacjach z mamą(dziś gdy pojechałam do rodziców,weszłam, spojrzałam
                  na mamę i musiałam uciec do łazienki,popłakałam się, nie mogłam
                  uspokoić, ręce mi się trzęsły, skąd to się bierze???). Miałam
                  wyrzuty potem, że przeze mnie jest znowu smutna, powiedziała, że
                  traktuję ją jak najgorszego wroga, że nie mamy o czym rozmawiać. A o
                  czym mam rozmawiać, skoro gdy się pyta kim jest mężczyzną, z którym
                  się spotykam, a ja że jest rozwiedziony i ona już się krzywi? Czy
                  ktoś kto jest rozwiedziony jest kimś gorszym? Czy ktoś kto wg niej
                  jest brzydki jest gorszy? (poprzedni był za brzydki). Smutno mi i
                  brak mi nadziei, że będzie ze mną lepiej. Póki co każdy dzień jest
                  walką o to, by przetrwać...wśród tych wszystkich potworów, bo takimi
                  ostatnio są dla mnie inni ludzie, ich gesty, spojrzenia...
                  Pocieszający jest fakt, że terapeutka powiedziała, iż mój
                  pogarszający się stan, moje sny(bardzo dziwne), moje zwidy, drżenie
                  rąk i często całego ciała, rozdygotanie w środku - są efektem
                  terapii i dowodem na to, że coś się dzieje ze mną, że coś się
                  zmienia, że terapia działa. Bo gdy się nic nie dzieje to wtedy jest
                  niedobrze. Ale jak długo to jeszcze potrwa? Skoro ja już nie mam
                  siły :-((( a to dopiero 5 tyg.
                  • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 09.05.10, 22:24
                    Witam Was wszystkich po długiej przerwie. Do starego konta
                    zapomniałem hasła, więc mój nick jest nieco inny. Co do tematu:
                    polecam dwie książki warte przeczytania; "Przebudzenie", oraz
                    "Wezwanie do miłości" - obydwie autorstwa Anthonego de Mello. Mnie
                    osobiście w jakimś stopniu pomogły. Prawda jest taka, że jeśli sami
                    nie będziemy sobie chcieli pomóc to nikt za nas tego nie zrobi, nawet
                    psychoterapeuta. W "chorobie" jest "nam" dobrze (oczywiście poza
                    typowymi stanami depresyjnymi), mamy się czym usprawiedliwiać i na co
                    zrzucać nasze niepowodzenia. Przemyślcie to.
                    • iamcrazy Re: pomocy... 09.05.10, 22:43
                      dziwny.90reconnect napisał:
                      polecam dwie książki warte przeczytania; "Przebudzenie", oraz
                      > "Wezwanie do miłości" - obydwie autorstwa Anthonego de Mello. Mnie
                      > osobiście w jakimś stopniu pomogły.

                      Czy ma ktoś dostępne te książki w formie e-booka.
                      • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 09.05.10, 23:23
                        Tutaj masz: chomikuj.pl/dda?fid=633605
                    • bella_morte Re: pomocy... 09.05.10, 23:27
                      Kupiłam tę książkę. Czekam na nią właśnie.
                    • bella_morte Re: pomocy... 09.05.10, 23:41
                      dziwny.90reconnect napisał:

                      Prawda jest taka, że jeśli sami
                      > nie będziemy sobie chcieli pomóc to nikt za nas tego nie zrobi, nawet
                      > psychoterapeuta. W "chorobie" jest "nam" dobrze (oczywiście poza
                      > typowymi stanami depresyjnymi), mamy się czym usprawiedliwiać i na co
                      > zrzucać nasze niepowodzenia. Przemyślcie to.

                      Oczywiście, masz rację. Ktoś kto nie będzie chciał zmienić swojego życia nigdy
                      nie przyzna, że to z nim może być coś nie tak.
                      Mnie nie jest dobrze z bólem zadawanym sobie i innym, z tym że taka jestem, bo
                      taka nie byłam. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Można znieść wiele,
                      milion upokorzeń i ran, a milion pierwsza może być już śmiertelna albo
                      doprowadzić do całkowitego załamania na duchu.
                      • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 10.05.10, 10:52
                        Ja kupiłem obydwie książki, uważam, że było warto. Warto zrozumieć co
                        jest powodem naszego złego nastroju, naszych "fochów", naszego "doła"
                        itp. Np. Ja wiem, że nie mogę być w związku, do póki się do kogoś nie
                        przywiążę emocjonalnie doputy jest względnie dobrze, ale jeśli się
                        zaangażuje to jest piekło... Dlatego od prawie pół roku jestem sam,
                        można powiedzieć z wyboru i nie jest mi z tym najlepiej, ale
                        przynajmniej nikogo nie ranie, a i sam siebie nie wyniszczam. Z kolei
                        czasami chciałbym mieć kogoś, potrzebuje bliskości, ale wiem, że to i
                        tak nie ma sensu... Jest jak jest.
                        • bella_morte Re: pomocy... 10.05.10, 18:51
                          Wcześniej zawsze szukałam winy w sobie. Winy za całe zło, które mnie spotyka,
                          ale również za to, które spotyka moich najbliższych.
                          Nie przeczytałam jeszcze nic, co podniosłoby mnie na duchu, nie mam nikogo
                          naprawdę bliskiego. Moja rodzina jest emocjonalną patologią, podszytą kłamstwem
                          u zarania swych dziejów, nie miałam skąd czerpać dobrych wzorców, nikt nie
                          nauczył mnie miłości, bo nikt jej nigdy nie doświadczył.
                          Wszystko ma swoją przyczynę...
                          • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 10.05.10, 20:44
                            Ja też nie mam nikogo takiego i muszę sobie jakoś radzić. Co do
                            "nauki" to obserwuj ludzi. W towarzystwie nigdy byś nie powiedziała,
                            że mam jakieś problemy, jestem kimś na kim skupia się uwaga całej
                            reszty, jestem duszą towarzystwa, ale jest to poniekąd gra. Gdy
                            jestem sam jest zupełnie inaczej. A gdy za długo przebywam z kimś
                            czuje się zmęczony, wypalony od środka tym ciągłym udawaniem i
                            dowcipkowaniem. W większym gronie adoruję, podrywam każdą dziewczynę,
                            większość z nich już do tego przywykła, ale i tak często wpadają w
                            pułapkę, onieśmielam je, a tak na prawdę gdyby chciały bliskości,
                            gdyby się zbliżyły... najprawdopodobniej bym uciekł. Koszmar.
                            • bella_morte Re: pomocy... 10.05.10, 23:23
                              Nigdy nie śmiałabym oceniać jakości czyjegoś życia tylko na podstawie tego jak
                              się zachowuje w towarzystwie. Często to właśnie te "dusze towarzystwa", "błazny"
                              i "lolitko-kokietki" kryją w sobie największe pokłady nie do końca pozytywnych
                              emocji. Ten szlam często widać na ułamek sekundy, pomiędzy jednym a drugim
                              żartem, gdy taka osoba na chwilę spojrzy w okno, albo gdy patrzy nie na
                              rozmówcę, ale przez niego, mówi do wszystkich i do nikogo. Nie znam się aż tak
                              na ludziach, ale obserwuję. Sama do takich należę. Dlatego ciężko mi się
                              otworzyć. Przyzwyczaiłam ludzi do tego, że to ja rozweselam, ja słucham, że to
                              na moim ramieniu się płacze. Muszę być zawsze silna i zawsze uśmiechnięta. Teraz
                              nadszedł dla mnie czas zdejmowania masek, umierania oczekiwań. Myśl o
                              weryfikacji odganiam jak natrętną muchę, ale i tak coś czuję, że zostałam z tym
                              wszystkim sama..
                              • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 11.05.10, 12:47
                                bella_morte napisała:

                                >Często to właśnie te "dusze towarzystwa", "błazny
                                > "
                                > i "lolitko-kokietki" kryją w sobie największe pokłady nie do końca
                                pozytywnych
                                > emocji. Ten szlam często widać na ułamek sekundy, pomiędzy jednym a
                                drugim
                                > żartem, gdy taka osoba na chwilę spojrzy w okno, albo gdy patrzy
                                nie na
                                > rozmówcę, ale przez niego, mówi do wszystkich i do nikogo. Nie znam
                                się aż tak
                                > na ludziach, ale obserwuję. Sama do takich należę. Dlatego ciężko
                                mi się
                                > otworzyć. Przyzwyczaiłam ludzi do tego, że to ja rozweselam, ja
                                słucham, że to
                                > na moim ramieniu się płacze. Muszę być zawsze silna i zawsze
                                uśmiechnięta.

                                Mam identycznie, nigdy nikomu się nie użalam, ale ode mnie "każdy"
                                chce posłuchać jakiejś rady, otrzymać wsparcie... Tylko jest jeden
                                problem: skoro moje życie jest do bani (z pozoru wydaje się takie nie
                                być, wszak nikt ze mną się nudzić nie może heh) to jak komuś mogę
                                udzielać rad? I to najczęściej dotyczących związków...
                    • annarchia de Mello 11.05.10, 10:49
                      dziwny.90reconnect napisał:

                      > zapomniałem hasła, więc mój nick jest nieco inny. Co do tematu:
                      > polecam dwie książki warte przeczytania; "Przebudzenie", oraz
                      > "Wezwanie do miłości" - obydwie autorstwa Anthonego de Mello. Mnie
                      > osobiście w jakimś stopniu pomogły.

                      Znam obie te książki bardzo dobrze. "Przebudzenie" przeczytałam (ze
                      zrozumieniem:)) kilkanaście razy (a biorąc pod uwagę powrót do fragmentów to
                      -dziesiąt). Ta książka wzbudziła we mnie ogrom refleksji i zmotywowała do pracy
                      nad sobą. Jest tam wiele mądrości, tak odbiegających od potocznego myślenia: o
                      miłości, o szczęściu, o związkach z ludźmi. Ja także bardzo polecam tego autora!

                      Niemniej jednak, gdy wracam do jego książek z nowymi wnioskami, obserwacjami
                      samej siebie, poszerzającą się samoświadomością w terapii, pogłębiającą się
                      wiedzą z teorii osobowości, muszę stwierdzić coś bardzo ważnego: uważam, że jego
                      pewne spostrzeżenia z "Przebudzenia" są nietrafne, zbyt zgeneralizowane, a jeśli
                      bez krytycyzmu czyta je osoba np. z zaburzeniem osobowości (tak odnośnie forum)
                      - mogą być szkodliwe (choć jak sam de Mello pisał: od Ciebie zależy czy moje
                      uwagi ci pomogą czy zaszkodzą). Chodzi mi szczególnie o takie twierdzenia:

                      "Inne złudzenie polega na przekonaniu, że niezmiernie istotną jest rzeczą, aby
                      być szanowanym, kochanym, docenianym, ważnym. Mówi się nawet, że mamy naturalną
                      potrzebę bycia kochanym, bycia docenianym, potrzebę przynależności. To kłamstwo".

                      Mój komentarz: Jeśli chodzi o osobę dość zdrową i rozwiniętą (osobowościowo,
                      dojrzałą emocjonalnie) - zgadzam się. Trafna uwaga. To ważny etap rozwoju. ALE
                      nie dotyczy ona moim zdaniem: dzieci, psychotyków, borderów i innych osób z
                      nierozwiniętych emocjonalnie. Dlaczego? Bo osobowość od urodzenia kształtuje się
                      właśnie na bazie doświadczenia: bycia kochanym, szanowanym, docenianym, ważnym
                      (dla rodziców), zauważanym - te gesty wobec siebie osoba uwewnętrznia
                      (introjekcja), dzięki czemu może już od małego nabywać własnego poczucia
                      wartości, poczucia własnego "ja". Tak się kształtuje ludzka psychika i tyle.
                      Inaczej nikt z nas moim zdaniem nie rozwinąłby się prawidłowo: przecież
                      zaburzenia biorą się z niedostatku tej miłości, z niedostrzegania. Na tym etapie
                      życia człowiek POTRZEBUJE bycia kochanym i zauważanym. A border jest
                      emocjonalnym dzieckiem.

                      "Pomyślcie o życiu, w którym nie jesteście emocjonalnie zależni. (...) Aby
                      jednak dojść do krainy miłości, trzeba przejść przez ból śmierci, gdyż kochać
                      ludzi oznacza nie potrzebować ich, umrzeć dla tej potrzeby."

                      Zgadzam się z tą teorią, ale mam pewne "ale":
                      Po pierwsze moim zdaniem w praktyce żaden człowiek nie jest zdolny przestać
                      potrzebować ludzi w głębszym sensie tego słowa. To nie jest możliwe, ponieważ
                      mamy "ego", a ego jest interesowne. A po drugie zdaje się, że my jesteśmy
                      stworzeni ku temu, aby POTRZEBOWAĆ: innych ludzi i świata. Noworodek potrzebuje
                      całym sobą drugą osobę (fizycznie i psychicznie) - gdyby nie potrzebował to
                      umarłby. Potrzebujemy tlenu, pokarmu, temperatury - inaczej zginiemy.
                      Potrzebujemy od najmłodszych lat życia doświadczać szacunku i miłości, aby
                      rozwinąć poczucie własnej wartości i niezaburzoną osobowość. Narządy naszego
                      ciała są tak skonstruowane, aby potrzebować siebie nawzajem: piersi mamy po to,
                      aby nakarmić drugiego człowieka (niemowlę) albo podniecić drugiego człowieka (z
                      założenia mężczyznę), facet ma penisa o długości całkiem pasującej do kobiecej
                      waginy (więc z natury potrzebujemy drugą osobę do zaspokajania potrzeb
                      seksualnych, potrzebujemy drugą osobę do prokreacji). I nikt mi nie wmówi, że
                      człowiek nie ma potrzeby bliskości z ludźmi (nie mylić ze stapianiem się i
                      uczepianiem innych i uzależnieniem).

                      Aha, i o pewnej ważnej rzeczy de Mello nie wspomniał (a był terapeutą!): że
                      emocjonalna zależność od drugiej strony jest normą w rozwoju. Aby stać się
                      emocjonalnie samodzielną osobą trzeba z sukcesem przejść przez etap zależności
                      (od rodziców, opiekunów). Border to taki człowiek, który tego etapu nie
                      przeszedł i wg podejścia analitycznego - aby wyzdrowieć MUSI przejść etap
                      zależności od terapeuty (tj. dziecko powinno od rodziców).

                      Także fragmenty o śmierci "mnie" - są wartościowe, ale dla osób, którzy
                      posiadają silne "ego", mają poczucie granic swojego "ja". U borderlinów i
                      psychotyków śmierć "mnie", rozpuszczanie "ja", które jest bardzo kiepsko
                      wyodrębnione może skutkować regresją do stanu psychotycznego, a nie rozwojem.
                      • dziwny.90reconnect Re: de Mello 11.05.10, 12:44
                        Annarchia, hehe miałem podobne refleksje do twoich po przeczytaniu
                        kilka razy owych książek. Myślę, że nie można być do końca
                        niezależnym od innych, nikt nie jest samowystarczalny. I zawsze
                        czytając niektóre fragmenty myślałem sobie: "OK życie w samotności
                        jest piękne (tak pisał Anthony), ale gdyby wszyscy tak żyli nasz
                        gatunek by wyginął". Anthony porównuje nasze potrzeby do zwierząt
                        (zwierze nie zje nigdy czegoś co mu zaszkodzi itp.), ale nie
                        wspomniał o tym, że zwierzęta też się "parzą". I tu jest problem,
                        także i mój. Jestem sam - z wyboru, bo wiem, że będąc z kimś w
                        związku będzie chujnia, ale... Co z seksem? Czasami myślę, że jestem
                        od niego uzależniony... trzymam równowagę, pewien poziom i nagle, gdy
                        stanie się coś stresującego, albo po prostu się wkurzę, jestem zły (a
                        zdarza się to b. często...) to od razu wyruchałbym wszystkie laski
                        dookoła... Nie powiem jest to uciążliwe...
                        • bella_morte Re: de Mello 11.05.10, 16:46
                          "Pamiętaj jednak: być otwartym nie oznacza bynajmniej, byś był naiwny; nie jest
                          to równoznaczne z połykaniem wszystkiego, co mówią do ciebie. O nie! Musisz
                          rzucić wyzwanie wszystkiemu, co mówię. Ale taki sprzeciw ma wypływać z twojej
                          otwartości, a nie uporu. Sprzeciwiaj się wszystkiemu.
                          Przypomnij sobie wspaniałe słowa Buddy, kiedy powiedział: "Mnichom i uczonym nie
                          wolno akceptować moich poglądów – z szacunku. Muszą je analizować tak, jak
                          złotnik sprawdza jakość kruszcu. Trąc, skrobiąc, pocierając i topiąc".

                          Każdy z tej książki weźmie coś dla siebie.
                          Tony był mistykiem, a nie alfą i omegą. Książki są mądre tylko wtedy, gdy ich
                          treść wykracza poza nie same.

                          Czasami myślisz, że jestes uzależniony od seksu:
                          znów przytoczę De Mello: "Ilekroć wyrzekasz się czegoś, wiążesz się z tym na
                          zawsze."
                          Nie udawaj, że nie masz potrzeb seksualnych tylko dlatego, że "wybrałeś samotność".
                          Samotności się nie wybiera. Ją można co najwyżej zaakceptować, umieć ją
                          wykorzystać do tego, by nie niszczyła. Polecam Ci "Na szczytach Rozpaczy"
                          E.Ciorana. Inny klimat niż u DeMello, bardzo depresyjny, ale pokazuje pewne
                          mechanizmy, w które sami się wpychamy.
                          Złość, frustracja wciągnie Cię kiedyś w matnię Twojego własnego ciała i jego
                          popędów, a to już tylko jeden krok do tragedii.
                          Idź na randkę ;))
                          • dziwny.90reconnect Re: de Mello 11.05.10, 18:16
                            Z tą randką jednak podziękuję. I nie zaprzeczam temu, że mam potrzeby
                            seksualne, po prostu są one "ponad miarę", przez co jest to uciążliwe
                            tym bardziej, że jestem sam - moim zdaniem poniekąd z wyboru. Trudna
                            sprawa, ale chyba z dwojga złego wole być sam, bo będąc z kimś to jest
                            tragedia, ciągła zazdrość, wszędzie widzę znaki zdrady, ciągłe kłótnie
                            itp. itd. Można się załamać.
                            • bella_morte Re: de Mello 11.05.10, 20:57
                              bez sensu. Daję rady jak bym cokolwiek o tym wiedziała. Sama boję się związków a
                              jeszcze bardziej zmian w sobie.
                              • dziwny.90reconnect Re: de Mello 11.05.10, 21:04
                                Także boję się związków, niedawno było b. blisko, aby w jeden "wejść",
                                ale wycofałem się w porę. I teraz już sam nie wiem, czy to strach przed
                                bliskością i tylko sam sobie w mawiam, że z wyboru, czy na prawdę
                                pragnę(?)być sam... Szczerze mówiąc to nie wiem wielu rzeczy.. kim
                                jestem, w jakim kierunku podąża moje życie? Mam 20 lat, a czuję się
                                jakbym miał 70.
                        • annarchia Re: de Mello 11.05.10, 22:55
                          dziwny.90reconnect napisał:

                          > czytając niektóre fragmenty myślałem sobie: "OK życie w samotności
                          > jest piękne (tak pisał Anthony)

                          Ja myślę, że on nie zachęcał do samotności, ale do tego, by wyzbyć się używania
                          innych ludzi do zaspokajania swoich potrzeb - w sensie uzależniania od innych
                          swojego nastroju, szczęścia, poczucia wartości, sensu życia. Aby przestać
                          przyklejać się do drugiego człowieka i uzależniać od niego swoje
                          być-albo-nie-być. Ale nie do tego, aby stronić od ludzi - wręcz odwrotnie.

                          Chodzi mu o to, aby zacząć kochać i lubić ludzi za to, jakimi są i że są, a nie
                          za to, że zaspokajają jakieś nasze potrzeby i preferencje. Aby przestać patrzeć
                          na druga osobę przez pryzmat swoich potrzeb. Moim zdaniem jest to w 100% nie do
                          wykonania przez ułomna istotę ludzką ;) ale zawsze można się zbliżać do ideału.

                          > Anthony porównuje nasze potrzeby do zwierząt
                          > (zwierze nie zje nigdy czegoś co mu zaszkodzi itp.)

                          Taaa, nie poznał mojego kota. Trzeba jej wyrywać z pyska najbardziej trujące dla
                          kotów rośliny. A pies kolegi zjadał wszystko, co leciało. Chilli, mydło, kawałki
                          szmat, jakieś ostre przedmioty, żarcie powodujące wymioty, silne zatrucia.
                          Operacje miał.

                          > związku będzie chujnia, ale... Co z seksem? Czasami myślę, że jestem
                          > od niego uzależniony... trzymam równowagę, pewien poziom

                          Jest różnica między uzależnieniem od seksu (traktowanie go jako sposób na
                          zapełnianie pustki, znoszenie frustracji i napięcia - a kobietę/mężczyznę jako
                          przedmiot, mający to zaspokoić), a traktowanie seksu jako bliskości i więzi z
                          drugą osobą, jako wspólne rozwijanie seksualności (albo jeszcze co innego).
      • bluekashmeer Re: pomocy... 14.05.10, 18:01
        ja robiłam to samo...dokladnie...sex, narkotyki, alkohol, próby
        samobójcze, dopiero teraz dowiedziałam się co mi jest...psycholog
        nie chce ze mną pracować, czuję sie strasznie samotna i odrzucona
        przez wszystkich...nie wiem co robić..
        • bella_morte Re: pomocy... 14.05.10, 18:11
          Dlaczego psycholog nie chce z Tobą pracować?
          • bluekashmeer Re: pomocy... 14.05.10, 18:23
            powiedziała,że nie jest dość silna na to, że już kiedyś z kimś
            próbowała i nie chce...
            • bella_morte Re: pomocy... 14.05.10, 18:41
              Sama nie mam przekonania do psychologów, ale zawsze mi się wydawało, że te osoby
              są jakoś szczególnie wykwalifikowane, że "siła" nie ma tu nic do rzeczy. Dziwne
              tłumaczenie. Zrozumiem, że mógł tak odpowiedzieć przyjaciel czy partner, ale
              terapeuta??????? O.o
              • bluekashmeer Re: pomocy... 14.05.10, 18:54
                no wlasnie...a ja calkiem sama...bez faceta...bo fascynują mnie
                tylko mężczyźni dla mnie niedostępni, bez rodziny...generalnie
                masakra...przyjaciół nie mam od dawna bo ich skreśliłam..najchętniej
                naćpałabym się, ale wiem,że to nie jest rozwiązanie..nie mam z kim
                pogadać...to,że tu jestem to już moja desperacja, ostatnia deska
                ratunku..
                • bella_morte Re: pomocy... 14.05.10, 19:09
                  ani naćpanie się ani upicie nie daje rozwiązania, bo nie daje odpowiedzi.
                  Też nie mam faceta, rodziny i wątpię w istnienie przyjaciół. Nie skreślam ich,
                  bo większość agresji kieruję wprost na siebie.
                  Pewnie sami odejdą, bo kto wytrzymałby ciągłe fochy i straszenie samobójstwem.
                  Odezwij się jeśli masz ochotę rozmawiać. Siedzę sama w domu i mam ogromną ochotę
                  na piwo. Nie mam jednak z kim pić, zbiło mi się lustro, ostatni kompan do picia:(:(

                  gg: 1920787
                • bella_morte Re: pomocy... 14.05.10, 19:15
                  napisałam na tym forum dokładnie z takich samych pobudek, jeszcze nie wiem czy
                  cokolwiek to zmieni, za wcześnie by oceniać.
                  Na gg jestem zawsze nie widoczna, nie lubię gadać z random-ludźmi o
                  dupie-maryni. Wolę sama się odezwać, dlatego mnie nie widać, ale odezwij się
                  jeśli używasz tego komunikatora.
                  Jeśli nie, tu mail: artofasthar@gmail.com
                  • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 16.05.10, 18:11
                    Powiem Wam, że chuja to zmieni. Co może dać forum? Może jedynie dać możliwość
                    wygadania się, a właściwie "wypisania". Heh więc "wypisze się" i powiem, że
                    dzisiaj mam znowu spadek formy i wkurwia mnie dosłownie wszystko, nawet
                    pieprzony podmuch wiatru. Poza tym ta pochrzaniona pogoda, tylko leje i leje
                    cholera! Na kogo tylko nie spojrzę to już ten ktoś mnie wpienia, bez różnicy czy
                    to ktoś bliski, ktoś kogo dobrze znam, czy obcy... wszyscy wyglądają podobnie,
                    jak tępe debile... No i tyle na dziś mi forum pomogło!
                    • bella_morte Re: pomocy... 16.05.10, 20:01
                      Tak tak, wszyscy są zjebani: pogoda, ludzie bliscy i dalecy, życie, świat i śmierć.
                      Po co cokolwiek zmieniać? Najwygodniej jest jęczeć za życia i jęczeć po śmierci.
                      Po to jest to forum: żeby pojęczeć sobie do taktu w nadziei, że się będzie miało
                      mniejszą ochotę na pochlastanie, skoro ochota na życie odeszła bezpowrotnie.
                      Mnie jest lepiej. Byłam na wystawie mojego przyjaciela, Lech jest mistrzem, nie
                      chce mi się iść po drewno, żeby napalić w piecu a zamarzam i kac miesza mi się z
                      migreną.
                      • bluekashmeer Re: pomocy... 17.05.10, 16:58
                        a mi dzisiaj lepiej, po chu..wym wprost piatku i calym weekendzie,
                        nie wiem co bym zrobila gdyby nie Twoja pomoc bella_morte- pisz do
                        mnie zawsze kiedy potrzebujesz..powiedzialam dzis psycholog co mi w
                        piatek zrobila i dzisiaj bylo lepiej; dala mi namiary na
                        psychoterapeutów, ale cholernie drogie to wszystko..trzymajcie sie
                        • iamcrazy Re: pomocy... 17.05.10, 19:06
                          A mi dzisiaj bardzo chu...owo, po równie chu...owym weekendzie. Mam
                          pewną prace do zrobienia i tak siedze cały weekend i dzisiaj od 16 i
                          się nie mogę zmusić, żeby to zrobić. Psycholog powiedziała mi, że
                          być może ja to odwlekam by udowadniać sobie to, w co najbardziej
                          wierzę, że jestem beznadziejna...
                          A może to zwykle lenistwo? Przecież większość ludzi tak ma. Efekt
                          jest taki, że jestem strasznie wk..... Gdy zbyt długo nie wybucham
                          to czuje jakby mi miało czaszkę rozsadzić. Teraz tak czuję i mam
                          ochotę wyżyć się na moim....właśnie kim... kochanku!!! Napisać mu
                          smsa, który wiem że go zdenerwuje, bardzo zaboli. Po co?????
                          Przecież to w niczym nie pomoże ani mnie ani jemu. Ale nie mam co
                          zrobić z tą złością!!! I ten pieprzony deszcz, pada i pada!!!!
                          • bella_morte Re: pomocy... 17.05.10, 20:03
                            "Psycholog powiedziała mi, że być może ja to odwlekam by udowadniać sobie to, w co najbardziej wierzę, że jestem beznadziejna..."

                            No nie sądzę. Myślę, że to prosty mechanizm: najgorzej zacząć, zabrać się za coś. Jak już powie się "A" to dalej już jakoś leci, siłą rozpędu.
                            To nie lenistwo. Znam tę niemoc i to nie jest zwykłe "o jak mi się nie chce". A aura na zewnątrz daje się we znaki wszystkim, nie tylko tym, którzy kuleją na duszy.
                          • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 17.05.10, 20:16
                            Ja także wszystko odkładam "na jutro", co nie jest wcale takie dobre.
                            Dzisiaj już trochę lepiej, ale jakim kosztem... pojechałem wczoraj
                            dwoje stosunkowo bliskich mi osób, z czym nie czuje się najlepiej, ale
                            trudno - stało się. Ja jak długo nie "wybucham" to z kolei czuję jakbym
                            tracił energię życiową, nic mi się nie chcę, chodzę senny i hmm
                            "nieobecny"? Z kolei, gdy jestem na ostrej kurwie, albo tuż po wtedy
                            dopiero czuje, że żyje.
                            • bella_morte Re: pomocy... 17.05.10, 20:24
                              Ja nie chcę wybuchać. Źle się potem czuję. Chcę wyzdrowieć, normalnie patrzeć na
                              świat, normalnie przeżywać emocje, od tych ciągłych fal i erupcji chce mi się
                              rzygać.
                              Chcę znów uwierzyć, że mogę przestać być pusta, że mogę znów kogoś pokochać, że
                              przestanę kiedyś cierpieć i za całe zło na świecie obwiniać siebie.
                            • iamcrazy Re: pomocy... 17.05.10, 20:42
                              Tylko ja już nie mam czasu na jutro. Muszę to dziś skończyć, a nie
                              skończę i co zrobię? Nie wiem. Już mam powód by mieć doła, a tak się
                              pilnowałam.
                              Tak samo było gdy raz próbowałam zainstalować pewien program,
                              pomęczyłam się może 3 minuty, po czym się wkur... stwierdziłam, że
                              jestem za głupia na to i miałam doła i wkurwa do końca dnia i cały
                              następny. Następnego dnia popołudniu weszłam gdzieś w internet,
                              poczytałam i się udało, może mi to zajęło pół godziny. Psycholog
                              stwierdziła, że ja tak specjalnie balansuje na kkrawędzi... I tak
                              jest dzisiaj, nie moge się zmusić nawet żeby to otworzyć i
                              wydrukować, naprawdę mało mi zostało!! I nie mogę, wściekam się,
                              objadłam się czego nie robiłam od dawna i mam ochotę zwymiotować
                              wszystko a nie mogę tego znowu.... Wyładowałam się na kochanku, nie
                              pomogło, muzyka mnie wkur...., medytacja, modlitwa, nawet zasnąć nie
                              mogę, nic nie mogę!!! I kolejna kawa mi ostygła!! Tak siedzę cały
                              weekend i dzisiaj!!! Pomocy!!!
                              • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 17.05.10, 21:04
                                Jesteś wkurwiona i jeszcze pijesz kawę, nie rób tego. Zrób 20
                                przysiadów, albo podejdź do tego kompa na powiedz sobie (nawet we
                                złości) "noż ku*rwa zrobię to i bd miała spokój".
                                • iamcrazy Re: pomocy... 17.05.10, 21:28
                                  Tak, piję kawę bo w nocy nie mogę zasnąć i potem jestem śpiąca cały
                                  dzień. Otworzyłam, próbowałam, ale nie mogę się skupić. Tak już
                                  mam...gdy nie mam weny mogę siedzieć tydzień i nic nie zrobię,a
                                  czasami wystarczy kilkanaście godzin, gdy jestem maksymalnie
                                  skupiona, pełna zapału i zrobię więcej niż w tydzień.
                                  I nie będę miała spokoju :-(
                                  • iamcrazy Re: pomocy... 17.05.10, 22:31
                                    Efekt żaden, położyłam się, chcę usnąć ale on mówi mi bym szła i
                                    wzięła nóż, on mi pomoże, tylko chwila bólu i potem błogi spokój,
                                    widze jak leże w kałuży krwi i moja twarz jest spokojna, wypoczęta a
                                    mi jest dobrze, nareszcie spokój...
                                    Ale potem widzę rodziców, siostrę, ich twarze, tyle już cierpień
                                    przeze mnie. Czy będę żyła czy się zabiję i tak jestem i będę
                                    źródłem cierpień wszystkich dookoła. Po co się urodziłam, czemu nikt
                                    mnie nie spytał czy chcę na ten jabany świat przychodzić i się
                                    męczyć????
                                    • bella_morte Re: pomocy... 17.05.10, 23:35
                                      A jeśli tak nie jest? Jeśli to tylko iluzja? Może wcale nie Ty jesteś źródłem
                                      cierpień innych, tylko ten teatr sprawia ból Tobie i tylko Tobie?
                                      Czasem myślę, że większość negatywnych emocji powstaje w mojej głowie, że pewne
                                      rzeczy bolą tylko mnie, że poza mną nikt ich nie widzi, nie zauważa...
                        • bella_morte Re: pomocy... 17.05.10, 20:05
                          jeśli namierzony terapeuta pomoże, to czemu by nie zapłacić...
                          gorzej gdyby miał nie pomóc. wtedy pozostaje tylko forum...;)
                          Pozdrawiam Ciebie również:)
    • iamcrazy Re: pomocy... 10.05.10, 20:44
      dziwny.90reconnect, Dziękuję za link do książki, pozdrawiam.
      • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 10.05.10, 20:48
        iamcrazy napisała:

        > dziwny.90reconnect, Dziękuję za link do książki, pozdrawiam.
        No problemo. Jedna wskazówka: ta książka nie jest tylko po to, aby ją
        przeczytać, jest po to, aby ją zrozumieć :)
        • iamcrazy Re: pomocy... 10.05.10, 21:20
          Cóż, jestem blondynką, chyba nic z tego ... :-)))
          • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 10.05.10, 21:48
            Hehe wierze w Ciebie ;)
            • iamcrazy Re: pomocy... 10.05.10, 22:09
              Jeszcze zanim przeczytam książkę... Ja ostatnio czuję coś w rodzaju
              przebudzenia. Jest to bardzo dziwne uczucie, bo nie jest to zbyt
              miłe, dzieją się ze mną dziwne rzeczy, dziwne reakcje, tak jakbym
              wcześniej nie znała siebie. Może to wina alkoholu, bulimii,
              narkotyków, seksu, wciąż byłam zamroczona czymś, albo w euforii albo
              w dołku. Ostatnio jakby odkrywam zupełnie co innego, nieraz jest to
              przyjemne, nieraz przykre, wybuchy płaczu, drżenie,jakieś dziwne
              odczucia w środku, jakbym wariowała się czuję, nie umiem tego opisać
              słowami. Dziwne, że nie działo się to w pierwszych miesiącach, gdy
              przestałam pić, że dopiero po roku, teraz... Czuję jakbym wcześniej
              nie istniała albo jakbym to nie była ja. A ja teraz dopiero się
              zaczynam, dopiero raczkuje jak małe dziecko, cieszę się jak dziś, że
              przełamałam jeden ze swoich wielu lęków i pojechałam tam, mimo że
              się bałam. Czy borderzy mają paniczne lęki np przed ludźmi, przed
              pójściem do sklepu, przed spojrzeniami, przed oficjalnymi imprezami?
              I ostatnio przestałam wierzyć w życie po śmierci, i jakoś tak mi
              ulżyło... Nie mam apetytu na życie mimo tego jakby przebudzenia, bo
              to jest bardzo męczące mając 32 lata uczyć się wszystkiego na nowo,
              patrzeć na koleżanki, które rodzą dzieci i wyglądają na szczęśliwe a
              ja czuję się taka ułomna, im bardziej ludzie widzą we mnie normalną
              kobietę ja tym bardziej czuję się ułomna, gorsza od nich, od
              wszystkich, niezdolna do miłości, tylko do zdobywania kolejnych
              łupów, dziś znowu flirtowałam z mężczyzną... Tak bardzo nie chcę
              stracić tego co mam, chcę by wystarczyła mi miłość tego mężczyzny...
              Nie zniosę kolejnej porażki, na pewno nie... Teraz tli się we mnie
              iskierka nadziei że nauczę się kochać... taka maleńka
              • dziwny.90reconnect Re: pomocy... 10.05.10, 22:14
                Być może jesteś na dobrej drodze do poznania siebie, swojego własnego
                "ja". Co do flirtów, to będąc w związku robiłem podobnie, dziwne jest
                to, że kochasz swojego partnera (w moim przypadku tak było), a "bawisz"
                się z innymi.
                • bella_morte Re: pomocy... 10.05.10, 23:05
                  To nie jest zabawa.
                  To szukanie perły - ideału.
                  Ostatnio zapytałam na imprezie przyjaciela (przystojnego amanta, duszę
                  towarzystwa, fotografa, w którym kochają się wszystkie dziewczyny w
                  towarzystwie), dlaczego jest smutny. Widziałam przez maskę rozmarzonej
                  melancholii prawdziwy smutek. Odpowiedział: bo wśród miliona muszelek nie mogę
                  znaleźć perły..
                  Pereł nie szuka się połowicznie - oglądając muszelki (perłopławy?) leżące na
                  plaży. Trzeba zanurkować, wiedzieć czego się szuka, a jeśli się nie wie - lepiej
                  je zostawić w spokoju i nie robić im krzywdy. Nie każdy perłopław kryje w sobie
                  perłę, czasem wystarczy wiara, że się tę perłę znalazło, bez kaleczenia
                  stworzenia, ale...
                  ale żadnemu poszukiwaczowi to nie wystarczy. Chce mieć ową perłę na własność.
                  Czasem chce mieć ich coraz więcej albo chce mieć inną, ładniejszą, rzadszą.
                  Po moich słowach chłopak posmutniał jeszcze bardziej i odpowiedział, że szuka w
                  piachu, bo nie chce nikomu robić krzywdy...
                  • iamcrazy Re: pomocy... 10.05.10, 23:22
                    Właśnie chodzi o to, że nie wiem czy go kocham, czy to prawdziwa
                    miłość czy znowu iluzja, taka jak poprzednie, które skończyły się
                    tak szybko jak zaczęły. Zazwyczaj przechodziłam płynnie od jednego
                    mężczyzny do drugiego, tak z dnia na dzień. Już był taki jakby
                    kryzys, który przetrwałam. Teraz mam tak: nieraz gdy na niego patrzę
                    gdy jesteśmy razem lub gdy się kochamy czuję taką miłość, tak silne
                    uczucia, że łzy ciekną mi po policzkach a ja wtedy myślę, że
                    nieważne co powiedzą inni na różnicę wieku i inne różnice, że tak
                    bardzo go kocham, że nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba... A
                    innym razem, gdy znowu poczuję się dowartościowana bo ktoś np powie
                    mi komplement zastanawiam się, czy może mogłabym mieć kogoś
                    młodszego, wolnego, bogatszego itd. Nienawidzę tych swoich myśli, są
                    tak różne od tamtych romantycznych uniesień. Wtedy chyba dochodzi do
                    głosu moja wytrenowana natura, że wszystko musi być na pokaz, ładne
                    i idealne. Wiem, że mamie by się nie spodobał, moim kolegom z pracy,
                    boję się że by mnie ocenili, że na nikogo lepszego mnie nie stać. A
                    serce podpowiada mi, że jego kocham, że to jest mój ideał, męski,
                    silny, opiekuńczy, prawdziwy mężczyzna, nie jakiś tam laluś.
                    Uwielbiam na niego patrzeć, całować go, rozmawiać, nigdy wcześniej
                    tak nie miałam, przy nim zaczynam być sobą naprawdę. Ale
                    wstydziłabym się przedstawić go komuś, to chore!!! Chciałabym z nim
                    uciec gdzieś daleko, gdzie nikt by nas nie oceniał... i ofiarować mu
                    siebie całą i moją miłość prawdziwą, bez tych gestów podszytych
                    strachem przed oceną...
                    Boję się jednak, że to też mi przejdzie tak nagle, a wtedy chyba
                    tego nie przeżyję...
                    • bella_morte Re: pomocy... 10.05.10, 23:33
                      Tak wiele rzeczy przesłania Ci obraz miłości, że wcale się nie dziwię, że masz
                      wątpliwości.
                      Zastanów się, czym jest miłość, zdiagnozuj ją w tym związku. Jeśli to tylko
                      przywiązanie, chęć bycia blisko, pod czyjąś skórą, bycia bezpieczną, kochaną,
                      docenianą, to da Ci to nie tylko ten, ale każdy inny mężczyzna, którego
                      zaakceptujesz jako swojego wybranka. Wraz z nowym mężczyzną pojawi się szereg
                      kolejnych wątpliwości, czy może tego zaakceptuje mama/siostra/koleżanka/otoczenie...
                      Wyobraź sobie, że nie ma czegoś takiego jak status matrymonialny, społeczny, czy
                      wiek, albo że spełnia on te konkretne oczekiwania. Czy to sprawi, że Wasz
                      związek będzie idealny?
                      Pewnie na chwilę tak, dopóki ktoś trzeci znów nie zburzy Twojego "na chwilę
                      idealnego" świata. Zweryfikuj najpierw to, co los Ci ofiarował, zamiast szukać
                      czegoś, czego nawet nie potrafisz sama nazwać.
                      • iamcrazy Re: pomocy... 12.05.10, 00:40
                        > Tak wiele rzeczy przesłania Ci obraz miłości, że wcale się nie
                        dziwię, że masz
                        > wątpliwości.
                        > Zastanów się, czym jest miłość, zdiagnozuj ją w tym związku. Jeśli
                        to tylko
                        > przywiązanie, chęć bycia blisko, pod czyjąś skórą, bycia
                        bezpieczną, kochaną,
                        > docenianą, to da Ci to nie tylko ten, ale każdy inny mężczyzna,
                        którego zaakceptujesz jako swojego wybranka.

                        Lecz nie każdego akceptuję. A czym jest miłość jeśli nie chęcią
                        bycia razem, dzielenia się każdym smutkiem i radością, wspierania
                        nawzajemn, chęcią dawania z siebie jak najwięcej. Przy nim nie tylko
                        chcę by mnie niańczył, ale mam ochotę siebie zmieniać, bo wiem jaki
                        jest wrażliwy, jak ranią go moje słowa. Czy to źle?
                        Wraz z nowym mężczyzną pojawi się szereg
                        > kolejnych wątpliwości, czy może tego zaakceptuje
                        mama/siostra/koleżanka/otoczenie...
                        Ja sobie zdaję sprawę, że nie powinnam brać pod uwagę co otoczenie
                        powie, pomyśli, lecz trudno jest to zrobić, gdy przez lata miało się
                        wpajane przez matkę, że najważniejsze jest co ludzie powiedzą,
                        najważniejsze jest co widać na zewnątrz, i na zewnątrz próbowałam
                        być idealną córką a w środku czułam się zerem, gównem, nikim, Tak
                        bardzo chciałam by uważała mnie za mądrą i ładną, a nie najgłupszą i
                        najbrzydszą z trójki swoich dzieci. I teraz gdy jestem z nim czuję,
                        że to mój typ, ideał, ale w głowie pojawia mi się, co by mama
                        pomyślała, znowu ją zawiodę. Mam z tym poważny problem, nie umiem
                        się od niej odciąć. Ostanio czuję do niej żal, zbudowałyśmy między
                        sobą mur nie do pokonania, to boli...
                        Wyobraź sobie, że nie ma czegoś takiego jak status matrymonialny,
                        społeczny, czy
                        wiek, albo że spełnia on te konkretne oczekiwania. Czy to sprawi,
                        że Wasz
                        > związek będzie idealny?
                        Nie chcę idealnego związku, chcę oparty na szczerości, wzajemnym
                        szacunku, zaufaniu, byciu, kochaniu...
                        > Pewnie na chwilę tak, dopóki ktoś trzeci znów nie
                        zburzy,Twojego "na chwilę
                        > idealnego" świata.
                        Mój obecny świat nie jest idealny, mam bardzo ciężkie chwile, odkąd
                        jestem trzeźwa tzn od 14 miesięcy to właśnie ostatnie pół roku jest
                        koszmarem dla mnie i właśnie w tym koszmarze pojawił się on... I w
                        tym związku uczę się rozpoznawać swoje potrzeby, bo zawsze robiłam
                        wszystko, by zasłużyć na miłość, dlatego ona się tak szybko
                        kończyła, bo udawałam, nie byłam sobą, zmieniałam się jak kameleon
                        by spełnić oczekiwania każdego po kolei...
                        Zweryfikuj najpierw to, co los Ci ofiarował, zamiast szukać
                        > czegoś, czego nawet nie potrafisz sama nazwać.
                        To znaczy co mam zweryfikować? Nie rozumiem. Czy nazywanie czegoś
                        jest takie ważne??? Ważniejsze są uczucia, a nie jakieś nazwy...
                        • bella_morte Re: pomocy... 13.05.10, 16:29
                          nie wiem co Ci odpowiedzieć.
                          Nie wiem już co chciałam Ci przekazać tym poprzednim postem.
    • mskaiq Re: pomocy... 11.05.10, 14:39
      Annarchia napisala:
      > Bo osobowość od urodzenia kształtuje się właśnie na bazie
      > doświadczenia: bycia kochanym, szanowanym, docenianym, ważnym
      > (dla rodziców), zauważanym - te gesty wobec siebie osoba
      > uwewnętrznia (introjekcja), dzięki czemu może już od małego
      > nabywać własnego poczucia wartości, poczucia własnego "ja". Tak
      > się kształtuje ludzka psychika i tyle.
      > Inaczej nikt z nas moim zdaniem nie rozwinąłby się prawidłowo:
      > przecież zaburzenia biorą się z niedostatku tej miłości, z
      > niedostrzegania. Na tym etapie życia człowiek POTRZEBUJE bycia
      > kochanym i zauważanym.
      Czy myslisz ze na innym etapie nie potrzebuje byc kochanym i
      zauwazanym ?
      Czy uwazasz ze osoba dość zdrowa i rozwinięta (osobowościowo,
      dojrzałą emocjonalnie) nie potrzebuje byc kochana ani zauwazana ?

      > Po pierwsze moim zdaniem w praktyce żaden człowiek nie jest zdolny
      > przestać potrzebować ludzi w głębszym sensie tego słowa. To nie
      > jest możliwe, ponieważ mamy "ego", a ego jest interesowne. A po
      > drugie zdaje się, że my jesteśmy stworzeni ku temu, aby
      > POTRZEBOWAĆ: innych ludzi i świata. Noworodek potrzebuje całym
      > sobą drugą osobę (fizycznie i psychicznie)- gdyby nie potrzebował
      > to umarłby. Potrzebujemy tlenu, pokarmu, temperatury - inaczej
      > zginiemy.
      > Potrzebujemy od najmłodszych lat życia doświadczać szacunku i
      > miłości, aby rozwinąć poczucie własnej wartości i niezaburzoną
      > osobowość.
      Zgadzam sie z tym co napisalas. Widac wielka prace jaka zrobilas.
      Serdeczne pozdrowienia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka