Dodaj do ulubionych

relacje z porodów domowych

15.12.07, 01:48
dziewczyny, zebrałam w jeden wątek i mam nadzieję, że ten kawał
pracy uda mi się urodzić szybko i bezproblemowo w domu smile

zachęcam do 'doklejania' relacji innych mam a pozostałe proszę o
powstrzymanie się od komentowania w tym wątku smile

h_o_s_h_i 16.10.07, 19:51 Odpowiedz

W poniedziałek 8.10. urodziło się nasze szczęście - Hania.
Poród oczywiście miał byc domowy, niestety na końcówkę trafiliśmy do
szpitala. Ale po kolei...

Juz od soboty wieczorem miałam skurcze co ok. 6 minut, ale były
całkowicie bezbolesne. Niemniej jednak uznaliśmy że "coś się święci"
i zaczęło się niecierpliwe oczekiwanie. Kiedy w niedzielę po
południu nadal nic się nie działo, postanowiliśmy skorzystac jeszcze
z zaproszenia naszych znajomych i wybraliśmy się do nich z wizytą.

Wracając do domu postanowiłam pomóc Hani w podjęciu decyzji i
wdrapałam się na nasze 14 piętro na piechotę (byłam na tyle
zdeterminowna, że zrobiłam to szybciej niż zdarzało mi się przed
ciążą smile. Nie wiem czy to faktycznie zadziałało, czy też Hania miała
już po prostu dość siedzenia w brzuchu mamy, w każdym razie ok. 7
rano obudziły mnie skurcze. Na początku były bardzo łagodne. Nasza
położna - Maria, przez telefon poradziła mi wejść na przynajmniej
godzinę do wanny, co też z radością uczyniłam. Wyszłam z wanny,
zjadłam śniadanie, pochodziłam po domu, umyłam okna w pokoju...

Ok. 12 skurcze były już na tyle silne, że z Mirkiem zaczęliśmy
testować masaż w celu złagodzenia bólu - wcześniej oczywiście nie
znaleźliśmy czasu żeby go przećwiczyć, ale na szczęście mój mąż
okazał się urodzonym talentem smile Miałam też przygotowane gorące
okłady z lawendą - po pierwszym okazało się, że zapach lawendy jest
ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę - okład został czym prędzej
usunięty z zasięgu węchu.

Wiedziałam, że muszę radzić sobie bez położnej do ok. 14-15, bo
Maria, która miała przyjmować poród, była po całonocnym dyżurze i
musiała się chociaż trochę przespać. Druga z położnych była akurat w
szpitalu i też nie mogła przyjechać.

Kiedy wreszcie Maria dotarła, okazało się że mam już 8 cm rozwarcia
i zaczynają mi się bóle parte - ja sama nie rozpoznałam ich - to był
mój pierwszy poród. I pomyśleć, że cały czas bałam sie że usłyszę od
niej, że mam małe rozwarcie... Nie wiem czy wytrzymałabym wtedy w
domu, bo powoli zaczynałam dochodzić do wniosku, że znieczulenie
jest jednak genialnym wynalazkiem smile Po dwudziestu minutach było
pełne rozwarcie i wtedy zaczeły się problemy. Bo wody które odeszły
były zielone. Ponieważ główka dziecka była jeszcze wysoko i widać
było, że mała nieprędko się urodzi, zdecydowaliśmy, że pojedziemy do
szpitala.Mirek jechał jak pirat drogowy, łamiąc przepisy drogowe raz
za razem, również mijając posterunek policji na Żytniej smile A ja,
oparta o tylną półkę w samochodzie, malowniczo krzywiłam się z bólu
do kierowców jadących za nami smile Dojechaliśmy na Żelazną w 15 minut,
pomimo popołudniowych korków - normalnie zajęło by to nam co
najmniej pół godziny.

Ponieważ Maria już wcześniej uprzedziła, że jedzie z pacjentką z
porodu domowego, ominęliśmy izbę przyjęć, a sala już na nas czekała.
Oprócz nas i położnej na sali była lekarka - i tu muszę przyznać, że
zachowywała się bardzo dyskretnie - siedziała z boku i absolutnie
ingerowała w to, co się działo. Czasem tylko sprawdzała tętno
dziecka.

W końcu Hania pokazała główkę - ze wzgłędu na zielone wody została
natychmiast odśluzowana - a pochwili cała córeczkawylądowała na moim
brzuchu. Była śliczna - od razu się w niej zakochaliśmy. Popłakała
trochę, a potem leżała cichutko i rozglądała się ciekawie
dookoła. Później została wzięta do zważenia i zmierzenia. Nie
ominęły jej szpitalne "atrakcje" w postaci np. zastrzyku z wit.K,
ale cały czas był przy niej Mirek,a poza tym szybko dostałam ją z
powrotem do karmienia.

Po zszyciu krocza (miałam małe pęknięcie), jak tylko dopełniliśmy
wszystkich papierkowych formalności, które pominęliśmy wcześniej,
wypisaliśmy się do domu na własne życzenie. I uważam, że był to
doskonały pomysł - dużo lepiej poczułam się we własnym łóżku, a poza
tym mój mąż mógł być cały czas z nami. W szpitalu nie byłoby o tym
mowy, chyba że wykupilibyśmy indywidualną salę poporodową - a to
rozwiązanie było zdecydowanie zbyt kosztowne.

Maria przyjechała z nami do domu, posiedziała jeszcze jakieś dwie
godziny i pojechała do siebie. A my zostaliśmy we trójkę i mogliśmy
się sobą spokojnie nacieszyć.

Chociaż nie udało mi się urodzić Hani w domu, i tak bardzo cieszę
się, że do szpitala trafiliśmy dopiero na sam koniec. Tym bardziej,
że jechaliśmy do szpitala mimo wszystko "na spokojnie" - nie była to
sytuacja, gdzie decydowały minuty. A szpital też zrobił na mnie
dobre wrażenie - co nie zmienia faktu, że kolejne dziecko będę
chciała urodzić w domu


Edytor zaawansowany
  • mocpytan 15.12.07, 01:49
    fizula 04.06.07, 12:22 Odpowiedz

    Z porodu najmłodszej Tosi:
    O 5 rano obudził mnie skurcz. Twardy i z posmakiem bolesności.
    Podzieliwszy się tą radosną nowiną z mężem, spędziliśmy chwilę
    ciesząc się sobą, dzidziusiem i skurczem. Tyle że to było 2 dni
    przed terminem, a ja do tej pory rodziłam 14 dni po wyznaczonej
    dacie porodu i 10 dni po. Więc zaczęłam kombinować, co zrobić, żeby
    się upewnić, że to już: wzięłam odświeżający prysznic. Potem miła
    lektura i zabawa z psem.Oczywiście herbata z liści malin. Skurcze
    dalej anemiczne co 10-15-20 minut. Zrobiłam śniadanie dla
    siebie, męża i starszych dzieciaków. Przygotowałam ich do szkoły,
    przedszkola. Zjadłam razem miłe śniadanko. Zawsze zawoziłam Daniela
    do przedszkola, ale czułam się zbyt uroczyście, zbyt podekscytowana,
    żeby i dziś to robić. Powiedziałam mężowi, że nie czuję się już na
    siłach, żeby to zrobił za mnie. Wyjątkowo miał później do pracy,
    więc mógł to zrobić. Mogliśmy jeszcze razem pobyć i cieszyć się, że
    może może... Ale zarzekłam się, żeby był w każdej chwili gotowy
    szybko wrócić. Jeszcze żeśmy u dzieci zawieszali
    żyrandole w pokojach. Nie powiem, żeby rozgrywanie skurczu na stołku
    z rękami w górze trzymającymi żyrandol było łatwe, ale udało się.
    Żyrandole powieszone. A skurcze powoli sobie pełzły dalej ślimacząc
    się. Grześ pojechał do pracy. A ja sobie na przemian rozgrywałam
    skurcze, przygotowywałam kominek do rozpalenia, przyniosłam drewno.
    Przekąsiłam drugie śniadanko. W międzyczasie odpoczywałam, krzątałam
    się po domu, sprzątałam, bo chciałam mieć piękny dom na tę uroczystą
    chwilę narodzin Tosiaczka (tak o niej mówiliśmy, bo jeszcze nie
    wiedzieliśmy, czy jest chłopcem czy dziewczynką).
    No i wreszcie się przekonałam, że zaczynają nabierać regularności
    skurcze: co 10 minut. Zadzwoniłam około 11 do położnej. Ale jej nie
    zastałam. Zadzwoniłam do Grzesia, żeby jednak przyjeżdżał do domu,
    bo ja jednak nie mogę odebrać Lidzi ze szkoły (tak się razem
    obawialiśmy, żeby za wcześnie nie wzbudzić w sobie płonnych
    nadziei). No i zaczęłam robić obiadek dla ukochanej rodzinki.
    Kasza jęczmienna, schabowy, sałatka. W międzyczasie zadzwoniła nasza
    zaprzyjaźniona młoda mama, czy może przyjechać. Powiedziałam, że
    może, ale że prawdopodobnie rodzę. Napaliłam w kominku, żeby zrobić
    super atmosferę.
    Wreszcie wrócił Grzesio z Lidzią. Lidka cała w skowronkach: "Ja
    wiedziałam, że jak po mnie przyjedzie tata, to znaczy, że ty
    rodzisz, hura, dzidziuś się rodzi" Wydawała takie oto płomienne
    okrzyki z młodych 7-letnich płuc. W międzyczasie przyjechała jeszcze
    Ewelinka, pogadałyśmy, herbatkę jej zrobiłam, kończyłam obiad.
    Daniela przywieziono nam z przedszkola. Przed 14 zjedliśmy wszyscy
    obiad, chociaż ja raczej oszczędnie. Pomogli mi już wszyscy w
    nakryciu do stołu, bo stwierdziłam, że muszę bardziej się skupić na
    oddychaniu. Dzieciaki głaskały Tosiaczka w brzusiu po drodze. Grześ
    uczynnie Ewelinkę odwiózł na autobus, a ja w tym czasie
    stwierdziłam, że muszę zwolnić tempo,odpocząć, bo położna dalej
    niedostępna pod telefonem, a skurcze jakby nabrały rozmachu.
    Przyjechał Grzesio i włączył mi śpiewy ptaków, potem grał mi na
    gitarze, razem się modliliśmy, i on sam za mnie i okruszynkę.
    Dzieciaczki masowały maluszka, co zaczął brykać w brzuchu. Jeszcze
    podłożyłam sobie podkład pod prześcieradło (gdybym jednak wolała
    rodzenie na łóżku od rodzenia w wannie).
    Jeszcze świece, już za żadne skarby nie mogłam uleżeć, musiałam się
    skupić na Tosiaczku, na oddychaniu, na modlitwie do Anioła Stróża
    tego maleństwa. Do Anioła Stróża mojej położnej, która gdzieś się
    dalej włóczyła. I za tą kruszynkę, która między skurczam zaczęła mi
    sama wypychać głowę na świat znacznie przyspieszając poród. Jeszcze
    chwila i cudownie ciepła i mokra istota chlupnęła na czworo naszych
    rąk. To była Tosia. Mały cud siedzi teraz u mnie na kolanach i bawi
    się swoimi paluszkami u nogi.
    Mojego porodu nie zamieniłabym na żaden inny. Po prostu był
    wymarzony (pomimo pewnego niepokoju związanego z nieobecnością
    położnej- stąd modlitwa do jej Anioła Stróża).


    nisiabu 10.03.07, 16:22 Odpowiedz
    To jest moja relacja napisana na gorąco (Iga urodziła się wieczorem
    napisałam
    to rano).

    Jak się rodziła Iga Buczyńska - 15 lutego 2006.

    Obudziła mnie raniutko o 5:30 swoim wierceniem. Próbowałam jeszcze
    zasnąć, ale skapitulowałam i stwierdziłam, że dawno się nie
    gimnastykowałam i zrobię sobie delikatną sesję. Pomyślałam "dziś
    termin". Około 6:10 pękł pęcherz płodowy, wylało się troszkę wód, i
    po kilkunastu minutach odszedł czop śluzowy. Troszkę później
    pojawiły się dosyć regularne skurcze, niebolesne, co 7-13 min.

    O 7-mej zadzwoniłam do Ireny. Umówiłyśmy się, że zadzwonię poźniej,
    jak skurcze będą częstsze, a jeśli długo ich nie będzie to
    pojedziemy do szpitala, a poza tym przyjdzie do nas wracając z
    miasta wczesnym popołudniem. Do przyjazdu Ireny ok. 15:30 skurcze
    były, ale niezbyt bolesne, i co 5-10 min, od 15-stej co 5 min.
    Przez cały ten czas razem robiliśmy ostatnie przygotowania,
    prasowanie, trochę sprzątania, wybrałam pierwsze ubranko i pieluszkę.

    Irena mnie zbadała ok. 16 i powiedziała, że mam rozwarcie na 1cm,
    szyjka nie zgładziła się całkowicie, ale jest podatna na
    rozciąganie. Zaproponowała dwie opcje: spacer i schodzenie po
    schodach albo od razu do szpitala, bo od odejścia wód już sporo
    czasu minęło i trzeba sie liczyć z tym, że prawdopodobnie w szpitalu
    i tak wylądujemy, a jeśli nie chcemy mieć tam nieprzyjemności albo
    kłamać to trzeba już jechać. Wody ciekły czyste, tętno Igusi było
    wzorowe, więc zdecydowaliśmy się pójść na spacer, który trwał ok.40
    min. Skurcze zrobiły się bardziej bolesne i co 4 min. Odpoczęłam
    trochę w domu i ruszyłam na schody. Sugestia Ireny była wjeżdżać
    windą na 9 piętro i schodzić do 1-szego (żeby za dużo ludzi nie
    spotykać) i tak zrobić z 8 razy.
    Zrobiłam 2,5 (mieszkamy na piątym) i stwierdziłam, że muszę odpocząć
    w domu, bo skurcze są coraz mocniejsze.

    W międzyczasie Irena zapytała nas, do którego szpitala byśmy chcieli
    pojechać w razie czego, powiedzieliśmy, że my sirotki żadnego w
    końcu nie odwiedziliśmy i że za jej radą na Solec, bo najbliżej.
    Zadzwoniła do Krystyny Komosy (położnej z Solca) i okazało się, ze
    ona może być w szpitalu o 21.
    Irena powiedziała, że nie wierzy, żebym przed 21 urodziła i w
    związku z tym możemy jeszcze pobyć w domu i że zbada mnie dopiero po
    20, bo lepiej zbyt czesto nie badać przy na wczesnym wyciekaniu wód.
    Od 18 skurcze były ciężkie do zniesienie i walczyłam z nimi, miałam
    trochę kryzysu i pomyślałam oby to był kryzys 7 cm smile. Irena
    mówiła, że świetnie sobie radzę, przypominała, że właśnie miałam aż
    5 min przerwy - słowem była cudowna. Wreszcie powiedziała, że
    jeszcze 2 skurcze i mogę wskoczyć do wanny!

    Powoli zrozumiałam jak się rozluźnić w skurczu i otworzyć (szkoła
    rodzenia tak bardzo mi w tym pomogła, zwłaszcza zajęcia o swobodnym
    wydawaniu dźwięków i to że Asia powtarzała, że kręcenie biodrami
    jest super). W wannie na początku było super, ale jak przyszedł
    skurcz to nie wiedziałam gdzie się podziać. W końcu znalazłam
    cudowną pozycję, jak na drabince oparłam się o
    kaloryfer i kręciłam biodrami i już nie walczyłam ze skurczami.
    Zbliżała się 20, tętno Igi cały czas wzorowe. Poczułam popieranie.
    Irena była zaskoczona.
    Poszłyśmy się zbadać. Nie było dużo czasu na badanie, bo skurcze
    były dość częste. Irena powiedziała, że mam pełne rozwarcie!!! Była
    zaskoczona, później powiedziała, że liczyła na to że będzie z 5 cm.
    Jarek migiem zbiegł do samochodu Ireny po drugą torbę porodową (bo
    Irena nie wierzyła, że uda sie skończyć w domu, więc nie
    przynieśliśmy jej wcześniej), w której był rzeczy potrzebne w
    drugiej fazie. Główka urodziła się powoli i delikatnie, ale barki
    troszkę szybko i trochę popękałam powierzchniowo. Iga przyszła na
    świat ok. 20:40 i gło
  • mocpytan 15.12.07, 01:51

    . Iga przyszła na świat ok. 20:40 i głośno krzyczała, Irena
    powiadomiła Krystynę Komosę, że już dzidzia jest przysuwając telefon
    do wrzeszczącej Igi, która powoli uspokajała się w naszych
    ramionach. Nasz mały ssak zaczął szeroko otwierać pyszczek i zassał
    się na jakieś 2,5h.

    Po ok. 50 min urodziło się wielkie łożysko. Było całe! Obejrzeliśmy
    je sobie, Irena pokazała jak mocny jest pęcherz i jakim cudem mieści
    się w nimdzidzia. Przez czas jak leżałyśmy z Igą, Jarek z Ireną
    trochę uprzątnęli bałagan w łazience gdzie się Iga urodziła, Irena
    obejrzała jeszcze łożysko dokładnie i przygotowała się do szycia.
    Mam kilka szwów, Irena z cudowną cierpliwością mi je zakładała
    informując o każdym najmniejszym ruchu. Jeszcze przed szyciem Iga
    została zważona i zmierzona.

    Dziś Iga została zaszczepiona i obejrzana przez pediatę - wszystko
    jest dobrze. Teraz głównie śpi, a my co mocno zmęczeni

    kasiaimichael 14.08.07, 07:55 Odpowiedz

    Wszystko zaczelo sie w nocy. Pomyslalam sobie nawet ze dobrze sie
    sklada, bo mama i siostra mialy jechac na wies wiec moze zabiora ze
    soba Kube. Do tego czasu nie bylam pewna czy chce zeby byl przy
    porodzie, ale jak sie zaczelo wiedzialam ze nie bede w stanie
    skoncentrowac sie przy moim dwulatku wymagajacym ciaglej uwagi. No i
    woda w basenie, dla niego byloby to zaproszenie do zabawy w
    pluskanie.
    Okazalo sie jednak, ze mama nigdzie nie jedzie a skurcze przeszly.
    Nie chcialam dzwonic do poloznej poki nie bede pewna, ze to jednak
    TO wiec zaczelam sprzatac (posprzatalam caly dom), bawic sie z Kuba
    i robic wszystko to, co robie normalnie w domu. Kolo 2 zadzwonilam
    do poloznej. Nie bylo jej w domu, komorki, ktora mi podala tez nikt
    nie odbieral. Zaczelam sie troche niepokoic, bo z Lublina to jednak
    kawalek a skurcze nie nasilajace sie ale jednak odstepy miedzy nimi
    sie zmniejszaly.
    Zadzwonilam do fizuli i ona oraz jej maz-gfizyk (dzieki Ci Boze za
    nich ;0) zaczeli poszukiwania pani Zosi. W miedzyczasie oddzwonil
    tez syn z komorki. Wszyscy razem zaczeli szukac poloznej, a my 120
    km dalej jemy obiad u mojej mamy i udajemy ze nic sie nie dzieje.
    Chyba dobrze udawalam, bo mama niczego sie nie domyslila (a mialam
    juz silne skurcze). Powiedzielismy jej dopiero jak polozna byla jez
    w drodze, nie chcialismy jej denerwowac (no i balam sie tez, ze jak
    sie dowie ze nie moge sie skontaktowac z polozna to zadzwoni jeszcze
    na pogotowie i bede sie musiala z nimi szarpac).
    Siedzialam sobie na pilce, Michael w poblizu, a maz fizuli gnal na
    leb na szyje z polozna, ktora od czasu do czasu dzwonila z drogi
    sprawdzic jak wszystko sie posuwa. Powiedzieli mi potem ze uzywali
    CBS i kierowcy mowili im jak jechac i ustepowali z drogi,zeby
    zdarzyli. Dojechali w 1,5 godziny wink.
    W miedzyczasie my napielnilismy basen (zajelo nam to 15 min) i
    polozna jak juz dojezdzala powiedziala zeby do nigo wejsc. Woda
    fajnie unosi i znosi troche bol, ale okazalo sie ze jest jeszcze
    lepiej jak jest cieplejsza.
    Przyjechala pani Zosia i kazala dolewac wrzatek bo za zimna.
    Rzeczywiscie o wiele lepiej jak jest cieplejsza. Rozwarcie na 4 cm,
    moja mama mowi: “oj to potrwa…” (z Kuba z takim rozwarciem zjawilam
    sie w szpitalu i “zeszlo” nam 12 godzin). Polozna na to: ” za 1.5
    godziny rodzimy”. Mama tylko pokiwala glowa i poszla. Kuba spal u
    niej.
    Siedzialam sobie w basenie a Michael liczyl skurcze i ich dlugosc.
    Pani Zosia miedzy skurczami “wciskala" we mnie wode z miodem i
    cytryna. Co skurcz przeszedl to ona “pij”. Slomki zginajace sie sa
    jednak potrzebne.
    Zaczelam czuc parcie i polozna mowi zeby jeszcze nie przec. Dobrze
    mowic jak sie chce to nie ma sily zeby to powstrzymac. Wyszlam z
    baseny pochodzilam troche i teraz to juz na prawde nie moglam sie
    powstrzymac. Wrocilam do basenu, Michael poszedl powiedziec mamie i
    siostrze ze moga przyjsc jak chca. Mama w szoku, bo byla pewna ze
    dziecko urodzi sie dopiero nad ranem.
    Siedzialam na kolanach Michaela, on mnie trzymal a polozna odbierala
    dziecko. Okazalao sie ze pierwsza idzie raczka i moja mama (jak
    mowila siostra) zbladla. Pani Zosia tak pokierowala jednak akcja, ze
    mala wyszla bez problemu (mimo 2-kronego owiniecia pepowina i
    beznadziejnego szycia po porodzie Kuby). Nie plakala.
    Ale to fajnie dostac dziecko od razu, bez zabierania do wazenia itd.
    Chwile siedzielismy z nia w basenie a potem wyszlam urodzic
    lozysko. Okazalo sie ze sa 2 malenkie pekniecia na 1 szew, potem
    poszlam do lazienki sie umyc. Jaki to komfort moc korzystac ze
    swojej lazienki wink
    Wypelnilismy wszystkie papiery, zwazylismy mala 3,100 kg, 56 cm,
    polozna i maz fizuli zjedli kolacje i pojechali.
    A my z tych emocji nie moglismy spac tylko siedzielismy w lozku z
    mala (nie nazwana jeszcze przez kolejne 4 dni) i patrzylismy jak
    sie rozglada…

    Rano przyszedl Kuba i siostra tak mu sie spodobala ze najpierw ja
    wycalowal a potem chcial nakarmic paluszkiem smile
  • mocpytan 15.12.07, 01:53
    daisy 06.12.07, 20:55 Odpowiedz
    Dziewczyny, rok temu o tej porze urodziłam Stasia, u nas w domu.
    Nigdy nie było okazji opowiedzieć o tym wydarzeniu! Tak bardzo nie
    chciałam iść do szpitala i byłam szczęśliwa, że udało nam się
    znaleźć lekarkę, która zgodziła się przyjąć poród w domu. O czwartej
    rano obudził mnie skurcz. Wstałam cicho, żeby się zorientować w
    sytuacji, zamknęłam drzwi za śpiącym mężem. Skurcze były od razu co
    pięć-cztery minuty, najpierw takie całkiem znośne. Pierwszą godzinę
    przesiedziałam na kibelku (ciesząc się, że obejdzie się bez
    lewatywy). Skurcze nie mijały, więc postanowiłam obudzić męża.
    Marcin był przejęty, ale bardzo spokojny i przytomny. Zaczęliśmy
    sprzątać mieszkanie, odkurzać, myć podłogi - tzn. ja tylko trochę
    pomagałam, bo mnie bolało. Zapisywałam trochę skurcze, Marcin
    słuchał tętna Staszka specjalną trąbką (ćwiczył to od dwóch
    tygodni). Zadzwoniłam do lekarki, powiedziała, że się powoli do nas
    wybiera.
    Na podłodze zrobiliśmy z kołder i poduszek wielkie legowisko.
    Skurcze stopniowo robiły się coraz bardziej bolesne, siedziałam na
    tych kołdrach i w czasie skurczu klęczałam opierając się na
    Marcinie, w przerwach odpoczywałam na poduchach. Teraz sama się
    dziwię na myśl, jak byliśmy spokojni.
    O dziesiątej przyjechała lekarka i już wtedy skurcze były naprawdę
    mocne.
    Posłuchała serca malucha, zbadała mnie i usiadła sobie z boku. W
    pewnym momencie zaproponowała wejście do wanny, ale było mi tam
    zimno i niewygodnie.
    W tym czasie już ze zmęczenia zasypiałam między skurczami i Marcin
    musiał mi w tej wannie podtrzymywać głowę, więc wróciłam na swoje
    poduchy. Tego dnia był wielki upał, lekarka i Marcin męczyli się z
    gorąca, a ja trzęsłam się z zimna!
    Bolało mnie mocno, nie mogłam powstrzymać się od krzyku z bólu (na
    szczęście uprzedziliśmy sąsiadów). Marcin mocno mnie trzymał w
    czasie skurczów i pomiędzy, żebym mogła odpocząć. Koło dwunastej
    poczułam, że skurcze się zmieniły, zaczęło się parcie. Pękł pęcherz
    płodowy i odeszły wody, trochę zielonkawe. Pani doktor słuchała
    regularnie tętna Stasia i powiedziała,, że nie ma powodu do
    niepokoju. Parcie przeciągało się. Około pierwszej lekarka
    powiedziała, że wszystko powinno przyspieszyć w wodzie, poszliśmy
    więc znowu do łazienki, ale jakoś nie mogłam sobie znaleźć wygodnej
    pozycji w tej wannie i zostałam na stojąco. Zaczęła się już
    pokazywać główka, ale posuwała się bardzo powoli. Skurcze były
    rzadkie, ja była zmęczona. Lekarka trochę bardziej stanowczo
    wkroczyła do akcji i kazała mi ukucnąć w wodzie. Wtedy urodziła się
    główka Stasia, do wody. Pani doktor wtedy kazała mi wstać i szybko
    urodziły
    się ramionka i cała reszta. Stasinek był trochę fioletowy i oboje,
    Marcin i ja, pomyśleliśmy, że nie żyje. Ale lekarka szybko obróciła
    go na brzuszek i odezwał się całkiem głośno. Biedaczek był cały
    wymazany w krwi i smółce.
    Wyszłam z wody i osunęłam się na podłogę koło wanny i wtedy
    przytuliłam Stasia. Była 13:30. Obydwoje byliśmy goli, zakrwawieni i
    wymęczeni, ale chyba oboje czuliśmy ogromną ulgę. Stasio nie płakał,
    leżał przytulony do mnie, jeszcze cały czas z pępowiną. Kiedy pani
    doktor ją przecięła, wzięłam Stasia w ramiona i jakoś przenieśliśmy
    się na nasze legowisko. Tam położyłam się z małym przy piersi i tak
    sobie odpoczywaliśmy, Stasio ładnie się przysysał.
    Dopiero później było szycie (na stole), kąpanie Stasia i mnie
    (Marcin z lekarką musieli mnie prawie zanieść do wanny, potem
    zapakowali mnie do łóżka i kąpali Stasia), sprzątanie (pani doktor
    właściwie wszystko posprzątała) i powoli powrót do rzeczywistości.
    Dziś wspominamy tamten dzień z wielkim wzruszeniem.

    wytuli 07.08.07, 20:44 Odpowiedz
    pisze po kilku dniach, bo teraz jakos ochlonelam smile
    Chcialam tylko napisac, ze byl to jeden z najpiekniejszych dni w
    moim zyciu i ze nie ma lepszego miejsca do porodu niz dom. Nie ma
    lepszej poloznej niz Irena smile,
    nie ma wiekszego szczescia niz porod z mezczyzna, ktorego sie kocha.
    Wszystko trwalo dosyc dlugo, bo 17 godzin, w miedzyczasie bylo
    zagrozenie, ze nie urodze w domu, bo po 12 h mialam wciaz rozwarcie
    tylko na 3 cm... Mialam wtedy straszny kryzys, balam sie, ze nie
    urodze jednak w domu, a bardzo nie chcialam do szpitala jechac sad(((
    Irena zabrala moja krew na zelazna, zeby zrobic morfologie, bo od 12
    h saczyly mi sie wody, ale na szczescie okazalo sie, ze jest OK i
    moge zostac w domu jeszcze...
    Irena uznala, ze powinnam wejsc do wanny, zeby sie zrelaksowac i ze
    moze wtedy cos ruszy..., a sama pojechala na chwile do domu.
    Jak tylko weszlam do wanny zaczelam miec takie skurcze (chyba ze
    strachu przed szpitalemsmile)), ze juz od 16 do 20.40 krzyczaam jak
    opetana smile)))) Moj maz zadzwonil do niej jak mialam skurcze co
    chwila, jak mnie uslyszala przez
    telefon, od razu wsiadla w auto i przyjechala smile
    W sumie dojechala w sam raz na czas, bo juz bylam na etapie
    obsesyjnego myslenia o wyskoczeniu z okna i zalowalam, ze sypialnie
    mamy na I pietrze i ze nie mieszkamy w wiezowcu smile))))))))))
    Pol godziny pozniej, o 20:40 mala Nina wyskoczyla, zostala mi podana
    na rece. Nawet nie zaplakala, kaszlnela kilka razy, łypneła na nas
    jednym okiem i tak sie przygladala kilka minut. Pozniej od razu
    pomogli mi polozyc sie w lozku, przez 3 godziny lezala mi na piersi,
    pozniej Irena zszyla mnie w kilku miejscach, bo leciutko popekalam,
    posprzatali, zwazyli mala i poszlismy spac smile
    Na nogach bylam juz po poludniu nastenego dnia. Doszlam do siebie w
    24 godziny!

    Po samym porodzie bylam szczesliwa, ale zastanawialam sie, jak ktos
    moze zapomniec TAKI bol smile

    A teraz, minelo 9 dni, a ja juz nie pamietam, jak bolalo! big_grin
    Pamietam jedynie, ze byl to magiczny dzien, ze byli ze mna cudowni
    ludzie, ze malutka urodzila sie w spokoju i ciszy, ze moglam
    dochodzc do siebie we wlasnym domku...

    Jestem najbardziej wdzieczna mojemu mezowi i Irenie za to, jak mi
    pomogli. Byli cudowni i niezwykli!!!!!! Dzieki nim cos, czego sie
    balam, zamienilo sie w najwaspanialsza chwile mojego zycia!!!!!!!!!

    I ciesze sie, ze nie uleglam czarnym wizjom znajomych, lekarzy itp,
    ktorym wydaje sie, ze to narazanie dziecka na smierc.

    Teraz jedni podziwiaja, inny sie dziwia, a inni mowia, ze "mialam
    szczescie, ze nic sie nie stalo"...

    A ja wiem swoje - wiem, ze gdybym byla w szpitalu, to po tych 12 h
    podlaczyliby mnie pewnie do oksytocyny. Ze moglabym trafic na
    przypadkowa polozna, a Nina na pewno by plakala, jakby ktos jej
    swiecil po oczach lampami. Pozniej by mi ja po kilkunastu minutach
    zabrali.


    --
    ile do końca?

    czekamy na ciebie
  • mocpytan 15.12.07, 01:55

    kropkaa 09.08.07, 20:48 Odpowiedz
    Moja dentystka na wieść, że rodzę w domu powiedziała, że wg niej mam
    wysoki próg bólu i bez znieczulenia dam sobie radę. Podczas porodu
    miałam tylko bóle krzyżowe. Skurcze miałam w nocy; od momentu, gdy
    wstałam, czyli ok. 11, do 18, gdy urodziła się córeczka, nie pojawił
    się ani jeden. W OGÓLE! Ale bóle krzyża były tak bolesne, że z butów
    wychodziłam. Był moment (zdiagnozowałam to potem jako kryzys 7 cm),
    że jedyne o czy marzyłam, to... cesarka! Aby tylko nie bolało.
    Myślałam tak: dziecko będzie jedynaczką, ale jeśli nie, to nigdy
    więcej poród w domu, tylko w szpitalu i tylko cesarka. Zastanawiałam
    się, czemu nikt mi nie powiedział, że to aż tak boli? Gdybym rodziła
    w szpitalu, to na kolanach bym błagała o znieczulenie! Potem bolało,
    gdy mała wychodziła na świat; czułam się, jakby mnie rozrywało od
    środka i błagałam: "Irenka, proszę Cię, wyciągnij Małą, bo ja już
    dłużej nie wytrzymam!" Jakoś do tej pory nie doszłam do tego, jakby
    to Irena miała zrobić... Na szczęście to wszystko trwało bardzo
    krótko, najgorsze bóle krzyżowe to było łącznie kilkanaście minut,
    dwa skurcze parte powstrzymałam, bo czekałam na mężą i Irenę, a
    potem po trzech pchnięciach córcia była już z nami. W ogóle poród
    trwał bardzo krótko, gdy tylko zobaczyłam dziecko już nie pamiętałam
    co było przed, nawet miałam wrażenie, że może aż tak bardzo nie
    bolało... Choć z drugiej strony pamiętałam, że bolało bardzo...
    Wydaje mi się, że w szpitalu byłoby koszmarnie - gdybym musiała
    leżeć, rodzić na łóżku, mieć koło siebie pobcych ludzi. A tak cały
    czas przyjmowałam takie pozycje, by jak najbardziej pomóc dziecku
    dobrze wejść w kanał rodny i to chyba poskutkowało takim szybkim
    porodem. Nie wyobrażam sobie tego wszystkiego nie w swoim domu.

    embro1 03.07.07, 00:56 Odpowiedz

    nieco krótki, bo skopiowałam go z innego forum, gdzie szybko kiedys
    pisałam...
    jek znajde czas to opisze dokładniej, a na razie tyle

    Mój pierwszy poród- kołatała się mysl żeby w domu, ale nie byłam
    pewna jak to jest smile
    Szpital Św Zofii w Warszawie o najwyższych notowaniach, ale nie
    obyło się bez: przy przyjęciu dłuuugie przepytywanie do "papierów"
    pesel itd... a ja miałam rozwarcie na 4 cm (wody odeszły w domu o
    18.30), potem z automatu wpisały datę porodu na next day (była godz
    20.00) a na słowa mego meza, że urodzę dzisiaj powiedziały Taaa na
    pewno... i co- pomyliły się urodziłam o 23.15.
    Poród bardzo miły, połozna z dyżuru, ale ja jakaś otumaniona byłam,
    poddałam się i wykonywałam o co prosiła, m inn zupełnie nie wiem
    dlaczego urodziłam na fotelu dla rodzących, zamiast tak jak chciałam
    przedtem w kucki... Ot niepewnie i nie na swoim gruncie czułam się
    nawet w tym niby miłym pokoju agrestowym. Połozna co jakis czas
    sprawdzała rozwarcie, zupełnie niepotrzenie moim zdaniem.
    Większośc porodu spędziłam w wannie, ale to wstawanie z wanny i
    wychodzenie kilka razy na korytarz żeby dostać się do wc, na oczach
    wszystkich w dyżurce nie było zbyt fajne, nie rozumiem dlaczego nie
    zainstaluja chociaż takich mini turystycznych toaletek?
    Położna ogólnie miła, asystowali jeszcze w końcówce lekarz i
    lekarka, w sumie
    nie wiem dlaczego, ale ok, przynajmniej pokazali nam na naszą prośbę
    i opisali szczegółowo łożysko smile Ogólnie poród wspominam jako bardzo
    dobry, bylismy z mezem bardzo pozytywnie zaskoczeni, że tak ładnie i
    estetycznie odbył się nasz poród... Przy partych nie krzyczałam,
    córeńka jak kosmitka wyszła do połowy i wydała pierwszy krzyk, będac
    jeszcze we mnie brzuszkiem i nóżkami, piękna
    chwila, później juz była cichuteńko, od razu się kochana przyssała
    do cyculka. krocze nie było nacinane ale pękło 1 cm i też nie wiem
    dlaczego zszywała mi na żywca, bolało bardziej niż cały poród, brrr,
    tu dopiero krzyknęłam i ściskałam meza rekę z całej siły.
    Maleńka miała 57 cm, 3700 i 10 apgar smile
    Po porodzie w szpitalu wynajęlismy pokój rodzinny tzn. taki w którym
    mógł przebywać też mój mąż przez całe 3 doby ze mną i maleńką.
    Spałam, spałam, spałam z przerwami na karmienie. Czułam się jakbym
    była chora, wizyty lekarzy, obchody, itd... ale połozne bardzo miłe,
    bo na tzw oceanie była indywidualna położna, wzywałam ja za pomocą
    pagera, gdy maleńka miała problem w drugiej dobie, były na przemian
    z nami w pokoju prawie całą dobę. Połozna uczyła tez nas kapac i
    przewijać, ale cena..., w 2002 roku poród + pokój kosztowały nas
    łącznie 2100zł

    Gdy córcia miała 1 rok i 9 msc, urodziłam synka- zupełnie sama.
    Miałam skurcze przepowiadające, już na 5 dni przed porodem chcieli
    mnie zatrzymać w szpitalu, ale odmówiłam i bardzo się cieszę, bo
    pewnie by mi przyspieszyli, a tak wody odeszły sobie raniutko o 7.20.
    Zdecydowaliśmy, że ponieważ córcia dopiero wstała i była nieco
    nieprzytomna, mąz zawiezie ją jednak do dziadków.
    W tym czasie byłam w kontakcie tel z Ireną, która po raz pierwszy
    miała 2 porody po sobie, i mój 3 bezpośrednio po tamtych, jechała z
    dośc odległej dzielnicy. Próbowałam kąpieli, nalałam wody, weszłam
    do wanny, ale poczułam skurcze parte, wyszłam i w 1 minutę
    (dosłownie, mam zapisane w pamięci telefonu- między dwoma
    połączeniami z Ireną, pierwsze połaczenie "irena wychodzi główka" ,
    drugie "irena mam go") wyskoczył mój synek. Rodziłam kucająco-
    klęcząco, na ręczniku, który wczesniej sobie przygotowałam podobnie
    jak nozyczki i zaciski na pepowine, pieluszki itp... (Łazienke
    wybrałam jako miejsce porodu juz wczesniej, ze względu na
    bliskosc sanitariatów i łatwośc uporządkowania... wink
    Nigdy tego nie zapomnę, ta siła którą czułam i duma, taka pierwotna
    siła kobiety bliskiej naturze.
    Nikt mi nic nie kazał, nie prowadził, ciało samo wie co ma robić, ja
    byłam w zasadzie tylko obserwatorem.
    Już przed porodem miałam przeczucie, że cos takiego może się zdarzyć
    i omówiłyśmy szczegółowo z Ireną jak mam urodzić sama, dzięki temu
    nie czułam żadnego lęku, wiedziałam jakie sa fazy wygladu noworodka,
    że może przybrac fioletową barwę itd... to niesamowite
    doświadczenie, że natura sama za mnie pcha syna na zewnątrz, jak on
    sam obraca się we mnie i przybiera właściwą
    pozycję wychodząc, jak układa się na mych dłoniach, które
    podłożyłam, by go przyjąć, myślę, że nawet z położną jednak troszkę
    by mnie to ominęło, a tak ja, moje ciało i dziecko byliśmy tylko my,
    maksymalnie skupieni. Ból w trakcie wczesniejszych
    skurczów mijał mi niezauważalnie, bo byłam zajęta krzatanina
    przygotowań do porodu, zaś skurcze parte, to był w zasadzie jeden
    potęzny skurcz, przy którym nieco jęknęłam z wysiłku i który płynnie
    wypchnął mego synka na świat.
    Kajtuś urodził się o 8.25
    57 cm, 4300g 10 apgar, Irena spóźniła się 5 minut. Z łazienki
    jeszcze poszłam otworzyc jej drzwi (nie miała oczywiście klucza),
    mój mąz 10min, razem urodziliśmy łożysko.
    Potem leżeliśmy w łóżku, Irena pomagała nam w sprawach domowych,
    rozmawialiśmy... Koło południa maz pojechał po Nataszkę, a ona mając
    1,9msc powiedziała " chce przytulić Kajtusia" i tak zrobiła,
    cieszyła się bardzo, a potem leżeliśmy wszyscy razem, szczęśliwi...
    maluszek spał a starsza siostra oglądała jego twarzyczkę, po
    południu wstałam, zrobiłam sobie herbaty, miałam ochotę ugotować
    obiad, po proteście meża poprzestałam na kanapkach, okres poporodowy
    minął niezauważalnie.
    Czułam się silna, zdrowa, spełniona i piękna.
    Jeśli mam rodzic to tylko w domu.
    Aha i w domku nic mi nie pękło, tylko maleńkie otarcie było, ha!

    ps.
    Teraz chcemy miec trzecie dziecko, jesli nic nie stanie na
    przeszkodzie, chciałabym także urodzic w domu. I z Ireną oraz męzem
    może tym razem, no i przewiduje tez dzieciaczki wink
  • mocpytan 15.12.07, 01:56
    klp78 03.08.07, 22:17 Odpowiedz
    Aby zrozumieć przebieg mojego porodu, muszę opisać co robiłam zanim
    on nastąpił.
    Była sobota 30.06.07, trzy dni po terminie, brzuch wysoko itd...
    Umyłam dwa okna, wyprasowałam górę prania, 3 godziny buszowałam po
    łódzkiej Galerii, jak zwykle w sobotę przepłynęłam 1200 m. na
    basenie i wykończona, w dobrym humorze wróciłam do domu. Marzyłam
    tylko o tym, aby wyciągnąć nogi. Była 22:00 i ...... się zaczęło.
    Bóle jak przed miesiączką co 5-6-7 min, częste wizyty w toalecie i
    przeświadczenie, że to na pewno wyczekiwane przeze mnie bóle
    przygotowujące. Trochę się dziwiłam, że nie dają się wygłuszyć przy
    zmianie pozycji, ale stwierdziłam, że to tylko fałszywy alarm, bo za
    częste itd...
    Po dwóch godzinach, już trochę podekscytowana postanowiłam podzielic
    się z mężem tą wiadomością, a On na to, że to na pewno nie to, bo
    jak to określił- nie wyglądam na kobietę, która rodzi. Jednak na
    moje pytanie jak wg niego mam w tym dniu wyglądać nie udzielił
    zadowalającej mnie odpowiedzi. Stwierdził tylko, że owszem najwyższy
    czas zrobić W TYM TYGODNIUsmile zdjęcia brzuszka.
    Pomimo to był łaskaw na moje prośby poznosić na dół przygotowane
    przeze mnie torby do szpitala, oraz zestaw na poród domowy, poczym
    zasnął przed telewizorem!!!!!
    Ja w tym czasie przestałam myśleć głową,tylko wiedziona instynktami
    usiadłam na piłce ze stoperem i kartką w ręku i zapisywałam. Gdyby
    ktoś mi powiedział, że na miejsce dużej części porodu wybiore kuchnię
    (przy koszu na śmieci i misce z psią karmą) wysmiałabym...
    Skurcze już nie były tak przyjemne, ja potwornie zmęczona, cały czas
    przy nadziei, że mi przejdzie i będe mogła zasnąć podskakiwałam na
    piłce i zastanawiałam się jak to możliwe, że tyle pożytecznych
    rzeczy podczas porodu inne forumowiczki mogły zrobić. Starałam się w
    krótkich przerwach pomiędzy skurczami oderwac sie od piłki, ale sie
    nie udawało. Kiedy wybiła godzina
    03:00 postanowiłam zadzwonić do położnej i skruszona, że muszę ją
    obudzić wykonałam tel. Dorota(czyt.Anioł)powiedziała, że jeśli
    sytuacja się przez godzinę się nie zmieni lub odejdą wody mam
    dzwonić. W tym czasie bóle się zaostrzały,a chrapanie męża
    spowodowało, że postanowiłam Go opuścić i wychować dziecko samasmile
    Od tego momentu wstąpiły we mnie nowe siły i w przerwach umyłam
    okno, wstawiłam pranie, nakryłam obrus i posprzatałam mieszkanie na
    przyjazd położnej. Kiedy wybiła godzina 4:00 mój małzonek był łaskaw
    się obudzić i przyznam, że warto było w samotności powalczyc przez
    ten czas, aby zobaczyc jego minę, kiedy rzucił okiem na mnie i na
    długą listę z odliczanymi skurczamismileOd tego momentu był mój!!!
    Kiedy pojechał po położną, postanowiłam zadbać o siebiesmile
    Przebrałam się, przypudrowałam nosek (wariatka). Byłam tak zmęczona
    i marzyłam tylko o tym, żeby na chwilę zasnąć. Bóle już rzucały mnie
    na kolana, dodam ,że były krzyżowe, piłka już tak nie pomagała i
    myślałam tylko o tym jakie jest rozwarcie? Kiedy przybyła Dorota,
    zbadała mnie i orzekła, że rozwarcie na dwa
    palce, byłam załamana. Byłam juz skrajnie wykończona po 6 i pół
    godzinach walki, przerw juz prawie wcale nie było, a ja zasypiałam
    na piłce.
    Zdecydowalam sie jeszcze na lewatywę i przyznam, że było to nawet
    przyjemne. Czas do godziny 08:20 upłynął mi na postękiwaniach,
    obiecywaniu sobie, że juz nigdy rodzić nie będę itd. Wanna ulgi mi
    nie przyniosła i przyznam się bez bicia, że gdybym była wtedy w
    szpitalu brałabym wszystkie znieczulenia światasmile Nie jestem w
    stanie opisać szczegółowo co się wtedy ze mna działo, bo poprostu
    nie pamiętam. Jedynie spokój Doroty i jej słowa po kolejnym pomiarze
    bicia serca dziecka cyt." Jak w szwajcarskim zegarku"
    Kiedy wreszcie rozwarcie było pełne, zadowolona przeszłam do
    działania, bo przecież pamiętałam z opowiadań, że 2-3 skurcze i po
    robocie. Po godzinie parcia poczułam się oszukanawink Siły juz nie
    miałam wcale, a dziecko się nie przesuwało. Posłusznie na polecenie
    zmieniałam pozycje( raz na stojąco przy szafce, to w kucka i
    polecam - na kibelku). Z braku siły, skurcze sie osłabiły i
    występowały co pięć minut. Po kibelku przyszedł czas na finał. Mąż
    przyszykował mi w sypialni dwa stanowiska, na łóżku i na podłodze.
    Bez wahania wybrałam to drugie. Niestety byłam tak wykończona, że
    jedyną pozycją jaka wchodziła w grę była klasyczna. Nogi mi się
    trzęsły jak galareta. Mąż z tyłu podtrzymywał moją głowę a Dorota
    dyrygowała z przodu. Ile ta kobieta włożyła pracy, aby mnie nie
    uszkodzić. Polewała krocze rycyną, naciągała koronę i motywowała do
    parcia, nawet jak nie było skurczy. Główka się pojawiała i chowała,
    pojawiała i chowała. Przyznam się, że tą główkę obwiniałam za mój
    stan i nawet nie chciałam jej oglądać( wyrodna matka).
    O godzinie 10:20 mój TymJanek ( Tymon Jan) wyśliznął się ze mnie nie
    uszkadzając mnie ani trochę. Było to przecudowne uczucie. Był
    różowy, śliczny, ku mojemu zdziwieniu czyściutki, lekko zapłakał i
    po krótkim odpoczynku zassał się jak na ssaka przystało. Po jakimś
    czasie przeszliśmy do łóżka i tam odbyło się mierzenie i ważenie (54
    cm i 3100 g). Zastanawiam się
    czy jeszcze kiedyś szczęście będzie tak uchwytnesmile
    Dodam tylko, że jak Bozia da, to urodzimy w domu jeszcze nie jedno!!!

    Przepraszam za tak obszerne i nudnawe sprawozdanie, ale wysyłam póki
    się nie rozmyślę..............

    relacja z porodu z położną Aliną - Poznań
    sun.pl 05.10.07, 21:51 Odpowiedz

    Narodziny Michałka

    Nasz synek jest już z nami dwa tygodnie. Jest bardzo spokojnym i
    pogodnym dzieckiem, na co z pewnością miał też wpływ sposób, w jaki
    przyszedł na świat.
    Z ogromnym wzruszeniem wspominam tamten dzień...

    W sobotę 15 września pojawiły się skurcze przepowiadające, całkiem
    bezbolesne Rano zrobiłam jeszcze moją praktykę jogi. Później z mężem
    wysprzątaliśmy mieszkanie i poszliśmy na wystawę prac Alfonsa Muchy.
    Żartowaliśmy, że „wychodzimy” naszego synka, bo w ostatnich dniach
    bardzo dużo spacerowaliśmy.
    Wiedziałam, że poród zbliża się dużymi krokami, bo mój organizm
    rozpoczął intensywny proces „samooczyszczania”. Dzień minął jednak
    spokojnie. Po 23:00 zadzwoniliśmy do położnej, że być może będziemy
    jej potrzebować, ale smacznie przespaliśmy noc i wszystko się
    wyciszyło.

    Niedzielne słoneczne popołudnie spędziliśmy na działce u teściowej i
    tam zaczęłam coś wreszcie odczuwać. Pojawiły się wyraźne skurcze.
    Nie mówiliśmy rodzicom o naszym zamiarze porodu domowego, więc
    dyskretnie pożegnaliśmy się z mamą i udaliśmy do domu. Na miejscu
    Maciej zaczął mierzyć skurcze – były regularne, trwające około
    minuty co dwie minuty, więc zadzwoniliśmy do
    położnej. Doradziła mi wziąć ciepły, półgodzinny prysznic, żeby
    upewnić się, czy skurcze nie przejdą. Nie przeszły, tylko się
    nasiliły. Była godzina 18:00.
    Na czas skurczów próbowałam różnych pozycji – największą ulgę
    przynosiła mi „pozycja pionowa przytulania się do męża”.

    Położna Alina przyjechała o godzinie 20:30. Sprowadziła nas na
    ziemię pytaniem, czy można włączyć telewizor na „Taniec z
    gwiazdami”. Rozładowało to atmosferę, bo trochę już byliśmy
    wystraszeni. Nikt z nas nie wiedział ile to jeszcze może potrwać –
    to mój pierwszy poród. Położna podłączyła mnie do KTG i
    zaproponowała, żeby przy tym usiąść na worku sako, na lewym boku –
    tak, żeby główka dziecka mogła swobodnie schodzić. Dziecko miało się
    dobrze, tylko te skurcze, zdaniem położnej, takie niemrawe...
    Rozwarcie dopiero na 4 cm. Po badaniu położna poleciła mi, żebym
    położyła się na boku na kanapie. Skurcze były dzięki temu bardziej
    bolesne, ale wreszcie zaczęło się coś dziać. Położna skorygowała mój
    oddech podczas skurczu i poprosiła, żebym się nie spinała. Od tego
    momentu potrafiłam skierować całą moją uwagę do wnętrza, do tego, co
    się we mnie dzieje. Byłam świadoma każdego skurczu, podczas wyd
  • mocpytan 15.12.07, 01:58
    Byłam świadoma każdego skurczu, podczas wydechu powtarzałam w
    myślach „rozluźniam się” i starałam się pomiędzy skurczami oddychać
    głęboko przeponowo. Skupiałam się przy tym na tym, że każdy kolejny
    skurcz przybliża mnie do spotkania z synkiem. Czułam się odcięta od
    wszystkiego, co jest na zewnątrz. Po każdym skurczu Maciej
    kontrolował tętno maluszka – wszystko w porządku.

    W fazie przejściowej skurcze się nasiliły, ale pęcherz płodowy nadal
    był cały. Wreszcie pękł i wypłynęły wody, a ja szybko
    spytałam: „czyste?” - „Czyste” - odpowiedziała położna. Bardzo się
    ucieszyłam i od tego momentu wszystko potoczyło się dużo szybciej.
    Rozwarcie na 9 cm. Kątem oka widziałam, jak Maciej rozkłada folię i
    gazety na podłodze w pokoju. Na elektrycznym grzejniku
    grzeją się pieluszki tetrowe. Położna prosi nas, żebyśmy przeszli na
    worek sako, a ja proszę o łagodną muzykę, którą przygotowałam na tę
    chwilę.
    Nadchodzą skurcze parte, ale położna prosi, żeby nie przeć, tylko
    oddychać podczas skurczu. To trudne, więc mówię, że nie mogę, ale
    staram się i oddycham szybko, płytko z otwartymi ustami, a pomiędzy
    skurczami znów oddech przeponowy. Maciej mnie podtrzymuje, ja
    trzymam się za uda i staram ich nie spinać. Położna nagle
    mówi „widzę główkę, czarne włosy, możesz dotknąć i
    sprawdzić”. Dotykam zdziwiona, bo rzeczywiście wyczuwam dłonią mokrą
    czuprynkę. Główka jest spora, a krocze drobne - położna proponuje,
    że mnie natnie, aby uniknąć pęknięcia. Ufam jej, bo wiem, że zawsze
    stara się prowadzić porody bez nacięcia. Do tego jeszcze pojawia się
    przeszkoda w postaci sporego fragmentu błony dziewiczej – na
    szczęście sama pęka. Zgadzam się na nacięcie, stękam lekko kilka
    razy... i wreszcie jest! Śliczny mały człowieczek, który od razu
    zaczyna krzyczeć. Jest godzina 23:25. Już go mam na brzuchu – to
    najszczęśliwszy moment w moim życiu. Maciej otula maleństwo ciepłymi
    pieluszkami. Pępowina bardzo szybko przestaje tętnić i Maciej może
    ją przeciąć. Nawet nie rejestruję momentu wydalenia łożyska – samo
    wypada.
    Położna uważnie je ogląda - „Całe”. Teraz, bez pośpiechu ważenie,
    mierzenie i pierwsza lekcja przewijania. Misiu dostaje 10 punktów,
    waży 3,270 kg i ma 53 cm. Położna zakłada mi szwy i widzę, że ona
    też jest zmęczona. Co jakiś czas wstaje z podłogi, prostuje się,
    bolą ja kolana. Na koniec siada przy stole i uzupełnia dokumenty, a
    my wpatrujemy się w synka i zakochujemy w nim po uszy.
    Misiu od razu potrafił ładnie przyssać się do piersi (i tak mu
    zostało do dziś). Około 2:00 położna zostawia nas samych. Jestem jej
    ogromnie wdzięczna za wszystko, za ten wspaniały wieczór.

    Na koniec Maciej posprzątał pokój i wpuścił nasze trzy kotki na
    powitanie nowego członka rodziny.
    Leżąc już w sypialni w łóżku, ze szczęścia nie mogę (i nie chcę)
    zasnąć, tylko wpatruję się w moich chłopaków – słodko pomrukującego
    przez sen cudownego synka i jego dzielnego, głośno pochrapującego
    tatę

    silije.amj 02.07.07, 14:32 Odpowiedz Chciałabym zatrzymać czas, aby
    już więcej nie oddalać się od tego wczorajszego wydarzenia, aby to
    już na zawsze było „przed chwilką”, „przed momentem”. Nasz syn
    przychodząc na świat spełnił tyle pięknych marzeń. Na pewno nigdy
    żaden prezent imieninowy nie zdoła podskoczyć do tej rangi, jaką
    miały narodziny Dominika dla tatusia Pawła.
    Wprawdzie ten wzorcowy naturalny poród nie miał całkiem naturalnego
    początku.
    Mały człowiek pozostawał obojętny na próby wywabienia z cieplutkiego
    lokum, na prośby zniecierpliwionej dziesiątym miesiącem ciąży mamy i
    siostrzyczek. Nasza położna, pani Alina, specjalnie wybrała się więc
    w podróż do nas, aby rozmasować szyjkę. W te ostatnie dni nic nie
    potrafiło mnie tak zdenerwować jak myśl, że skończy się szpitalem.
    Po takim badaniu z masażem o godzinie 17 zaczęło się z wielką
    nadzieją oczekiwanie na skurcze. Niby jakieś liche się pojawiły, ale
    wkrótce zaczęły zanikać. Po dobranocce zniechęcona zadzwoniłam do
    położnej, że może wracać do domu i oderwałam się od zegarka i
    modlitw, aby to było już, a zabrałam za prozaicznie ścielenie łóżek
    i kąpanie dziewczynek. I po godzinnej przerwie zaczęło się na nowo –
    naprawdę!!!
    Paweł pytał mnie już parę razy, dlaczego odesłałam położną taki
    kawał do domu i po przejechaniu setki kilometrów usłyszała, że
    będzie musiała wkrótce do nas wrócić. Otóż chyba przestałam wierzyć,
    że kiedykolwiek urodzę to spóźnialskie dziecko. Takie chwile
    zwątpienia ma chyba każda przeterminowana matka, mimo krążącej tu i
    ówdzie pogłoski, że żadna ciąża nie .trwa wiecznie
    Między dziewiątą a dziesiątą wieczorem zaczęliśmy mierzyć skurcze,
    niezbyt bolesne, ale już regularne, co 6 minut. Pawłowi
    mówiłam „start” i „stop”, a on spisywał dane z sekundnika. Chodziłam
    w kółko po pokoju, a co jakiś czas kładłam się na prawym boku, z
    mocno ugiętą lewą nogą, tak jak zaleciła pani Alina, aby główka
    dziecka dobrze skręcała do miednicy. Dziewczynki widziały, co się
    święci i były wyjątkowo podekscytowane i trochę nieznośne. Nigdy nie
    zapomnę jak nasza siedmiolatka Julka skakała po naszym łóżku ze
    złożonymi rękoma i wrzeszczała:
    - Mamusiu, błagam cię, żebyś miała skurcze!
    Upewniała się też, czy na pewno zbudzimy ją w nocy, gdy tylko
    Dominiś przyjdzie na świat.
    Zadzwoniłam do mojego brata, by go uprzedzić, że będzie potrzebny
    siostrzenicom.
    - Jedziecie dziś do szpitala? – spytał.
    Uśmiechnęłam się tylko i nawet nie wyprowadzałam go z błędu. Mój
    brat koło północy zasnął u nas na dole, przekonany, że szykujemy się
    do szpitala.

    Tymczasem Paweł zaniósł na górę dawno przygotowany stojak ze
    wszystkim, czego potrzeba do porodu domowego. Od pewnego czasu już
    irytował mnie ten wciąż nie .wykorzystywany sprzęt na widoku
    Nalałam sobie ciepłej wody do wanny na górze. Ale nie wiem ile
    jeszcze razy schodziłam dwa piętra niżej, aby znów ucałować
    dziewczynki na dobranoc. Czułam taka ogromna potrzebę utulenia ich i
    ukołysania, jakbym od jutra miała już być kimś trochę. Buziaczki i
    dla każdej krzyżyk na czółko. Zasnęły bardzo późno, po 23.
    Ciepła woda mnie odprężyła, posiedziałam w wannie pół godzinki, ale
    równocześnie było mi tam jakoś twardo i kanciasto, więc nie
    wchodziłam więcej.
    Zaaplikowałam sobie dwa czopki glicerynowe, a potem założyłam
    moją „szczęśliwą” koszulkę, w której ponad trzy lata temu urodziłam
    Emilkę. No i spodnie wraz z grubymi skarpetkami, bo mi marzły nogi.
    Bałam się, że będę rodzić w upale, a tymczasem ładnie się ochłodziło
    na dworze. Paweł podłączył więc elektryczny grzejnik, aby dzieciątku
    było ciepło po urodzeniu, a na
    grzejniku położyliśmy tetrowe pieluszki do ugrzania.
    Włączyłam komputer taty i ogłosiłam na moim forum, że to co prawda
    niewiarygodne, ale się zaczęło! Przynajmniej przez godzinkę
    śledziłam poruszenie, jakie . Podczytywałam jeszcze nawetwywołałam
    tą wiadomością wtedy, gdy nie byłam już w stanie nic własnoręcznie
    napisać.

    O północy pamiętałam o imieninach męża:
    - Aby ci się szybko narodził zdrowy piękny synek! – składałam jedyne
    życzenia. Wiedziałam, że już wkrótce dam mu najwspanialszy
    podarunek. Radość mojego męża była nie do opisania. Cały czas
    zresztą był taki uśmiechnięty, spokojny, pewny siebie, a mi udzielał
    się jego nastrój. W takie atmosferze jeszcze nigdy nie zaczynałam
    rodzić, zawsze było więcej nerwów, choćby tych związanych z
    wyjazdem na porodówkę.
    Tymczasem natura przestała traktować mnie w miarę łagodnie i
    postanowiła pokazać brutalniejsze oblicze. Dzwonimy do położnej,
    zdajemy relację z częstotliwości i długości skurczy. Tych telefonów
    było kilka – p. Alina chce dokładnie określić, na jakim etapie
    jesteśmy i zadaje trudne pytania. O wrażenia w dole miednicy na
    przykład. A mnie w tej chwi
  • mocpytan 15.12.07, 01:59
    A mnie w tej chwili tak bolą plecy, że nie mam pojęcia, co jeszcze
    czuję. Więc się robię zirytowana jak baba w ciąży!
    Odpycham telefon i mówię żałosnym tonem do Pawła:
    - Powiedz jej, kurka, że mnie tak krzyże napier*** że nic nie wiem!
    No cóż... odpowiedni efekt takich słów można osiągnąć, gdy na co
    dzień używa się wyłącznie kulturalnej polszczyzny. Więc na Pawle
    robię wrażenie.
    . Ale cieszę się, gdyOczywiście nie powtarza tego pani Alinie
    słyszę, że wsiada już do samochodu i jedzie do nas z powrotem.
    Nieźle ją wymęczymy w tej dobie.
    Rzucam okiem ostatni raz na ekran komputera, czerpiąc siłę z
    wirtualnego dopingu i wchodzę na czworaka po schodach do przytulnego
    pokoju, z którego już .nie wyjdę z dużym brzuchem
    - Jaką muzyczkę ci włączyć? – pyta Paweł.
    Życzę sobie moją ulubioną trzecią część „W górach jest wszystko co
    kocham”.
    Płytka poleci dwa razy do narodzin i trzeci raz już po. Twoje
    pierwsze melodie Dominiku!

    Nagle robi mi się zimno, kładę się na tym prawym boku i żądam, by
    przykryć mnie wszystkim, co się znajdzie w pobliżu. Wtedy, około
    pierwszej, wody tryskają tak obficie, że wszystko, czym się
    owinęłam, jest mokre. W łazience wylewam z siebie całe jezioro
    czyściutkiej wody. Paweł w naprawdę szampańskim humorze (w końcu to
    nie jego boli!) dzwoni do położnej. A ona biedna naciska
    gaz do dechy, bo czasami wtedy poród bardzo przyśpiesza. Ale Dominik
    jest rozsądnym dzieckiem i nie przesadza z tempem pchania się na
    świat.
    Ze zmarzniętej robię się zgrzana i spocona, więc pryskam wodą w
    sprayu na twarz po każdym skurczu. Cudowne odświeżenie! Obok
    szklanka wody do picia – po łyku. Chce mi się pić dużo bardziej, ale
    pewnie nie byłoby to najmądrzejsze.
    Paweł rozkłada folię na podłodze w całym pokoju, podkłady na kanapę,
    na której tkwię, ale na początku każdego skurczu wyciągam do niego
    ręce, a on rzuca wszystko i nachyla się nade mną. Chwytam go za
    ramiona, każę sobie mocno rozmasowywać krzyż i oddycham, innego
    wyjścia nie mam. W pokoju jest też duża piłka do skakania, ale teraz
    pomysł siadania na niej wydaje mi się wręcz
    katastrofalny! Przypominam sobie, że moja ulubiona autorka książek o
    porodach, Sheilia Kitzinger, nazywała skurcze „przypływami energii”
    i zastanawiam się w tych trudnych chwilach, czy aby kobieta na pewno
    była .Wzdrowa na umyśle
    domu rodzi się bez lęku, ale nie bez bólu, nie ma co się oszukiwać.
    W każdym skurczu dziwię się jego potędze, a jeszcze bardziej dziwię
    się, jak mogłam zapomnieć po narodzinach dziewczynek, że to AŻ TAK
    boli.
    Tymczasem pisząc te słowa znów już zapominam
    Patrzę na zegarek, jest 1:30, a więc dopiero półtorej godziny tak
    walczę.
    Nakazuję sobie nie narzekać, bo czymże jest półtorej godzinki, co
    mają począć kobiety rodzące kilkadziesiąt godzin.
    Za chwilę zbiera mi się na mdłości i ściskam w objęciach wiaderko.
    Zapomniałam napisać, że wcześniej na kolację zrobiłam sobie miseczkę
    kisielu, który ktoś polecał na poród, bo „smakuje w obie strony tak
    samo”.
    1:45 – sygnał na komórkę, położna jest pod bramą. Paweł zbiega, aby
    pomóc jej przynieść walizki. Tyle ich jest, ale zobaczymy tylko
    niewielką część zawartości, skoro wszystko szło dobrze. Mogę się
    tylko domyślać, co jeszcze trzeba wozić na wszelki wypadek. W każdym
    razie z kolejnym skurczem zostaję sama, co mi się niezbyt podoba, i
    sama masuję sobie
    plecy. Jak można rodzić bez mężów, dla mnie to szczyt masochizmu!
    Cieszę się na widok skupionej pani Alinki, aczkolwiek wątpię, czy
    byłam w stanie
    Czujnik KTG przykładamy do brzuszka ito należycie okazać słyszymy
    piękne tętno maleństwa. A ja czuję wewnętrznie, że wszystko z nim w
    porzadku (nawet jeszcze niedawno delikatnie poruszał się między
    skurczami). Bardzo dzielny dzieciaczek!
    Badanie - 6cm. Niemożliwe! Przecież to jeszcze kawał do końca, a mi
    się wydaje, że już blisko. (Na szczęście mam rację – pełne rozwarcie
    robi się już w zaledwie trzech czy czterech kolejnych skurczach.)
    - Jak chcesz szybko urodzić, to na prawy bok, dziecko zaraz wstawi
    głowę – powiedziała położna, więc już nie zmieniam pozycji i
    grzecznie leżę.
    Oni rozkładają na podłodze gazety. W czasie skurczu Paweł
    natychmiast jest przy mnie i pilnuje, żebym się rozluźniała i nie
    napinała mięśni. Wcale to niełatwe, gdy coś mnie rozgniata jak
    śliwkę! Powstrzymuję się od informowania go za każdym razem, ze
    cholernie boli, może się sam domyśli. Pytam zamiast tego:
    – Damy radę, nie?
    - No jasne, że tak – odpowiada bez wahania. Więc dajemy radę.
    Oddycham pracowicie, a p. Alina stwierdza, że trochę za szybko i
    lepiej byłoby wolniej, by nie wpaść w hiperwentylację. W pompie mam
    widmo hiperwentylacji! W przeciwieństwie do owego mitycznego
    zjawiska, ból jawi mi się w pełni realnie. I nagle całkowicie się
    przemienia. Czuję się jakby dziecko otwarło sobie drzwi na
    oścież:
    – O rany, ale mnie popiera! – wołam.
    Szybkie badanie, jest pełne rozwarcie, idę na worek sako na podłogę.
    - Chcesz rodzić bez nacięcia? – pyta p.Alina.
    Na to może być tylko jedna skwapliwa odpowiedź.
    - To będziesz rodzić bez parcia. Ale musisz mnie słuchać i oddychać
    cały czas, kiedy powiem.
    Cóż, zamierzam dać z siebie wszystko, choć nigdy nie rodziłam w taki
    sposób.
    Zawsze to było parcie na rozkaz i zdaje mi się, że tylko tak umiem.
    Przez chwilę szukamy wygodnej pozycji na worku sako. Uśmiecham się
    do Pawła – za chwilę zobaczymy synka! Mam nadzieję, że nawet
    wyglądało to na uśmiech. Nie boję się, tylko odrobinkę nie dowierzam:
    - I naprawdę tak samodzielnie dziecko wyjdzie? – pytam.
    - Zawsze tak prowadzę porody – uspokaja mnie położna. – Samo dziecko
    wychodzi. A kobieta nawet nie jest zmęczona.
    No to przechodzę przez skurcze parte oddychając. Trzymam Pawła za
    szyję, czuję jego solidne wsparcie i fizyczne i psychiczne. Cóż, raz
    nawet wczepiam się palcami w jego czuprynę, na co on kojącym głosem
    stwierdza:
    - Ale nie ciagniemy męża za włosy, nie ciagniemy, najwyżej
    głaszczemy....
    Śmieję się z tego duchu, co prawda w aktualnych warunkach ten śmiech
    nie ma szans objawić się na zewnątrz
    Zaczynam czuć jak mój chłopczyk solidnie pcha się coraz niżej, na
    świat.
    Pamiętam że w którymś momencie chwilowego relaksu zwierzyłam się
    otoczeniu:
    - O jak mi dobrze bez skurczu...
    A tu trzeba pilnie oddychać i niczego nie przyspieszać. Zresztą taki
    poród wcale nie trwa znacznie dłużej!
    Nagle nabieram całkowitej pewności, że w następnym skurczu urodzi
    się główka. Chcę spytać położną, ale nie muszę – i tak to wiem! Ten
    skurcz jest taki dłuuuuugi, ze tchu brakuje. Paweł leje na
    rękawiczkę położnej żel na poślizg – ciekawe czemu w szpitalach nie
    robią takiej prostej rzeczy?
    - Ale jeszcze oddychaj, jeszcze! – zachęca p. Alina, choć to
    odrobinę tak, jakby mówiła do ryby wyjetej z wody, albo jakbym była
    w przestrzeni kosmicznej, gdzie ciutkę zbywa na powietrzu
    Mimo wszystko udaje mi się i nie potrafię tego opisać. To zarazem
    boli, ale nie jest straszne tylko fantastyczne. Być może wygladam na
    konającą. Ale czuję się jak Dawca Życia. Jest główka i dopiero
    pierwszy raz mam poprzeć, aby wyszły barki i ramionka. Patrzę jak
    Alina podtrzymuje mojego wielkiego synka i wypieram go do końca.
    Odruchowo, jak przy poprzednich porodach, od razu wyciągam ręce.
    Położna jeszcze go trzyma, aby mógł sam wypluć wszystko, co
    przeszkadza w złapaniu oddechu, ale moje ręce już na niego czekają.
    Pierwszy krzyk, troszkę bulgotania i znów troszkę krzyku. Moje
    dziecko, mój syn Dominik, jest wreszcie w moich ramionach mokry,
    czerwoniutki, okryty dwiema pieluszkami.

    Nie pamietam dokładnie, co do niego mówiłam. Na pewno – “dzień
    dobry” i “jesteś wreszcie” “dzięki Bogu” i tym podobne słowa.
  • mocpytan 15.12.07, 02:00

    Dlaczego nie pomyśleliśmy o kamerze, aby to uwiecznić? Zresztą
    jesteśmy z Pawłem tak zaczarowani chwilą, że nie myślimy o niczym,
    tylko żarliwie witamy synka. On nas chyba też.
    Na szczęście jest z nami osoba, która nie traci głowy i pamięta o
    dwóch rzeczach: zegarku i aparacie fotograficznym. Moment przyjścia
    na świat ustalamy na 02:40, a w chwili gdy położna robi nam zdjęcia
    swoim aparatem, Paweł jak obudzony chwyta za nasz.
    Otulam Dominisia pieluszkami, by nie marzł i “zerkam”, czy aby na
    pewno jego
    Chyba nikt nie ma wątpliwości, żepłeć jest tą uzgodnioną płcią
    chłopak
    . Pawełdostaje dziesiątkę Apgar. A prywatnie od mamusi jedenastkę
    dostaje nożyczki do przecięcia pępowiny i gdy to robi, mówię cicho i
    trochę uroczyście:
    - Teraz żyjesz już sam, synku.

    Potem częstuję Domisia piersią. Ssie leciutko, jakby na próbę,
    puszcza i znowu chwyta. Łożysko rodzi się po krótkiej chwili w
    całości bez kłopotu i bez naciskania na brzuch, czego nienawidziłam
    w szpitalu. Tymczasem położna mnie
    ogląda, Paweł podaje jej wszystko, czego zażąda.
    -Jest tylko małe otarcie – mówi. – Założę szewki to się ładnie
    zagoi. Szyjemy?
    Paweł wyraża zgodę, co najmniej jakby to było . Ale cóż, jest dobrze,
    jego ciało tak naprawdę poczułam tylko dwa ukłucia igłą i ledwie
    się skrzywiłam, a było po wszystkim. Jak sobie teraz przypomnę te
    półgodzinne haftowanie po porodach szpitalnych!

    Nowy człowiek idzie na ważenie i mierzenie. Nikt go nigdzie nie
    zabiera, nie wynosi, co w szpitalu było dla mnie prawdziwą traumą,
    dziś mogę patrzeć cały czas na swoje dziecko. Że Dominik jest duży,
    to widzimy wszyscy od kilku minut.
    Ale kiedy p.Alina odczytuje na wadze 4500gram, to prycham:
    -Akurat! To jest niemożliwe! Ta waga jest zepsuta.
    I głęboko wątpię w argumenty przemawiające za dobrym stanem owego
    urządzenia. Ale coś w tym jest ze Dominik ledwie mieści się w
    przygotowane ubranka.
    Mocno drżą mi nogi, próbuję nad nimi zapanować. Wiem że to się
    zdarza po porodzie.
    Po chwili przechodzę na kanapę, ubieram czystą koszulę (przy okazji
    triumfalnie rozpakowujemy awaryjną torbę spakowaną do szpitala) i
    przystawiam cichutkiego syna do piersi. Paweł sprząta szybko i
    sprawnie i wkrótce położna wyjmuje stertę
    dokumentów do wypełnienia. Dopiero teraz padają pytania z wywiadu,
    bez którego w szpitalu nie wpuści się rodzącej na salę porodową.
    Choćby miała 8cm rozwarcia, a coś o tym wiem z .poprzedniego razu
    Mój Paweł jest kompletnie oczarowany tym szczegółem jak i całym
    porodem. Zbiega na dół robić herbatę i kanapki. Wszyscy są głodni i
    spragnieni.

    Patrzę w granatowe oczy mojemu dziecku i pozwalam sobie zakochać się
    najmocniej jak można. Nikt dziś nie zrobił mu żadnej krzywdy, ani
    nawet go nie wystraszył.
    Jest tylko nasz! Będę tak siedziała i trzymała go przy piersi przez
    trzy godziny, póki nie wstanie słońce, a my nie pójdziemy przespać
    się chwilę. Patrzę też na naszą położną, wypisuje urzędowe papierki,
    wygląda na zmęczoną (jaka to trudna, ale niesamowita praca!) i
    przypomina mi Anioła Stróża. Nie wiem jak mam podziękować i w ogóle
    co mądrego powiedzieć. Wtedy nie płakałam, ale teraz, na
    drugi dzień – płaczę ze wzruszenia.

    Troszeczkę maltretujemy naszych najbliższych budząc ich telefonami.
    - Macie wnuka! – mówię.
    - Wiem, wiem – odpowiada mój tata. – Powiedział mi to już sam dźwięk
    telefonu.
    Obudzona pierworodna Julka zrywa się na równe nogi i w pełni
    trzeźwości pędzi na górę. Myje rączki. Pierwsze spotkanie Dużej z
    Najmłodszym, siostrzyczka jest zafascynowana...
    - Mamusiu, śniło mi się, że podniosłaś bluzkę, a tam było już widać
    główkę dziecka! – mówiła poprzedniego poranka. I wyprorokowała .

    Położna jeszcze raz sprawdza, czy ze mną wszystko w porządku i
    odjeżdża, gdy na dworze już się rozjaśnia. Krótkie są noce
    czerwcowe. Gdy myślę o niej, natychmiast czuję łzy wdzięczności, że
    pomogła nam w przeżyciu takiego cudu.
    Nowo narodzony człowiek powoli zasypia i będzie spał długo i
    spokojnie. A kiedy stoję pod prysznicem widzę przez okno jak nad
    naszym ogrodem zaczyna świecić słońce...


    gfizyk 05.06.07, 23:47 Odpowiedz

    Witam,
    Co prawda nie potrafię tak barwnie pisać, jak autor pierwszego
    postu sad, ale pomimo to pomyślałem, że chętnie podzielę się swoją
    porodową relacją.
    Co prawda Fizula już pisała. Ja napiszę jak to wyglądało od tej
    brzydszej (męskiej) strony.
    Noworodkowe odgłosy pojawiać w naszych skromnych progach od 21
    listopada ubiegłego roku, a zaczęła wydawać je Antonina Cecylia -
    śliczne czarnowłose dziewcze. Jak na Cecylię przystało, odgłos nie
    powinien nazywać się odgłosem, tylko głośnym krzykiem HURRAAAA,
    który wydała z siebie w chwilę po wskoczeniu na nasze ręce.
    Tosia, tak jak planowali rodzice - urodziła się w domu w asyście
    położnej ..., tzn niedokońca w asysćie, bo się asysta spóźniła. Mój
    kochany teść miał położną dowieźć, ale nie zdążyli na czas, więc
    Tosia (odważne dziewczę - po rodzicach), urodziła się na ręce
    zaskoczonego tatusia (czyt. - mnie ) i mamusi. Jakieś 10-15 minut
    później pojawili się tato Izy i Zosia (położna). Jednym słowem, mój
    teścio nie bardzo zrozumiał: miało być - on zajmuje się dzieciakami,
    a położna nami i dzieckiem, a wyszło tak, że on zajął sie położną,
    ja i Iza dzidziusiem, a dzieci - oglądaniem filmu pt Lessie.
    W czasie porodu pobiłem kilka rekordów - usiłując dodzwonić się do
    położnej wykonałem chyba z 60 połączeń, z czego TYLKO jedno
    skuteczne,aby rozładować napięcie, wychodziłem z łazienki i
    dzwoniłem biegając po schodach - GÓRA-DÓŁ (a to po wodę, a to po to,
    a to po tamto) do tego stopnia, że i w nocy i na drugi dzień -
    okropnie bolały mnie nogi (niektórzy porównują poród do maratonu,
    teraz poczułem smak tego porównania).
    Byliśmy tak zafascynowali dzidziusiem po własnoręcznym porodzie, że
    dopiero po chwili od owinięcia go ręcznikiem nieśmiało powiedziałem:
    - Iza, a może tak sprawdzimy, czy to chłopiec, czy dziewczynka ? wink
    Sprawdziliśmy smile
    Oczywiście nie obyło się bez błędów. W ferworze zgubiliśmy ...
    czepek naszej córci! wink
    Zaraz po porodzie wykonałem telefon do jadących - teścia i położnej,
    że nie muszą się już śpieszyć, bo Tosia przyszła już na światwink

    Tak to było!
  • mocpytan 15.12.07, 02:02
    nashle 04.09.07, 13:02 Odpowiedz

    Zaczelam rodzic 19.08. (dokladnie w terminie). Po dwoch godzinach
    lekkich skurczy, jak juz sie upewnilam ze sa regularne, zadzwonilam
    do naszej poloznej. Kazala dzwonic co godzine i informowac o
    postepach. Wykapalam sie, a skurcze zaczely byc coraz
    intensywniejsze. Potem zadzwonila polozna, ze przyjedzie pozniej, bo
    jej druga podopieczna tez zaczela rodzic - wlasnie odeszly jej wody.
    Ale skurcze, chociaz bolesne , dawaly sie jeszcze zniesc, wiec sie
    tym nie przejelam, tym bardziej, ze przyjechala do nas inna polozna,
    zeby zkontrolowac sytuacje. 6cm uslyszalam i ze jeszcze tego samego
    dnia urodze. Juz dosyc bolalo, wiec pomiedzy skurczami staralam sie
    odpoczywac.
    Najznosniej mi bylo opierac sie o pralke wink
    Wczesnym wieczorem przyjechala nasza polozna - tamta dziewczyna juz
    urodzila...
    U mnie bylo coraz bolesniej, a kolo polnocy mialam juz 9 cm, tyle ze
    dziecko wciaz nie chcialo wpasowac sie w kanala rodny i ruszyc na
    swiat...
    Kolo 4.00 bylo mi juz slabo z bolu, trzesly sie mi nogi i marzylam o
    znieczuleniu, a nad ranem skurcze zaczely siadac i zmniejszylo sie
    rozwarcie ;-(
    W koncu o 8.00 rano, czyli 24 godziny od poczatku porodu, polozna po
    konsultacji z kolezanka zdecydowala, ze pojedziemy do szpitala..
    Bylo mi troche zal, ale z drugiej strony juz bardzo chcialam urodzic
    i zaczynalo mi byc wszystko jedno. Do izby przyjec (gdzie oczywiscie
    kolejka) dotarlam ze skurczami co 5 minut i 7cmetrowym rozwarciem.
    A na sali porodowej lekarz przebil mi pecherz plodowy, i jak odeszly
    wody, to akcja sie wznowila, zaczely sie skurcze parte , no i w
    koncu urodzilam smile
    A zatem wymarzony porod domowy mial inna koncowke niz sobie
    zaplanowalismy, najwazniejsze jednak, ze dobrze sie skonczylo.

    w_oparach_absurdu 01.11.07, 15:37 Odpowiedz
    urodzilam jako pazdziernikowa mama - termin mialam na 7.11... a w
    poniedzialek 29.10 o godzinie 12:00 zostalam mama malej Malgorzaty
    Anny waga 3250 dlugosc 54cm, caly porod trwal okolo 2,5 godziny
    (wszystkie etapy gdyby ktos pytal) a coreczka rodzila sie kiedy
    wyjezdzalam z windy na sale porodowa urodzilabym w karetce ale
    gonili ponad 100 na godzine ze strachu ze naprawde im to zrobie wiec
    nawet zdazylam "na sygnale" przeleciec na noszach z karetki przez
    izbe przyjec i juz w windzie czulam jak maluszek "wyjezdza" na
    swiat - wiec ja wyjechalam z windy a corcia ze mnie ... bylo jak na
    filmie smile
    pozdrawiam was wszystkie goraco...
    ps: a we wtorek juz bylysmy w domu smile

    no to teraz troche szczegolow smile
    tytulem wstepu przypomne ze pierwsza coreczke rodzilam przez cc...
    zaczne od niedzieli...
    absolutnie nic nie zapowiadalo tego ze nastepnego dnia rano bede juz
    szczesliwa mama, ale pomimo bardzo poznej pory (maz wrocil z pracy
    po 22) postanowilam sie jeszcze wykapac bo stwierdzilam ze w
    poniedzialek rano moze byc troche trudno, bede sama z Ela w domu (ma
    rok i 4 miesiace) a poza tym samotny prysznic w koncowce ciazy jakos
    mnie nie przekonywal. W duchu myslalam sobie tylko ze bylo by fajnie
    urodzic w tym tygodniu ze wzgledu na rozklad zajec u meza w pracy,
    jak sie okazalo maz mial takie samo ciche marzenie smile bo w teatrze
    nieczesto zdaza sie miec wolne od piatku do niedzieli a tu jeszcze
    czwartek wolny...
    w poniedzialek mial nas odwiedzic moj kuzyn wiec rano zabralam sie
    za male porzadki,bylo po 9. Pozbieralysmy zabawki i ... poczulam
    pierwszy skurcz - lekki - taki z gatunku przepowiadajacych wiec nie
    zwrocilam na niego specjalnej uwagi, zaczelam odkurzac, kolejne
    skurcze pojawily sie co jakies 15-20 minut, usmiechnelam sie do
    siebie zastanawiajac sie czy to znowu falszywy alarm jak
    pare dni wczesniej czy tez...?
    zadzwonilam do meza smiejac sie ze zdziwie sie jak dzisiaj nie
    urodze bo kolejne dwa skurcze byly duzo wyrazniejsze i dluzsze i do
    poloznej poniewaz powiedziala ze jak beda co 15 minut mam ja
    poinformowac bo po cesarce trzeba bardziejuwazac. I nagle o 10
    zaczely sie skurcze co 5 minut po okolo30-40 sekund. W pierwszej
    chwili myslalam ze sa co 10 minut a to po srodku to dlatego ze sie
    zmeczylam zmiana poscieli... na wszelki wypadek wzielam zagarek i
    zaczelam notowac, oddychalysmy sobie z Ela gleboko i tanczylysmy
    zeby malenstwo dobrze wstawilo sie w kanal rodny, powolutku zaczelo
    do mnie docierac ze to juz...
    Wytlumaczylam zaniepokojonej coreczce ze mamusie brzuszek boli wiec
    otrzymalam serie cmokow, glaskan i przytulancow na moj wielki
    brzuch...
    Zadzwonilam do poloznej ze skurcze sa co 5 minut ale ustalilysmy ze
    mam obserwowac i notowac bo to niemozliwe zebym juz miala tak czeste
    i jesli sie nie wycisza to mam zqadzwonic jeszcze raz. Kolejny
    telefon do meza ze chyba powinien wracac bo mam wrazenie ze sie
    zaczyna niestety troche mi sie nie udal bo zrobilam to
    zbyt "delikatnie" zeby go nie stresowac i zeby spokojnie dojechal do
    domu wiec powiedzial ze idzie jeszcze poinformowac szefa i zadzwoni
    jak bedzie wyjezdzal. To byl podstawowy blad - trzeba bylo mu
    powiedziec ze ma 10 minut na powrot bo innaczej urodze sama...
    Jeszcze informacja dla chrzestnej Eli zeby przyjechala sie nia zajac
    i... zaczely sie skurcze parte!!! potezne co 3 minuty po okolo 90
    sekund!!! to nie pozostawialo zadnych watpliwosci. Zdazylam zlapac
    recznik i rzucic go na koc na srodku pokoju, poczulam jakby mocne
    uklucie i na reczniku pojawila sie odrobina krwi i czop sluzowy,
    skurcze nasilaly sie, oddychalam gleboko starajac sie maksymalnie
    rozluznic i uspokoic, niestety Eli udzielil sie moj niepokoj, kiedy
    siegnelam reka do krocza i poczulam cos twardego i okraglego to
    prawie krzyknelam ze strachu. Na szczescie byl to tylko pecherz
    plodowy, wisial podemna taki balonik pelen wody, ja probowala
    zobaczyc czy sa przejrzyste, a przerazona coreczka wisiala mi na
    szyi i plakala razem ze mna przy kazdym skurczu... Trzesacymi sie z
    bolu i nerwow rekami probowalam wykrecic numer do poloznej, kiedy
    odebrala akurat przyszedl skurcz i tak wylysmy obie z Ela do
    sluchawki probujac tlumaczyc ze rodze i zeby przyjechala jak
    najszybciej moze. Przerazona polozna powiedzialami ze nie ma szansy
    zeby zdazyla do mie dojechac, a poza tym jak mi pozniej
    wytlumaczyla, nie przypuszczala ze juz sa skurcze parte co 3 minuty
    wiec uznala ze skoro tak strasznie mnie boli to znaczy ze cos
    niedobrego dzieje sie z blizna i kazala mi natychmiast dzwonic po
    pogotowie. Poniewaz przerazona Ela wisiala mi na szyi i plakala
    prosto do
    sluchawki to ani ja poloznej ani ona mnie dobrze nie slyszala.
    Poprosilam moja coreczke zeby przyniosla mi recznik lezacy obok i
    moja mala dzielna polozna po trzeciej prosbie sprawdzajac czy aby na
    pewno moze zostawic na chwile placzaca mame poszla po niego i znowu
    przytulila sie do mnie z placzem. Po krotkiej walce z telefonem
    wezwalam pogotowie... i tylko modlilam sie zeby maz przyjechal
    pierwszy zeby nam nikt drzwi nie wywazal i chrzestna zeby bylo komu
    zajac sie mala... i przyjechali - maz , po 2 minutach chrzestna i po
    kolejnych 2 minutach ekipa pogotowia byla juz w domu..
    i coz zobaczylam?? trzech mlodych facetow ktorzy na moj widok o malo
    nie dostali zawalu... ich pierwsze pytanie "co sie dzieje?" ...
    mowie ze nic - rodze... no to oni "a co ile sa skurcze?" - nie wiem
    bo troche trudno kontrolowac czas z zdieckiem na szyi... ale sadzac
    z czestotliwosci co 3 minuty...
    i pierwsza propozycja to zebym sie polozyla, bo trzeba mnie
    zbadac... no to tlumacze ze nie bo idzie skurcz... maz mowi ze
    polozna powinna juz jechac a oni na to "to my jedziemy..." no to
    tlumacze ze ja zaraz urodze a polozna nie zdazy i zostaniemy sami,
    wiec pada druga propozycja zebym usiadla na fotelik z karetki, idzie
    skurcz wiec mowie ze za chwile a ekipa ze szybko bo czasu nie ma,
    mowie ze nie dam rady w trakcie skurczu i slysze pytanie "to co
    rodzimy tutaj?" ja na to ze jak najbardziej, a sanitariusze "nie nie
    to my pania
    posadzimy
  • mocpytan 15.12.07, 02:04
    ?" ja na to ze jak najbardziej, a sanitariusze "nie nie to my pania
    posadzimy sami..." hihihi... wiec mnie na krzeselko (a wlasciwie to
    bardziej maz bo oni nie wiedzieli jak sie do tego zabrac), przykryli
    zeby mnie nikt za bardzo nie ogladal bo bylam tylko w koszulce
    nocnej i to takiej raczej krotszej niz dluzszej tongue_out i biegiem po
    schodach (kamienica, drugie pietro wiec przynajmniej schody wygodne
    i szerokie) do karetki, w karetce kazali mi sie na nosze przesiasc
    akurat jak sie kolejny skurcz zaczynal wiec znowu tlumacze zeby
    poczekali, to uslyszalam ze musimy jechac JUZ, wiec im powiedzialam
    ze najwyzej tutaj urodze... jak sie przesiadlam to pognali 100 na
    godzine jedna z najbardziej krzywych ulic mojego pieknego miasta,
    jakis geniusz zajechal nam droge wiec prawie im zjechalam z tego
    fajnego lozka, w karetce uslyszalam jeszcze dwiegenialne rzeczy -
    pierwsza ze mam nogi zlozyc (ciekawe jak skoro mala byla prawie na
    wierzchu), druga ze moze mi OKSYTOCYNE !!! podac... to mowie ze
    absolutnie nie bo nie ma takiej potrzeby przy regularnych skurczach
    partych ipieknie postepujacym porodzie, a poza tym jestem po
    cesarce... na szczescie i tak nie mieli (dla niewtajemniczonych
    podpowiem ze w tej sytuacji podanie oksy groziloby peknieciem macicy
    badz tzw. skurczem tezcowym a w rezultacie uduszeniem dziecka...)
    maz potem skomentowal ze pewnie bylo to jedyne co sobie
    przypomnieli - ze w trakcie porodu podaje sie oksy - tylko po co i w
    jakiej sytuacji to juz chyba nie bardzo wiedzieli... w karetce
    zdazylam dostac tylko dwa skurcze a to znaczy ze trase na ktora
    normalnie potrzeba okolo 15-20 minut pokonalismy mniej wiecej w 7...
    szpital, rajd przez korytarz i pedem przez izbe przyjec do windy,
    jakby nie mogli juz na izbie przyjac malej. lekarka z izby
    jeszcze reka "przyblokowala" Gosie i tylko jak dojezdzalismy na gore
    poczulam ostatni potezny skurcz, odsunelam jej reke i ... wyjechalam
    z windy a corcia ze mnie, zlapalam ja i polozylam sobie na
    brzuchu... i uslyszalam nerwowe "ktora godzina, ktora godzina??" -
    bieglo ze mna co najmniej 6 osob - to im mowie spokojnie ze 12:00...
    poniewaz nie krzyczala tylko spokojnie lezala i byla
    leciutko zasiniona (skutek "przetrzymania" jej przez lekarke)
    zamiast daj jej sie spokojnie odpepnic i przestawic na normalne
    oddychanie odcieli ja i stwierdzili ze trzeba na dwie godziny pod
    namiot tlenowy wsadzic... nic nie pomoglo tlumaczenie zeby chwile
    poczekac bo tylko uslyszalam "przeciez dziecko nie krzyczalo..."
    rece opadaja... przyszedl jeszcze jeden "genialny" lekarz ktory
    probowal wycisnac ze mnie lozysko, to go uszczypnelam i pogonilam
    ale i tak troche za pozno bo mi je troche "oberwal" i chociaz po 15
    minutach samo sie odkleilo to przez jego pospiech musieli mnie
    wyczyscic wrrrr.... okazalo sie ze juz po 20 minutach maz dostal
    mala na rece... a wystarczylo chwile poczekac z ta pepowina i zaden
    namiot tlenowy nie bylby potrzebny. mialam dwa male pekniecia
    po zszyciu ktorych dostalam coreczke do piersi, zawieziono nas na
    sale gdzie troche musialam z poloznymi zawalczyc bo znowu sie
    okazalo ze - prawdopodobnie - nie umiem sie zajac dzieckiem i chce
    mu krzywde zrobic...
    we wtorek rano po wszystkich potrzebnych i niepotrzebnych badaniach
    wypisalismy sie do domu... patrzyli na nas jak na
    nieodpowiedzialnych wariatow i chociaz tryskalam energia i radoscia
    mimo nieprzespanej nocy - emocje oraz troche nerwy z powodu
    szpitalnej koncowki daly sie we znaki - musialam jeszcze wysluchac
    jakie to niemadre itd itp i cos tam jeszcze...
    jak dobrze bylo znalezc sie w domku smile
    nastepnego dnia przyszla nasza polozna i pediatra do Malgosi.
    Wiem jedno - gdyby tylko troche wczesniej ktokolwiek zdazyl do nas
    dojechac i zajac sie Elunia - spokojnie urodzilabym w domu nawet
    sama bez poloznej, bo jedyne czego mi brakowalo to swiadomosci ze
    moja starsza coreczka sie nie denerwuje...

    i tak to wlasnie wygladalo o ile da sie slowami opisac wszystkie
    emocje...

    pozdrawiam i zycze "mniejszych" wrazen tongue_out

    doti_76 08.12.07, 22:34 Odpowiedz No to historia mojego pecha:
    Piłam malinek bardzo dużo, masaż krocza, gimnastyka jak najbardziej
    i ogólna szpitalofobia! Miało być w domku i po ludzku. Urodziłam
    cudowną córeczkę w październiku, moje pierwsze dziecko.
    Co prawda nie skończyło się na cc, ale poród domowy zamienił się w
    szpitalny. Po 18 godzinach od odejścia wód urodziłam córkę. W domu
    wszystko stanęło na ok 7 cm i tak trwało według mnie przez ok 3
    godz. W 14 godzinie porodu położna zasugerowała koniecznośc
    zakończenia porodu i ja zdecydowałam jechać do szpitala. Czułam że
    coś nie jest tak, i nie rozumiałam dlaczego, a skurcze na etapie 7
    cm odbierały mi już optymizm co do szczęśliwego końca. Poród był
    przed terminem i oczywiście nie planowałam szpitala, więc torba nie
    do końca była przygotowanasmile
    Zejście do auta-męka, w aucie jeszcze gorzej- mało miejsca i brak
    możliwości ruchu. Szpital: dośc nieprzyjemne powitanie z powodu
    informacji że zamierzałam urodzić w domu, wywiad w trakcie skurczy,
    ktg, badanie gin, troszkę oxy. Powodem braku postępu porodu okazał
    się dość duży obrzęk na szyjce, spowodowany mocnym zejściem główki i
    dociśnięciem części szyjki do kości miednicy. Szpital "zaoferował"
    mi masaż szyjki co podziałało prawie natychmiast i po rozwarciu
    całkowitym II etap zajął nam 20 minut. Z epizjotomią już się nawet
    pogodziłam bo główka rodziła się razem z barkami. Skutkiem masażu
    było pęknięcie szyjki. Dziecko nieduże 2850g, ale niestety
    przygniecenie szyjki przez główkę spowodowało taki finał. Nie jest
    to tragedia ale nie jestem z tym faktem pogodzona, zwłaszcza że po
    kontroli wiem że szyjka nie została zszyta jak należy, i właściwie
    to duża część pęknięcia nie została połączona.

    i jeszcze dwa linki z opisami :

    www.magdartur.republika.pl/porody.html
    www.dobrytato.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=116&Itemid=58

    ufffff
    --
    ile do końca?

    czekamy na ciebie
  • jola-kropek 19.06.08, 18:44
    wieczorkiem 10ego lutego wplaczylismy sobie film, "sztuczna
    inteligencja"
    Adas-moj maz, oczywiscie nie doczekal konca i poszedl spac, ja
    wczulam sie w akcje i ogladalam do konca. gdzies kolo godziny
    jedenastej
    wieczorkiem zdecydowalam ze juz chyba pora spac. mialam juz wtedy
    lekkie
    skurcze, takie nawet dosc reguralne, ale ze juz wczesniej cos
    takiego miewalam
    i przechodzily sobie, nie zrobilam wiele z tego i poszlam na gore
    spac.
    gdzie kolo 12:30 obudily mnie juz takie mocniejsze, przez ktore
    musialam juz
    troche posapac, zeby przeszly. jakos nie uwierzylam ze to to i
    poszlam dalej
    spac. jak przez mgle pamietam ze budzily mnie jeszcze kilka razy,
    zanim
    zdecydowalam sie wstac. poszlam na dol, wzielam sobie cos do picia i
    tak sobie
    mysle... czy to juz to? chca sie upewnic, sprawdzilam rozwacie-
    szyjka byla juz
    tuz przy ujsciu, rozwarta moze na jakies 4-5 cm. ciezko mi poweidziec
    dokladnie- nie mam linijki w palcach wink wiec to jednak to!!!
    skurcze byly juz coraz czestsze i intensywniejsze, posiedzialam
    sobie troche
    na pilce, ale jakos mi nie pasowala, postawilam wiec sobie krzselo
    na srodku
    pokoju, kleknelam przed nim i probowalam takiej pozycji, zeby tylko
    nie
    napinac w zaden sposob miesni brzucha... i tak byly niezle napiete
    przez
    skurcze...
    gdzies kolo drugiej zdecydowalam ze obudze Adama i dam mu wybor...
    czy chce
    zadzwonic po polozna czy jednak sprobujemy sami.... chyba byl za
    bardzo
    zmeczony bo ... zasnal na nastepne pol godziny... musial jednak
    jakos przez
    sen sie wystraszyc bo o 2:30 zadzwonil do Debbie-naszej poloznej
    (wspaniala
    kobieta)Ta porozmawiala ze mna chwile przez telefon, posluchala
    mojego
    oddychania i powiedziala zeby zadzwonic jakos za godzinke. jednak po
    kilkunatu
    mintach oddzwonila sama i stwierdzial ze przyjezdza... miala do nas
    jakies 45
    minut drogi.
    w miedzyczasie obudzil sie Patryczek i zaczal plakac, wzielam go na
    dol i
    polozylam na kanapie. jakoas taka ulge sparwialo mi ze moglam sie do
    niego
    przytulic podczas coraz bardziej bolesnych skurczow...

    Debbie przyjechala jakoes za 10 czwarta. ja juz bylam w swoim
    swiecie, wiec mi
    w ogole nie przeszkadzala, zajela sie Adamem, ktory byl jednak
    troszke
    spanikownay... ja pracowlalam sobie nad oddechami. w penycm momencie
    skurcze
    nabraly innego charakteru, byly bardzo dlugie, i czulam jakby mi
    dziecko mialo
    wypasc. poczulam sie jak pierworodka, nie pamietam tego z
    poprzedniego porodu,
    bo na tym etapie bylam juz po epiduralu. pokrzykiwalam sobie przez
    te skurcze
    i pojekiwalam i czulam sie jak uczestnik i obserwator wydarzenia
    jednoczesnie
    i nie moglam uwierzyc ze jak tylko jedne skurcz sie konczy to
    praktycznie
    natychmiasty sie o nim zapomina i nastepuje kompletna faza
    relaksu... chyba
    nawet przysnelam podczas jednej z takich faz...caly
    czas "prztulalam" sie
    praktycznie do krzesla, wiszac na nim, w kleku lub w kucki. jak
    przez mgle
    pamietam ze Adam rozpalil w kominku i ze Patryk obudzil sie na dobre
    i ze Adam
    mu tlumaczy ze zaraz sie jego siostrzyczka urodzi. maly tak sie
    przejal ze
    siedzial cicho i w ogole nie przeszkadzal!!!kochany synus!
    ja pokrzykiwala coraz glosniej, ale nie byly to krzyki z bolu, byly
    to takie
    "waleczne" krzyki jakie wydaja zawodnicy podczas walki-tak sobie to
    jakos
    skojarzylam-dodawaly mi one sily.
    po raz kolejny skurcze zmienily charakter, na parte, moj glos
    zmienil barwe na
    nizsza a Debbie od razu wiedziala ze mala juz niedlugo zacznie
    wychodzic.
    asekurowala mnie razem z Adamen, smarowala krocze oliwka z oliwek i
    przypominala ze nic na sile, ze mala ma czas, zebym nic nie
    przyspieszala.
    gdzies w miedzyczasie odeszly mi wody. najbardziej groteskowy dla
    mnie-tak na
    wpol swiadomie- byl moment, kiedy glowka malej wyszla do polowy ...
    a skurcz
    sie skonczyl i tak tam tkwila przez ladnych pare chwil... pamietam
    tylko glos
    debbie, ze to dobrze, ze wszytsko sie ladnie rozciaga, zeby nie
    przec... i
    glowka "wskoczyla" z powrotem do srodka. przy nastepnym skurczu
    wyszla juz
    jednak na zewnatrz, a przy nastepnym czulam jak cialko malej
    wyslizguje sie ze
    mnie, ramionka, brzuszek i nozki na samum koncu, wysliznela sie ze
    mnie
    lagodnie wprost na dlonie swojego taty i Debbie. jak ja zobaczylam w
    swietle
    ognia, wydawala mi sie taka malenka! nie plakala, pepowina byla
    jeszcze
    nieprzecieta, wiec mala miala spokojne czas na przestawienie sie ze
    starego
    sposobu oddychania na nowy. nie zostala odsluzowana, nikt jej w
    niczym nie
    poganial.... wspaniale... przytulilam ja do mojego brzucha i wtedy
    zaczela
    wydawac z siebie takie kocie male dzwieki smile okazalo sie ze pepowina
    jest
    troche krotka i ze nie przystawie ja do piersi z lozyskiem ciagle we
    mnie,
    wiec po chwili jak pepowina juz przestala pulsowac powiedzialam
    Debbie, zeby
    zalozyla klipsy i Adas przecial pepowine. po kilkunastu minutach
    urodzilo sie
    lozysko ...
    jak dla mnie, to jeden z najbardziej emocjonujacych przezyc w zyciu,
    czulam
    sie jak pijana ze szcescia smile i tak zaskoczona i z takim
    niedowierzeniem to
    wszytsko wspominam...
    to oczywiscie dopeiro poczatek naszej wspolnej drogi- mojej i mojej
    malej i
    naszej rodziny... teraz mi tylko smutno, ze mojemu synkowi ze moglam
    dac
    takiego startu... jakos nie wiedzialam wtedy ze jest inna mozliwosc
    niz porod
    w szpitalu...


    pozdrawiam i zycze wiary w kobiecosc i jej sile smile
    Jola z malutka Scarlett.

    ps:
    wcale nie taka malutka smile mala wazyla ponad 3 i pol kilo wink
    --

    --
    www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/wsldaenc5fqo0tp9.html


    b3.lilypie.com/3F1zm6.png""
    target="_blank">b3.lilypie.com/3F1zm6.png"</a> alt="Lilypie 3rd
    Birthday Ticker" border="0" /></a>
  • goblin.girl 13.01.09, 19:59
    Narodziny Adasia, 7 stycznia 2009
    Termin porodu mialam wyznaczony na 30 grudnia, ale nie spodziewalam sie, ze cos
    sie zacznie dziać w tym dniu i rzeczywiście - dzien terminu minał bez rewelacji,
    podobnie Sylwester (spędziliśmy go z mężem we dwójkę składajac sobie i Małemu
    życzenia szczęśliwego przyjścia). Tak jak chcieliśmy, nasz synek - Adam - miał
    już być z Nowego Roku.
    Od początku stycznia zaczeły się lekkie skurcze i twardnienie brzucha, najpierw
    kilkanaście razy na dzien, potem częściej, ale nadal nic się nie działo. W
    poniedziałek 6 stycznia nasza położna Alina dała znać, ze od piątku do niedzieli
    jej nie będzie; zdopingowało mnie to do działania, zeby młodemu pomóc podjąc
    decyzję i we wtorek zastosowałam różne metody wywołania,sprzatanie i wieszanie
    firanek, a także znacznie przyjemniejsze sposoby wink Podziałało: w środę 7
    stycznia przed 6 rano obudziły mnie skurcze, jeszcze niezbyt mocne, ale znczanie
    silniejsze i bardziej regularne niż poprzednio. Nie dało się zasnac, więc przez
    godzinę leżalam i zastanawiałam się, czy to JUŻ. W końcu postanowiłam wstać i
    sprawdzić, co sie bedzie działo. Kolejną godzinę spacerowałam po pokoju, w
    przerwach przysiadając przed komputerem i przeszukując internet pod hasłem "jak
    odróżnic skurcze przepowiadajace od porodowych". Odstępy miedzy skurczami
    zrobiły się z 10 co 5, 6 minut. Wiedziałam, ze nasza połozna jest po nocnym
    dyżurze i nie chcialam dzwonić, ale w końcu musiałam się upewnić. Alina kazała
    wrócić do łożka, wziąć nospę i zobaczyć, czy skurcze nie oslabną. Tak zrobiłam,
    obudziłam męża i przez następną godzinę czekalismy razem, ale skurcze nie
    zanikały, przeciwnie, powoli przybierały na sile. Zaczeło do nas docierać, że
    już dziś przywitamy się z naszym synkiem. Tak długo na ten dzień czekałam, ale
    teraz obok ogromnej radości pojawiła się obawa, czy dam sobie radę...
    Z czasem leżenie w łożku stało się mało przyjemne. Wstaliśmy oboje, było około 9
    rano. Zadne z nas nie mialo ochoty na śniadanie, zaparzyłam sobie ziołową
    herbatę, ale nawet to okazało się trudne do przełknięcia. W pokoju właczyliśmy
    muzykę, zaslony były zasunięte, za oknem szaro, w domu ciepło i przytulnie.
    Liczyliśmy skurcze i przerwy między nimi; pamiętałam, co mówiła położna - jeżeli
    są co 3 minuty i trwają około minuty, to już akcja porodowa. U mnie rozkręciła
    się dość szybko. Kolejne kilka godzin wędrowałam między pokojem, kuchnią i
    łazienką; z utęsknieniem myslałam o wannie z gorącą wodą, ale też przypomniało
    mi się, co gdzieś czytalam, ze ciepła kąpiel w początkowej fazie porodu przynosi
    ulgę, ale moze wydłużyć cały proces, a na to nie mialam ochoty. Wypróbowaliśmy
    inne sposoby - masaż w moim przypadku nie zadzialał kompletnie, szybko się
    okazało, że nie jestem w stanie znieść żadnego dotyku oprócz lekkiego głaskania
    i przytulania. Za to kołysanie biodrami - na stojaco i na klęczkach przynosiło
    ulgę. Starałam się pamiętać o właściwym oddychaniu - "dmuchaniu na świeczki"
    choć nie było łatwo. Nie należę do osób hałaśliwych, ale z czasem pojękiwanie i
    pokrzykiwanie przy skurczach zaczęło być coraz bardziej atrakcyjną opcją smile też
    przynosiło to ulgę, dopóki pamiętałam o oddychaniu - czym się kończy utrata
    panowania nad oddechem, przekonałam się, kiedy pozwoliłam sobie na krzyk z pełni
    płuc - kiedy skurcz minął, byłam w stanie tylko wydusić z siebie "miska, miska",
    po czym żołądek, i tak pusty, wywrócił mi sie na lewą stronę smile od tej pory ze
    wszystkich sił starałam się juz nie tracić kontroli nad sobą.
    W międzyczasie zastanawialiśmy się, kiedy dzwonić po położną. Wolałam, żeby
    odpoczeła przed długą jazdą, ale też baliśmy się zostać bez fachowej pomocy. Z
    drugiej strony chyba jeszcze bardziej się bałam, że przyjedzie i powie, że
    jeszcze kilka godzin - był to mój pierwszy poród i nie wiedziałam, czego się
    spodziewać. Tymczasem zaczął padać śnieg, stwierdziliśmy, że ze względu na
    warunki na drodze nie ma co czekać. Położna uspokoiła nas komunikatem, ze
    skończy smażyć kotlety i już jedzie do nas smile
    Byłam już solidnie zmęczona, na stojąco nogi się pode mną uginały, nawet na
    klęczkach nie mogłam się odprężyć i odpoczać. Próbowałam się kłaść, ale skurcze
    na leżąco były nie do zniesienia, a przerwy między nimi wydawały się bardzo,
    bardzo za krótkie - nie wiem, jak wytrzymałabym, gdyby ktoś w szpitalu uparł się
    mnie położyć pod ktg. W końcu uznałam, że już dość "wychodziłam" i włażę do
    wanny, która okazała się najfajniejszym elementem wyposażenia mieszkania smile W
    przerwach między skurczami odpoczywałam w ciepłej wodzie, a przy skurczach
    polewanie pleców i brzucha wodą z prysznica było fantastyczną ulgą. W końcu
    jednak trzeba było wyjść. Michał co jakiś czas sprawdzał w internecie prognozę
    pogody i warunki na trasie, dzwonił do położnej i pocieszal mnie, ze Alina już
    jest niedaleko. Co prawda coraz mniej tych informacji do mnie docierało, a
    zasłyszane skądinąd plotki, ze poród ostatecznie się kiedyś kończy, wydawały się
    kompletną bzdurą smile W pewnym momencie jednak usłyszalam, ze Alina mówi przez
    telefon, żeby przygotować folię i podkłady, a za chwilę była już u nas. Szybkie
    badanie i zaskoczenie - już jest 8 cm rozwarcia, niedługo będę rodzić smile to
    niedługo trwało jeszcze, jak się okazało, półtorej godziny, ale w tamtej chwili
    był to niesamowity przypływ energii i nadziei, a także zadowolenia z dotychczas
    wykonanej pracy smile
    Głowka Małego była jeszcze wysoko i nie wstawiła się dobrze do kanału rodnego.
    Położna kazała mi połozyć się na boku. W tej pozycji skurcze były niemal nie do
    wytrzymania, ale dzięki temu poród miał postępować szybko. Alina podłączyła na
    chwilę ktg, akcja serca maluszka była w porządku. W pewnej chwili poczułam masę
    ciepłych wód spływajacych po nodze - pekł pęcherz płodowy, wody były na
    szczęscie czyste. Zaczęły się skurcze parte - pamiętam, że z urazą w głosie
    zakomunikowałam otoczeniu "To podobno miało być przyjemne!" smile Czytałam, ze dla
    wielu kobiet skurcze parte są ulgą w porównaniu z I fazą; jeśli o mnie chodzi,
    bolały jak diabli, tym bardziej, ze położna poleciła powstrzymywać się od
    parcia. Co jakiś Alina przykladala na moment słuchawkę ktg do brzucha,
    kontrolując tętno małego, poza tym czekała spokojnie; jej spokój udzielal się
    też nam. W końcu mogłam sama dosięgnąć palcami głowki maluszka i przekonać się,
    ze niewiele mu zostało do wyjścia; chwilę potem polożna oznajmiła, ze już widzi
    czarne włoski smile Usadowilismy się z męzem na worku sako, mąz podtrzymywał mnie z
    tyłu, bo co chwila zjeżdzałam na podłogę. Z tego co wiedziałam, Alina stara się
    prowadzić porody bez parcia; u mnie to jednak się nie sprawdziło, bo nie
    potrafiłam się rozluźnić na skurczu, poleciła mi więc przeć. Trochę to trwało,
    bo zbierałam już resztki sił. W pewnym momencie rozważalam, czy nie poprosić
    położnej o nacięcie - mimo wcześniejszych deklaracji było mi już wszystko jedno
    smile Jednak obeszło się bez nacięcia i i jak się okazało, warto było! smile Michał za
    mną trzymał mnie z całej siły, powtarzając, zeby oddychała, cholerny worek sako
    wciąż się rozjeżdzał i nagle po którejś z kolei próbie usłyszałam, ze głowka juz
    jest! Odebrałam to co prawda jak wiadomosć z innego wszechświata, ale przy
    następnym skurczu poczułam, jak całe mokre i sliskie ciałko wysunęło się wprost
    na ręce połoznej - nie mogłam uwierzyć, że to już; tak szybko i łatwo, jakby
    poprzednie długie godziny w ogóle nie istniały, i nasz synek wylądował na moim
    brzuchu. Niezbyt dobrze sobie przypominam, co wtedy się działo, tak ogromna była
    ulga i radość. Pamiętam, że mały płakał trochę, pamiętam, ze Michał przecinał
    pępowinę, oboje z Aliną zrobili kilka zdjęć, pamiętam też, jak nasz synek leżał
    na worku sako, już spokojny, i rozgladał się wielkimi, ciemnymi oczami.
  • goblin.girl 13.01.09, 20:18
    Po kilku minutach urodziło się lożysko - całe; nie miałam żadnego pęknięcia.
    PoLzna przystawila mi małego Adasia do piersi, przyssał sie od razu chetnie;
    dopiero teraz zaczęlo sie wypełnianie wszystkich papierów. Zeby nie bylo calkiem
    idealnie -okazalo sie, ze mam problemy z prawidłowym obkurczaniem macicy -
    przyczyna bylo kilka skrzepow, które trzeba bylo usunac, dostalam oksytocyne i
    połoza zostala z nami jeszcze kila godzin, dopóki nie upewnila sie, ze wszystko
    wrocilo do normy i nie ma ryzyka krwotoku.
    zaraz po porodzie miałam w pamieci tylko ogromny wysiłek i zadowolenie, ze już
    to mam za soba i Adaś jest z nami. Teraz, po kilku dniach, mam swiadomosć, ze
    był to jeden z najpiękniejszych dni w moim zyciu. Wpis w ksiązeczce zdrowia
    dziecka "poród siłami natury" daje ogromną satysfakcję, kiedy się wie, że to był
    naprawdę poród siłami natury, w przeciwienstwie do wielu porodów szpitalnych.
    Wiem tez, ze nie byłoby tak, gdyby nie wsparcie mojego meza i fachowa pomoc
    naszej położnej.
  • jusder 26.01.09, 18:23
    Termin minął 18 stycznia.
    Nic co by wskazywało rychły poród nie działo się. Spokój z
    interpretowaniem „jakby wzdęć” i „jakby czopa” dałam sobie już parę
    dni wcześniej.
    We wtorek lekko bolało mnie podbrzusze ale ignorowałam „niby objaw”
    bo takie pobolewanie zdarzało się już wcześniej.

    W środę o 4 rano obudził mnie ból lekko mocniejszy ale bez
    widocznych oznak „że to już”. Zapakowałam do wyrka termofor,
    połknęłam Nospę i próbowałam zasnąć. O 6 wstałam z zamiarem
    wyprasowania reszty ubranek. Zrobiłam nam śniadanie i zaczęłam
    obserwować nieco ten dziwny ból.
    Ku mojemu zdziwieniu ciągły lekko rwący ból przeistoczył się w
    leciutkie wzdęcia, pojawiające się z pewną regularnością. Przed 8
    powtarzały się co 5- 7 min i trwały ok. 10 – 20 s. O 8 odszedł
    osławiony czop ale nie był podbarwiony krwią, krew lała się jak
    głupiasmile.
    Pomyślałam, że to sprawka mojego ginekologa, który dzień wcześniej
    porządnie mnie zbadał ……
    Telefon do położnej, krotka relacja i diagnoza: Nooooo kochana,
    rodzisz.
    Taaaaa, rodzę …. A gdzie skurcze???

    Po godzinie położna już u nas. Po badaniu okazuję się, że jest 1,5
    cm rozwarcia. Huraaaa!!!! Może dziś urodzimy ??? ….
    Kawka, ciasto i wyskakiwanie wzdęć na piłce, śmichy chichy, kawały i
    taka tam luźna atmosfera ….. Poród??? Jaki poród ???
    Około 10:30 wzdęcia zamieniły się w skurcze i przestało już być
    zabawnie. Po 11-tej mieliśmy 4 cm rozwarcia, po 12-tej 8 a około
    13:30 zaczęła się faza parta i o 13:53 urodziła się nasza córeczka.

    Rodziłam w kuchni, salonie przed kominkiem i w łazience (ale nie
    tknęłam wanny).
    Najbardziej przydatny okazał się worek sako, piłka, mąż i oczywiście
    położna.

    Byłam skupiona, wsłuchana w siebie i swoje dziecko ale jakby
    nieobecna. Przebieg porodu znam dzięki relacjom męża i nagraniu z
    kamery. Ani przez chwilę nie czułam strachu, niepokoju, żadnych
    negatywnych uczuć. (Jeśli nie liczyć końcówki I fazy porodu kiedy z
    bólu chciałam wyskoczyć przez balkon wink )
    Nie wyobrażam sobie innego miejsca do porodu, cudownie było móc
    położyć się z nowonarodzonym małym człowiekiem do własnego łóżka,
    mieć męża przy sobie na każde skinienie i położną, która okazał się
    ANIOŁEM. Jej obecność ledwie zdawałam się wyczuwać a mimo to
    dodawała mi otuchy, utwierdzała w wierze we własne siły i nagradzała
    za wysiłek. Co prawda nie obyło się bez nacięcia ale malutka rodziła
    się twarzyczką do spojenia i trzeba było jej nieco pomóc.

    Wsparcie jakie otrzymałam od męża w czasie porodu i w dniach
    następnych było najwspanialszym dowodem jego miłości. A jej owoc
    nagrodą o jakiej nam się nie śniło.

    Dziękuję za to forum, za mądre rady i słowa wsparcia.
    Co prawda w czasie porodu postanowiłam, że nie dam już rady urodzić
    naturalnie drugiego dziecka, ewentualnie przez CC, ale z każdym
    dniem jestem coraz bardziej przekonana, że jednak urodzi się w
    domu. smile
  • kaakaa 26.01.09, 19:35
    Trzeci dzień biegunki rotawirusowej…
    6:00 Dwoni budzik. Nieeee… Dziś nie wstaję… Choć… może lepiej zwlec się po
    dobroci i nie czekać na kolejny atak wirusa? No, dobra już się podnoszę…
    Profilaktycznie kieruję ostrożne kroki w stronę toalety. Intuicja była
    słuszna… Paskudny wirus jeszcze mi nie odpuścił. Czyli przede mną kolejny
    przes…ny dzień…
    Po opuszczeniu toalety – poranny standard – szybkie śniadanie dla chłopaków,
    kanapki i obiady w termos do przedszkola i szkoły. Mąż dołącza w międzyczasie.
    7:00 Budzimy towarzystwo na śniadanie – na szczęście wszyscy wyglądają na
    względnie zdrowych, więc zostaną rozwiezieni po stosownych placówkach. Ufff,
    to znaczy, że jeśli tylko wirus będzie łaskawy, to dam radę obskoczyć
    dzisiejsze zajęcia. Szczególnie, że o 8.00 mam zaliczenie z angielskiego…
    7:45 Po kolejnej wizycie w toalecie (musi wystarczyć na jakieś 1,5 godziny)
    wyjeżdżam na angielski.
    8:00 Pani magister jak zawsze punktualna i skrupulatna. Zalicza pierwszy rok.
    Ja tu tylko po znajomości – moich czeka to za tydzień. Wreszcie doczekuję się
    swojej kartki z pytaniami. Nie jest źle! No, to do dzieła, by przed kolejnym
    atakiem wirusa zdążyć dojechać do domu. Gdzieś między tekstem do uzupełnienia
    a skrótami do rozwinięcia moja świadomość rejestruje, że od rana mam skurcze.
    Ale cóż się dziwić skoro to już piąty dzień „po terminie”? Z resztą u mnie
    zawsze pod koniec ciąży takich Skórczów bez liku. Swoją drogą te trzy dni
    biegunki też swoje dołożyły…
    8:40 Kończę. Oddaję test. Pędzę do domu na spotkanie z toaletą.
    9:00 Mam chwilę wolnego. Następne zajęcia dopiero o 10:15, czyli wystarczy jak
    wyjdę 9:45. Szybka kontrola poczty i ulubionych forów. W międzyczasie
    dostrzegam, że trzeba koniecznie mieszkanie ogarnąć robię to przed następnymi
    zajęciami, bo teraz już nie zdążę.
    9:45 Zgodnie z planem wsiadam do wozu.
    10:15 Od dłuższego czasu usiłuję zaparkować. Czy ci ludzie się wściekli? Czego
    wszyscy szukają o tej porze na Solcu?
    10:25 Zaparkowałam! Teraz marszobieg na zajęcia! Znów się spóźniam… Zajęcia
    bardzo ciekawe – metody łagodzenia bólu porodowego. Siedzę naprzeciw zegara.
    Mimichodem zerkam i liczę – skurcze są co jakieś 8 minut. Eeee, to znaczy, że
    jeszcze nie teraz.
    12:30 Przerwa w zajęciach do 17:00. Pędzę do domu trochę posprzątać.
    13:00 Przystępuję do pracy – może się wyrobię do 16:00? Skurcze wciąż obecne
    ale jakieś niewyraźne takie i wciąż co ok. 8 minut. Robota normalnie pali mi
    się w rękach! A myślałam, że ten wirus mnie wykończył… W ramach krótkich
    odpoczynków przeglądam pocztę i ulubione fora.
    14:40 Dzwoni nauczycielka najstarszego – właśnie malowniczo zwymiotował po
    obiedzie! Czyli jego też nie ominęło… Trzeba by go odebrać wcześniej ze
    szkoły. Ale jak pojadę, to nie skończę porządków, a tak mi dobrze idzie… No
    i, jak go przywiozę, to jak się wybiorę na zajęcia? Nie mam gościa z kim
    zostawić a sam jeszcze za mały. Targuję się z nauczycielką – wytrzyma jeszcze
    trochę? Da radę! No, to tatuś przyjedzie dziś po niego trochę wcześniej.
    14:43 Dzwonię do męża. Nie jest szczęśliwy, że będzie musiał wcześniej wyjść z
    pracy ale obiecuje, że odbierze chłopaków z dużym wyprzedzeniem.
    Ok. 15:00 Przypomina mi się, że mam jeszcze w lodówce wczorajszą jarzynową.
    Hmmm… szybki obiad? Czemu nie? Zaraz po obiedzie dzwoni kuzynka męża pytać o
    pediatrę, do którego można by się z dzieckiem umówić „od ręki” – nie jestem w
    stanie jej pomóc. Kończę sprzątanie i wskakuję na trochę do wanny pełnej
    ciepłej wody. O, jak przyjemnie. Skurcze – z grubsza bez zmian.
    15:45 Wyłażę z wanny. Hmmm, czy to aby dobry pomysł by wybierać się na
    zajęcia? Trochę mi się nie chce, to fakt. Ale poza tym co raz bardziej się
    zastanawiam, czy te skurcza aby czegoś nie wróżą. Co mi tam, zbadam się, w
    końcu mnie uczyli. Eeee, z tego badania to wychodzi, że nieskuteczne te
    skurcze (szyjka ok. 1-1,5 cm, wprawdzie miękka ale zamknięta).
    16:00 Kontaktuję się z panią magister prowadzącą zajęcia o 17:00, żeby
    zapytać, czy usprawiedliwi mi nieobecność, jak się przez te skurcze nie
    pojawię. Kto studiował na kierunku medycznym, ten wie, że tam na wszystkich
    zajęciach poza niektórymi wykładami oczekuje się od studentów 100% obecności.
    Pani magister każe zostać w domu. Dobra kobieta! Z ulgą siadam do kompa.
    W międzyczasie rozmawiam z przyjaciółką, którą zapraszam by przyszła mnie
    odwiedzić i pomóc w przygotowaniu pieluszek i ubranek dla maleństwa. Mam
    wszystko poprane ale jakoś nie ma kiedy poprasować…
    16:22 Na zaprzyjaźnionym forum proszę o modlitwę w mojej intencji – czuję, że
    może jednak wsparcie będzie potrzebne…
    16:30 Znów zawlekam się do wanny – skurcze jakby częściej… A może tylko mi się
    zdaje.
    17:00 Wpadają moi chłopcy. Gromadnie włażą mi do łazienki. Nie zamykają
    drzwi. Zimno! Jazgot czynią straszny. Najstarszy syn pyta od progu, czy nasz
    dzidziuś urodzi się dziś w nocy, bo tatuś coś w samochodzie wspominał…
    Dyplomatycznie odpowiadam, że nasz dzidziuś może się urodzić w zasadzie w
    każdej chwili, więc dziś w nocy też jest to możliwe.
    Przez następną godzinę trudno mi znaleźć sobie miejsce. Skurcze są
    nieregularne – czasem co 6 minut, czasem nawet rzadziej a czasem następny
    przychodzi już po 3 minutach. To jeszcze nie może być to! Poza tym są za krótkie
    17:54 Kładę się na moment na lewym boku i namówiona przez męża dzwonię do
    położnej. Mówię szczerze, jak sprawa wygląda i uprzedzam lojalnie, że nie
    wiem, czy to już się zaczęło, więc nie będę miała żalu jeśli uzna, że jeszcze
    nie warto do mnie się wybierać (ma bardzo daleko). Położna uznaje, że
    niezwłocznie należy wsiąść w samochód i do nas jechać. No, dobra, najwyżej
    posiedzi z nami trochę i wróci do domu… Ostatni skurcz przed telefonem był
    dość hardcorowy, więc może jednak coś się zacznie?
    Następny hardkorowy skurcz jeszcze przed 17:00. Oj, chyba kończą się żarty!
    Następny skurcz jest już party!!! Wołam do męża, że mnie popiera i żeby mi
    natychmiast podkład i trochę ręczników przyniósł z łazienki. Mąż proponuje mi,
    że pomoże m i się ułożyć z biodrami do góry. Na samą myśl o takim rozwiązaniu
    mam ochotę go rozszarpać. Chyba widzi, że nie ma ze mną żartów, bo
    niezwłocznie przynosi zamówione ręczniki.
    Drugi party i, choć powstrzymuję się od parcia jak tylko mogę, włazi ze mnie
    ogromny balon z pęcherza płodowego wypełnionego wodami poprzedzającymi. No,
    teraz to już faktyczni e koniec żartów! Wyplątuję się z sukienki, którą
    założyłam po ostatniej kąpieli i kucam przy łóżku na przygotowanych przez męża
    ręcznikach.
    Dzwoni domofon – to na pewno nasza przyjaciółka, która dwie godziny wcześniej
    zapowiedziała się, że przyjedzie pomóc mi poprasować pieluszki. Mąż wychodzi
    z sypialni by ją wpuścić. Nie mam pojecie gdzie zniknęli chłopcy ale wcale
    mnie to nie obchodzi.
    Trzeci party skurcz i czuję jak mała główka pcha się na świat. Fachowo (w
    końcu mnie uczyli!) przytrzymuję główeczkę by nie uległa zbyt gwałtownej
    dekompresji. Lekutkie parcie z mojej strony i główka jest już na świecie.
    Ślicznie sama rotuje się twarzyczką w stronę mojego lewego uda.
    W chwilę potem czwarty party skurcz. Zerkam na zegarek jest *18:08*. Maleństwo
    łagodnie „wypływa” na leżące pode mną ręczniki. Jaka ulga… Spoglądam z
    zainteresowaniem. To dziewczynka! Ani myśli płakać tylko oddycha spokojnie i
    ciekawie przygląda się światu. Jest taka cieplutka, różowa i czyściuteńka
    jakby prosto z kąpieli wyszła…
    W chwilę potem do sypialnie wraca mąż. Jest troszkę zaskoczony, że to już.
    Pomaga mi owinąć małą w podkład, żeby nam nie marzła. Zapraszamy też chłopców
    i cokolwiek zdezorientowaną przyjaciółkę.
  • kaakaa 09.02.15, 22:12
    Się pochwalę, tak dla porządku, że 14 września (ależ dawno to było!) udało mi się powtórzyć wyczyn sprzed sześciu prawie lat i znów urodzić zanim dojechała położna (choć tym razem miała sporo bliżej). I tym razem załapała się na łożysko wink
    Syna (4360g i 61cm) przyjął we własne ręce mój mąż. Wytrzymał nawet to, że Mały Człowiek utknął po urodzeniu głowy i nie zamierzał dalej się rodzić. I nawet pępowinę z szyi osobiście mąż odwijał instruowany przeze mnie. Po odwinięciu pępowiny syn postanowił się jednak dalej urodzić i okazał nam się w całej swej postaci.
    Ciężko się go rodziło, choć dość szybko - z godzinę może.
  • soldie 10.02.15, 13:32
    Jej kaaka to znaczy,ze to 6? Gratulacje, dzień później moja córcia rok kończyła wink A układ płci u ciebie to mi się bardzo podoba- póki co u mnie tak samo wink
  • kaakaa 11.02.15, 11:01
    Czuję się lekko zawstydzona, że jesteś w stanie doliczyć się moich dzieci i nawet w płciach się orientujesz wink
    Ja liczyłam raczej na kolejną córkę do kompletu i mocno mnie zdziwiło, że to jednak syn się urodził. Ale jakoś przywykliśmy do jego zaskakującej płci wink Teraz by mu się jakiś brat do towarzystwa przydał... wink
  • soldie 11.02.15, 11:56
    Nie trudno mi się zorientować, bo pierwsza 4 to u mnie ten sam układ- zobaczymy dalej,ale ucieszyłabym się z córci do kompletu dla najmłodszej ( nawet się bardzo z twojej drugiej córci ucieszyłam,że starsza będzie miała siostrę wink ) A brat to jak najbardziej teraz smile Co tai rodzynek na końcu ma być big_grin
  • juleg 11.02.15, 16:20
    Kaakoo absolutna bohaterka forumowa nr.1 szokerss i gratulacje wielkie kiss
    --
    http://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/gb/vi/9j1z/hfoUegJNDq0PhE0sxA.jpg
    www.pomoz-amelce.pl/
  • marianna0077 11.02.15, 23:38
    Ojej, Kaakaa, jakże mogło mi to umknąć. Taka wiadomość. Gratuluję z całego serca. Myślałam o Tobie nie raz smile.
    A w kolejności, płciach i pewnie też imionach Twoich pociech to chyba wszystkie tu się orientujemy, nie kokietuj smile
  • hab_ek 11.02.15, 12:52
    Gratuluję i... zazdroszczę. Rodzenie w domu ma w sobie magię i czar.
    Ale niestety łatwo to zniszczyć...

    pozdrawiam serdecznie całą rodzinkę!
  • kaakaa 13.02.15, 10:28
    Wszystko, co piękne jest zwykle delikatne i łatwe do zniszczenia...
    Inna rzecz, to kwestia na ile rodzące kobiety same pozwalają postronnym ludziom na zniszczenie tego szczególnego doświadczenia, jakim jest poród. Ale to zawiły i wieloaspektowy problem. Tym bardziej zawiły, że wiele kobiet w naszym kraju nie za bardzo ma wybór, gdzie i z kim rodzić.

    Abstrahując do piękna i zniszczenia - ogromnie mi miło, że mnie tu jeszcze pamiętacie smile
    A wiecie, jak ma na imię moja najmłodsza pocieszka?
  • soldie 13.02.15, 19:20
    Ktoś mu takie wtyki,żeby wiedzieć wink ? Pochwal się kaaka smile i jakże by naszej pomocy fachowej nie pamiętać big_grin toż to wstyd by był smile
  • marianna0077 13.02.15, 21:23
    No ja jako że nie wiedziałam o najmłodszym nie mam pojęcia jak ma na imię. Ale oczywiście ciekawam okropnie.
    Zdradzisz nam, czy tak tylko pytasz? smile
  • kropkaa 14.02.15, 23:46
    Róża? wink
  • kropkaa 14.02.15, 23:47
    Yyyy, to by jednak dziwne było... Przecież to ON.
    Nie mam pojęcia.
  • kaakaa 15.02.15, 11:26
    No, właśnie, Różaniec by musiał być wink
    My oryginalni (najmłodszą mąż chciał zapisać Chelena, ale pani w urzędzie się nie zgodziła wink ) ale nie aż tak, żeby dziecku Różaniec dawać na imię wink Jest Edmund Stefan big_grin
    Przyznacie, że żadna by tego nie wymyśliła big_grin
  • marianna0077 15.02.15, 13:15
    No nie. Nie wymyśliłabym ja na pewno smile. Ale z najmłodszym, który urodził się 16 lipca mieliśmy dyskusje nad Edwardem, najstarszy bardzo pragnął byśmy tak mu na imię dali. Jako że na drugie sam sobie wybrał Maria rodząc się wspomnianego 16 lipca to Edward Maria przyznasz też ciężko wymyślić smile. Choć ostatecznie na Leonie stanęło. Ale zdarzało się starszym braciom zwrócić do niego drugim imieniem...
  • kaakaa 16.02.15, 08:44
    Edward za bardzo jednoznacznie mi się kojarzy z Gierkiem, niestety... (Choć, pomijając Gierka, Edward Maria brzmi OK. Leon Maria - jeszcze lepiej!)
    Za to Edmund - wyłącznie pozytywne skojarzenia - Bojanowski, Fetting, deAmicis, Niziurski, Wojtyła, mój wieloletni biskup Piszcz i ten z Narnii...
    Najstarszy brat uparcie nazywa Młodego Stefanem, lub Stefmundem, bo jemu się Edmund bardzo nie podoba. Cóż - specyfika nastolatka...
  • soldie 16.02.15, 17:40
    Edmund- świetnie,szczególnie,że my właśnie po raz enty Narnię przerabiamy wink Więc wszystkiego dobrego dla Edmunda i niech go Bóg błogosławi smile
  • juleg 13.07.16, 08:04
    Henryk smile?

    --
    http://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/gb/vi/9j1z/hfoUegJNDq0PhE0sxA.jpg
    www.pomoz-amelce.pl/
  • soldie 15.02.15, 15:02
    kropkaa przecież to syn big_grin
  • kropkaa 11.02.15, 19:57
    Kaakaa, skąpy coś ten opis wink Ale wybaczam, jesteś usprawiedliwiona. Gratulacje!

    --
    a może by tak urodzić w domu?
  • hortensjaaaa 13.02.15, 22:19
    Gratuluje serdecznie! A imię mi nieznane..
    No i zazdroszczę po cichu...wink
    --
    następny poród domowy! A jakże!!
  • donkaczka 27.01.09, 13:50
    jestem raczej czytelnikiem niz uczestnikiem forum, ale podziele sie z wami
    swoimi przezyciami z radoscia smile

    Julek to moje trzecie dziecko

    pierwszy porod byl bardzo ok, choc w szpitalu - mieszkam w de, wiec bylo po
    ludzku, bez naciecia, z zzo - wtedy wydawalo mi sie idealnie

    drugi porod z zaskoczenia, piekielnie szybki, zawieziona sporo przed terminem na
    kontrolne ktg z dosc rzadkimi ale regularnymi skurczami urodzilam druga corke w
    godzine

    porod domowy chodzil mi po glowie juz po pierwszym porodzie, ale maz nie byl
    zbyt przekonany, teraz bylo to oczywiste dla nas obojga smile


    termin mialam wyliczony na 16 lutego, ale poniewaz druga corka urodzila sie w 37
    tygodniu bylam czujna od 20 stycznia
    zaliczylam dwa falszywe alarmy, drugi w piatek, bolesne skurcze co 5 minut, ale
    trwaly trwaly i nic z nich nie wyniklo
    polozna przyjechala, zbadala mnie i pocieszyla, ze nastepna taka seria to juz
    nie bedzie sciema smile

    smialam sie, ze dom bedzie wylizany, bo skurcze za kazdym razem sprawialy, ze
    odkurzalam, mylam podogi szorowalam wanne, przy okazji ukladajac w szafach,
    myjac okna i nadrabiajac ile sie da smile

    z niedzieli na poniedzialek cala noc mialam bolesne skurcze co 7 minut, zasnelam
    okolo 5 rano nieco rozczarowana, ze znow sie po kosciach rozchodzi i zupelnie
    zdezorientowana, czy dzwonic do Barbary i mowic jej o tym
    od rana brzuch mnie zakluwal, ale nieregularnie, albo co 5 minut, albo co 15 i
    zaczelam robic sie zla i poirytowana, ze sytuacja sie tak gmatwa, bo nie
    chcialam meza z pracy i poloznej sciagac bez potrzeby, z drugiej strony gdyby
    porod mial sie rozkrecic jak z Helena, to musialabym go sama odebrac w asyscie
    dwoch malutkich coreczek smile

    okolo poludnia korzystajac z drzemki mlodszej malej wzielam goracy prysznic, po
    ktorym skurcze w koncu zrobily sie dosc regularne, co 5-6 minut, zadzwonilam po
    meza i polozna i poszlam szykowac obiadsmile
    zrobilam dzieciom krupnik, mezowi i poloznej murg maghani butter chicken smile pyycha
    zjechali okolo 14 a ja juz powoli zaczynalam czuc potrzebe schowania sie z dala
    od ludzi, krecilam kolka na skurczach i tanczylam przy kuchni
    mialam 2 cm rozwarcia i zgodnie stwierdzilysmy, ze to juz

    przed 15 zamknelam sie w sypialni, opuscilam rolety, zapalilam mala lampke
    miedzy skurczami czulam sie jeszcze pelna energii, wiec powiadomilam dziewczyny
    na forum, pozartowalam troche
    powoli jednak zaczelam odplywac, miedzy skurczami zamykalam oczy i oddychalam
    spokojnie
    w koncu dobilam do 6-7 centymetrow, zrobilo sie dosc bolesnie i wskoczylam do wanny
    posiedzialam tam do 17 i wrocilismy do sypialni, bylo juz hardocorowo, po kazdym
    skurczu stwierdzalam, ze nie dam rady smile ze zajebiscie boli, ale jakos szlo
    w sumie trudnych bylo ostatnich 10 skurczy mniej wiecej, jeden przezylam na
    lezaco, bo akurat barbara mnie badala i nie zdazylam sie sturlac - dramat,
    takiego bolu przez caly porod bym nie zniosla

    najlepiej mi bylo albo na stojaco, uwieszona na mezowskim lokaju smile albo na
    kleczkach przy lozku
    i tak urodzilam
    na ktoryms skurczu polozna kazala mi lekko poprzec, bo brakowalo doslownie pol
    palca do pelnego rozwarcia, sprawilo mi to lekka ulge, wiec na kolejnym gdy bol
    siegal szczytu, po prostu pchnelam dosc zdecydowanie i maly ruszyl - polozna
    mnie na chwile powstrzymala w trakcie parcia, ale po chwili pchnelam do konca i
    tak maly ku zdumieniu mnie i mojego meza urodzil sie na jednym skurczu
    byla 17.40 wiec sprawnie nam to poszlo smile

    Julek ladnie ssie, odsypia trudy porodu i jest wielka atrakcja dla siostr smile
    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by prababcia Luśki
  • kaakaa 27.01.09, 16:53
    ... że Julek urodził się wczoraj???
    Mam mózg mlekiem zalany, więc może coś mi się styki źle zwierają...
    Tak, czy inaczej - piękny opis pięknego porodu!
    A Julkowi i jego rodzinie pomyślności życzę!
  • donkaczka 27.01.09, 17:16
    tak smile jak najbardziej wczoraj, do laptopa siadam w cyklach po kilka minut, wiec
    po kolei fora odwiedzam, pierwsze relacje na rowiesniczym puscilam wczoraj po 20 smile
    ale ja szybko sie ogarniam i energia mnie roznosi

    a to my, jeszcze z lozyskiem w brzuchu smile

    http://img185.imageshack.us/img185/4998/pierwszeminutykh0.jpg
    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by prababcia Luśki
  • kaakaa 27.01.09, 19:52
    No, to niech sobie Julek rośnie zdrowo a spokojnie.
  • oldzinka 27.01.09, 21:11
    Donkaczko! Jesteś moją idolką! Dzięki za podzielenie się tym
    wspaniałym przeżyciem.
  • jusder 27.01.09, 21:46
    Donkaczka,
    jesteś wielka smile
    serdeczne gratulacje dla mamy heroski i życzenia słodkiego miłego
    życia dla Julka.
  • silije.amj 27.01.09, 23:17
    Donkaczko gratulacje! Ja też mam dwie córki i domowego synka!
    Ściskamy Was!
    Piękne niesamowite nastrojowe zdjęcie!
  • 987ania 28.01.09, 01:34
    Przepiękne zdjęcie, życzę wspaniałego życia Julkowi!
  • joannapoznan 29.01.09, 11:09
    przepiękne zdjęcie i opis. Aż chce mi się rodzićwink
    --
    ERNEST
    Galeria
  • monjan 30.01.09, 14:48
    Donka jeszcze raz gratulacje!!!wow
    --
    Witaj moje Słonko
    Stefanek
  • marianna0077 11.03.09, 17:16
    Ha, to i ja się przekleję z posta z zeszłego roku z moją relacją.
    Józek niedługo urodziny mieć będzie a ja nie zdążyłam tego zrobić,
    tak mi jakoś zeszło...
    Tak jak pisałam wyżej, już będąc w ciąży z starszym synem miałam
    takie fantazje żeby rodzic w domu, samej, żeby nie zdążyc do
    szpitala i utknąc we własnej łazience... wiedziałam już wtedy, że z
    położną w naszym mieście nie ma możliwości. Ale i tak by się nie
    udało, ponieważ Jurek urodził się w ostatnim dniu 36 tygodnia w
    szpitalu klinicznym szacownego Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie
    się rodzi na wznak, z podkładką pod pupą, z nogami wycelowanymi w
    sufit i z obowiązkowym nacięciem prąc z całej mocy na szalone
    wrzaski położnej i lekarki PRZYJ, PRZYJ MOCNIEJ MOCNIEJ... W
    telegraficznym skrócie.
    I tak sobie myślałam, że fajnie byłoby gdyby to jednak trochę
    inaczej wyglądało (pierwsza faza była fajna, położna nas zostawiła,
    była noc, oglądała film, my byliśmy sami i chwała za to, no a poza
    tym krótka, co też się ceni).
    No i znalzłam kiedyś to forum, co przypomniało mi się jak już udało
    nam się zajśc w ciążę z Józikiem. Znlazłam numer do pani Kasi Oleś,
    ona dała mi numer do naszej pani (za kilka porodów planuje się
    ujawnic, ale na razie prosi o dyskrecję). I zadzwoniłam. I długo
    zbierała wywiad, były dwie problematyczne rzeczy, to jest moje dwa
    poronienia przed Jurkiem, pani położna bała się ewentualnego
    nieodklejenia się łożyska co się zdarza po łyżeczkowaniach; jak i
    to, że Jurek miał silną żółtaczkę i była szansa na powtórkę bo takie
    mamy grupy krwi z wężem, że sprzyjają temu). No i pani położna
    powiedziała, że mam się poczuc zaopiekowana i w domu czy szpitalu
    będzie z nami, ale nie obiecuje że w domu, bo mam taki "wywiad" i
    zobaczy czy jej niepokój będzie narastał, czy ucichnie. I tak sobie
    czasem przez telefon pogadałyśmy, ciąża płynęła a ja nie miałam
    żadnych lęków związanych z porodem, komplikacjami, miałam
    przekonanie że wsystko pójdzie dobrze. W końcu nasza pani położna
    pojawiła się u nas, długo rozmawialiśmy już z wężem, on się poczuł
    spokojny po tej rozmowie, ja też, a i pani położna chyba zapałała do
    nas sympatią i mówiła już po, że ten nasz spokój jej się udzielił
    i też miała już intuicję że będzie dobrze i się nie opierała przed
    zaproszeniem dodom. Postawiła tylko warunek,że muszę skończyc 38
    tygodni, wcześniej nie przyjdzie. No i w 37 się zaczęło, ledwo
    chodziłam, bo czułam, że jak tylko za mocno się rozruszam to urodzę.
    I te osttnie półtora tygodnia przeleżałam, chodziłam na spacery z
    Żurem z prędkością ślimaka, nie robiłam właściwie nic, a i tak
    mieliśmy dwa alarmy, za drugim razem dojechaliśmy z naszą panią już
    na izbę przyjęc, miałam skurcze co 3 minuty. Jak już dojechaliśmy to
    się trochę zdenerwowałam i wszystko się rozeszło .
    No i wreszcie, ostatniego dnia 38 tygodnia o 6 rano obudziło mnie
    pęknięcie. Już wiedziałam że to to ale dałam sobie jeszcze chwilę i
    leżałam, nie ruszając się i nie sprawdzając. Ale w końcu wstałam,
    poczułam strumyk na udzie i powiedziałam Jakubowi, że to będzie już
    na pewno dziś (był już zmęczony nocnymi telefonami ściągającymi go
    do domu, miał dośc ciężki okres w pracy i z tym napięciem, wszyscy
    już mieliśmy dosyc tego przesiadywania na wulkanie) bo mi wody idą.
    Poszłam do łazienki, zadzwoniłam do położnej że tym razem to już na
    pewno to. Odwołała swoje spotkania przed południem i kazała
    obserwowac skurcze jak się pojawią i zadzwonic jak nabiorą jakiegoś
    kształtu. Zdążyłam się oporządzic w wannie i skurcze zaczęły
    nabierac kstałtów, a jakże. Między 7 a 8 zanotowaliśmy takie co 5, 6
    minut i bolało mnie coraz mocniej, zaczynało iśc w krzyż tak jak
    przy Jurku. Krzątakiśmy się po domu, wybierałam Jurkowi ubrania,
    robiliśmy śniadanie i takie tam. O ósmej zadzwoniłam i powiedziałam
    jak to wygląda, a pani powiedziała że w takim razie do 9.30 będzie u
    nas. Zadzwoniiśmy po szwagrów, żeby już przyjechali po Jurka,
    obudziliśmy go, Jakub go ubierał i opowiadał że idzie dziś do
    kuzynek, mały (ma trzy lata prawie) był podniecony, chodził i
    nawijał, a ja już bardzo chciałam żeby sobie poszedł, bo zacęło mnie
    już mocniej bolec i zdążyłam się już zainstalowac w kącie za kanapą
    na złożonym na 4 dywanie, nie uczestniczyłam już w ich
    przygotowaniach do wyjścia, obserwowała tylko klęcząc i opierając
    się o kanapę. Tuż przed 9.30 Jurek wyszedł, za kilka chwil weszła
    położna. I wtedy się aczęło na prawdę
    Pani pokrzątała się chwilkę, przebrała, zbadała ciśnienie (moje),
    tętno (małego) i zbadała mnie. Powiedziała, że to jakieś trzy,
    cztery centymetry i żebym sobie może pod prysznic poszła. NO to
    poszłam do łaienki... Ale się nie mogłam od kibelka odkleic, tak mną
    w wmiotach szarpało, jak się zaczynał skurcz to krzyczałam (biedni
    sąsiedzi) i ona przybiegała i robiła mi coś takiego z plecami że
    przynosiło ulgę (tym razem ucisk Jakuba nie działał tak jak przy
    rodzeniu Jurka tylko odwrotnie więc mnie nie dotykał) a jak się
    kończył skurcz, to się nie potrafiłam ruszyc z tego klęku przy
    kibelku, myśląc: jeszcze jeden i pójdę pod prysznic, chociaż miałam
    poczucie że żaden prysznic, że już tylko śmierc mnie czeka i po
    chwili (cała scena łazienkowa trwała kilkanaście minut) poczułam, że
    mały się opuszcza. Krzyknęłam, że go czuję, że się obniża i wtedy
    pani położna (jejku muszę tak ciagle pisac, żeby nie używac tego
    imienia) przybiegła, sprawdziła i powiedziała że skończyło się
    rozwieranie . Więc poszłam na moje legowisko przy kanapie,
    klęknęłam znów przy niej i czułam powolne opuszczanie się z każdym
    skurczem i pieczenie, czyli coś, co przy Jurku nie było mi dane, bo
    przy tych dzikich wrzaskach i pospiesaniu byłam w takim napięciu i
    tak zadaniowo nastawiona, kompletnie bez kontaktu z ciałem, nic nie
    poczułam. Potem pocułam że muszę się wyprostowac żeby mały mógł
    zejśc jeszcze niżej, ale cholernie się bałam tego momentu
    maksymalnego rorparcia i chciałam to jeszcze chwilę odwlec w czasie,
    ale jak tylko o tym pomyślałam, pani położna powiediała, żebym może
    zmieniła pozycję . No więc zasiadłam na worku sako, Jakub mi
    podpierał głowę i ramiona a ja powolutku popierałam i na końcu
    skurczu oszukiwałam, że już sobie poszedł. Ale tętno między
    skurczami było wzorowe więc się nie martwiłam, wiedziałam że mam
    czas. W pewnym momencie Ona powiedziała, że jestem strasznie spięta.
    I jak mi to nazwała, to dopiero puściłam, rozluźniłam się, zaparłam
    nogą o Jej ramię i pomału ale już otwarta pozwoliłam wyjśc Józkowi
    na świat.
    Nie krzyczał, mruczał tylko smiesznie, leżał sobie na mnie,
    czekaliśmu na łożysko, oczywiście bez problemu i w całości się
    odkleiło, choc trochę to trwało. Miałam peknięcie pierwszego
    stopnia, pani zapytała czy życzę sobie szew, nie życzyłam sobie .
    Poszłam pod prysznic, potem długo stałam przed szafą zastanawiając
    się w co się ubrac (Jakub nosił małego i odpowiadał na wszystkie
    papierkowe pytania położnej). Poczym usiadłam na tyłku (żadnego
    dyskomfortu) i karmiłam prawie trzy godziny, Jakub podawał nam
    herbatki i kanapki a my sobie gaworzyłyśmy z panią położną, nie
    chciała nam przerywac karmienia, czekała aż Józik puści pierś, i
    wtedy dopiero go wyjęliśmy z ręcznika i zważyliśmy (3200) i
    zmierzyliśmy (57) i ubraliśmy. Kąpany nie był do dziś, cekamy na
    tatę, który ma jeszcze sajgon w pracy i nie ma kiedy, więc myjemy
    tylko miejsca strategiczne wacikami. Potem pani położna nas
    zostawiła bardzo zadowolona bo Józef urodził się w znakomitym
    stanie, Jurek wypierany trzy razy krócej wyglądał przez miesiąc jak
    po ciężkim wypadku z ciężarówką. A my leżeliśmy w łózku przez kilka
    godzin oczekując starszego syna do kompletu.
    Wartało, oj wartało smile
  • donkaczka 22.03.09, 10:35
    ah przepięknie opisane, aż mi sie łezka zakręciła i przypomniał mój niedawny tak
    poniedziałek smile
    zwłaszcza to "siedziałam z małym i gawędziłam z położną"
    wyobrazasz sobie taki luzik w szpitalu?
    gratulacje dla was
    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
    prababcia Luśki
  • petisu 12.06.09, 20:22
    Już noc przed miałąm dość bolesne skurcze i całą noc się budziłam przy każdym
    jednym, ale zaraz znowu zasypiałam. W ciągu dnia to samo, ale jak sie człowiek
    buja 2 tygodnie z przepowiadającymi i całą armia wszystkich możliwych objawów
    zbliżającego się porodu, to już nie wierzy byle skurczowi. wink Dawałam sobie
    jeszcze jakieś 48 h na rozpoczęcie akcji.
    Luśkę połozylismy spac późno i już o północy do niej dołączyliśmy. Chciałam się
    wyspać an wszelki wypadek. No chciałam, bo już o 1-szej sie podniosłam. Łaziłam
    sobie po ciemnym mieszkaniu do 3, kiedy to podniosłam męża i zadzwoniłam po
    położną. Położna przyjechała szybko. Już wiedziałam, ze są 4 cm, bo skurcze coś
    zelżały, a ja poczułam się stanowczo lepiej. Luśka wstała o 5:30-godzina
    niezwykła jak na nią, troche się poprzytulałyśmy, a potem się dziewczyna zajęła
    oglądaniem MiniMini. Gdzieś do 6 siedziałąm z położną na kanapie i gadałyśmy o
    różnościach przerywając tylko na oddychanie w czasie skurczu. Zjadłąm kanapki,
    napiłam się herbaty. smile Potem położna pojechała do szpitala (to był jej dyżur)
    załatwić zastępstwo, a ja na godzinke poszłam sobie pospać (tak, tak). Wstałąm
    wypoczęta i skurcze odrazu przyśpieszyły. O 9 położna wróciła. Nadal 4 cm. uncertain
    Wkrótce zaczęłam mieć dość. Teraz już leżałam na kanapie. Ciekawa opcja na poród
    domowy, gdzie przecież mogłam robić co chciałam, ale ja czułam, ze to jest
    włąśnie to czego chce moje ciało. Poza tym pasował mi rytm skurczy co 10-15
    minut i mogłam odpoczywać pomiędzy.
    Wokalizowałam sobie podczas wydechu solidnym "HA" przy każdym wydechu i Luśka
    się podśmiewała ze mnie, że robię "haha". smile Położna miałą ochotę zwlec mnie z
    kanapy, ale ze zdziwieniem odkryła, ze jest już 7-8 cm. Gdzieś w międzyczasie
    kurier przyniósł paczkę z Didkami. big_grin
    Teraz już się zrobiło najciężej, bo byłam solidnie zmęczona i skurcze nie były
    tak efektywne i tak jak przez cały czas-co jakieś 10-15 min. Oczywiście
    nawiedziły mnie znane z pierwszego porodu "pakiety skurczowe"-4-5 skurczy jeden
    za drugim. No paskudne były, ale te z pierwszego po oksytocynie były stanowczo
    gorsze.
    Wydawało mi się, że godziny mojają, a tu nic, ale chyba poprostu skończyła się
    moja cierpliwość. Położna przekonałą mnie, zebym wstała. Wcale mi się to nie
    podobało. Główka przy każdym skurczu z impetem wciskała się w moją kość krzyżową
    i miałam wrażenie, że to absolutnie niemożliwe, zeby to dziecko miało szanse
    opuścić moje ciało tą drogą. Położna przekonywała mnie do kucania-stanowczo
    odmówiłam, ból był nie do zniesienia. Zaproponowałam podłogę, więc położna z
    mężem szybko mi zorganizowali "porodowy barłóg" z dużej narzuty i mnóstwa
    poduszek i tam w pozycji kolankowo-łokciowej (choć mam wrażenie, ze czasem
    kolankowo-czołowej big_grin) próbowałam przeć. Rany, to było prawie niewykonalne! Z
    pierwszego porodu okres parcia wspominam bardzo miło-nareszcie coś co mogę
    zrobić, wziąść sprawy w swoje ręce, a tu.......miałam skurcze, czułam jak się
    dziecko przesuwa i.....nie czułam potrzeby parcia. No może przez chwileczkę, ale
    to za krótkie było, żeby zrobić cokolwiek, stanowczo za słąbe uczucie. Położna
    mi nie wierzyła, bo dziecko już niżej być nie mogło, a ja serio nie wiedziałam
    jak to zrobię. Starałąm się jakoś opanowac moje wymęczone ciało, które jakoś
    wogóle nie chciało współpracować, nie potrafiłam się odprężyć i zacząć
    współpracować z położną. W końcu nie miałam wyjścia. Skupiłam się na tym co do
    mnie mówi, uwierzyłam jej na słowo i udało się urodzić główkę dosłownie na
    jednym skurczu i resztę na drugim. Odrazu pokazała możliwości wokalne. smile Mila
    była 3 razy owinięta pępowiną (miała też szelki z pępowiny), a było się czym
    owijać-ponad metr. Rodziła się też twarzyczkowo, więc pewnie stąd odczuwalna
    przeze mnie różnica jeśli chodzi o ilość `'miejsca". Nie mogłam zrozumieć
    dlaczego z 3,8 kg Luśki nie miałąm żadnych problemów, a 3,6 kg Mili sprawiło
    takie problemy.
    Położna podała mi Mile pomiędzy moimi nogami i mogłam na nią spojrzeć, bo jak
    tylko urodziłam, to padłam twarzą na poduszki i nie mogłam sie odwrócić. Mąż
    ciachnął pępowinę, Luśka przydreptała zobaczyć przyczynę hałasu. Jeszcze takiej
    mokrej Młodej mogłam dać cycka. Chwyciła jak zawodowiec. Potem Arlen ją
    trzymał,a ja usiadłam na piętach i urodziłam łożysko.
    Trzeba było młodzizne odśluzować, bo bardzo furczała. Położyłsmy się potem na
    moim barłogu i leżałyśmy pod stertą kołder i kocy.


    Mąż zrobił mi kanapki i słodkiej herbaty, Luśka przyszła dotknąć nowej "dzidzi"
    (baaardzo ostrożnie) i oznajmiła, że teraz dzidzia je cycusia, więc ona musi
    poczekać na swoją kolej. Położna założyła mi 2 szwy. Powiedziała, że to nawet
    nie pęknięcia. Z resztą siadam bez najmniejszych problemów. smile
    Po 2 h wpadł mój tata obejrzeć wnuczkę nr 2. smile

    Jak już pisałam-cieszę się bardzo, ze rodziłam w domu. Nie tylko ze względu na
    oczywiste pozytywy, ale również dlatego, że z moim tempem porodu w szpitalu na
    bank wcisnęli mi jakiegoś przyśpieszacza, a to najprawdopodobniej spowodowało by
    spadki tętna u Mili (owinięcie pępowiną)+ułożenie twarzyczkowe, czyli naprawdę
    duże szanse na cesarkę.
    To chyba tyle. smile
    --
    www.gugu-gaga.pl-eko kosmetyki, miękkie buciki i inne rzeczy, ale przede wszystkim:
    DIDYMOS w Polsce.
    Doradca po kursie podstawowym Die Trageschule ® Dresden
  • kropkaa 07.09.09, 23:11
    Zdjęcie cudnesmile
  • sun.pl 13.06.09, 20:50
    Narodziny Martynki

    Nasza córeczka urodziła się pięknie i spokojnie, tak jak to sobie wymarzyliśmy.
    Zaskoczyła nas tym, że troszkę się ociągała i zasiedziała u mnie w brzuszku
    (pewnie zasmakowały jej truskawki), ale teraz wiemy, że wybrała dla siebie
    najbardziej odpowiednią chwilę – spokojną, piątkową noc, kiedy jej starszy
    braciszek smacznie spał.

    Tego dnia byłam jeszcze na wizycie kontrolnej u ginekologa, który zachęcił
    Malutką do przyjścia na świat poprzez delikatne oddzielenie błon płodowych od
    macicy. Nie wiem, czy to to pomogło, czy też herbatka z liści malin, a może po
    prostu wszyscy dojrzeliśmy nareszcie do spotkania.

    Wieczorem zaczęłam intensywnie odczuwać dolny odcinek pleców i delikatne,
    nieregularne skurcze. Zdarzało się to już wcześniej, więc teraz nie miałam
    pewności, czy się nie wyciszy. Mąż Maciej wykąpał synka Michałka i przygotowywał
    go do snu, a ja jeszcze postanowiłam posprzątać kocie kuwety smile Powoli czułam,
    że już nic tego nie zatrzyma i nasza córeczka szykuje się do wyjścia.
    Nawiązaliśmy kontakt z położną i zaczęliśmy mierzyć skurcze, bo pojawiła się
    pewna regularność. Po półgodzinnym „testowym” prysznicu mieliśmy już pewność, że
    to TO. Zadzwoniliśmy po „ciocię Alę”, która miała nam towarzyszyć w tej chwili i
    w razie czego zająć się Michałkiem. Nie musieliśmy długo na nią czekać.
    Dotrzymywała towarzystwa mojemu mężowi, a ja zaszyłam się w sypialni,
    zostawiając lekko uchylone drzwi, bo pojawiła się już u mnie potrzeba ogromnego
    skupienia. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym jeszcze chodzić, czy stać –
    ułożyłam się na lewym boku i oddychałam. Zrobiło mi się zimno w nogi, więc
    przykryłam się kołdrą i poprosiłam Maćka o skarpetki. Za to w twarz gorąco –
    więc spryskiwałam się wodą w sprayu. W porównaniu do pierwszego porodu, teraz
    czułam się o wiele dojrzalsza, nie odczuwałam bólu, tylko „rozwieranie”, przy
    czym pomogły stare jogiczne sposoby: oddech przeponowy, powtarzanie w myślach
    przy wydechach „rozluźniam się”, wizualizacja otwierania, uciskanie dolnego
    odcinka pleców w skurczu. Mogę powiedzieć, że czas ten upłynął mi dość miło smile a
    przerywany był tylko odwiedzaniem toalety... Po 23.00 położna była już w drodze
    do nas, co jeszcze bardziej mnie uspokoiło, bo miałam już pewność, że zdąży.
    Bardzo chciałam, żeby była przy mnie w czasie drugiej fazy porodu. Dojechała na
    około 00.30 i od razu „wzięła się do roboty”: gdzie rodzimy? Musiałam podjąć
    decyzję, bo trzeba było rozłożyć folię i przygotować trochę podkładów.
    Zdecydowałam, że w pokoju, gdzie przyszedł na świat synek, na tym samym worku
    sako. Położna zbadała rozwarcie – 7 cm w skurczu, więc jeszcze tylko 3...

    Kładę się na kanapę i nagle wszystko przyspiesza, wydaje mi się, że wręcz pędzi!
    Czuję, że coś się kotłuje w dole brzucha i nagle robi mi się ciepło - odchodzą
    wody, więc krzyczę, że to już! Słyszę że wody są czyste... i zaczyna się:
    skurcze parte – jaka to przeogromna siła, dziwię się jak mogłam o tym zapomnieć!
    Tu już nie ja mam kontrolę, tylko TO, co dzieje się z moim ciałem. Przechodzę na
    worek sako, a Maciej mnie podtrzymuje. Już tradycyjnie powtarzam „nie mogę, nie
    mogę, nie mogę!!!” - to wyraz mojego zdumienia i pokory wobec TEJ siły. Tak,
    chcę rodzić bez nacięcia, więc muszę oddychać, sapać i głośno krzyczę. Staram
    się wydobywać z siebie bardzo niskie dźwięki, żeby „wibrował” dolny obszar ciała
    i czuję przy tym ogromną ulgę. Mój pierwszy poród w porównaniu z tym był bardzo
    cichutki wink Położna bardzo mi pomaga, kieruje oddechem, powstrzymuje parcie lub
    na nie zezwala. Widać już główkę, więc kładę na nią dłoń i już nie chcę jej
    zdjąć... Za chwilę ta śliczna główka wyskakuje i czuję falę przeogromnego
    szczęścia, że to już. Reszta ciałka wyślizguje się po chwili. Udało się! Malutka
    gulgocze i wypluwa wodę, a potem jest już taka cicha i spokojna... Witaj
    Kruszynko! Otulamy i przytulamy to nasze prześliczne Cudo. Po chwili rodzi się
    całe łożysko.

    My cieszymy się nasza Księżniczką, a położna ogląda krocze. Małe pęknięcie
    ocenia na „nawet nie I stopnia” i zabiera się do założenia kilku szewków.
    Orientujemy się, że choć nas tu tylu, to nikt nie zauważył, o której Martynka
    się urodziła, więc wspólnie ustalamy czas narodzin na 01:30. Potem już tylko
    ważenie, mierzenie, ubieranie, prysznic, karmienie i dużo, dużo radości. „Ciocia
    Ala” szykuje się do domu - była bardzo dzielna, bo choć sama jeszcze nie
    rodziła, to jej obecność była bardzo dyskretna i pomocna. Potem nam powie, że
    dzięki nam ma pozytywne nastawienie do porodu. Położna w tym czasie zajmuje się
    formalnościami, a przy tym ucinamy sobie sympatyczną pogawędkę. Wyczuwa się u
    nas atmosferę przyjaźni, spokoju i szczęścia.
    Gdy już zostajemy sami, zabieramy Martysię do wspólnego łóżka, gdzie rano
    dołączy do nas starszy synek, żeby pocałować i pogłaskać po główce swoją młodszą
    siostrzyczkę...

    --
    www.surya-yoga.pl
  • ekomama 14.06.09, 17:33
    Dopiero dziś zauważyłam ten wątek, więc wklejam swoją relację, 1,5 miesiąca po
    porodzie.
    ---------------

    Rano w dzień, kiedy Laetitia się urodziła, byliśmy jeszcze na badaniach
    kontrolnych, bo było już po terminie 10 dni. Wszystko ok. Czekać nadal trzeba.
    Więc jedziemy do domu i czekamy.

    Po powrocie obejrzałam sobie po raz kolejny „Amadeusza” Milosa Formana (czyli
    dobrze sobie odpoczęłam, bo film długi). Potem wzięło mnie na sprzątanie. W
    rekordowym tempie cały dom został odkurzony, łazienka umyta, kuchnia wypucowana
    (przy pomocy męża smile. Joachima (czyli starszaka) nie było w domu, wrócił ok 19,
    zrobił nam awanturę o „coś tam” i o 20 padł na kanapie i zasnął ze zmęczenia.
    Zdążyłam mu powiedzieć, że dzisiaj może dzidzia się urodzić i mama potrzebuje
    dużo spokoju w tym czasie. Od pół godziny bowiem zaczęłam czuć, że mnie kurczy
    tak poważniej niż poprzednio. Olivier zaniósł go do sypialni. Spał całą noc.

    O 21 skurcze były już intensywne. Stwierdziłam, że wejdę do wanny. Zadzwoniłam
    do położnej. Poprosiła liczyć czas skurczy i częstotliwość. Wyszło co 5-7 min,
    każdy 1 minutę. Za pół godziny, dzwonię ponownie, że skurcze już co 3 min.
    Marysia więc już jedzie do nas.

    Po 45 minutach wyszłam z wanny, nie mogłam już znaleźć sobie w niej miejsca. Od
    tego momentu większość czasu spędziłam na kanapie oparta na łokciach i kolanach.
    Przy każdym skurczu mąż ściskał mi miednicę. To jest po prostu świetny patent.
    Ulga niesamowita na ten niesamowity ból. Większość więc na kanapie, trochę na
    stojąco uwieszona na ramionach męża. Muzyka w tle (taka sama jak przy pierwszym
    porodzie, więc nastrój oczywisty, podniosły smile. Trochę się kiwamy, w pewnym
    momencie chyba zaczynam płakać – może to ten kryzys 7 cm, bo boli jak diabli no
    i nie ma Marysi... a ja nie chcę rodzić sama z mężem.

    W końcu dzwonek do drzwi. Marysia mnie bada – 7 cm!!! Osłuchuje tętno dziecka.
    Wszystko ok.

    Proponuje ponownie wannę. Mąż nalewa wody. Idę do łazienki. Maria idzie się
    przebrać... Wołam z łazienki, że ja prę. I to fakt. Dziecko się rodzi. Pękł
    pęcherz, ja znowu na czworaka uczepiona tym razem wanny (do wody nie chciałam
    jednak wejść)... Jeszcze chwila i maleństwo jest z nami! 22.41

    Jestem tak zdziwiona, że siedzę na podłodze w łazience, z mała już na ręku i
    patrzę oszołomiona wokół. Na słowa mojego męża „To dziewczyna” jeszcze bardziej
    otwieram oczy. To dla mnie abstrakcja na razie. Chłopak, dziewczyna. O co mu
    chodzi. Urodziłam dziecko!!! W domu! W jego obecności i położnej. I tak szybko,
    tak miło. Ten stan zadziwienia pozostał mi jeszcze na wiele godzin (aż żałuję,
    że nikt mi wówczas zdjęcia nie zrobił, musiałam wyglądać zabawnie).

    Następnie przeszliśmy do dużego pokoju na kanapę z powrotem. Tam mała złapała
    pierś, tam urodziłam łożysko i odpoczywałam, jadłam, piłam przez kolejne 2-3
    godziny – podkreślam to jadłam i piłam, bo w szpitalu po porodzie nawet wody mi
    nie chcieli podać, kiedy ja już od 12 godzin nic nie piłam.

    Potem najgorsze - badanie i sprawdzanie czy macica się obkurcza. Ból wydaje się
    większy niż porodowy (pewnie dlatego, że już nie „daje” się tego bólu dziecku,
    tylko jest taki medyczny).

    W każdym razie mała pięknie złapała pierś, troszkę popłakiwała, cichutko. Po
    dwóch godzinach (tak mniej więcej pewnie, straciłam poczucie czasu) mała została
    zważona, zmierzona, przyznano jej punkty. Mała, maluteńka rutyna. Cudnie. Ok. 2
    w nocy zostajemy sami. Joachim nadal śpi. Obudzi się dopiero nad ranem, aby
    przywitać siostrę. Jesteśmy szczęśliwi.

    Największa różnica między tym i poprzednim porodem to rzeczywista obecność męża.
    Przy pierwszym też był, ale tutaj był przygotowany, wiedział co robić, jak mi
    pomóc. To jest niesamowicie ważne. Oczywiście obecność tylko jednej położnej
    (miała być druga, ale już nie zdążyła dojechać smile, czyli jednej osoby, która
    bada, która jest z Tobą, która Cię czuje. No i ten spokój i poranek następny we
    własnym łóżku! Więc kto może rodzić w domu, niech rodzi. To piękne przeżycie!

    --
    Mama Joachima i Laetiti
    www.ekodzieciak.pl - książka o noszeniu w chuście "Noś swoje dziecko"

    Stowarzyszenie Nośmy Dzieci
  • noel_la 08.08.09, 21:50
    To zaskakujace odczucie. Tuz po porodzie mysle sobie "nie, koniec na
    drugim dziecku, juz zadnych wiecej porodow" a im dalej od tego dnia
    tym mocniejsze mysli przychodza typu "ah, jeszcze bym sobie kiedys
    urodzila" smile Kiedy porod jest DOBRY, kiedy nie ma traumatycznych
    przezyc z nim zwiazanych jakas taka dziwna moc przychodzi do
    kobiety. URODZILAM autentycznie SILAMI NATURY smile

    Tuz przed samym koncem kilkumiesiecznych przygotowan do porodu w
    domu, klody zaczely sie sypac pod nogi. Bylam mocno zestresowana,
    czy polozna nie bedzie akurat na dyzurze, gdy sie zacznie (a to
    okres urlopowy, wiec nie tak latwo o zastepstwo), czy zdazy dojechac
    (ma jakies 1,5 godz drogi a to moj drugi porod i pod koniec
    chodzilam juz ze zgladzona szyjka i 3 cm rozwarciem). Jakby tego
    bylo malo zaczelam miewac mocne nocne skurcze przepowiadajace i
    nigdy nie wiedzialam czy to juz czy dzwonic, a tak bardzo nie
    chcialam rodzic w nocy. No ale juz apogeum nastapilo na kilka dni
    przed porodem, gdy p. Alina miala wypadek z nozem krojac arbuza... i
    na rece zalozono jej szwy!
    - Powstrzymaj sie z porodem - brzmialo jej zalecenie - zobaczymy jak
    rana bedzie sie goila
    Polozylam sie i lezalam tak przez kilka dni, dopoki nie dostalam
    pozwolenia na mycie podlog smile

    Tego dnia 29 lipca z rana kontaktuje sie z moja kolezanka, ja mam
    termin na 2 ona na 3 sierpnia. Magda mowi, ze od 4.00 w nocy ma
    skurcze. Zazdroszcze, u mnie cisza.
    Po starsza corcie przychodzi babcia i zbieraja sie na spacer.
    Postanawiam przespacerowac sie z nimi, bo to dobry czas zeby
    rozkrecic akcje. Wchodze do malego pokoju, zeby sie przebrac a tu
    cos mi cieknie po nogach! Ide na kibelek "co ja, juz moczu nie
    trzymam?". Znow wchodze do pokoju i luuu to samo, cos cieplego leje
    mi sie po nogach. O kurka wodna, nie moge w to uwierzyc! Tego sie w
    zyciu nie spodziewalam, a to dlatego, ze przy pierwszym porodzie
    pecherz pekl mi dopiero przy bolach partych i Zosia o maly wlos a
    bylaby w czepku rodzona. Dlatego od kilku tygodni wyczekiwalam -
    SKURCZY a nie ODEJSCIA WOD.
    - Nie ide z wami na spacer, cos sie ze mnie leje.
    Mama przerazona, pyta czy ze mna nie zostac, a ja wrecz przeciwnie,
    chce jak najszybciej zostac sama.
    - Chyba nie zamierzasz rodzic w domu? - pozostawiam jej pytanie bez
    odpowiedzi, bo wiem, ze nie mysli powaznie smile Nikogo z rodziny nie
    wtajemniczalismy w nasz plan. Gdy udawalismy sie na spotkanie z p.
    Alina lub ona przyjezdzala do nas nazywalismy to "akcja Pila" i
    usmiechalismy sie tajemniczo.
    Dzwonie do poloznej. Moze wody moze nie wody, mowi ona, bo nie
    chlusnelo ze mnie tylko jakos tak sie saczy. Polozna kaze mi sie
    polozyc i co najwazniejsze dodaje, ze jesli cos sie zacznie dziac to
    odwoluje zajecia i jedzie. Pierwsze wielkie UFFFF. Polozna w
    gotowosci! No wiec ja tez, tylko, ze nic sie nie dzieje, a wiadomo,
    jesli po odejsciu wod nie przyjda w ciagu 6 godzin zadne skurcze to
    powinno sie jechac do szpitala. A tam wiadomo co robia w takiej
    sytuacji, a szczegolnie w dobie wyzu demograficznego w szpitalu -
    oksytocynka w zyle jak nic! No to sie klade poslusznie wyczekujac co
    bedzie dalej. Dzwonie sobie do meza, dzwonie do Magdy (chyba jej
    mocno pozazdroscilam). Dlugo nie polezalam, bo czuje jak nawet na
    lezaco leje sie ze mnie. Godzina zleciala nie wiem jak i kiedy i
    okolo 11.00 pojawily sie! Tak, to na pewno sa skurcze!!! Nie moge
    uwierzyc, ze to sie dzieje, ze wlasnie tak sie zaczelo i ze w ciagu
    dnia a nie w nocy, tak jak sie o to modlilam. Troche obserwuje te
    skurcze i wykonuje drugi telefon do poloznej o jakiejs 11.30.
    - Sa, sa skurcze! Ale nieregularne, roznie, co 10, 5, 7 minut i
    trwaja ok. 40 sekund.
    - Dobrze, jak beda regularne daj znac, cos sie dzieje, obserwuj.
    Obserwuje, co mam robic, sama jestem, podekscytowana, wiec licze i
    mierze. Skurcze nie sa szczegolnie bolesne, daje sobie z nimi
    swietnie rade. Po kolejnej pol godzinie dzwonie do meza. On
    decyduje, ze przyjezdza, bo choc skurcze wciaz nieregularne to
    jednak tych co 5 minut jest sporo. Nie chce, zebym rodzila bez
    niego, w koncu tak dlugo czekal na ten domowy porod smile
    Trzeci telefon do p. Aliny okolo 13.00.
    - Sa regularne, co 5 minut, w dalszym ciagu nie dlugie bo 40
    sekundowe, ale sila ich rosnie.
    - Chcecie zebym juz przyjechala?
    - Tak, tak! Bede spokojniejsza!
    - OK, jade do was - najcudowniejsze slowa jakie moglam sobie w tym
    momencie wymarzyc. Jedzie! Jedzie!
    To sie naprawde dzieje, wciaz nie moge w to uwierzyc! Marcin bierze
    sie za sprzatanie mieszkania. W miedzy czasie wraca babcia z Zosia,
    kaze im sie pakowac i wysylam do babci. Ale one sie grzebia, a to
    jeszcze zupka, a to szukanie jakichs bajeczek, zeby Zosia sobie
    poczytala przed popoludniowa drzemka. A ja krece biodrami przy
    kazdym skurczu i probuje to wszystko ogarnac. Wychodza. Mama
    patrzyla podejrzliwie na sprzatajacego Marcina, ale nie zadala
    zadnego pytania. Za to Marcin co chwile zadaje jakies pytanie mi,
    jak tylko zostajemy sami.
    - A gdzie jest to a gdzie tamto?
    - Ja tu rodze! Musze sie skupic na sobie! - odpowiadam mu
    Milknie i szuka ciuszkow, foli itd smile
    Skurcze sie nasilaja, powoli wylaczam sie i przechodze do ofensywy.
    Marcin widzi, ze skurcze sie nasilaja, niemal przy kazdym probuje
    innej pozycji, a to na balonie Zosi, bo nie mamy pilki do
    rodzenia smile a to zwisam na drazku a to w bezruchu. Wciaz sa co 5
    minut, potem co 4,5 i co 4. Tak juz zostaje do konca, skurcze co 4
    minuty to u mnie najwieksza czestotliwosc, a dlugosc 50 sekund. To
    nie jest zle! W 3 minuty da sie odpoczac i nabrac sil. Jestem bardzo
    swiadoma tego co sie dzieje i dokladnie opisuje wszystko mezowi. On
    juz tez przestaje sprzatac, jest teraz przy mnie. Liczy i mierzy i
    dodaje mi sil do znoszenia skurczy.
    - To sie da wytrzymac, to nie jest jakis paralizujacy bol, ale
    mysle, ze juz niedlugo. Gdzie jest Alina? Ciekawe gdzie jest...
    Wejde do wanny! To spowolni akcje. Zdazy dojechac.
    Wchodze do wody, a tu zamiast jak sadzilam spowolnienia bol sie
    nasilil.
    - O kurcze ten skurcz to juz byl mocny! Dzwon, spytaj gdzie jest.
    Marcin dzwoni.
    - Tak tylko z ciekawosci chcielismy wiedziec, gdzie pani jest?
    - Jestem juz w Bydgoszczy, za jakies 10 min powinnam byc u was.
    Drugie wielkie UFFF
    Przez te 10 minut zdazylam przezyc drugi potezny skurcz w wannie, a
    trzeci... trzeci zaczal sie tak samo, ale w koncowce poczulam...
    tak! To niezapomniane uczucie z pierwszego porodu! JA CHCE PRZEC!!!
    - Marcin! - o dziwo zamiast jeku bolu usmiecham sie i mowie - jest
    inny! Ten skurcz jest inny! Chce przec, czuje, ze dziecko sie
    opuszcza!
    - To dobrze?!?! - pyta przerazony maz
    - Dobrze, dobrze, zaczelo sie, ten bol jest lepszy, inny, ida parte!
    Gdzie polozna?! Dzwon?! Wypuszczam wode!
    Marcin chwyta za telefon, ale w tym samym czasie dzwoni do niego p.
    Alina, musi zejsc po nia.
    O kurcze, najbardziej krytyczny moment, zostaje sama z partymi! Ma 3
    minuty, zeby zbiec i wbiec z powrotem na 3 pietro z ciezka waliza
    poloznej smile Rzuca mi pozegnalne:
    - Nie przyj kochanie!
    Natura dopomaga i daje wiecej czasu, akurat tyle, zeby zdyszani
    wpadli do mieszkania (przypominam, jest lipiec, upal, na klatce nie
    mamy otwieranych okien, to niezly wyczyn tak wbiec, ale sa, sa!
    Marcin wnosi ogromna walizke, rozwazajac "Czy ona chce u nas
    nocowac?" smile Jest tam wszystko, nawet butla z tlenem, o czym
    dowiadujemy sie juz po porodzie. Wbiegaja. Widze w drzwiach p.Aline
    i robie trzecie wielkie UFFF. Teraz juz bardzo chce zeby byli ze mna
    i polozna i maz.
    - Marcin! - krzycze - idzie skurcz!
    Jest, zdazyl, teraz juz musi mnie podtrzymywac przy kazdym pod
    ramiona, a ja lekko kucam
    - Nie przyj nie przyj! - mowi polozna i przygotowuje sie na akcje w
    mgnieniu oka. Gniazdko, podlaczenie aparatu do mierzenia tetna
    dziecka (nie ma juz czasu na ktg, a tak sie balam, ze bede do niego
    uwiazana hehe), rekawiczki, badanie:
    - 9 cm, poloz sie na le
  • noel_la 08.08.09, 21:52
    - 9 cm, poloz sie na lewym boku zejdzie glowka
    Klade sie, ale na skurcz wstaje, to wielka sila, nie moge ulezec.
    - Wstala, no dobrze - komentuje p. Alina i bada mnie na stojaco - o,
    idzie glowka, jest.
    Nastepny skurcz znow na stojaco tylem do poloznej smile
    - Ale musicie tak sie ustawic, zebym cos widziala! smile Ty usiadz na
    kanapie.
    Marcin siada, ten to ma dobrze, a ja kucam przed nim, on mnie trzyma
    pod pachy. Moja wymarzona POZYCJA WERTYKALNA W KUCKI smile
    Polozna robi co moze, zebym nie pekla, zeby mnie nie naciac, nie ma
    pospiechu, jest spokojne wyczekiwanie na kolejny skurcz. Jakos
    wszyscy odnalezli sie szybko w swoich rolach, znaczy sie, ze kazdy
    jest dobrze przygotowany smile Marcin pomaga mi bardzo, mowi, ze
    pieknie rodze, ze dam rade. Podziwiam go za spokoj, bo ja dre sie
    jak nigdy, porod jednak boli smile Potrzebna mi wiec zacheta, bo parcie
    sie przedluza. A przedluza sie, bo nie chce byc nacieta. Bardzo sie
    ciesze, ze polozna szanuje moj wybor, nasz wybor. Bo i moje i
    Marcina stanowisko jest bardzo mocne i jednoznaczne NIE NACINAC.
    Wole peknac. Wspomnienia po nacieciu przy pierwszym porodzie sa
    fatalne. Tatus musial sie opiekowac dzieckiem, bo ja bylam nie do
    zycia, lezalam obolala. P. Alina daje jednak do zrozumienia, ze w
    moim przypadku bez pekniecia sie nie obejdzie, trudno, godze sie.
    Wypieranie trwa juz kwadrans, 20 minut, 25...
    - Wymeczysz dziecko - mowi polozna, ale powstrzymuje sie z nacieciem
    za co jestem jej szalenie wdzieczna
    Poki malej nie spada puls pozwala mi na parcie.
    Dotykam glowki, niesamowite oczucie, wyczuwam cala glowke, wloski
    dziecka, nawet to jak bardzo jest zgnieciona po srodku i jak na niej
    jest mocno opieta moja skora, ktora zaraz sie rozerwie sila
    kolejnego parcia.
    Idzie skurcz, juz nie wiem ktory z kolei, jestem wymeczona i dziecko
    tez i w koncu trach, peklam, to juz zaden bol przy tym calym
    porodzie, jest glowka, Marcin potwierdza, bo ja nie widze, jeszcze
    jedno wypchniecie i Toska laduje na moim brzuchu smile
    Jest faktycznie lekko wymeczona, sina troche, ale kwili sobie, wiec
    wszystko ok, podziwiamy ja i tulimy. Nie zostaje rutynowo odsysana,
    choc troche rzezi. Polozna daje jej czas na samodzielne pozbycie sie
    wod plodowych.
    Godzina? Nikt z nas nie ma zegarka na rece smile I tu mila
    niespodzianka. Nie wiedzialam, ze w porodach domowych poza wyborem
    pozycji do rodzenia mozna tez wybrac dziecku godzine narodzin wink
    Dzielny tatus przecina pepowinke, gdy ta juz przestaje tetnic.
    A potem... potem znow kazdy przyjmuje swoje role. Polozna chwyta za
    igle a mezus za szmate smile
    Po szyciu leze sobie z malenka na wlasnym tapczanie, ona rozpoczyna
    pierwszy w zyciu posilek. Lezy sobie na mnie taka golusienka w tej
    mazi plodowej, poznajemy sie. Sloneczko zaglada do naszego pokoju a
    mnie przepelnia wdziecznosc, za tyle "zbiegow okolicznosci".
    Przypadkiem malenka urodzila sie o 15.00, przypadkiem porod rozegral
    sie w dzien tak jak marzylysmy (i polozna i ja), przypadkiem bole
    parte zaczely sie, gdy p. Alina podjechala pod nasz dom i
    przypadkiem moja kolezanka Magda tego samego dnia urodzila synka smile
    Podobno Przypadek to pseldonim Pana Boga. Dlatego dziekuje Bogu za
    ten porod domowy, za spelnione marzenia, za cudowna zdrowa Tosienke.
    Dziekuje poloznej za to, ze byla, ze przyjechala tak szybko, za
    spokoj i profesjonalizm i, ze mnie nie naciela smile Dziekuje kochanemu
    mezowi, ze sie zgodzil na porod w domu, ze nie stracil ani na chwile
    przytomnosci umyslu, ze szeptal mi slowa zachety i podtrzymywal
    fizycznie i na duchu, a na koniec to wszystko posprzatal smile

    Dodam tylko slowo o pologu, gdyz ten po pierwszym porodzie trwal
    niesamowicie dlugo, a cierpialam bardzo, Wielkie naciecie i pijace
    szwy polozyly mnie na lopatki na pierwszy tydzien, kolejne dwa
    tygodnie bylam unieruchomiona z powodu hemoroidow lub czegos w tym
    stylu (do dzis nie wiem co to bylo, cos wewnetrznego , co
    uniemozliwialo mi obrucenie sie z boku na bok). Gdy w koncu po
    miesiacu chodzilam tiptopami po domu okazalo sie, ze nie moge
    siedziec z bolu, bo pekla mi kosc ogonowa. I tak kilka miesiecy bez
    siedzenia... Tamten polog koszmar byl duza motywacja do porodu w
    domu.
    A tym razem? To prawda, ze pekniecie lepiej sie goi, praktycznie nie
    odczuwalam tej rany w ogole, moze to kwestia zalozenia szwow, ale
    nie pily mnie nic a nic. Juz na trzeci dzien poszlismy na dlugi
    spacer. Nie pekla mi kosc ogonowa! Moglam siedziec tuz po porodzie.
    I nie wyskoczyly zadne dodatkowe atrakcje. Jestem szczesliwa, moglam
    sie opiekowac nasza mala Tosia od jej pierwszych chwil!
  • clementine_kruczynski 24.08.09, 00:53
    Kończyła się sierpniowa niedziela. Jak każdego wieczora w przeciągu ostatnich 7
    dni, byłam lekko zniecierpliwiona, bo wielkimi krokami zbliżał się Termin, a
    poza skurczami przepowiadającymi nic się nie działo. Jakby mój organizm drażnił
    się ze mną i wystawiał na próbę. A ja przecież chciałam urodzić szybko i przed
    terminem! I koniecznie w nocy. Cicho i dyskretnie. (Akurat...)

    Ale tego wieczora jednak coś mnie ruszyło – mimo, że był dzień święty,
    wyciągnęłam odkurzacz, mop i odświeżyłam kąty. Skurcze były – jak co wieczór –
    lekkie, nieregularne. Jak co wieczór zasiedliśmy z mężem do oglądania seriali
    smile W czasie seansu skurcze zaczęły być bardziej regularne – co 6, 8 minut.
    Hurra! Przesiadłam się z kanapy na piłkę i kołysząc biodrami oczekiwałam
    wzmocnienia skurczy, bo skoro mam dzwonić po Położną, w dobrym tonie byłoby to
    zrobić przed północą smile

    O północy skurcze wciąż były 40-sekundowe i co 5 minut, nie zanosiło się na
    szybko postępującą akcję, nawet nie byłam pewna, czy to już TO, czy może nowa,
    bardziej denerwująca odmiana skurczy przepowiadających, więc postanowiłam
    spróbować zasnąć. Nie udało się. Wyszłam na paluszkach z sypialni (żeby nie
    zakłócać snu męża, skoro ma mi pomagać, musi mieć siły – potem okazało się, że i
    tak nie spał) i dalej sprzątać. Skurcze wzmocniły się! Więc za telefon, i budzić
    Położną. Padło trudne pytanie: „czy mam przyjechać?” Hmmm, z jednej strony
    chciałam potwierdzenia, że rodzę, a z drugiej – znając własne skłonności do
    myślenia życzeniowego i nadinterpretacji różnych sygnałów – nie chciałam
    wywoływać „fałszywego alarmu”. Postanowiłyśmy więc, że na razie zostaję sama ze
    skurczami i poobserwuję się, a jeśli skurcze się nie wyciszą to zadzwonię
    jeszcze raz.

    Ale zasnąć już nawet nie próbowałam – byłam podekscytowana, że oto nadchodzi
    długo wyczekiwane Wydarzenie, że będę rodzić, tak jak tego chciałam, że oto mój
    dzień. Czułam się dumna, jakbym podchodziła do matury - w białym kołnierzyku,
    błyszczących lakierkach, z głębokim poczuciem, że jestem rzetelnie przygotowana
    i wreszcie będę mogła się wykazać. (Po poprzednim, szpitalnym porodzie, miałam
    duży niedosyt – wskutek nadmiaru interwencji dzieciątko miało się coraz gorzej
    i personel zadecydował, że „egzamin” trzeba kończyć przed czasem.)

    Za to mąż, opuściwszy sypialnię, przyglądając się mi, jak zmagam się ze
    skurczami (przysiady, dreptanie, kołysanie na piłce), zaczął wystawiać mnie na
    próbę. „Ale to już rodzisz?” „Jakie masz skurcze? A co ile powinny być, żebyś
    urodziła?” „Jesteś pewna, że chcesz zostać w domu? Damy radę?” Wrrr. Mój kochany
    małżonek przez całe długie 40 tygodni uważał, że ciąża to nic wielkiego, i nie
    ma potrzeby, żeby on w jakikolwiek sposób się edukował, skoro kiedyś już jakoś
    to przetrwaliśmy, a poza tym, to przecież kobieta rodzi... Głód wiedzy odezwał
    się dopiero, gdy byłam zbyt skupiona na sobie, żeby wyjaśniać o co chodzi w tymi
    skurczami i rozwarciem. Byłam w stanie wskazać tylko półkę z moimi ulubionymi
    przewodnikami - „Rodzić w domu” Sheili Kitzinger (z zaznaczonym rewelacyjnym
    rozdziałem „Pomaganie w czasie porodu: scenariusz akcji”wink, „Aktywnym porodem”
    Janet Balaskas i „Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj. Ale to nie był dobry
    czas na zagłębianie się w lekturze.

    Kwadrans po trzeciej zdecydowałam, żeby zadzwonić po Położną. Uff, teraz będzie
    łatwiej, myślę sobie i biegam między skurczami do okna sprawdzić czy nie ma już
    jej samochodu. Skurcze ciągle 40-sekundowe, ale coraz mocniejsze, żeby sobie
    ulżyć robię przysiady, kręcę biodrami, w końcu w trakcie kolejnego zaczynam się
    zastanawiać, czy ten ból to oby nie kara za grzechy, jakie popełniłam? Z tego
    odlotu wyrywa mnie głos małżonka: „Jest Dorota, idę na dół po rzeczy, dasz sobie
    radę sama?” Moje „tak” nie brzmiało chyba zbyt wiarygodnie, bo mąż ponawia
    pytanie. Warczę na niego: no idź już, byle szybciej, przecież tu nie zemdleję.

    Po chwili, która wydaje się wiecznością, w końcu się zjawiają. Mąż stawia na
    podłodze krzesełko porodowe, a ja cieszę się w duchu „Wow, to znaczy, że ja
    rzeczywiście rodzę! Ale fajnie!” Dorota sprawdza tętno Malucha, jest dobre,
    potem moje ciśnienie – i tu skucha, 140/100, jeśli za pół godziny będzie tak
    wysokie to jedziemy do szpitala. Po pół godzinie na szczęście się uspokaja.
    Badanie wewnętrzne: 3,5 cm. No i moje rozczarowanie: tylko tyle?! Bo ja
    oczywiście, nasłuchawszy się relacji o tym, jak to drugi poród potrafi szybko
    przebiegać, chciałabym usłyszeć „8 cm, zaraz rodzimy” wink

    No ale nic to, trzeba zabierać się do roboty – chodzę po mieszkaniu jak lew po
    klatce, na skurcze wychodzę na balkon i kontempluję nocną urodę starego parku,
    głęboko oddychając. Staram się być jak najbardziej aktywna, sił mam sporo,
    trochę rozmawiamy z mężem i położną, tylko co rusz tracę wątek wybiegając na
    skurcz - a to na balkon, a to do kuchni. Przed szóstą kolejne badanie – 5,5 cm,
    mogę wejść do wanny. Cieszę się, bo pamiętam z pierwszego porodu, że w wodzie
    bolało mniej. I tak jest też tym razem.

    Za to wyjściu z wanny zaczyna się na dobre... Podczas skurczy czuję takie
    napieranie na spojenie łonowe, że nabieram poważnych obaw czy dam radę drogami
    natury. Spoglądam z tęsknotą na parking – a może by tak zabrać kluczyki, wsiąść
    w samochód i uciec do szpitala? I tam błagać o cesarskie cięcie (bo ZZO na
    życzenie w szczecińskich szpitalach się nie praktykuje ze względu na niedobór
    anestezjologów)??? Co mnie powstrzymuje przed realizacją tego planu to obawa,
    jak bym miała znieść takie mocne skurcze w samochodzie. Już wolę pokładać się na
    podłodze w domu...
  • clementine_kruczynski 24.08.09, 00:54
    Następne badanie – 8 cm. Uff, teraz już powinno być naprawdę niedaleko. Opadam
    nieco z sił, przykrywam się grubym kocem i zmagam się z bólami na kanapie.
    Między skurczami przysypiam, nie wiem ile trwają przerwy, ani jak długo tak się
    zwijam, ale wydaje mi się, że całą wieczność. Trochę odpoczywam w pozycji
    kolankowo - łokciowej, potem – zmobilizowana przez Dorotę chodzę i kołyszę się
    na piłce. Co skurcz wołam męża do siebie i wspieram się o niego, bo mam
    wrażenie, że się przewrócę. Co skurcz mam też nadzieję, że wreszcie pęknie
    pęcherz płodowy, który tak mocno mnie rozpierał. Niestety, pęcherz jest mocny,
    ja coraz słabsza, i koło 8.30 rano stwierdziłam, że mam serdecznie dość, kończą
    mi się siły i cierpliwość, i powiedziałam to Położnej, licząc się z tym, że
    usłyszę „jedziemy do szpitala”. Ale nie, Dorota postanowiła mnie zbadać – po
    prawie 2 h ciągle było 8 cm – i lekko pomóc w pęknięciu pęcherza. Udało się. Co
    za ulga – odeszły czyste, cieplutkie wody, a skurcze od razu przybrały inny
    charakter – były mocne, ale nie tak nieznośnie rozpierające. Miałam nowe siły by
    dreptać i czekać na wymarzone pełne rozwarcie. Skurcze się wzmagały, trochę
    polegiwałam w sypialni, dużo pojękiwałam, a Dorota co chwila pytała, czy mam już
    ochotę przeć (niestety, nie miałam) i sprawdzała tętno Małego. Cały czas było
    dobre, gorzej z moim nastrojem – wyrzucałam sobie, że nie jestem w szpitalu i
    nie mogę dostać żadnego znieczulenia, że w końcu i tak będę musiała się
    zapakować do samochodu, bo nie ma szans, żebym urodziła o własnych siłach, że
    byłam bardzo naiwna sadząc, że w domu rodzi się łatwiej i komfortowo. Z takimi
    myślami dobrnęłam do następnego badania – 9,5 cm, został jeszcze rąbek szyjki.
    Myślę sobie, OK, zaraz będę rodzić ale gdzie tu adrenalina i przypływ energii?
    Drepczę przy parapecie, kręcę biodrami i czekam na zmianę. Nic. Za chwilę mąż
    przybiega z pytaniem „jak chcesz rodzic?” Błyskawiczna decyzja: w dużym pokoju,
    na krzesełku. Kątem oka widzę jak mąż ściele folię, odsłania rolety (za co
    zostaje szybciutko przeze mnie skarcony), Dorota rozkłada instrumenty i czekamy
    na parte. Wreszcie są. Z początku spokojnie słucham wskazówek Doroty - „dmucham
    świeczki”, a jak już nie mogę wytrzymać lekko tylko popieram. Potem, gdy synek
    jest już nisko w kanale rodnym, a ja mam wrażenie, że zaraz pęknę na pół, nie
    mam siły się powstrzymywać i prę z całą intensywnością. Po chwili synek jest z
    nami. Rozgląda się i w ogóle nie płacze. Niesamowite uczucie!

    Po odpępnieniu małżonek dostaje polecenie, by zająć się dzieckiem („ale jak to,
    ja sam? W co mam go ubrać?”wink, a ja rodzę z Dorotą łożysko. Potem opatrzenie
    pęknięcia – mąż przychodzi z ubranym synkiem, a jego widok pomaga mi cierpliwie
    znieść szycie. Wreszcie przechodzimy z małym do sypialni i karmimy się – ja jego
    widokiem, on kropelkami siary.

    Dorota i mąż w tym czasie zjadają zasłużone śniadanie (zgromadzone na poród
    zapasy przekąsek pozostały nietknięte), potem ocena Małego – 3860 gram, 53 cm
    wzrostu, 10 pkt Apgar, i formalności. Na podstawie mojego oświadczenia przyjęto,
    że godzina narodzin to 09.35 smile

    Czuję się dumna, spełniona, i niewymownie wdzięczna Położnej za jej uważną
    obecność i wsparcie, mężowi za wytrwałość, co chwila powtarzam „dałam radę,
    myślałam, że się nie uda”. Przez długie godziny porodu marzyłam o chwili, w
    której wreszcie będę mogła pójść spać, teraz z ogromu wrażeń nie mogę zasnąć aż
    do godzin popołudniowych.

    To przeżycie było dla mnie wspaniałą lekcja cierpliwości i pokory – myślałam, że
    drugi poród będzie szybszy i łatwiejszy. A był dłuższy o całe 3 godziny. Ból też
    chyba był większy, a może po prostu przez 5 lat zapomniałam już jak bardzo
    rodzenie boli. No i mimo nastawienia 'antyszpitalnego', miałam momenty, gdy
    marzyłam o tym by znaleźć się w szpitalu – mimo sterylności, zapachu środków
    dezynfekujących, jest to jednak miejsce dające większe poczucie komfortu
    (możliwość znieczulenia czy szybkiego przeprowadzenia cięcia cesarskiego) niż
    własny dom. Dlatego myślę, że nie należy kogokolwiek do takiego porodu namawiać
    – jest to trudne, wręcz ekstremalne przeżycie, które powinno być zarezerwowane
    tylko dla przekonanych o słuszności takiej drogi. Ja bardzo się cieszę, że
    wytrwałam w moich przekonaniach.
  • orzechowa1 07.09.09, 21:59
    /przeklejam relację z mojego rodzimego forum/

    Poród został poprzedzony skurczami przepowiadającymi na 6 i 2 dni
    przed porodem, lekkie, co 5-15 minut, całe akcje trwały max godzinę.
    2 dni przed odszedł mi czop.
    W wieczór poprzedzający Olga w brzuchu wierciła się tak mocno, że
    postanowiłam, że nazajutrz pójdę pokazać się lekarzowi bo coś nie
    tegez.

    O drugiej w nocy obudził mnie skurcz. Mocny. Na kolejny wyskoczyłam
    już z łóżka, nie dało się leżeć, musiałam ukucnąć
    opierając/wyciągając ręce na krześle. Były mocne, choć krótkie,
    każdy kolejny co 5 minut. Doszedł dygot, całą mnie telepało. Po 4
    skurczu obudziłam męża, żeby mierzył czasy. Zaniosłam świece do
    łazienki, ubrałam skarpetki, wrzuciłam coś małego na ząb.

    2:30 dzwonimy do naszej położnej, że skurcze co 4-5 minut, mocne ale
    krótkie. Ona na to, dlaczego tak późno dzwonimy. My na to że zaczęło
    się pół godziny temu...
    Teraz wiem że zakładały się czy zdążą dojechać przed urodzeniem
    dziecka (pierwszy poród: 2,5 h od rozwarcia 3 cm, drugi z reguły
    bywa szybszy...)

    Jadą do nas. Na Śląsku niezależne położne starają się przyjmować
    porody domowe we dwie, więc będą dwie, znamy się już dość dobrze z
    wywiadu kwalifikującego do porodu domowego i wizyty przedporodowej,
    wiele mamy już obgadane.

    3:00 Położne są już u nas. Dobrze że mieszkają tak blisko... Między
    skurczami rozmawiam i dowcipkuję, jak jest skurcz pochylam się,
    rozciągam lub kucam, już trudno mi znaleźć sobie miejsce. Dygot jest
    wciąż. Badanie na 'dzień dobry'. Tętno dziecka OK. "7 cm rozwarcia,
    kryzys 7 centymetra". Ja: 'już ? i TO ma być kryzys 7 centymetra ?
    to super !'

    No i mniej więcej na tych 7 centymetrach zakończył się szybki etap
    mojego porodu.

    4:30 Skurcze mocne, dobrze sobie z nimi radzę, boli ale regeneruję
    się w przerwach, a rozwarcie postępuje jakoś leniwie... Główka jakoś
    nietypowo naciska na szyjkę macicy, dlatego szyjka rozwiera się
    wolniej. Położna diagnozuje odwrócony mechanizm porodu (położenie
    potylicowe tylne). To oznacza że dziecko ustawiło się do kanału
    rodnego tak, że urodzi się twarzyczką w stronę kości łonowej a nie
    krzyżowej.

    /to mniej optymalne ustawienie, większy profil główki musi przejść
    przez kanał rodny, trudniejsze to i trudniejsze będzie parcie. Takie
    porody w szpitalu często kończą się zabiegowo. O tym wyczytałam już
    po porodzie/

    Szukamy pozycji, wiercimy się, testujemy różne. W przerwach kołyszę
    biodrami. Ciało mnie prowadzi: fenomenalne doświadczenie !!! Olga
    kopie mnie od czasu do czasu.
    Dopijam się wodą z miodem, mąż wyciera mi czasem czoło mokrą zimną
    szmatką, o jedzeniu nie potrafię myśleć.

    6:00 Mamy pełne rozwarcie. Jestem, przyznam, dość już zmęczona, sił
    niewiele. Ból do zniesienia, wymęczona tylko. Pojawiają się skucze
    parte ale są takie od niechcenia. Nic z nich nie będzie. Próbuję
    przeć to tak to inaczej. Kończą mi się pomysły, proszę położne o
    inspirację, próbujemy dwóch kolejnych pozycji i ... cienko. Nic się
    nie zmienia, główka nie przechodzi w dół. Czuję to. Dzielę się
    wrażeniami. Zaproponowano mi prysznic. Przystałam chętnie, na to nie
    wpadłam, a pomysły mi się już skończyły. Czy ja kiedyś urodzę ? Czy
    unikniemy szpitala ? Czy wszystko jest OK ?!!?? Skupiam się na
    zadaniu. Tylko do kolejnego skurczu. Ciepła woda mnie koi, rozluźnia
    i odświeża. Na skucze przykucam. Bolesne, czuję że dalej
    nieefektywne. Po 10 minutach wychodzę z wanny. "Teraz marzę tylko o
    drzemce" - dzielę się stanem mojego ducha i ciała. Położna: "Dobrze,
    zdrzemnij się". Ja: SZOK

    Przytuliłam się do męża, pełen relaks, skurcze się wyciszyły, oboje
    przespaliśmy się z pół godziny.

    Obudziły mnie mocniejsze. Musiałam wstać. Mam nowe siły. Kopniak od
    Olgi, tętno dziecka piękne. Położna: "To teraz rodzimy, tak ?". Ja
    "potrzebuję się wzmocnić, napić, miód". Mąż zrobił gotowaną kawę z
    cynamonem i kardamonem, suto posłodzoną miodem. Dopajał mnie
    łyżeczką. My szukałyśmy najefektywniejszej pozycji. Skurcze parte
    mocne, acz niosące z sobą coś w rodzaju ulgi: te które sprawiają że
    dziecko przesuwa się w dół. Na stojąco: nie. Na siedząco na czyichś
    kolanach; do pewnego momentu dobrze, potem już nie. Worek sako: nie.
    Na czworakach: średnio. Najlepszą pozycją okazała się na pozycja
    leżąca na lewym boku z nogami wspartymi o dwie z osób
    towarzyszących: rotacyjnie wink Gdy ją znalazłam raz tylko spróbowałam
    leżącej na prawym boku, było gorzej, wróciłam na lewy bok i tak już
    mi zostało wink.

    W tym miejscu pożegnałam ideę rodzenia w II etapie porodu w pozycji
    wertykalnej. Za chwilę pożegnałam też ideę że urodzę samą siłą
    skurczy, bez parcia cool

    Końcówka była mocna i siłowa. Główce trudno jest przechodzić przez
    kanał w takim ustawieniu. Między skurczami było super, dało się
    żartować, prosiłam położną o uśmiech na skupionej i czujnej twarzy,
    robiła to na chwilę dla mnie. Skurcze silne, wspomagane parciem,
    moimi wojowniczymi okrzykami, NARESZCIE efektywne, czułam że dziecko
    się obniża. "Cóż, rodzi Pani jak pierworódka " . A ja żyłam tylko do
    końca skurczu na którym dawałam z siebie wszystko. Wszystkie siły
    które skumulowałam przez ostatnie dni nicnierobienia i czytania
    'Domu nad rozlewiskiem' przydały się i spaliły się w tym parciu.

    Widać w szparze główkę. Już się nie cofa ! Ja w transie, robię dalej
    swoje, to co się dzieje - poza skurczami - to jak jakiś odległy
    film. Na którymś kolejnym skurczu czuję pieczenie krocza i ... jest
    główka ! Malutka jest czujna, otwarte oczy, położna szybciutko
    zdejmuje z szyi pępowinę. Na kolejnym skurczu rodzi się cała.
    Odplątuje pępowinę z brzuszka i z kostki nogi i ... małe jędrne
    różowe mokre gramolące się ciałko ląduje na moim brzuchu ! Jest 8:15

    Okrywamy ją pieluszką żeby jej było ciepło. Czas się zatrzymuje.
    Świat też. Mała gramoli się do mojego wątłego podówczas biustu,
    przystawiam ją do piersi i łapie ją jakby ssała od lat. Pierwszą,
    drugą... 10 Apgar.

    8:30 rodzę łożysko. Jest całe i piękne. Pępowina ma ze 140 cm.
    Dopiero teraz odcinamy córę od łożyska. Pępowina już jest od dawna
    biała, krążenie maluch-łożysko ustało zupełnie. Mała dzięki temu
    dostaje maksymalnie dużo swojo - łożyskowej krwi, zależało mi na
    tym. Mąż tnie, położna zaopatruje.

    Przenoszę się na 'swoje' miejsce na łóżku, przebieram się w świeżą
    koszulę (ulubiony t-shirt męża, tylko to udało mu się znaleźć smile ).
    Mała przytulona do mnie to śpi to ssie.

    10:00 Położna wyjmuje wagę, czas na mierzenie, ważenie i sprawdzenie
    odruchów. Córka jest już 'namamowana'. Zostaje zwinięta w pieluchę
    tetrową w zawiniątko przypominające bocianie, i zważona. Potem
    zmierzona, wszystkie odruchy piękne. Wraca do mnie. Położne
    przenoszą się do stołu, wypełniają papiery: zaświadczenie o
    urodzeniu, książeczkę zdrowia, kartę szczepień.

    Jeszcze kontrola mojego krwawienia, pamiątkowe zdjęcie wszystkich
    zamieszanych w poród, zapewnienie że położna jest pod telefonem
    jeśli cokolwiek, umawiamy się na jej wizytę jutro rano i zostajemy
    sami.

    Pierwszy dzień spędzamy leżąc w trójkę na wyrku, budząc się na
    jedzenie i odsypiając zaległości. Ja, z wrażenia, a może po tej
    kawie ?, spałam najmniej i wtorek wspominam jako przyglądanie się
    moim śpiącym skarbom i dziękowaniu za wszystkie błogosławieństwa.

    Dziewczynka jest silna, zdrowa i spokojna.
    Ja po tym porodzie jestem silniejsza i jako kobieta i jako człowiek.
    Bardziej ufna w mądrość natury, siłę intuicji i instynkt swojego
    ciała.
    Nie tylko fakt, że mam dziecko, ale też sam proces porodu jest dla
    mnie źródłem szczęścia i satysfakcji.

    Czego każdej kobiecie życzę, bez względu na miejsce porodu.
  • monicus 07.09.09, 23:07
    gratuluje wszystkiego. i brawa dla mądrych poloznych. no i zazdorszcze coreczki
  • sugarxxx 07.09.09, 23:33
    Mi też pierwsza rzecz się nasunęła: chylę głowę przed położnymi...
    No i oczywiście gratuluję rodzicom!
  • abiela 08.09.09, 00:05
    Gratuluję! Piękny opis i poród!
    Bardzo jestem ciekawa gdzie na Śląsku działa się akcja?
    --
    O książkach.
    O świecie.
  • juleg 08.09.09, 14:28
    Przede wszystkim gratulacje i cudowne położne miałaś!smile
    Poza tym chwilami byłam pewna, że opisujesz mój poród, miałam podobne akcje,
    parcie też mało efektywne, ale nie wpadłam na to, żeby się zdrzemnąć, bałam się,
    że teraz już muszę urodzić i parłam siłą woliwink teraz nie chcę się tak
    stresować i śpieszyć, no i też mam marzenie, żeby urodzić siłą skurczuwink

    --
    http://www.suwaczki.com/tickers/7u22yx8d5m2vbqt6.png

    http://www.pomoz-amelce.pl/
  • anuszkowo 09.09.09, 10:18
    Piękny opis i piękny poród! Gratuluję! Czyżby towarzyszyła Ci Pani Kasia? Sama
    się przygotowuje do porodu z nią - jak wszystko dobrze pójdzie.
    Szczęścia dla całej rodzinki!
  • orzechowa1 16.09.09, 21:44
    Akcja miała miejsce w Jaworznie. Rodziłam z Panią Iloną. Pani Anną
    była drugą położną, wspierającą w czasie porodu. To położne z
    zamkniętych Lędzin. Nie dziwię się ani trochę tym 'aniołowym' nagrodom
    przyznanym lędzińskim położnym przez FRpL... Dziwę się za to wielu
    innym zjawiskom wokół porodów w Polsce uncertain
  • 19monika85 19.05.15, 13:33
    Witam,
    również jestem ze Śląska i również chciałabym swoją córeczkę urodzić w domu smile czy mogłabym prosić o namiary do położnych? Będę bardzo wdzięczna smile Dziękuję Monika
  • ph78 16.09.09, 22:06
    Przynajmniej od 1 września miałam rozwarcie na 1 palec -
    zdiagnozowane prze lekarza kwalifikującego mnie do porodu domowego
    na próśbę położnej (po tym, jak moja ginekolog prowadząca odmówiła
    współpracy). Wieczorem w czwartek 10 września zgubiliśmy się na
    spacerze w Ogrodzie Botanicznym i trudno mi uwierzyć - wszystko
    potem nastąpiło tak nagle i w sumie nieoczekiwanie.

    W piątek rano miałam kilkakrotne ruchy jelit.
    Porozsyłałam więc jeszcze pilne projekty do pracy, bo czułam lekką
    bolesność w dole brzucha jak na menstruację i wystąpiło plamienie.
    Następnie zadzwoniłam kontrolnie do położnej, która jak się okazało
    zaczęła właśnie dyżur do 19 i spytała mnie, czy wytrzymam do
    wieczora!
    Położyłam się więc na godzinę do łóżka i liczyłam skurcze -
    regularne co ok. 4 minuty po 1:15 sekund. Gdy położna to usłyszała,
    powiedziała tylko, że załatwia zastępstwo i jak najszybciej
    będzie... Postanowiłam więc nie skakać na piłce, tylko grzecznie
    czekać, co by nie rodzić samej w domuwink

    Całowanie się z mężem fantastycznie uśmierza bólbig_grin Chociaż nie mogę
    powiedzieć, żeby te skurcze rozwierające mnie bolały - podczas
    okresu pierwszy dzień był o wiele trudniejszywink

    Wkrótce przyjechała moja mama - moja doula i plan awaryjny z okresu
    rebelii mężawink Po niej położna, która mnie zbadała - rozwarcie 8 cm
    - tym sposobem ominąl mnie kryzys 7 cm big_grin
    Zaleciła leżeć na tym boku, po której stronie jest kręgosłup
    dziecka, z ugiętą nogą - żeby dziecko dobrze wstawiało się w kanał
    rodny.

    Po chwili miałam pełne rozwarcie i na skurczu partym pękł mi pęcherz
    płodowy. Na szczęście w pozycji na toalecie, ponieważ chlust był
    dokładnie taki, jakiego się obawiałam w miejscu publicznym...

    Potem zabawa się skończyła, ponieważ miałam słabe, rzadkie i krótkie
    skurcze parte (sic!). Byłam zdziwiona - zazwyczaj słyszy się o
    ciężkiej I fazie porodu, a przy rozwarciu 'na pierwszym skurczu
    rodzi się główka, a na drugim reszta'. Nie u mnie. Po 2 godzinach
    widmo wycieczki do szpitala, gdzie podadzą mi kroplówkę z oksytocyną
    na wspomożenie skurczów, a jeśli to nie zadziała, to zastosują
    vaccum lub cc, bardzo mnie zmobilizowało - poprosiłyśmy męża do
    pomocy. Oddychał ze mną, podtrzymywał fizycznie i psychicznie... To
    niesamowite doświadczenie taka wspólnota w działaniu, przepływ
    energii jak w seksie. Bardzo dodał mi sił, zaczęłam działać, ale
    zajęło nam to 2 dalsze godziny, nim urodziłam. Tym razem dobrze
    wykorzystane 2 godziny - jak w transie, z zamkniętymi oczami,
    oddychając pod dyktando położnej... Wyczucie palcami główki dziecka
    fantastycznie ładuje akumulator!

    Całe ciało faktycznie urodziło się na jednym skurczuwink Może już
    wtedy się nauczyłam, jak to się porządnie robi... Noworodek na
    piersi to jest niesamowite uczucie, nie do opisania. Potem jeszcze
    trzeba urodzić łożysko - też mi atrakcja, jak już ma się dzidzię na
    świecie! A partner może przeciąć pępowinę. Potem trzeba obejrzeć
    krocze, ew. opatrzyć. Wszystko się działo tak powoli... Poszliśmy
    razem pod prysznic, mama ugotowała dla nas wszystkich wielką
    kolację, bo zrobiła się 18, a nikt przez cały dzień nic nie jadł...
    Ja w czasie porodu nie byłam głodna, choć czułam osłabienie. Piłam
    za to po kilka łyków wody przez cały poród. Położna zbadała,
    zmierzyła Kirę. Po kolacji zaczęłam ją karmić. Mąż odwiózł położną
    do szpitala (zamieniła się na nocny dyżur), mama została jeszcze ze
    mną. A potem nie mogliśmy zasnąć z wrażenia, poznawaliśmy się
    nawzajem z córeczką prawie do rana, jakby to było nasze prywatne
    boże narodzenie.

    Niesamowite doświadczenie. Życie jest wielkie, nie do przewidzenia,
    ani ogarnięcia.

    W jakimś szoku poporodowym deklarowałam nawet, że mogłabym urodzić
    trojaczki, chociaż nie było łatwowink Moje marzenie o porodzie domowym
    spełniło się dzięki ciężkiej pracy położnej - wielkim wsparciu,
    ogromnej cierpliwości, spokojowi, który wykazała, no i oczywiście
    technice i doświadczeniu. I dzięki wspaniałemu zaangażowaniu męża,
    który dodał mi sił i wiary wtedy, gdy najbardziej potrzebowałam.
  • laulalama 01.10.09, 18:56
    to było wczoraj a jeszcze dziś trudno mi w to uwierzyć.

    Pierwsza myśl o porodzie domowym pojawiła się na początku 4 ciąży po obejrzeniu "porodu w ekstazie". Wtedy to zaczęłam zmieniać moje stereotypowe myślenie: poród jako medyczna konieczność przeobraził się w cud narodzin... 3 poprzednie porody na sali szpitalnej wspominałam jako dobre, taki 2 godzinny stres z miłym finałem - teraz zapragnęłam czegoś wiecej.

    powoli zaczęłam wkręcać się coraz mocniej w ideę porodów domowych. Najpierw trafiłam na to forum - Dziękuję, potem poznałam fantastyczne dziewczyny - sun.pl, która otoczona pozywną aurą i spokojem opowiadała o swoim cudownym porodzie a sama będąc w ciąży zarażała optymizmem duszę i ciało, mala_ika - a taka Wielka, dzielna i odważna Mama, która do końca wierzyła we mnie i wspierała mnie, Karj-oka, która porusza mnie do dziś swoim profesjonalizmem i świadomym podejściem do macierzyństwa a do tego jest ciepłą, cudowną kobietą. Dziękuję Wam.

    Od samego początku otwarcie mówiłam o swoich planach z cierpliwością znosząc niedowierzanie, niechęć i odwodzenie od takich myśli. Starałam się nie indoktrynować i nie wdawałam się w głębsze dyskusje.

    Niestety miałam świadomość, że z uwagi poznańskie braki personalne mogę mić problem ze znalezienim położnej. Pomoc z Piły nie wchodziła w grę z uwagi na dzielącą nas odległość i moje szybkie rodzenie.

    Czas ciąży wspominam naprawde cudownie a całe wakacje spędzone w moją 3-ką dzieciaków nad jeziorem wśród zieleni, lasów, pól z dala od miejskiego zgiełku wyzwoliły we mnie jeszcze większą potrzebę naturalnego porodu.

    Światełko w tunelu pokazało się pod koniec ciąży po naturalnym acz szpitalnym porodzie Karj-oki. Poznałam położną, która, mogłaby przyjąć mój poród w domu. Niestety mimo tego, że pozytywnie nastawiona na porody domowe nie zdecydowała się jeszcze na asystowanie. Byłam załamana. To był 36 tydzień i moje marzenia powoli stawały się nierealne. i po jakimś tygodniu odezwała się dany3 - Dziękuję!!!! i podała mi kontakt do NIEJsmile. Umówiłyśmy się na spotkanie i poczułam, że spotkałam wspaniałą kobietę. Kompetentną, mądrą, sympatyczną i ogólnie świetną osobę. Omówiłyśmy plan, dostałam wykaz dyżurów i potwierdzenie od niej, że jeśli uda mi się wstrzelić w wolny dzień to urodzimy w domu, jeśli nie urodzimy naturalnie w szpitalu. Był koniec tygodnia a weekend ONAsmile miała wyjazdowy. Tak naprawde został mi wtorek, gdzie miała wolną noc - jeśli chciałam dotrzymac planu i urodzić we wrześniu (tak chciałam).

    W poniedziałek zaczęłam przygotowywać się spacerami, poszłam na ostatnią wizytę do swojej gin (2,5 rozwarcia, KTG lekkie napięcia) ale nic sie więcej nie działo a ja wiedziałam, że chcę już urodzić. We wtorek od rana postanowiłam zrobić ostatnie zakupy i zacząć indukować poród. Posprzątałam, poszłam po starszaki do przedszkola, poszłam do kina na "pierwszy Krzyk" - polecam. Cały dzień czułam mocno napieranie na szyjkę. Mąż położył dzieciaki,pokrzatałam się jeszcze po domu i poszliśmy do sypialni - było przed 23-cią. Stwierdziliśmy, że trzeba pomóc naturze - i mąż potraktował mnie naturalnym masażem szyjki zakończonym balsamem prostaglandynowym, oczywiście z mocną stymulacją brodawek. Przed północą poczułam pierwsze bezbolesne skurcze, które były co 5 - 10 minut i nagle poczułam jakby przerwanie jakieś mocnej gumy - pękł pęchęrz! - wody czyste. Nie wierzyłam, bo wcześniej 3krotnie miałam przebijany w szpitalu. Ale tak miało być, skurcze byly wtedy delikane i niereularne. Zadzwoniłam do NIEJsmile i powiedziała, że wsiada w samochód i jedzie.

    Poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, makijażsmile a w tym samym czasie Mąż razem z moją 19letnia kuzynką, (która przyjechała na kilka dni zająć sie dziećmi, gdybym miała rodzić) przemeblowali salon, zapalili kominek, mnóstwo świec, właczyli muzykę i zrobili cudowny nastrój. Ja w tym czasie przygotowałam łazienkę - świece i zapach zielonej herbaty. Było cudnie! Na wannie stały śliczne białe lilie, które dostałam kilka dni wcześniej od Karj-okismile...

    Przyjechała ONAsmile, było koło w pół do pierwszej w nocy. Poczułam się bardzo bezpiecznie widząc JEJsmile uśmiechniętą twarz. Poszłyśmy do łazienki i zbadała mnie stwierdzając 3 cm rozwarcia i niecałkiem zgładzoną szyjkę. Dla mnie, osoby, która przy niebolesnych skurczach po przyjezdzie do szpitala miała 6, 8 cm, wiadomość ta niezbyt mnie ucieszyła, zwłaszcza, że skurcze już czułam.

    Usiadłyśmy przy kominku, ja na piłce, kręcąc się w prawo reszta towarzystwa - ONAsmile, Mąż i kuzynka na sofach. Zrobiłyśmy KTG (prawidłowe) i w miłej atmosferze przy kawce, herbatce i ciasteczkach spędzaliśmy kolejne chwile. Mieliśmy świadomość JEJsmile porannego dyżuru i ustaliliśmy, że jeśli nie zdążmy urodzić pojedziemy razem do szpitala na końcówkę. To był naprawde miły czas - środek nocy, beztroską rozmowę przerywałam na momenty skurczowe, przez cały czas kręcąc się na piłce. Koło 2 poszłam do łazienki; skurcze stawały się coraz bardziej dokuczliwe a mi świetnie pomagało wchodzenie do wanny i strumień ciepłej wody.

    Przyszedł czas na zbadanie było po 2 - szyjka zgładzona i 4 cm! tylko 4 - skurcze mocno nasiliły się a ja pomyslałam o szpitalu, i o tych wszystkich sprytnych kobietach wybierających cesarkę na życzenie! i o sobie - prymitywnej , która zaraz z bólu umrze. Starałam się oczywiście kierować uwagę do wnętrza, myśleć o dziecku ale ból był ogromny i otępiał mnie. Dałam sobie prawo do wydawania dźwięków, czego nie doświadczyłam w szpitalu, bo tam byłam cichą, ugrzecznioną pacjentką. w pewnym momencie przyszedł mąż sprawdzić jak sobie radzę. Stałam w wannie polewając podbrzusze wodą i już nie patrząc na to,że leję wodę na koszulkę. Rozebrał mnie i słysząc moje zaczynające się postękiwania stanął przede mną (oparłam się o niego) kazał mi oddychać i nie przeć. Powiedziałam tylko, że muszę usiąść na ubikację i, że przed chwilą 4 cm i jeszcze daleka droga do partych - oczywiście wszystko to przy zaciśniętych z bólu zębach. Na co weszła ONAsmile, Mąż, mówi że się zaczyna, i każe mi cały czas oddychać. ONAsmile zbadała mnie, mówi, że czuje główkę i gdzie rodzimy? ja ??? była 2:30. Jestem tylko w stanie powiedzieć - Tu. Kucam, Mąż mnie podtrzymuje a ONAsmile delikatnie dotyka mojego krocza i powtarza - nie przyj, nie możesz teraz przeć. Czuję rozpierające gorąco, krocze piecze, siła parcia jest tak wielka, że z trudem oddycham, ale dzielnie "zdmuchuje świeczki"... w łazience jest cicho, przyjemnie ciepło, migoczą świeczki i pachną lilie... wszyscy oddychamy, mogę już trochę poprzeć i nagle jak to ująć? wyślizguje się cudne, małe ciałko, siadam w wannie i ten mały człowieczek ląduje na moim brzuchu. Lekki krzyk i przytulony do mnie zaczyna pierwsze minuty życia w zupełnym spokoju. Pępowina jest krótka, czekamy aż przestanie tętnić i dzielny Tata przecina ją. Maluszek jest taki przyjemnie ciepły. Po kilku minutach rodzi sie łożysko. W całości.

    Z wdzięcznością dziękuję losowi za NIĄsmile

    Po chwili leżę na własnej sofie i w blasku kominka zakochuję się w kolejnym dziecku...
  • juleg 02.10.09, 09:47
    Niesamowity miałaś poródsmile wzruszyłam się... to cudowne, że poznałaś tyle
    ciepłych i otwartych osóbsmile
    --
    http://www.suwaczki.com/tickers/7u22yx8d5m2vbqt6.png

    http://www.pomoz-amelce.pl/
  • mali-nki 23.12.09, 15:42
    Rano przy sniadaniu zauwazylam ze nie mam zbyt duzego apetytu,
    prawie nic nie zjadlam, mialam juz od paru dni takie przepowiadajace
    fale ale nie wzielam tego na powaznie. Maz zawiozl dzieci do szkoly
    ja wtedy wzielam prysznic i polozylam sie z moim walkmanem i
    afirmacja do lozka. Po godzinie stwierdzilismy z mezem ze skurcze
    sa co 5 minut i maz postanowil ze zadzwoni po polozna. Po pol
    godzinie pojawila sie polozna (nie znalismy jej, tutaj w UK nie ma
    sie wplywu na to kto akurat przyjdzie, przychodzi polozna ktora
    wlasnie ma dyzur na porody domowe). Zbadala moje cisnienie, akcje
    serca dziecka i zapytala czy moze mnie wewnetrznie zbadac bo w
    zaleznosci od rozwarcia moglabym ew. wejsc do wody. Poniewaz mi sie
    udawalo dobrze pracowac nad moimi skuraczami wydawalo mi sie ze moze
    to jeszcze nie jest “prawdziwy” porod wiec zgodzilam sie zeby
    wiedziec gdzie jestem. Okazalo sie ze rozwarcie jest juz 6 cm! Bylam
    tak zaskoczona ale to tez mi dalo sile i wiare ze dobrze nad
    wszystkim panuje. Polozna wtedy usiadla sobie na krzeselku i
    patrzyla co ja robie, byla bardzo cicha i dyskretna od czasu do
    czasu przykladajac sluchawke i badajac tetno dziecka. W tym momencie
    maz zaczal nalewac wody do baseniku co mu zajelo jakies pol godziny.
    Jak woda miala odpowiednia temperature jakos nie moglam sie
    zdecydowac czy wsiadac czy nie bo bylam w takim transie ze balam sie
    z niego wyjsc. Polozna zmobilizowala mnie zeby jednak tam wejsc. Jak
    weszlam do wody to poczulam taka niesamowita ulge! Tak mi bylo
    cieplo i przyjemnie, na chwile tez nie mialam skurczow. Jednak zaraz
    zauwazylam, ze teraz te skurcze sa inne i tez polozna sie zapytala
    czy cos czuje, ze jest inaczej. Powiedzialam, ze tak i wtedy ona
    zadzwonila po druga polozna. Druga polozna na szczescie okazala sie
    ta, ktora prowadzila mnie przez ciaze wiec tutaj fajnie bylo
    zobaczyc znajoma twarz. Jak przyszla to obie przykucnely za
    basenikiem i czekaly co sie wydarzy. Troche mnie to zdziwilo, ze “
    nic” nie robia ale z drugiej strony faktycznie co mialy robic?
    Ostatnie 45 minut w baseniku byly bardzo intensywne, ja czulam ze
    zbliza sie ten moment, polozne zaproponowaly zeby zmienila pozycje z
    siedzacej na taka na kolanach i opieralam sie cialem na “brzegu”
    basenu. To jeszcze bardziej wzmozylo sile dzialania i po paru
    ogromnych skurczach pekly mi wody. Od tego momentu polozna mnie
    spokojnym glosem informowala co teraz nastapi mowiac ze wszystko
    dobrze idzie i ze ja sobie swietnie daje rade. Przy dwoch
    nastepnych urodzila sie glowka, potem chwila przerwy i kolejne dwa
    skurcze i mala wyskoczyla, ja ja zlapalam i przytulilam. To bylo
    takie niesamowite, taka euforia mnie ogarnela, nie moglam w to
    uwierzyc ze mam ja przy sobie i ze wszystko sie dobrze skonczylo! W
    pokoju nastapila atmosfera euforii, wszyscy sie cieszyli i
    zachwycali dzieciatkiem. Poczekalismy az pepowina przestanie
    pulsowac i maz ja przecial. Troche sobie jescze posiedzielismy w
    wodzie i potem poproszono mnie zebym wyszla z wody zeby urodzic
    lozysko. Troche to trwalo ale w tym czasie mialam mala na piersi i
    zachecalam ja do ssania. Po urodzeniu lozyska polozne sie zapytaly
    czy moga teraz wziac dziecko i je obejrzec, potem znowu mialam
    jeszcze ja na piersi. Po chwili polozna przygotowala mi kapiel, maz
    ubieral dziecko z druga polozna. Ja w swiezej pizamce polozylam sie
    z dzieciatkiem do lozeczka i bylam taka szczesliwa. Polozne
    posprzataly, sprawdzily mnie i po jakiejs chwili sciskajac nas z
    gratulacjami wyszly. Popoludniu dzieci wrocily ze szkoly i mogly
    powitac swoja mlodsza siostre. Mam wrazenie ze tym porodem zamknelam
    jakies takie kolo, nie moge powiedziec, ze poprzednie porody
    szpitalne byly zle, ale tez nie byly do konca tak by sie chcialo z
    tymi wszystkimi medycznymi procedurami.
    Dziekuje, ze az dotad wytrwalyscie w czytaniu! Radosnych Swiat!

    Acha mam tez wrazenie ze olejki eteryczne ktorych zapach
    rozprzestrzenial sie w pokoju wprowadzily duzo do mojego spokoju.
    Byla to lawenda, ylang-ylang (jagodlin wonny) i salvia sclarea
    (szalwia muszkatolowa)




  • hyris 01.03.10, 21:03
    kilka słów o porodzie mojego trzeciego synka
    Ignacy 3430g, 53 cm, 36 cm obwód główki
    urodzony o 5.08 rano obok mojego łóżka

    O 23.40, kiedy to w desperacji zabrałam marudzącego średniaka do
    naszego łóżka, nagle poczułam, że odchodzą mi wody. Jakie to dziwne
    uczucie. Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona i zalałam tylko podłogę.
    Poleciłam męzowi zrobić wszystko, żeby Staszek jednak usnął u
    siebie, a sama poszłam do łazienki sprawdzić kolor i dzwonić do
    położnej.
    Położna radośnie poinformowała mnie, że jedzie do innego porodu,
    więc zdzwonimy się za godzinę i ustalimy dalszy plan. Przez tę
    godzinę usypiałam Stanisława i szykowałam jakieś drobiazgi w stylu
    ubranko dla małego, podkłady dla siebie. Staszek bardzo chciał mi
    pomagać. Tuż przed telefonem położnej miałam wreszcie dwa mocne
    skurcze z odstępem 4 minut. Okazało się, że tamten poród to fałszywy
    alarm, ale skoro już jest w samochodzie, to jedzie do mnie.
    Przyjechała jakoś po 1 w nocy, a zaraz po niej druga. Zrobiliśmy
    herbatę (ja dostałam czerwone wino) i tak sobie siedzieliśmy w
    kuchni żartując, z przerwami na moje skurcze, które powoli stawały
    się trudne i okraszone bólami krzyżowymi.
    Zapomniałam dodać, że w badaniu na początku okazało się, że
    moja szyjka ma się nijak tzn. rozwarcie takie jak od listopada i
    nawet nie zupełnie złagodzona. Ekstra, pomyślałam… będziemy się
    bujać nie wiadomo ile.
    Gdy już nie chciało mi się z nimi gadać poszłam do wanny, w
    której wytrzymałam może 45 minut. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca,
    a ból stawał się okropny. W badaniu wyszło, że dalej ledwo 2 cm. Ja
    zaległam w łóżku. Było jakoś po 3 w nocy. Następne 2 godziny
    najchętniej wykreśliłabym z pamięci: skurcze, bóle krzyżowe,
    wymioty, dreszcze… Jeszcze po 4.30 kolejne badanie 4 może 5 cm,
    choć dobrze wiem, że te 5 to na pociechę. Ja już osiągnęłam swój
    kres, a to dopiero połowa. Potem jeszcze 2 skurcze i poczucie, że
    coś się zmiena. Ja, która wcześniej nie chciałam się namówić na
    zmianę pozycji (cały czas na boku) nagle muszę się zerwać. Klękam
    przy łóżku i czuję, że zaczynają się parte. Jeszcze tylko upewniamy
    się, że jest pełne rozwarcie. Położna cudownie mnie pilotuje,
    podpowiada, kiedy tylko wydychać powietrze, kiedy wspierać siłę
    skurczu własnym parciem. Może sześć skurczy i rodzi się główka.
    Głaszczę włoski i czekam na kolejny skurcz. Chwila i już jesteśmy
    razem w łóżku. Jeszcze jeden skurcz i rodzi się łożysko.
    Ja nie jestem nawet obtarta więc możemy spokojnie się ogrzewać
    ciałko do ciałka, bo młody straszny zmarzlak . Próbujemy też
    karmienia, ale jeszcze nie łapie.


    W trakcie „rodzenia” obudził się Staszek i przyszedł do nas: trochę
    zaaferowany, a trochę wystraszony.
    Położne znikają w kuchni robić herbatę i wypełniać papiery, a my we
    czwórkę leżakujemy. Mlody urodził się o 5.08. Jeszcze wtedy nie
    wiem, ile waży, ale widzę, że jest raczej malutki.

    O 6 budzi się starszak, fundujemy sobie rodzinne przytulanki na
    łóżku. Potem mąż zawozi chłopców do przedszkola, a ja zostaję sobie
    sama z Ignacem: karmimy się, śpimy, dzwonimy do rodziny. Taki nasz
    święty czas.

    O 15 wracają chłopcy i życie zaczyna biec zwyczajnym domowym torem,
    bez taryf ulgowych dla mamy w połodu Dobrze, że czuję się
    świetnie.

    Wieczorkiem zjawia się pediatra, która tylko potwierdza naszą
    pewność, że młody ssak ma się świetnie.
  • deigratia 03.03.10, 15:31
    Wstaliśmy wszyscy w piątek o 7.45, super wyspani, nawet ja, bo miałam
    tylko kilka przebudzeń w nocy, po których natychmiast zasypiałam.
    Zaraz potem zaczęły się jakieś małe, lekkie, totalnie nieregularne
    skurcze. Nie uważałam za konieczne wspominać o nich mojemu mężowi,
    żeby nie robić mu nadziei/ nie nakręcać. Zrobiliśmy natomiast plany
    na sobotę i niedzielę. Po czym małżonek udał się do pracy a ja z
    pierworodnym zaczęliśmy się bawić, jak co dzień. Od prawie trzech
    tygodni pokasłujemy, raz mocniej, raz słabiej, Mały ma katar, więc
    nie planowałam wyjścia na spacer, ale nudę w domu.
    O 12.30 przyjrzałam się skurczom i wyszło 30s co 5 min. z czego
    bolesne może z 10s na początku skurczu i to też nie tak, żeby
    przerywać bieganie na czworakach za piłkami (dałam się namówić, bo
    czułam się w świetnej formie).
    Zadzwoniłam do położnej. Kazała wziąć nospę albo wejść do wanny, ale
    nie zdążyłam zrobić żadnej z tych rzeczy, bo wszystko samo przeszło.
    W sumie trwało 40min, więc wspólnie (ja odkrywczo, bo nigdy nie
    miałam) uznałyśmy to za skurcze przepowiadające.
    Po 13h położyłam mojego dwulatka i ponieważ sama poczułam się bardzo
    senna, też się położyłam, przewidując?, że może to jednak dziś w
    nocy… O dziwo natychmiast zasnęłam. Przebudziły mnie dwa skurcze, ale
    trochę pooddychałam i natychmiast zasnęłam. Pomyślałam wtedy: "wow,
    to jednak można spać pomiędzy skurczami, to prawda!" Przebudził mnie
    też synek, ale udało się go namówić do ponownego położenia i znów, o
    dziwo, zasnęłam.
    Nie wiem, kiedy znów zaczęły się skurcze. Były nieregularne, krótkie
    i ogólnie jw. Na pewno o 17h bez rozproszeń oglądałam jeszcze
    teleexpress. O 17.50 zadzwoniłam do małżonka, gdzie jest (miał coś po
    pracy załatwić), bo nasz syn przeszkadza mi w oddychaniu (bujałam się
    w
    boki stojąc oparta o jego łóżeczko i bardzo mu się to nie podobało:
    „Mamusiu, nie rób fu, fu. Łóżeczko do spania”, a to zaczęło mi się
    przydawać (skurcze nadal krótkie, ale już trochę bolesne). Małżonek
    powiedział, że będzie koło 19, ale może i już, jeśli chcę. Na co
    odparłam, że jeszcze nie rodzę i jakby co, to będę dzwonić i go
    odwołam w trakcie.
    O 18.50 na papierze toaletowym pojawił się śluz podbarwiony krwią,
    więc zadzwoniłam w te pędy do Edyty, na co ona spokojnie, że dobrze,
    coś się dzieje, to ona zaraz wyrusza a my, jak mój mąż wróci.
    Rozmawiałam z nią krótko, w trakcie miałam 3 skurcze, ale nikt nie
    spanikował Następnie zadzwoniłam do mojej mamy, żeby przyjeżdżała,
    że się zaczyna, ale bez pośpiechu. O 19.05 wszedł do domu mój mąż a
    ja biegiem udałam się do sypialni, bo zaczynało się robić gorąco.
    Przestałam jeden albo dwa skurcze bujając się wsparta o komodę a
    następnie ból zwalił mnie z nóg i położyłam się bokiem na łóżku.
    Oddychanie nic nie pomagało, więc.. zaczęłam krzyczeć jak opętana,
    gdzieś w jakiejś przerwie, żeby małżonek zadzwonił do mojej mamy i ją
    jednak pospieszył (z myślą, że jak ja w takim stanie przejdę do
    samochodu?). Ta była jednak ciągle w domu! Mi nie chciało się wyjąć
    podkładu jednorazowego na łóżko, bo po co? To na pewno potrwa a wody
    na pewno odejdą mi dużo później. Skurcze były potworne, bez
    najmniejszej przerwy na oddech. Wydawało mi się, że odbyt, cewka
    moczowa, tył mojego ciała – wywlecze mi się zaraz na drugą stronę
    (ale do mojej świadomości nie docierała jeszcze prawda). W sumie w
    tym czasie miałam trzy myśli: 1/nigdy więcej dzieci! Jak mogłam
    zapomnieć, że to tak straszliwie boli?! 2/ że wszystko mi się
    wywlecze, zaraz eksploduje, ale co tam: (ironicznie, bo przez
    ostatnie dni po kawałku oglądałam wreszcie „Porodowy biznes”wink
    otwieram się 3/ jak dotrę do samochodu w takim stanie?! (wtedy
    kazałam popędzić mamę).
    Czas leciał, a my czekaliśmy na mamę. Mąż odkąd zaczęłam krzyczeć
    próbował uspokoić naszego starszaka, który płakał wniebogłosy, że on
    chce do mamy. Kazałam przyprowadzić, po czym syn zmienił zdanie, że
    on tu nie wytrzyma i płakał mu na rękach w drugim końcu mieszkania.
    To było w tym wszystkim najgorsze. Chciałam ze względu na niego jak
    najszybciej już wyjść do tego szpitala.
    Tymczasem zsunęłam się z łóżka na klęczki i kazałam mężowi zobaczyć,
    czy aby dziecko się nie rodzi, bo mi do głowy przyszło, że to
    wywlekanie, to jakby parcie… Zsunął mi wtedy spodnie i stwierdził, że
    nie, zupełnie bez stresu. Wdrapałam się jeszcze może na dwa lżejsze
    skurcze na łóżko, podczas których udało mi się oddychać zamiast
    krzyczeć, po czym z powrotem na klęczki, bo jednak pękł pęcherz a ja
    nie chciałam ubrudzić łóżka. Teraz do mnie dotarło!! główka zaraz się
    urodzi i trzeba łapać bobasa! Mąż wpadł do sypialni i miał akurat
    czas, żeby zobaczyć i zrobić najlepsze. Jednym partym urodziła się
    główka a potem natychmiast na drugim wyślizgnął się nasz drugi syn:
    piękny, czysty bez płaczu, ale jakieś odgłosy z siebie wydający,
    więc uznałam, że wszystko w porządku i kazałam sobie dać. Starszak
    patrzył przerażony przez uchylone drzwi, gdzie przybiegł za tatą. Nie
    miałam za bardzo pola manewru, więc przecięliśmy pępowinę (bardzo
    nieprofesjonalnie, w szoku najwyraźniej), ale ja już bałam się, że
    zaraz odklei mi się łożysko, źle się odklei, no i wykrwawię się
    (trauma po pierwszym porodzie).
    Zadzwoniliśmy do Edyty a ta jakby czytała w moich myślach: „nie
    przyjadę do Was, bo.. (jw.) Jedźcie do najbliższego szpitala sami
    albo karetką”. Gdzieś w tym czasie weszła moja mama (było ok. 19.45)
    i zaczęliśmy się ubierać.
    W szpitalu potraktowali nas bardzo uprzejmie. Synka zabrali do
    ogrzania (niestety nie opatuliliśmy go wystarczająco ciepło,
    dojechaliśmy do Zofii w 11min.) a mnie zaprosili na łóżko, gdzie w
    sumie chyba po około 1h15min od porodu dzidziusia odkleiło mi się
    samo calutkie łożysko! Następnie założono 2 szwy, jeden na
    śluzówkę, drugi na skórę; w międzyczasie unieruchomiono mnie niestety
    kroplówką z elektrolitami. W tymże właśnie międzyczasie pediatra
    (która mieliśmy pecha spotkać również 2 lata temu) zdążyła już
    wyszukać naszemu dziecku możliwe problemy, jako urodzonemu w takich
    ekstremalnych warunkach. Uległam więc jej presji i zostałam na noc.
    Wyszliśmy na własne żądanie następnego dnia. Żegnali nas bardzo
    uprzejmie i już wszystko było w najlepszym porządku, dostaliśmy tylko
    mnóstwo zaleceń. Nie zgodziliśmy się na szczepienie, ale nikt nawet
    nie mrugnął, zupełnie jakby co najmniej co trzeci rodzice podejmowali
    taką decyzję a ona nie była obciążona najmniejszymi konsekwencjami.
    Mały napił się wód. Trzy razy w nocy, go odśluzowywali, bo miał
    odruch wymiotny i nie dawał się przystawić. Dziś słychać, że od tego
    grzebania ma chrypkę.
    Poród wspominam świetnie: zero lęków (nie
    było na nie czasu i świadomości, ha ha), jestem w genialnej formie,
    nie straciłam w ogóle krwi. Mały miał 3,3kg, 57cm, główka 34cm.
    Edyta już zapowiedziała, że następną dziewczynkę możemy rodzić w
    domusmile
  • ramje 03.07.10, 17:10

    Pawełek urodził się 25 kwietnia 2010 w niedzielę.
    Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się 5 dni wcześniej. We wtorek
    poczułam pierwsze skurcze. Bardzo się z nich cieszyłam, zależało mi,
    aby już urodzić, bo moja położna od następnego dnia zaczynała dyżury
    w szpitalu po dwóch tygodniach urlopu. A ja musiałam urodzić w domu.
    Wizja porodu w sali szpitalnej napawała mnie przerażeniem, byłam
    prawie zdecydowana, że urodzę sama, jeśli położna nie będzie mogła
    przyjąć Pawełka na świat. Niemalże całą ciążę modliłam się o
    szczęśliwy poród w domu, przed każdymi wynikami badań drżałam ze
    strachu, żeby były prawidłowe i nie stanęły na przeszkodzie mojemu
    marzeniu.
    Około 14 poczułam dość mocne i regularne skurcze – rozpoczynał się
    poród. Moja położna o 17 oznajmiła, że rozwarcie doszło do 6cm.
    Zadzwoniła po kolejne 3 położne – dla dobra idei porodów domowych
    zgodziliśmy się z mężem, aby towarzyszyły nam w tym ważnym dniu i
    nabierały doświadczenia w przyjmowaniu porodów w domu.
    Niestety akcja porodowa wyhamowała. Byłam załamana. Skurcze ustały.
    Nie pomogło chodzenie po schodach, wanna czy piłka. Obecność tylu
    osób i stres związany z zapewnieniem opieki starszej córce
    zablokowały mnie całkowicie. Około 21 położne odjechały. Ja zostałam
    z 6cm rozwarcia i oczekiwaniem, kiedy poród zacznie się na nowo.
    Musiałam czekać do niedzieli…
    W niedzielę rano czułam, że TO będzie dziś. Wybijał dzień wyznaczony
    przez położną jako TP. Na szczęście nie miała dyżuru w szpitalu,
    więc ze spokojem oczekiwałam skurczy. Mąż nie uwierzył mi na
    zapewnienia, że zobaczymy dziś Maluszka – wydawało mu się, że ciąża
    moja nie skończy się już nigdy… Ja byłam spokojna. Na mszy o 11.30
    zaczęło się coś dziać. Idąc do komunii złapał mnie skurcz, starałam
    się dyskretnie oddychać, by poradzić sobie z bólem tak, żeby nikt
    nie zauważyłsmile Po obiedzie pojechaliśmy jeszcze we trójkę do parku
    odpocząć. Pogoda była piękna – słonecznie i ciepło. Mąż leniuchował
    na ławce, córka jeździła na hulajnodze, ja pokonywałam kolejne
    skurcze chodząc od ławki do ławki – mąż nadal nie wierzył, że rodzę.
    Podczas kolacji skurcze były już bardzo dokuczliwe, choć dopadło
    mnie zwątpienie i lęk – czy znowu akcja nie zatrzyma się np. na 8cm.
    Wylałam swoje obawy na naszym forum i pomogłosmile
    Mąż wykapał córkę i położył spać. Ja chodziłam w drugim pokoju od
    okna do stołu i oddychałam. Niebywały ból dopadł mnie w momencie. W
    trakcie skurczu dosłownie powalał mnie na kolana. I poczułam coś na
    kształt skurczy partych. Mąż przestał mieć wątpliwości – zadzwonił
    do położnej i w ogromnym stresie szukał informacji w necie, jak
    przyjąć dziecko, jeśli położna nie zdąży dojechać…. Ja przyjęłam
    pozycję kolankowo – łokciową i modliłam się, żeby jednak zdążyła.
    Zdążyła. Po około 15 minutach była już u nas, a za nią dwie
    pozostałe. Było po 20. Na szczęście córka zmęczona jazdą na
    hulajnodze już spała. Po badaniu okazało się, że jest 8cm. Jeszcze
    parę mega bolesnych skurczy i było pełne rozwarcie. Kucnęłam przy
    fotelu sako, wysapałam, że nie chcę nacięcia i zaczęły się
    najtrudniejsze dla mnie skurcze parte. Odeszły wody. Przezroczyste.
    Napór główki był szalenie bolesny. Myślałam tylko o tym, żeby szybko
    wyszła, bo inaczej skonam. Trzy razy krzyknęłam jak opętana. Nic się
    nie liczyło – był tylko rozpierający ból i ja. Po kilku skurczach
    partych Pawełek wydostał się na świat. Była 21.21. Przytuliłam go,
    takiego oblepionego mazią, malutkiego i kochanego. Pępowina bardzo
    szybko przestała tętnić, mąż ją przeciął. Nie zostałam nacięta,
    pękłam trochę wzdłuż nacięcia z pierwszego porodu. Zaraz po szyciu
    położyliśmy się z synkiem do łóżka na pierwsze karmienie. Byłam
    bardzo słaba i czułam, że zaraz stracę przytomność- poprosiłam o
    wzmocnienie- położne zaaplikowały mi kroplówkę z glukozą, którą mąż
    zaczepił na żyrandolu- siły wróciły w mgnieniu oka. Synek pół nocy
    ssał. Natomiast starsza córka całą noc spała – nie obudziły jej
    nawet moje krzykismile Rano mąż poszedł ją obudzić , by zawieźć do
    przedszkola i oznajmić dobrą nowinę. Pierwsze jej słowa po obudzeniu
    brzmiały: „Widać już główkę?” smile– córeczka (5 lat) razem z nami
    czekała na narodziny braciszka i przysłuchiwała się naszym rozmowom
    o porodzie przez wiele miesięcy.
    Bardzo jestem wdzięczna położnej za obecność i zgodę na
    towarzyszenie nam w tym rodzinnym wydarzeniu.
    Dziękuję również Wam, kochane dziewczyny na forum, bo tylko dzięki
    Wam dowiedziałam się o tej cudnej idei porodu w domu, uzyskałam
    kopalnię informacji i bazę książek o domowych (i nie tylko)
    naturalnych porodach.
    Serdecznie dziękuję Pani Irenie Chołuj za książkę „Urodzić razem i
    naturalnie” – dostarczyła mi wiedzy o naturze porodu, dała wiarę, że
    potrafię urodzić, a przede wszystkim przekonała mojego męża, że nie
    jestem nieodpowiedzialną wariatką, bojącą się szpitala, tylko
    rozsądną i dbającą o dobro naszego dzieciątka w brzuchu mamą.
  • bonga_dax1 05.07.10, 09:17
    Piękna historia. Dziękuję, że się nią podzieliłaś.
  • edytadk 11.07.10, 18:34
    W sobotni wieczór poprzedzający narodziny córki, usłyszałam od męża: „Tylko spróbuj mi tej nocy urodzić!” Było 10 dni przed TP i chociaż syn urodził się z podobnym wyprzedzeniem, potraktowałam te słowa jako dobry żart – nawet najmniejsze objawy nie wskazywały na bliskość porodu, moja lekarka i położna stawiały na TP (a nawet po), a ja miałam jeszcze plany zawodowo-towarzyskie na nadchodzący tydzieńsmile. Całą sobotę spędziliśmy remontując pokój synka (a docelowo i oczekiwanej córkiwink) i mąż był wykończony. Ja trochę mniej, bo od połowy ciąży „cierpiałam” na nadmiar energii... Niemniej poród najbliższej nocy był wysoce niewskazany – po remoncie tylko częściowo zdążyliśmy uładzić mieszkanie, większość mebli łącznie z łóżeczkiem syna (i samym 34-miesięcznym zawodnikiemwink) stała w naszym pokoju, moja lekarka była za granicą (a położna w razie pęknięcia nie szyje)...

    Przed 3 nad ranem w niedzielę, 4 lipca, obudził mnie skurcz. Bezbolesne twardnienia brzucha miewałam z różną częstotliwością od połowy ciąży i z lekkim zdziwieniem zarejestrowałam, że tym razem boli. Trwało to zaledwie kilka sekund i stwierdziłam, że to pewnie skurcze przepowiadające. Doświadczenia z pierwszego porodu zupełnie mi się nie przydały, bo tam nie czułam ani skurczy przepowiadających, ani „typowych” skurczy odczuwanych w dole brzucha, tylko same bóle krzyżowe. Zdążyłam nawet przysnąć, kiedy po 10 minutach bolesny skurcz się powtórzył. Tym razem dobudziłam się zupełnie i nawet przeszło mi przez myśl, że coś z tego może wyniknąć. Odetchnęłam głęboko i postanowiłam spokojnie poczekać na rozwój sytuacji... Po 7 minutach zwinęłam się z bólu – tym razem skurcz trwał dobre kilkanaście sekund i aż „podniósł” mnie z leżącej pozycji. No dobra, żarty się skończyły, zakładając, że mąż mnie „ze szczęścia” nie zamorduje, chyba zaczynam rodzić... Obudziłam małżonka z tą radosną wieścią i – nauczony doświadczeniem po pierwszym porodzie (niecałe 4 godziny od pierwszych bóli krzyżowych) – od razu zarządził telefon po położną. Tu przeżyłam chwilę paniki, bo odebrała dopiero za trzecim razem, dając nam wcześniej wysłuchać miłego powitania z poczty głosowej. Usłyszeliśmy, że jedzie do nas i w pośpiechu zabraliśmy się za doprowadznie mieszkania do stanu używalności. Tzn. głównie mąż się zabrał, bo ja po kilku skurczach co 5 minut przestałam odmierzać czas pomiędzy i zniknęłam w łazience, gdzie na przemian siedziałam na kibelku, albo opierałam się o niego, starając się w czasie skurczu nie wyrwać muszli ze ściany... W przerwach między skurczami wtajemniczałam męża w lokalizację podkładów porodowych, modląc się w duchu, żeby nie trzeba było jechać do szpitala, bo - pomijając już inne, oczywiste aspekty - nie miałam spakowanej torby. Mąż zdążył pościelić łóżko, przestawić synka razem z łóżeczkim do jego pokoju, przejechać szmatą podłogę w łazience, kiedy poczułam popieranie... Tym razem przynajmniej wiedziałam, że to początek skurczy partych, bo przy pierwszym porodzie zupełnie nie skojarzyłam, co oznacza urocze wrażenie „rozsadzania tyłka”wink. Chlusnęłam wodami na kafelki w łazience i mąż od razu zaczął panikować widząc zielonkawe smużki w przezroczystej wodzie. No ok, sama nie miałam pewności czy to przypadkiem nie są słynne zielone wody płodowe, ale jednego byłam pewna – w tej chwili nie ma siły, który ruszy mnie z łazienki czy też każe oczekiwać na przyjazd karetki i pewnie jeszcze na transport do szpitala. A położna? No cóż – strzępy rozmów telefonicznych z przedpokoju upewniły mnie, że nie ma szans, żeby dotarła na czas. Nie będę może roztrząsać się nad przyczynami, bo jakkolwiek są z gatunku zwykłej, ludzkiej pomyłki, to nieco godzą w profesjonalizm położnej, a ja mimo wszystko darzę ją sympatią i uważam, że pod każdym innym względem spełniła nasze oczekiwania – tzn. jak już się zjawiławink. Wcześniej, wyobrażając sobie rozmaite scenariusze mojego porodu domowego, myślałam również nad wersją „rodzimy sami”. Co ciekawe, zupełnie mnie to nie przerażało. Zapadło mi w pamięć stwierdzenie pani K. Oleś, że błyskawiczne porody mają to do siebie, że nie ma tam praktycznie miejsca na komplikacje, i że poza „złapaniem” dziecka, właściwie nic nie trzeba robić – otulony maluch leżący na brzuchu mamy może sobie razem z rodzicielką spokojnie czekać na przyjazd położnej. Jedyne, co mnie stresowało, to potencjalna reakcja męża. Skoro do samego pomysłu PD był nieco sceptycznie nastawiony, to co będzie, jak przyjdzie nam to zrobić bez asysty? Na wszelki wypadek nie przyznałam się więc, że mam już bóle parte i pogoniłam męża szukać pieluch tetrowych. Założyłam, że mam największe szanse powodzenia, jak już będzie za późno na cokolwiek poza konkretnym działaniem pod tytułem - „łap dziecko”wink. Najbardziej komfortowo siedziało mi się na kibelku, ale wizja dziecka wpadającego do środka podziałała i zwlokłam się piętro niżej, gdzie ukłękłam zaparta rękami na stołeczek-podnóżek syna – o dzięki Ci, Ikea, za stabilny mebel z gumowymi antypoślizgowymi nóżkami i o idealnej wysokościwink. Po kilku przesapanych partych oznajmiłam delikatnie, że główka schodzi coraz niżej. Usłyszałam: „E tam, nic nie widać” i moment później – zdecydowanie mniej spokojne: „Ty, główkę widać!”. No tak, na podstawie pieczenia krocza tyle to i ja sama mogłam stwierdzić. Jakoś zupełnie nie czułam potrzeby dotykania tamtych okolic i kontrolowania wysuwania się główki czy rozciągania krocza. Skupiłam się wyłącznie na powstrzymywaniu parcia, bo w możliwie łagodnym rodzeniu malucha widziałam jedyną szansę, żeby zminimalizować obrażenia krocza. Przez kilka kolejnych skurczów główka pojawiała się i chowała, aż wreszcie pozostała. Uznałam, że na następnym skurczu muszę chyba poprzeć, szczególnie że mąż zaczął się nerwowo dopytywać czy ta główka może sobie tam tak tkwićwink.
  • edytadk 11.07.10, 18:35
    Nadszedł skurcz, lekko poparłam i poprzez apogeum pieczenia poczułam, że główka, a za nią reszta ciałka wyślizgują się ze mnie prosto w oczekujące ręce tatusia. Chociaż w mojej, nieco idealistycznej wizji PD dziecię domowe rodzi się bez płaczu, przyznam, że tu odetchnęłam z ulgą, kiedy mała się rozdarła – uznaliśmy, że najwyraźniej wszystko z nią oksmile. Od stópek do główki była cała biała od mazi płodowej. Okryta pieluszkami, trafiła od razu na mój brzuch i tylko starałam się trzymać ją na boczku, coby wody płodowe miały szansę wypłynąć. Przestała popłakiwać, kiedy zgasiliśmy w łazience światło – wtedy po raz pierwszy otworzyła oczka i zaczęła się rozglądać. Od tego miejsca to już była czysta sielanka – przyglądanie się sobie, pierwsze próby ssania, zdjęcia, sprawdzenie godziny (urodziła się około 4). Mąż zadzwonił do położnej, że już może się nie spieszyć... Sprawdziliśmy płeć, bo z rozbawieniem stwierdziliśmy, że ten „szczegół” zupełnie nam umknął. Ja siedziałam sobie na podłodze w łazience i było mi tak dobrze, że twarde kafelki pod tyłkiem i równie kanciasty stołek syna pod plecami wydawały mi się najfajniejszym miejscem na świeciesmile. Położna dotarła prawie pół godziny po przyjściu młodej na świat, akurat na czas rodzenia łożyska, nie budzącego zresztą żadnych zastrzeżeń. Potem nastąpiła wielka chwila przecięcia pępowiny, co tatuś zrobił trzymając jedną ręką aparat i patrząc przez wizjerwink. Z niedowierzaniem wysłuchałam relacji, że nawet nie pękłam – krocze tak mnie piekło przy każdym ruchu, że oczami wyobraźni widziałam tam krwawą jatkę. Po pierwszym porodzie – standardowym szpitalnym, na leżąco, z parciem na rozkaz i nacięciem, na które sama wyraziłam zgodę po komentarzu położnej, że trzeba, bo „nie chce się rozciągać” - obawiałam się, że bez pęknięcia ani rusz, a tu skończyło się na kilku otarciach, a pieczenie odczuwane już po fakcie wynikało z obrzęku tkanek krocza. Co ciekawe, dowiedziałam się później od męża, że córka rodziła się z rączką przy główce... Po części łożyskowo-pępowinowej dałam się wreszcie namówić na przeniesienie się na wygodną wersalkę. Położna zajęła się papierkologią, mała ssaniem, a mąż jedzeniem i próbami nie zaśnięcia – co ta opadająca adreanalina robi z człowiekiemwink. Moja najwyraźniej jeszcze nie opadła, bo na jedzenie nie miałam ochoty. Dopiero pod koniec wizyty położnej nastąpiły chwile mierzenia i ważenia dziewczęcia – 53 cm i 3490 g, czyli niemal identycznie, jak jej starszy brat w chwili narodzin. Około 7 zostaliśmy zostawieni samym sobie, z nadzieją na jakieś dwie godziny snu, zanim syn się zbudzi. Dopiero wtedy powiadomiliśmy dziadków – oczywiście pierwszą reakcją było, że żarty sobie stroimywink. Syn przespał całe porodowe zamieszanie, łącznie z przeprowadzką w środku nocy do drugiego pokoju. Rano, jak zwykle, rozpędził się do naszego łóżka i mąż złapał go w ostatniej chwili, zanim wylądował na siostrze. Przyjrzał się dzidziusiowi, uśmiechnął się i przytulił do taty... Oczekiwałam scen zazdrości, ale jak dotąd udaje nam się tego uniknąć. Aktualnie młody jest zachwycony ilością mleka (karmiłam go przez całą ciążę i nadal karmię) i pije bez opamiętania – przynajmniej na tyle, na ile pozwalam...

    Na zakończenie, tytułem podsumowania, pozwolę sobie na kilka słów refleksji. Ten poród mogę śmiało określić, jako spełnienie moich marzeń o tym, jak chciałabym powitać na świecie moje dziecko. O samym porodzie domowym zaczęłam marzyć jeszcze sporo przed drugą ciążą i w dużej mierze przyczyniło się do tego forum PD i zamieszczone tu relacje z Waszych porodów, czytane przeze mnie ze łzami w oczach... Kiedy zaszłam w drugą ciążę, nie miałam wątpliwości, jak chcę urodzić, raczej czy uda mi się to zrealizować. Mieszkamy 40 km od Wrocławia i przede wszystkim obawiałam się czy wybrana położna zgodzi się do nas przyjechać. Na szczęście nie było to żadną przeszkodą, podobnie jak kwestia wizyty neonatologa – okazało się, że pediatra naszego syna (wrocławska zresztą) zajmuje się dziećmi po porodach domowych i jest do tego świetnie przygotowana (np. w kwestii witaminy K podawanej doustnie czy szczepień, które zresztą odsunęliśmy o co najmniej 3 miesiące). W połowie ciąży zmieniłam dotychczasową ginekolog na dr Agrawal i to był strzał w 10. W sumie to była piękna ciąża – bez doszukiwania się patologii, bez sztucznych witaminek, bez przeginania z badaniami, bez zbędnych obaw. Do samego końca byłam w pracy, a pracuję we Wrocławiu i dojeżdżam pociągiem. Ostatecznie nie miałam żadnego poczucia, że ciąża czy sam poród są dla mnie jakimkolwiek wyrzeczeniem czy trudem – to były radosne, pod każdym względem pozytywne doświadczenia i uważam się za wielką szczęściarę, że dane mi było przeżyć to wszystko właśnie tak... Dodam jeszcze, że ten poród – poza wszelkimi oczywistymi korzyściami PD dla dziecka, dla mnie i dla całej naszej rodzinki – jest dla mnie źródłem wielkiej satysfakcji. Co do pierwszego porodu, głównym moim zarzutem względem siebie było to, że w pewnym momencie, w zderzeniu z bólem i szpitalną rutyną, przestałam mieć kontrolę nad rozwojem sytuacji i stałam się bezwolną pacjentką, starającą się jakoś przetrwać kolejny skurcz, leżąc na tym nieszczęsnym łóżku porodowym. Pamiętam, że nogi trzęsły mi się, jak galareta, a w rękach praktycznie nie miałam czucia i mąż przytrzymywał mi przy nosie rurkę z tlenem zaordynowaną przez położną. Mój drugi poród to było całkowite przeciwieństwo tamtego – kontrolowałam go i rozegrałam świadomie od początku do końca, oczywiście z pomocą męża. I nieskromnie stwierdzę, że całkiem nieźle nam to wyszłosmile.
  • joannapoznan 19.07.10, 17:16
    Powinnam chyba zacząć od tego, że to było naprawdę upalne latowink 35
    stopniowe upały dały mi we znaki, pracowałam do piątku 9.07 a potem
    miałam trochę odpocząć w domu, ale jak to zrobić z energicznym 2,5
    latkiem?wink Po 40 minutowym spacerze w poniedziałek i gonieniu za
    rowerkiem Erniego, odszedł mi czop. Hm czyżby się zaczynało coś
    dziać?
    To był 38 tydzień więc teoretycznie mogłam się spodziewać
    wszystkiego ale Erniego przenosiłam tydzień i teraz też nastawiałam
    się raczej na koniec lipca.

    Przyszedł wtorek 13.07, w nocy już mocno twardniał mi brzuch, parę
    skurczów było bolesnych. Powitałam więc Piotra informacją, że ma się
    nastawić że to dzisiaj. Próbował negocjowaćwink nie był gotowy na
    takie przyspieszenie.

    Ale tak zupełnie serio termin był idealny, wypchnęłam wszystko w
    pracy, ochłodziło się trochę, położne były co prawda po nocnym
    dyżurze ale założyłam, że i tak nie rozkręci się do wieczora więc
    zdążą się zregenerować, zdążyłam wszystko przygotować, wyprać itp.
    Więc niech się dzieje co się ma dziaćwink

    Piotr poszedł do pracy i zobowiązał się kupić ostatnie drobiazgi,
    których brakowało nam z listy położnej. Ja spakowałam awaryjną
    walizkę do szpitala, wykąpałam się, przespałam z Ernestem w ciągu
    dnia. Tak - byłam gotowa. Z drzemki obudził mnie mocny skurcz.
    Zadzwoniłam do Piotra, że to na pewno to więc … poproszę carpacio na
    obiadwink o 18.00 wrócił do domu z moim ulubionym obiadem, zjedliśmy
    go wspólnie z naszą koleżanką z pracy, podczas obiadu miałam kolejne
    skurcze, czas powiadomić położną.

    Zadzwoniłam do Doroty, żeby powiedzieć jej że przepraszam, bo wiem
    że są po nocce ale u mnie chyba się rozkręca. Na razie niemrawo
    skurcze co 15-20 minut i krótkie 20 sek, ale są. Umówiłyśmy się, że
    czekamy aż nabiorą regularności lub wydłużą się i dzwonię do nich
    jeszcze raz. One są w takim razie w pełnej gotowości, mam się nie
    przejmować i dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Uff.

    Odpisałam na służbowe maile, powiedziałam znajomym że rodzę i
    żartowałam, że poczekam aż Ernest pójdzie spać.

    Piotr animował Ernesta a ja sobie chodziłam po domu, skurcze
    najlepiej przeżywało mi się na kolanach oparta o coś ale
    stwierdziłam że to chyba mało efektywna pozycja więc starałam się
    jak najwięcej chodzić. To było cudowne, móc robić to na co miałam
    ochotę. Jeden skurcz rozegrałam oparta o schody tarasu, drugi już w
    ogrodzie, chodzenie pomiędzy kuchnią a tarasem, schody.
    Nie mieliśmy stopera więc liczyłam długość skurczy sama, wydawało mi
    się, że ciągle jest bez zmian, bolało ale było do zniesienia. To nie
    to co zapamiętałam z pierwszego porodu, byłam przekonana że długa
    droga przed nami. Zuza fajnie się ruszała w między skurczami,
    wystawiała stópki dając mi sygnał, że wszystko jest ok.

    Koło 22.30 Piotr położył Ernesta, to niesamowite ale skurcze wtedy
    nabrały mocy jakbym czekała na zielone światło, nadal jednak były
    rzadko i miałam sporo czasu żeby pomiędzy nimi odpocząć. Poszłam do
    wanny, żartowaliśmy z Piotrem kiedy przyszedł skurcz który zwalił
    mnie z nóg, wiedziałam też od razu, że wanna to nie dobry wybór,
    było mi niewygodnie czułam się jak sparaliżowana bez możliwości
    ruchu, wyszłam z wody a Piotr stwierdził, że czas najwyższy
    zadzwonić do dziewczyn. Już nie protestowałam. Było po 23.00.

    Jak wyszłam z wanny to się zaczęło na całego, jeden normalny skurcz,
    potem już popieranie. Ale ja nadal nie byłam pewna czy to to,
    krępowałam się Piotra bo miałam wrażenie, że to tylko dalsza część
    oczyszczania mojego organizmu przed porodem, więc wylądowałam na
    toalecie a Piotr za drzwiami. Potem powiedział mi, że czekał i
    nasłuchiwał co tam u mnie siedząc na drapaku naszych kotów, tuż za
    ścianąwink

    Kolejny skurcz i już nie miałam wątpliwości, czułam jak nasza córka
    zjeżdża coraz niżej, opadłam na kolana, oparłam się o krzesełko Ikea
    mojego synka i próbowałam nie przeć tylko„zdmuchiwać świeczki” ale
    nie miałam szans z tą przeogromną siłą, czułam straszne parcie, ból,
    rozrywanie. Zawołałam Piotra, potrzebowałam go tak bardzo.
    Krzyknęłam „łap ją” i mój kochany facet w ogóle się nie zdziwił,
    przyniósł pieluchy tetrowe, ukląkł za mną i mówił słodkie rzeczy, że
    wszystko jest ok. kochanie, że jeszcze trochę, że idzie dobrze.
    Minął skurcz, zaraz był następny chlusnęły wody, krzyczałam na pół
    osiedlawink ale nie mogłam tego opanować.

    I nagle poczułam, że urodziła się już główka, już spokojnie na
    kolejnym skurczu reszta naszej księżniczki. Zaczęła płakać i Piotr
    delikatnie przełożył ją do przodu i podał ją mi na uda. Troszkę
    zabulgotała, i przykryta pieluszką się uspokoiła. Siedzieliśmy tak
    chwilę, ja w swojej czerwonej sukience, Piotr mokry od wód i nasza
    maleńka córeczka cała w mazi, śliczna, malutka. Była 23.23.

    Wtedy przyjechała Dorota a 10 minut po niej Kasia. Nie uwierzyła
    Piotrowi, który przywitał ją na dole „Cześć, przykro nam ale nie
    zdążyłaśwink „ Wpadła do łazienki i nie mogła opanować emocji, były
    buziaki, gratulacje. Obejrzała Zuzankę założyła klamerki, Piotr
    przeciął pępowinę. Symbolicznie rozpoczął życie naszego drugiego
    dziecka.

    Witaj córeczko na świecie.

    Zuzanka trafiła w ramiona taty a Dorota pomogła wygodniej usiąść i
    poczekałyśmy na łożysko. Urodziło się po 10 minutach, dziewczyny
    razem je oceniły, miały wątpliwość bo brakowało trochę błony ale
    zgodnie stwierdziłyśmy że nawet jeśli została w środku to poradzę
    sobie z tym, wykąpałam się i poszłam do swojego łóżka, jakie to
    błogie uczucie. Być u siebie w domu. Zuzanka zważona, ubrana trafiła
    teraz w moje ramiona, a Kasia założyła mi 4 szewki wewnętrzne bo
    niestety tempo porodu zrobiło swoje.

    I wtedy obudził się Ernest, też w najlepszym możliwym czasie bo
    dziewczyny zdążyły posprzątać łazienkę, ja byłam już w łóżku,
    przyszedł się z nami przywitać, dostałam buziaka i zapozowaliśmy do
    naszego pierwszego rodzinnego zdjęcia. Byłam taka szczęśliwa, że
    cały czas się śmiałam.

    Zuza urodziła się więc 13.07.2010 o godzinie 23.23 ważyła 2890 gram,
    mierzyła 49 cm i dostała 10 punktów.

    Dziewczyny zostały 2 godziny po porodzie, wypisały książeczkę
    zdrowia i inne kwitki, dostały od nas pizzę na wynoswink bo nie
    zdążyliśmy ich zjeść a były przygotowane na dłuuugą noc rodzeniawink i
    zostaliśmy sami.

    Piotr z Ernestem zasnęli natychmiast a ja z emocji nie mogłam
    zmrużyć oka. Chłonęłam ciszę naszej sypialni, moja córeczka spala
    przy mojej piersi, obok spał Ernest, dalej mój niesamowity mąż,
    dzięki któremu spełniło się moje marzenie. Dziękuje kochanie.

    --
    http://www.suwaczki.com/tickers/gg64j44j4g88af1e.png
    http://www.suwaczki.com/tickers/l22n2n0aeur551am.png
  • littlemonster 03.09.10, 00:19
    Bardzo prawdopodobne, że to pierwszy taki poród w Polsce. Irena przyznała, że jeszcze takiego nie miała. Ale szczegóły dalej, tutaj zbuduję trochę napięcia wink
    W pierwszej ciąży chcieliśmy rodzić w warszawskim ówczesnie istniejącym Domu Narodzin, ale zostalismy zdyskwalifikowani. Najpierw przez wyniki USG (podejrzenie chondrodysplazji - karłowatości), potem doszła moja cholestaza i małopłytkowość. Dodatkowo H. w jakimś momencie bardzo zwolnił przyrost, czego przyczyn nie stwierdzono - mimo donoszenia ciąży (urodził się po ukończeniu 38 tyg.) ledwo przekroczył granicę hipotrofii i ważył 2615 g. Historia i statystyka były więc porzeciwko nam.
    Mimo to, pod koniec pierwszego trymestru skontaktowałam się z Ireną, "zarezerwowałam" miejsce w Jej kalendarzu i ustaliłyśmy, że skontaktujemy się pod koniec ciąży i podejmiemy decyzję znając wyniki na tym etapie. Pierwszy poród (na Madalińskiego) przebiegł dość poprawnie, ale wielu szpitalnych "przyjemnosci" nie udało nam się uniknąć lub udało ledwo-ledwo. Tym razem starałam się nie przywiązywać do myśli o porodzie domowym, ale bardzo chciałam, aby sie udało.
    Ta ciąża przebiegała dużo lepiej od poprzedniej, nie brałam żadnych leków (w poprzedniej miałam jeszcze przedwczesne skurcze i od 29 tyg. brałam Fenoterol). W drugiej połowie ciąży robiłam co 2 tyg. morfologie i próby wątrobowe, aby wcześnie wykryć potencjalne problemy z płytkami i wątrobą. Niestety, płytki krwi spadały, a w jakimś momencie ok. 34 tyg. poleciały na łeb na szyję do poziomu 151 tys. (norma od 150 tys. w górę). Przegrzebałam wtedy internet, ale nie ma specjalnie żadnych kuracji na małopłytkowość, dopiero przy bardzo niskim poziomie stosuje się sterydy, ale oczywiscie nie o to mi chodziło. Ostatecznie znalazłam tylko jedną poradę dot. homeopatii i trochę ogólników dot. odżywiania. Zastosowałam co mogłam, bo nie miałam nic do stracenia. Szczęśliwie, wyniki prób wątrobowych pozostały doskonałe do końca, wyniki USG Małej były w normie, choć nie była wielka, GBS nie stwierdzono. Zaskakująco nawet dla mnie, poziom płytek ustabilizował się i do końca ciązy pozostał tuż ponad granicą normy. Dodatkowe badania krzepliwości były w normie i po skończeniu 37 tygodnia dostalismy zielone światło od Ireny.
    Spotkaliśmy się też wtedy z drugą położną, którą Irena wskazała jako swoje wsparcie do naszego porodu - jest to położna ze Św. Zofii, która mieszka znacznie bliżej nas niż Irena.
    Termin porodu wg moich obliczeń (z daty owulacji) przypadał na 15/08, podobne daty (14-16/08) wskazywały wszystkie wykonane USG. W niedzielę 1 sierpnia zawieźliśmy H. do Dziadków na kilka dni. Uznaliśmy, że byłoby świetnie urodzić w tym czasie, bo druga położna, Eliza, miała w tym czasie też wolne od dyżurów, a ja byłam już zmęczona ciążą... Cały czas bałam się też, że płytki spadną poniżej granicy lub pojawi się cholestaza... Bardzo chciałam urodzić w domu i bardzo nie chciałam wylądować w szpitalu, a cel był już bardzo blisko. W poniedziałek pojechaliśmy na duże, przedporodowe zakupy do supermarketu, potem zjedliśmy ostre tajskie curry, a wieczorem i następnego dnia rano zastosowaliśmy masaż sutków i naturalne prostaglandyny wink W gruncie rzeczy nie wierzyłam jednak, że bedzie efekt i to tak piorunujący.
    Ok. 9 rano we wtorek zaczęły się rzadkie skurcze, które wypędziły mnie z łóżka. Ok. 11 były już co jakieś 5 minut i wtedy zadzwoniłam do położnej. Irena była akurat gdzieś po drugiej stronie Wawy i musiała zrobić ze 100 km z przystankiem u siebie w domu, żeby do nas dojechać. Kazała zadzwonić do Elizy, która na szczęście była w domu. Eliza poradziła, żeby wleźć na pół godziny do wanny i wypić pół kieliszka czerwonego wina albo wziąść 2 no-spy. Uznałam, że na tym etapie ciąży wino będzie lepsze. Po kąpieli akcja zdecydowanie przyspieszyła, a nie zwolniła, więc już wiedzieliśmy, że na 100% rodzę. Eliza przyjechała ok. 13, ja jeszcze między skurczami na tarasie rozmawiałam z sąsiadami/przyjaciółmi, którzy wpadli "na basen". Dzięki temu nie koncentrowałam się na oczekiwaniu na skurcze (już dość bolesne). Sąsiedzi poszli, ok. 14 przyjechała Irena, ale ja już wtedy niezbyt kontaktowałam, między skurczami chodziłam po tarasie, a w czasie skurczów opierałam sie o ławki (mamy taras wybity drewnem i ciężkie drewniane ławy) i wyginałam na wszystkie strony. Tego dnia było znów jakieś 33 st. C, dość duszno, ale szczęśliwie powiewał lekki wiaterek z południa.
    Eliza nazwała mnie "kobietą kotem", bo kobiety koty rodzą same, nie chcą być dotykane. Rzeczywiście, nic, co mi proponowała (ucisk, masaż) nie pasowało mi. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu wcześniejsza kapiel w wannie też nie była przyjemna i nie przyniosła ulgi - skurcze przeżywałam sama i najlepiej w jakiejś pozie zbliżonej do "na czworaka". W wannie też musiałam się w czasie skurczu przekręcać na czworaka, a w dodatku w wannie było nic, na czym mogłabym się skupić, więc w przerwach między skurczami mogłam tylko oczekiwać na kolejny skurcz, co było niefajne. Tak więc krążyłam po tarasie jak zwierzę w klatce, podczas któregoś skurczu wlazłam nawet na stół, próbując uciec "w górę" od bólu smile Puściłam też kilka swobodnych pawików wprost z tarasu na trawnik.
    O 14.50 poszła akcja tak szybka, że musiały zawołać mojego Męża, który chwilę wcześniej poszedł zrobić kawę. Z tego nie wiem już nic, tu z pewnością działał już tylko mój gadzi mózg, ja cały czas dowiaduje się różnych fragmentów opowieści od Męża. Rodziłam na klęczkach, opierając się przodem o Roberta który siedział na ławce. Irena mówiła do mnie "puść, puść", ale właściwie nie wiem, czy chodziło o puszczenie-wypuszczenie dziecka, czy może popuszczenie skurczu, czyli nie parcie... Tak, czy tak, poszło piorunem, Helena urodziła się w czepku, pęcherz pękł dopiero, jak rozerwała go głową. Parte trwały 7 minut , było ich może ze 3. Po wyjściu główki Irena proponowała, żebym jej dotknęła, ale nie chciałam - a właściwie nie mogłam, byłam jakaś obezwładniona tym co się działo, nie potrafię tego opisać. W następnym skurczu mała się urodziła bez żadnego mojego wysiłku. Potem ja się odwróciłam i siedziałam na stołeczku porodowym do rodzenia łożyska, opierałam się o Roberta, a z przodu miałam Hel. To wszystko cały czas działo się na tarasie naszego domu... Po pół godzinie urodziło się łożysko, a wtedy weszliśmy do środka i nastepne 2 godziny zalegałam z małą na wielkim worku sako, a położne wypisywały papiery.
    Nie byłam nacięta, nie pękłam. Helena nie urodziła się wielka (2950g), ale syn był mniejszy, a jednak rodząc go w szpitalu na łóżku porodowym (pozycja półleżąca), z klasycznym szpitalnym "parciem na kupę" miałam zdecydowanie bardziej sponiewierane krocze niż tym razem (+ hemoroidy). Nie moge uwierzyć jak wielka jest różnica!
    Dodatkowo już ze 2 tyg. po porodzie weszłam na stronę podaną tu na forum, stronę jakiegoś wymyślnego stołka porodowego. Na tej stronie pokazane było jak można na różne sposoby wykorzystać ten stołek, aby ułatwić poród, np. do podparcia w wykroku i kołysania biodrami. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że całkowicie podświadomie, bez planowania, robiłam różne rzeczy, które ułatwiają poród, np. właśnie wykrok i kołysanie biodrami. Wcześniej celowo nie starałam się zapamiętać takich rad, bo uznałam, że nie będę w stanie o tym myśleć, a położne i tak podpowiedzą, cokolwiek uznają za właściwe. Mnie nic nie podpowiadały wink Rzeczywiście, ciało umie rodzić, trzeba mu tylko dać szansę. Jestem teraz absolutnie przekonana, że nawet najlepsze warunki szpitalne nie są w stanie zapewnić takiego stopnia intymności, spokoju i swobody, żeby w 100% uruchomić naturalne mechanizmy rodzenia, czyli pozwolić działać tylko mózgowi gadziemu a uśpić neocortex.
    Z każdym dniem uświadamiam sobie bardziej jak bardzo wspaniałe było to doświadczenie i jaką jestem szczęściarą, że udało mi się je przeżyć.
    I tego samego życzę innym dziewczynom smile
  • eps 10.09.10, 09:34
    W końcu mam chwile coby opisać mój poród wink przy 3 dzieci, wolnym zawodzie gdzie nie ma macierzyńskiego i całym domu na głowie niewiele mi czasu zostało na rozrywki ale do rzeczy.
    Jak zapewne co niektóre pamiętają szykowałam się do porodu w domu. Wszystko było umówione, milion badań porobionych, umowa z położną, pół pokoju zastawionych pomocami położnej (piłki, worki, podręczna torba itd.) coby nie musiała już tego sama wieść. Dostałam od niej rozpiskę kiedy ma dyżury w szpitalu z przykazaniem coby na nocnym dyżurze nie rodzić bo nie będzie mogła się zamienić. Bóle przepowiadające ale bardzo „przekonujące” miałam już od jakiś 2 tygodni i przynajmniej ze 3 razy w tym czasie byłam przekonana ze poród się zaczął. Ciągle przyglądałam się tej nieszczęsnej rozpisce i sprawdzałam kiedy mogę rodzić a kiedy nie. Byłam 2 dni po terminie i wieczorem mowie do męża, że jeszcze tylko muszę jakoś przeżyć jutrzejszy nocny dyżur położnej i mogę rodzić bo ona będzie miała aż 4 dni wolne. No i jak się zapewne domyślacie, dnia następnego kiedy położna poszła na 19 do 7 rano do pracy, mnie wieczorem znów zaczęły łapać bóle przepowiadające (wtedy mi się zdawało). Jak nauczona doświadczeniem wcześniejszym, wzięłam kąpiel, pogadałam z małą coby sobie teraz żartów nie robiła że ma poczekać do rana, położyłam się do łóżka i leżałam jak trusia żeby się bóle wyciszyły. No ale brzuch mnie jakoś tak pobolewał niemrawo. Obudziłam się o 1 w nocy bo mnie jakoś bardziej zaczął boleć. O 1:30 zeszłam na dół do kuchni i trochę mierzyłam czas bo już w końcu nie wiedziałam czy to przepowiadające czy już poród (a tego nie chciałam). Zapiski wcale nie były jednoznaczne więc po pół godzinie poszłam się położyć spać, bo byłam pewna że to przepowiadające. No i jak już się ułożyłam w łóżku wygodnie z moimi 6 poduszkami wink które aby się wyspać musiałam podkładać tu i tam, złapał mnie taki mega skurcz, że nie mogłam się ruszyć i aż mąż się obudził w panice, bo nie wiedział co się stało. Powiedziałam mu że chyba się zaczęło ale fatalna sprawa bo Dorota jest w szpitalu, jest dopiero 2 w nocy, trzeci poród i nie wiadomo czy dam rade wytrzymać do 7 rano (plus jeszcze godzina na dojazd do nas). O 2:30 telefon do Doroty i przedstawienie sytuacji na frocie. Jak z nia rozmawiałam to już mnie nieźle przyginało w dół z bólu. Dorota powiedziała, że z tego co słyszy to na 99% nie pociągnę długo i lepiej żeby przyjechać do szpitala do niej bo ona nie może się wyrwać. Tak więc telefon do moich rodziców żeby zostali z chłopakami bo my musimy jechać. Chwile po 3 rano wyjechaliśmy z domu. Nauczona doświadczeniem nie wzięłam termofora, bo przy 2 porodzie przez niego ledwo zdążyłam na porodówkę. Do szpitala dojechaliśmy przed 4 rano. W Izbie przyjęć szybka reprymenda od dyżurującej. Spytała o której się zaczęły bóle, który poród i jeszcze zobaczyła że z Piotrkowa (do Łodzi to ponad 50 km) i pyta „Czemu Pani tak długo czekała?? Na co ja obolała odpowiadam „że myślałam że mi przejdzie” wink Kobita popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem i wyszłam na wariatkę która rodzi 3 raz i myśli że jej przejdzie smile
    Oczywiście milion papierów i dwa miliony podpisów, ja podpisywałam a mąż czytał co podpisuje bo ja z bólu nie bardzo rozumiałam tekst pisany smile Później na górę na porodówkę i spotkanie z Dorotą. Sala mała, dwa stanowiska do rodzenia przedzielone mała ścianką i pechowo ktoś za tą ścianką już jest. Do tego badanie i okazuje się że bóle odczuwalne ale szyjka długa i przepuszcza tylko 1,5 palca. Po naradzie z Dorotą ustalamy że położę się na łóżku porodowym, poleżę, spróbuje pospać i może się bóle wyciszą i może uda się dotrwać do 7 rano i wtedy razem juz wrócimy do domu. No ale leże na tym łóżku, bóle jakby coraz gorsze, na zegarku dopiero 5 rano. Szybka kalkulacja, że muszę wytrzymać jeszcze! 3 godziny (żeby nie urodzić w samochodzie w drodze powrotnej tylko w domu) a podświadomie wiem że nie dam rady. Tak więc mówię Dorocie że chyba się nie uda bo mnie boli straszliwie jak leże i nie dam rady tak jeszcze 3 godziny. Tak wiec schodzę z łóżka i zaczynam od prysznica. Mąż mi leje ciepła wodę na plecy, a jak mnie łapie skurcz to na podbrzusze. Postanawiam stamtąd nie wychodzić wink za jakiś czas przychodzi Dorota bo długo nas nie ma i chce sprawdzić co się stało.. Po jakiś 20 minutach w końcu wychodzę i proszę Dorotę żeby mnie zbadała. Mam już prawie 6 cm rozwarcia. Przez większość następnego czasu stoję przy łóżku porodowym, kołysze biodrami a mąż mi albo masuje dół pleców (te cholerne bóle z krzyża!) przy skurczu a ja z przodu przykładam termofor, jak skurczu nie ma to termofor daje na plecy. Tak po 6 rano znów mnie bada i mam 9 cm rozwarcia ale główka nie jest prawidłowo wstawiona więc radzi żeby się położyła na prawym boku na łóżku żeby pomóc małe we wstawianiu. Na tą propozycję nie jestem szczęśliwa bo leżenia mnie zabija. Ból jest przeogromny (oczywiście w przerwach w skurczu mówię mężowi że dzieci więcej to już nie będzie). Ludzie po 2 stronie ścianki jakąś godzinę wcześniej przestali mi przeszkadzać bo ból był silniejszy niż jakieś tam wstyd czy skrępowanie. Na łóżku porodowym zdarza mi się zmora rodzących czyli zwyczajnie robię kupę. Ból jest tak wielki że pomimo że robię to przy mężu wcale a wcale mi to nie przeszkadza, ba jest mi obojętne bo mam wrażenie ze się kończę. Odchodzą mi wody i jest ich bardzo dużo ale ładne przeźroczyste. Wykrzykuje w miedzy czasie że już nie dam rady i że bardzo mnie boli. Mąż cały czas mi masuje palcami plecy, a ludzie zza ścianki siedzą jak trusie cichutko. Później od Doroty dowiaduje się ze u kobitki za ściana akcja porodowa się zatrzymała (może to przez moje darcie dzioba). Tuż przez 6:30 Dorota mnie bada i mam pełne rozwarcie i główka pięknie wstawiona. Decyduje się urodzić na stołku porodowym. Samo parcie trwa krótko. Urodziłam może w 2-3 skurczach, nawet nie wiem bo jak tylko usiadłam na stołeczku to Dorota z mężem zaczeli wołać żebym nie parła. Ekspresem pojawia się głowka i za sekundę wyskakuje młoda a za nia wiaderko wody. Dorota siedziała na podłodze więc do pasa jest cala mokra, trzyma mała na kolanach i cichutko woła salową i jakieś szmaty bo powódź mamy smile
    Daje mi młodą na kolana, nie ma pośpiechu, cały czas jest przygaszone światło. Ludziska z noworodków się biegły, ale stoją dyskretnie z bólu i nic nie mówią, nie zabierają mi małej. Siedzę sobie tak chwilkę, powoli mąż odcina pępowinę, mała zaczyna się trochę krztusić. Ktoś z noworodków prawie szeptem mówi żeby może tak jej ssawką pomóc, i podaje Dorocie aparat. Ja nadal ją trzymam i mowie że ssawką nie, nie chce ssawki, więc Dorota ją odstawia i prosi aby małej pochylic głowe do dolu. W tym czasie rodzi się łożysko i wypada na podłogę. Dorota ze mną i męzem je ogląda, a mała daje kobitkom z noworodków. Szybko ja ważą, mierzą i zawijają w becik i kłada na wózeczku koło mnie. Mi Dorota kazała się położyc na łózku coby ocenic straty we wiadomym miejscu. Okazuje się że mam niewielkie pęknięcie śluzówki ale dosyć mocno krwawi więc zakłada mi chyba 2-3 szwy. Później rozwija mała z pieluch i kładzie koło mnie w łózko abym ją grzała wlasnym ciałem. Mała od razu szuka piersi i zaczyna ssać. Przychodzi lekarz i pyta o poród i gratuluje dużego dziecka. Więc mówie do niego ze śmiechem „Dziękuje bardzo, dzieciak zdrowy więc proszę zapakować i do domu ide”. Zaczął się śmiać i wyszedł. Zaraz zaczęli się schodzić ludzie z papierami do podpisu że wychodzimy na żądanie i czy mogłabym poczekać do obchodu o 8 to od radu miną 2 godziny i mnie lekarz obejrzy. Nie przenosili mnie na salą ogólną, obchód lekarski zaliczyłam na porodówce i na pytanie jak się czuje powiedziałam że doskonale i chce już wyjść do domu. Na co lekarze ze śmiechem odpowiedzieli że „tak już słyszeli że mi się spieszy”. Po obchodzie wziełam prysznic, w tym czasie zaszczepili małą i ubrali w wyjściowe ciuchy. Zapakowaliśmy się do samochodu o 9:30 i za godzinę byliśmy w domu.
    --
    Poród, choć niełatwy
  • aajjaa 14.09.10, 18:23
    Córka to nasze 2 dziecko, poprzednio rodziłam w 2007 syna w domu, ale ostatecznie zakończyło się w szpitalu.
    Córka urodziła się w domu 1 września o 3.05. Byłam już po terminie kilka dni. W nocy z pon na wt pierwszy raz pojawiły się jakieś bolesne skurcze, różniące się od dotychczasowych (też bolesnych) ciążowych. Pojawiły się jak położyłam się spać. Pomimo, że chciałam już urodzić, pomyślałam, że absolutnie nie teraz!! – przecież jeszcze dziś nie spałam wink Trochę się pomęczyłam aż w końcu zasnęłam. Rano ok 6 jeszcze coś tam czułam, ale uparcie zasnęłam dalej. A o 9 jak mnie syn obudził, to już cisza, nawet ciążowych skurczy żadnych do popołudnia nie było! Po południu byłam na wizycie u gin – stan bez zmian od 2 tygodni, tzn czopa brak, lekkie rozwarcie, dziecko dość wysoko (wyżej niż 2 tygodnie temu) i nic nie wskazuje na to aby zechciało wyleźć. Pomaltretowała mi szyjkę (masaż? – niezbyt przyjemne) i nakazała w końcu urodzić, zaleciła też spacer medytacyjny smile To samo zrobiła 2 tygodnie wcześniej, jak rozwarcie było większe i główka niżej – po tym tylko parę skurczy po południu miałam i nie urodziłam. Więc i tym razem się na nic nie nastawiałam. Oczywiście parę skurczy między 17 a 19 się pojawiło, ale nic konkretnego. O 19 postanowiłam iść na ten „spacer”. Padał deszcz, więc postanowiłam pochodzić po domu. Chodząc rozmyślałam i zapraszałam córę. Po 20-30 minutach tego „spaceru” poczułam się bardzo zmęczona i postanowiłam poleżeć. Podrzemałam trochę do 21 (może ze 2 lekkie skurcze miałam). O 21 wstałam, bo to już była najwyższa pora na rozpoczęcie kładzenia syna spać. Jak tylko wstałam, zaczęły się jakieś skurcze – aż z ciekawości zaczęłam zapisywać. Do 22 jeszcze w miarę normalnie funkcjonowałam, ale później, jak już w trakcie mycia zębów musiałam zrobić przerwę na skurcz, stwierdziłam, że syna nie dam rady wykąpać. Ale z drugiej strony nie docierało do mnie że już się zaczęło, bo przecież zeszłej nocy też bolało i nic z tego nie wynikło. W końcu przez to skurczowe zamieszanie położyliśmy syna dopiero o 23 i wtedy się zaczęliśmy zastanawiać czy będę rodzić czy nie – czy dzwonić do położnej, bo ona ma 2 godziny drogi do nas. Mając na uwadze poprzednią noc – to że się skurcze wyciszyły oraz to, że poprzednio rodziłam 27 godzin, nie chcieliśmy jej wzywać na darmo lub też na kolejne 20 godzin siedzenia... Postanowiłam więc położyć się spać z myślą że może przejdzie wink Jeden skurcz wyleżałam, następny wyrwał mnie z łóżka, już wiedziałam że spać to ja na pewno nie będę. Ale jeszcze się wahaliśmy czy skurcze odpowiednio częste (miały być co 5 min i średnio w sumie były, ale u mnie nie bardzo regularne, czasem rzadziej czasem częściej) i czy nie za długo jeszcze to potrwa. W końcu nie potrafiąc oprzeć się na częstości skurczów i przewidywaniach co do pozostałego czasu zaczęłam analizować moje zachowanie. I wyszło mi, że taka „zajęta” skurczami i skupiona na sobie to ja byłam przy pierwszym porodzie już dobrze po jego połowie... więc chyba jednak to jest już zaawansowana akcja, a nie jakieś początki i wypadałoby po położną dzwonić. Zwłaszcza że nie miałam ochoty nawet z nią rozmawiaćwink. Mąż zadzwonił do niej około 24. Spodziewaliśmy się jej około 2. Zastanawialiśmy się też co z synem – zaplanowaliśmy dla niego opiekę na czas porodu, bo wiedziałam, że przy nim nie zniosę skurczy. Ale zasnął i szkoda było go budzić i w nocy wywozić. Spodziewając się raczej długiego porodu, postanowiliśmy rano go odwieźć. Zaczęliśmy przygotowywać pokój do rodzenia, podkłady, rzeczy dla dziecka itp (tzn mąż), ja już tylko uskuteczniałam kółka po moim spacerniaku, bo wytrzymać skurcze tylko chodzenie mi pozwalało. Potem mąż zasiadł w fotelu licząc czas pomiędzy skurczami, bo nie chciałam jego pomocy i dotykania, zabroniłam mu nawet odzywać się do mnie w czasie skurczu big_grin. Skurcze były naprawdę mocne w porównaniu z pierwszym porodem, trudniej mi było je wytrzymać. Ale tez krótsze – liczyłam oddechy w trakcie, żeby sensowniej oddychać i wytrzymać. Krążyłam po pokoju, szukając też pozycji do rozluźnienia, ale żadna nie pasowała, a szybko zaczęło brakować czasu na rozluźnienie. Około 2 zaczęłam już bardzo niecierpliwie oczekiwać położnej, czułam, że już jej bardzo potrzebuję. Przyjechała parę po 2, pewnie się przywitała itp, ale ja z tego pamiętam już tylko tyle, że jak zapytała czy nie da się już odpocząć, to „miło” odburknęłam że nie wink. Przebrała się, rozpakowała i zaczęła mnie badać. Okazało się, że jest 6-7 cm. Badała mnie na leżąco, jakoś 1 skurcz wyleżałam, potem leżąc rozluźniłam się i odpoczęłam przed kolejnym. Na następny zerwałam się z zamiarem dalszego biegania i z myślą, że jeszcze ładnych parę godzin z tych 6-7 cm zostało. A tymczasem... przeszłam już tylko 5 krokówwink Po półtora – pyk, wody. Zatrzymałam się, mąż z położną troszkę powycierali mnie itp. Zrobiłam kolejne półtora kroku do krzesła by się o nie oprzeć, myśląc, że na dodatek te parę godzin to już bez wód będzie. A gdy przyszedł następny skurcz, poczułam już parcie! No i oczywiście znów pomyślałam, że na dodatek te parę godzin jeszcze parcie pewnie będę musiała wstrzymywać! Generalnie niezbyt różowo widziałam wytrzymanie ciągu dalszego przy takich mocnych skurczach. Ale położna pozwoliła lekko poprzeć, tak dla ulgi, szyjka była bardzo miękka, jakoś tak mówiła. Więc trochę krzyczałam, trochę poparłam i zaraz w badaniu okazało się, że szyjka już tylko w 1 miejscu troszkę trzyma i zaraz normalnie można przeć! Cały czas to do mnie nie docierało, że to się dzieje tak szybko i że to naprawdę już! Swoją drogą byłam już cała mokra, pot mi oczy zalewał wink Ponieważ byłam dość dziwnie o to krzesło oparta (pod kątem prostym, głowa na oparciu, ręce na siedzisku) zapytałam, czy nie lepiej bym jakoś wyżej się oparła i przeniosłam się (to te ostatnie 2 kroki) na piłkę leżącą na fotelu (tak, miałam przygotowane pomoce do porodu – materac, piłkę, olejki do aromaterapii itp wink – wszystko leżało i czekało na użycie, a ja tylko biegałam nie mogąc przystanąć, a wszelkie pozycje poniżej pionu napawały mnie obrzydzeniem. Więc piłka nie opuściła fotela, ale i tak na niej rodziłam – tylko że rękami wink). Byłam tak mokra, że pływałam na tej piłce i mi się ręce i głowa ześlizgiwały, więc trzeba było mi ręcznik podłożyć. I w końcu na tej piłce rozpoczęły się prawdziwe parte – pierwszy raz tak wyraźnie je odczuwałam, przy poprzednim porodzie zupełnie inaczej, prawie wcale. I tak przy akompaniamencie moich krzyków i zachętach położnej do parcia (bo wciąż nie mogłam uwierzyć że już naprawdę nagle się zrobiło pełne rozwarcie i mogę przeć i rodzić) urodziła się córa smile W sumie chyba ze 3 takie porządne parte. Po pierwszym była jeszcze dość wysoko, ale po drugim – czułam wyraźnie jak się przesuwa i zatrzymała się pod sam koniec... Więc kolejny był jedynym skurczem, na który oczekiwałam z wielką niecierpliwością. Po odstaniu tak chwilę z główka „na wylocie” chciałam bardzo mieć to już za sobą. W końcu kolejny skurcz i wyskoczyła już cała. Po chwili zaczęła płakać i dopiero do mnie dotarło że to już smile Położna z mężem ją przytrzymali, a mnie posadzili w końcu i dali ją na brzuch. Była godzina 3. Od przyjazdu położnej nie minęła nawet godzina. Wciąż byłam oszołomiona. W tym czasie czekaliśmy na pępowinę, potem przecinanie i do cyca. Łożysko po paru minutach wyszło. Położna mnie pooglądała, nie stwierdziła żadnych szkód. I ja czułam się o wiele lepiej niż po pierwszym porodzie, pomimo że syn był o wiele mniejszy (2970 i 51 cm) niż teraz córka (3600 i 57 cm). „Oporządzanie” mnie, pępowiny, łożyska i uspokajanie zajęło gdzieś tak do 4 i wtedy postanowiliśmy obudzić syna, by poznał siostrzyczkę. Początkowo nie chciał wstać i był bardzo zaspany, ale jak się rozbudził, to juz chętnie ją oglądał, głaskał itp smile Ogólnie piękne chwile i bardzo się cieszę że tak wyszło, że był w domu i mógł z nami
  • eszmeraldka 08.10.10, 01:26
    ten poród był.. i podobny i inny..
    poprzednie - 1. 7(9) dni po terminie, na patologii już byłam, zaczął się sam od leciutkich rzadkich skurczy - ale już wiedziałam że to to - w południe, o 14 już mi nawet położna i ktg uwierzyli, 17.30 badanie i 6 cm, wody mi wtedy odeszły - nie wiem czy same, czy położna pomogła, to idziemy na porodówkę, 18.10 pełne rozwarcie, 18.32 już po.
    w ogóle nie czułam skurczy partych, nie wiedziałam co to, o jakiej sile, potrzebie parcia kobiety mówią.. nic takiego nie czułam, tylko ból, nawet nie wiem, gdzie.
    Ciężko mi szło, nie umiałam przeć, nie wiedziałam o co mi chodzi, na koniec chyba tętno poleciało, lekarz mi się na brzuch uwalił i Jakub wyszedł. biedny taki, trochę siny...
    2. raz z Nadzieją - parę dni przed terminem, rodziłam już parę tygodni, co parę dni skurcze mi się rozkręcały, regularne i po paru godzinach wyciszały. no to jak mi się znowu zaczęły wieczorem, to zła byłam już i się spać położyłam o 4 chyba K. wstawał do pracy, to ja z nim, ja nieśmiało że to chyba to, żeby został, a on mi oczywiście nie uwierzył, tylko polazł do roboty zawróciłam go spod busa.
    chodziłam sobie wtedy po domku, pamiętam że trochę na parapecie posiedziałam - przyjemne to było, bo pod spodem był ciepły od kaloryfera, a u góry zimna szyba.. Nie mogłam się doczekać ciepłej wody, coraz gorzej mi było i blee.. w końcu wlazłam pod ten prysznic, na jeden czy dwa skurcze było fajnie, a potem mi zaczęło przeszkadzać.. i jakoś dziwnie się zrobiło - sprawdziłam sobie, a tam główkę czuję wytelepałam się z brodzika, bo mi dziwnie jakoś było, kucnęłam sobie koło umywalki (już lepiej). Krzysztof jeszcze popatrzył i zapytał, czy może po podkład nie polecieć. Podłożył pode mnie i w tym momencie pęcherz pękł i zaraz główka się urodziła. Strrrrrrasznie mnie rozpierało wtedy, byłam przekonana, że będę pochlastana wzdłuż i wszerz. A tu jakoś nic.. 8.30 się urodziła, mniej więcej, bo nikt nie wpadł na to, żeby na zegarek spojrzeć

    a teraz było tak..
    termin miałam wg wielkiego dochotra ustalony na 22.07. Moim zdaniem (npr) byłoby to raczej 26.07, i stąd też trochę problemów potem..

    W ciążę zaszłam 'za szybko', córka miała 6 mcy, ja wiecznie zmęczona, może to też się przełożyło na to, jak to było. a było ciężko - depresja, do tego załącza mi się od paru lat dodatek w postaci anoreksji. Jadłowstręt z ciążą średnio idą w parze…. do tego dolegliwości fizyczne, pod koniec nie mogłam się normalnie poruszać, tak mi coś w biodrach strzelało, spać nie mogłam, bo nie miałam jak – na plecach mnie dusiło, na boku brzuch mi się przewalał, twardniał, nie mogłam wstać.
    No czułam się tragicznie, a do tego brak położnej domowej… Do szpitala nie chciałam, głos rozsądku mnie pchał, ale im bliżej końca tym był on słabszy.. Każdy kontakt ze ‘służbą zdrowia’ przyprawiał mnie o coraz głębszą depresję..
    Do tego przedłużające się oczekiwanie – już w 36 tc doktorek mnie wysyłał na patologię (z anemią) mówiąc, że prawdopodobnie za parę dni góra urodzę, bo szyjka 2 cm otwarta, skrócona ładnie przygotowana, dziecko ponad 3 kg, może wychodzić… a tu nic, nic, nic… w końcu wg oficjalnego terminu 2 tygodnie przechodziłam.
    Tyle tytułem wstępu.

    we wtorek (3.08) ten nieszczęsny szpital.. Pojechałam kontrolnie, jak pambuk dochotr zobaczył kartę ciąży, to nic nie chciał dyskutować, tylko od razu mi numerek wypisuje i na oddział. Ja mu próbuję tłumaczyć, że termin mam później prawdopodobnie trochę, nie obchodziło go to, bo co na papierku to święte. trochę jak patologię pewno mnie potraktował, bo stosunkowo mało wizyt, mało badań, anemia, trzecie dziecko ... jedyny pozytywny akcent, to jak się dowiedział, ile poprzednie dzieciaki ważyły - 4.150 i 3.500. Zdziwiony mnie zlustrował (dość drobna jestem) i chapeau bas! Potem położna cały czas przeżywała te 4 kilo wink Przyjęcia na oddział odmówiłam. No to co mieli zrobić, zaordynowali ktg i dziękujemy za uwagę.
    na ktg się ze trzy skurcze zapisały, położna mówi, że może jeszcze dzisiaj wrócę do nich - tak, akurat..
    środa i czwartek krzysztof mógł w domu pracować.
    W środę się wzięliśmy za indukowanie nawet nieźle nam poszło, 'rodziłam' do wieczora. w nocy jeszcze jakieś niedobitki mi zostały, w czwartek zero, nic. to miesiąc przed terminem czułam się bardziej przedporodowo...
    ja coraz bardziej załamana, czułam się blee...
    a ten sobie wymyślił, ze mamy jechać do babci (mojej, 2 dni wcześniej sobie rękę złamała). No ale roboty mu się namnożyło nagle, skończył dopiero o 17 (teoretycznie pracuje do 15), zanim się zebraliśmy, to byliśmy o 19. krótko posiedzieliśmy, bo dzieciaki już miały dosyć atrakcji, mnie też się odechciało wszystkiego.. O 20 się zbieramy, ja jeszcze do łazienki weszłam i.. łupło mnie w dole pleców. I to jak łupło ! No i dobra, idziemy do samochodu, tam to samo. K. się na żarty zebrało, haha, ty rodzisz. To mu kazałam cicho siedzieć i się modlić, żebyśmy do domu dojechali cało. Na stacji zatrzymaliśmy się jeszcze zatankować, chciałam sobie szybki umyć, ale po wyjściu z samochodu szybko wracałam z powrotem (o ile można było.... ), tak łupło. Jakoś na szczęście łupało poza strategicznymi punktami i dotarliśmy...
    Dzieciaki jakoś uśpiliśmy (Kuba sam padł w ramach protestu, ze nikt się nim nie interesuje ) no i dywagujemy co teraz. Jakoś 22 była może, udało mi się szyjkę wyczuć i wywnioskować, że się otwiera i czuję główkę. I wymyśliliśmy, że zostajemy a jak mi wody pójdą, to się spakujemy do szpitala (tak samo przy Nadziei ustaliliśmy).
    i dalej było.. dziwnie..
    Miałam skurcze - ale były rzadkie i krótkie. Nie powiem - bolesne, ale cały czas wydawało mi się, że takie mało efektywne...
    oczywiście coraz bardziej się załamywałam, bo miałam wrażenie, że będę rodzić jeszcze wieki całe.
    Osłabłam do tego bardzo, przypomniałam sobie, że niemal nic nie jadłam tego dnia, a z tymi skurczami nie byłam już w stanie. Źle mi było się ruszać, do tego zimno i gorąco jednocześnie - siedziałam sobie tylko na fotelu oparta o różowego królika pod kocem.
    w końcu stwierdziłam(przed północą trochę było), że już mam dosyć tego całego rodzenia, idę się położyć.. zanim dotarłam te parę metrów, to co chwila skurcz mnie zatrzymywał, pomyślałam, ze najpierw może siusiu zrobię, bo potem może mi byc ciężko się zewlec, jakby się okazało, że trzeba..
    no a jak już dotarłam do łazienki, to mi wyszło, że jest pełne rozwarcie i główka zaczyna schodzić... Była równo północ.
    ciekawostka - przestałam czuć zmęczenie, zawroty głowy...czułam się normalnie.
    po 1szym porodzie myślałam, że nie jestem w stanie przeć, że nie umiem.
    po 2gim stwierdziłam, że to była wina szpitala, i jak można nie czuć parcia ??
    a tu znowu nic nie czułam. Skurcze były leciutkie, dosłownie kilkusekundowe, nieefektywne, rzadkie..
    dużo czasu już minęło, ja coraz bardziej zmęczona tym wyczekiwaniem, nie mogłam sobie miejsca znaleźć, bo dobrze mi było tylko tak na półklęcząco, ale juz mnie nogi zaczęły pobolewać - i cały czas czułam napór na kość ogonową (potem jeszcze 2-3 dni mnie bolała tak, ze ciężko mi było siedzieć). mówię, że już nie mogę, coś musi być nie tak, to za długo trwa... w tym momencie z hukiem pęka pęcherz i wody tryskają. Główka szybko dobiła i po chwili wychodzi. tu czułam to 'rozpieranie', ale na zasadzie czucia, nie jakiegoś bólu, czy wrażenia, że popękam - po prostu, maluch wychodzi, otwiera sobie drogę i już. Główka wyszła i znowu nic. Krzysztof zaczał mi jeździć dokoła tej główki, myślałam, że chce wyciągnąć go, a on.. luzował pępowinę. po dłuugiej chwili znowu jakiś skurcz, ale bez sensu.. mam już dosyć i próbuję przeć trochę na siłę, pierwsza wychodzi rączka a potem długo, długo cała reszta... Faktycznie, okazało się, że maluch był owinięty pępowiną raz przez szyjkę i raz przez brzuszek, może dlatego tak wolno schodził. Ale był w dobrym stanie, porozglądał się, a po chwili rozwył w tęsknocie za cycem smile
  • eszmeraldka 08.10.10, 01:28
    II faza trwała w sumie godzinę - dla mnie dłuuugo, poprzednio to było po 20 minut.

    po chwili łożysko wychodzi, chyba zrobiłam błąd, bo na chwilkę podniosłam się z kucek i chyba trochę naderwałam łożysko…
    i tu popełniliśmy kolejny błąd strategiczny - zamiast od razu się wykąpać i ubrać, to młodego przystawiłam do piersi. Jak się przyssał tak chyba ponad 1.5 godziny nie puścił..
    oboje wściekle głodni, to Krzysztof zrobił kanapki i w tej łazience sobie zrobiliśmy.. kolację?śniadanie? ja na kibelku z podłożonym ręcznikiem - co Dawid zaciągnął bardziej, to skurcz macicy i krew tryskała w dół, ku rozpaczy tatusia
    jak już przysnął to Dawid do tatusia (oczywiście się obudził i dalej chce ssać) a ja pod szybki prysznic, potem się przeniosłam na fotel i tam od nowa karmienie...ŻADNE wcześniej nie było takie żarte 3.30 mówię, że trzeba go zważyć i to był błąd, bo ledwo na oczy widziałam i nie uwierzyłam, jak się dowiedziałam, co tam widać..
    chyba o 4 jakoś w końcu się odessał i usnął, zapakowaliśmy się do łóżka, pół godziny później Jakub się obudził i przeczołgał do mnie, trochę się zdziwił jak zobaczył towarzystwo, pomyślał 5 minut, podniósł się znowu, obejrzał i zdziwiony skomentował - 'dzidziś..'. po chwili Nadzieja też wstała i była tylko zachwycona
    no a potem się zaczęła szara rzeczywistość smile
    aha - ciekawostka, za którą pewnie mnie zjedziecie, a co mi tam.. Łożysko faktycznie nie wyszło w całości. Na drugi dzień wyleciał mi kawalątek, zdziwiłam się, co to, myślałam, że skrzep jakiś. Potem zaczęły lecieć większe kawały (powiedzmy jak pierś kurczaka.. ), kilka takich było, poza tym więcej drobniejszych. Po niecałych dwóch tygodniach wypadł ze mnie znowu taki trochę większy kawałek, przez dobę może czułam wtedy skurcze macicy przy karmieniu znowu – po czym macica obkurczyła się ładnie. Na usg i w badaniu wyszło wszystko w porządku.

    Aaaa, i zapomniałabym – maluszek okazał się ważyć 4.800, długi na 59 cm.
  • aniemae 04.04.12, 21:32
    eszmeraldka!!!
    WOOOOW po prostu WOOOOOW big_grin
    Totalny czaaad!
  • szczur.w.sosie 27.10.10, 15:37
    Chociaż w rzeczywistości trzeci. Pirszy w strasznym szpitalu ze wszystkimi atrakacjami, drugi w pośpiechu i przerażeniu, bo to był 28tc.
    Więc nie do końca wierzyłam, że dotrwam do 37tc. A dociągnęlam do 39tc.smile
    Wszystko było ze szpitalem umówione, że jak si zacznie, to ja dzwonię a szpital wysyła 2 położne.
    W poniedziałek widziałam się z położną na kontroli, zrobiłam zakupy, posprzątałam itp. W nocy jak przez sen czułam jakby mocniejsze skurcze przepowiadające. Ale spałam dalej i karmiłam młodszego synka. Pewnie karmienie mi pomogło, bo o 2.40 wyskoczyłam z łóżka, bo to już był prawdziy skurcz. I zaczęły się co3-4 min. Posączyły się wody, o 3.00 zadzwoniłam do szpitala. Skurcze do przeżycia, niezby długie, ale już nie umiałam liczyć co ile i jak długo trwają... Oparłam si o ścianę, bo innej pozycji ni mogłam przyjąć. W przerwach chodziłam, trochę siedziałam. Synek mi się na dobre obudził, ale mama była i się nim zajęła. Mąż kręcił się wkoło, w zasadzie było to dla niego za wcześnie. Nie było czasu na wypróbowanie TENS, że nie wspomnę o Entonox'ie. Ok. 3.40 przybyły położne, zmierzyły mi ciśnienie, posłuchały dziecka, sprawdzić rozwarciasię nie dało, bo skurcz był za skurczem i chyba dały sobi spokój. Wreszcie mówię, że jeszcze do toalety pójdę. Ale zaraz się przekonałam, że to nie do toalety tak naprawdę mie się chce i położna stwierdza, że to już parcie. I tu się zaczęlo. Ból skurczów to nic w porównaniu i z bólem - jakby to opisac - rozciąganai się krocza. Jakieś straszne pieczenieuncertain Już miałam dość, prawdę mówiąc. Czułam wszystko, schodzącą głókę, wyślizgujące się ciałko. Rodziłam na stojąco oparta o fotel i drugą położną. Córeczka urodziła się o 4.08. Pępowina odcięta po zakończeniu tętnienia. Potem do 5.00 czekaliśmy na łożysko. Poszło bez przyspieszania, samo.
    Bez nacięcia, bez pęknieć.
    Jakoś szybko i po kłopociesmile
    Położne posiedziały do 6.00, zabrały sprzęt i pojechały. Niewiele z tego, co zostało przygotowane wcześniej się przydało. Piłka się nie przydała - nie mogłam siedzieć na niej wcale, żadne metody łagodzenia bólu...
    Jedynie podkłady, i kołdra owinięta w nieprzemakalną powłokę i obleczona w starą pościel.
    No i tylesmile
  • kaakaa 16.12.10, 22:08
    Nie jest łatwo się zebrać do napisania czegoś obszerniej, bo różna zaległa robota mnie przywala a najmłodsza moja latorośl wcale nie chce się z tym liczyć i domaga się mamy na wyłączność przez jakieś 20 godzin na dobę. Pozostałe 4 muszą mi wystarczyć do obdzielenia reszty dzieciaków i chorego męża, który też czuje się niedopieszczony i w ramach protestu choruje już drugi tydzień wink Ale, dość tych utyskiwań – przejdźmy do rzeczy.
    Nie chciałam się publicznie chwalić jaki mi doktory wyliczyli termin porodu (z resztą, sama też sobie tak samo wyliczyłam, bo regułkę matematyczną znam…wink, bo wiem, że moje dzieci lubią pomieszkać sobie u mnie dłużej i im więcej osób wie, kiedy one niby mają wyjść, tym bardziej dla mnie te ostatnie tygodnie są trudne, bo każdy pyta, czy już i kiedy w końcu i czy się nie martwię, że jeszcze nie itd... Tym razem według magicznej reguły Naegelego (wg OM) dziecię urodzić się powinno 21 listopada a według pierwszego USG (robionego w 13. tc) nawet i wcześniej - 16 listopada (ten termin trzymałam w tajemnicy nawet przed lekarzami z IP, bo po co ich jeszcze bardziej niepokoić?). Jak już wiecie, moja córeczka miała całkiem inny pomysł i postanowiła poczekać na jakieś ważne święto a nie tak "bez okazji" się urodzić wink Ostatnie dni były dla mnie trudne, bo od ukończenia 41 tygodni ciąży (przyjęłam za oficjalną datę bardziej optymistyczną a tę z USG postanowiłam „zapomnieć”wink, czyli od 29 listopada biegałam ciągle do szpitala na kontrolne zapisy KTG tudzież inne badania upewniające mnie, że z moim dziecięciem nic złego się nie dzieje (smaczki z tych wizyt w wątku „Dialogi… z izby przyjęć” – wbrew pozorom, to była IP w bardzo dobrym szpitalu i większość z tych wizyt przebiegała całkiem przyzwoicie; w zasadzie tylko jedna wyprowadziła mnie z równowagi na cały dzień; kto chce, może zgadywać która wink ). Mnie wyniki badań uspokajały ale lekarzy nie koniecznie. Poza tym, że wychodziło, że maluch ma się świetnie i na świat się nie szykuje za prędko, to udało się też lekarzom stwierdzić, że dziecko jest duże (4200 g +/- 15% - cóż za dokładność, czyż nie? Gdyby ktoś potrzebował, to jestem w stanie polecić świetnego specjalistę o d położniczego USG wink ) i przy tym ma obwód brzucha o ponad 4 cm większy niż obwód głowy (co się w zasadzie prawie potwierdziło w pomiarach poporodowych; w każdym razie, obwód brzucha rano w dniu porodu mierzony w USG zgadzał się co do cm z tym co wyszło wieczorem po porodzie „na żywca”wink. Dla mnie, to świadczy o tym, że łożysko mimo III stopnia dojrzałości, złogów i "przeterminowania" działa doskonale i dziecię rośnie sobie w najlepsze. Niestety, dla lekarzy oznaczało to przede wszystkim, że trudno będzie je urodzić i, ani chybi, po urodzeniu się główki (małej) reszta (duża) utknie - i co wtedy? Znaczy się, dystocją barkową mnie straszyli – jak ktoś potrzebuje szczegółów, to polecam wątek „Czym się straszy…” Nic takich lekarzy nie obchodzi, że rodziłam już większe dzieci oraz że wszystkie moje dzieci rodziły się z takimi proporcjami - klatka piersiowa większa w obwodzie od głowy. No, lekko mi nie było. A nawet było z każdym dniem coraz ciężej... I to wcale nie dlatego, że maluch tak mi ciążył…
    Jak zwykle, w ostatnich tygodniach męczyły mnie skurcze przepowiadające (wcale nie bezbolesne!) powodując, że żyłam w poczuciu, że nie znam dnia ani godziny, kiedy z przepowiadających w krótkim czasie zrobią się parte. Na wszelki wypadek miałam w łazience naszykowane wszystko, co potrzebne do porodu (włącznie z narzędziami do odpępnienia i z miską na łożysko) a w sypialni także zestaw do pobrania materiałów do badań (jestem Rh -, a z pewnych względów chciałam też maluchowi zrobić posiew z ucha). Przez ostatnie trzy noce skurcze wyglądały nawet dość obiecująco ale… do rana wszystko rozchodziło się po kościach. W nocy z 7. na 8. między 1:00 a 2:00 były nawet co 3-4 minuty. Z nadzieją wlazłam do wanny z ciepłą wodą i… skurcze skończyły się, jak nożem uciął sad Pożytek z tego taki, że do rana udało mi się jeszcze trochę pospać.
    8. grudnia rano byłam znów na kontroli w szpitalu. Poprzednie razy woził mnie szwagier a tym razem „coś mu wypadło” i musiałam sama wsiąść za kierownicę. Po nocnej akcji ze skurczami miałam pewne obawy – tym bardziej, że od rana pojawiły się nowe, pojedyncze i nieregularne ale dość upierdliwe. Spięta byłam na tyle, że nawet śniadania nie zjadłam, co było głupie, bo potem martwiłam się, czy KTG nie wyjdzie za mało reaktywne. Na szczęście wyszło idealnie – nawet się w samym środku dorodny skurcz zapisał. Trafiłam na panią doktor, która zazwyczaj reaguje bardzo panicznie. To ta sama, która „wystraszyła” mojego przeterminowanego trzeciaka na tyle skutecznie („Ależ tu już się poród zaczyna! Podstymuluję panią oksytocyną i do rana pani urodzi!”wink, że po konsultacji u niej postanowił się w końcu urodzić sam wink Jednak ta konsultacja była znacznie bardziej sympatyczna niżbym się mogła spodziewać - pani doktor, nie omieszkała, oczywiście, podzielić się ze mną swoimi lękami, ale wykazała jak na siebie niebywałą powściągliwość i bardzo życzliwie zareagowała na moją sugestię, że może moje dziecię zechce pojawić się na świecie w tak szczególnym dniu jak dzisiejsze święto.
  • kaakaa 16.12.10, 22:13
    Jakoś dojechałam do domu, choć całą drogę towarzyszył mi dziwny niepokój. Kurczyło mnie ale słabo i nieregularnie.
    Na 12.00 potoczyłam się jeszcze do mojego kościoła parafialnego, gdzie między 12.00 a 13.00 była modlitwa różańcowa z okazji Godziny Łaski.
    Skurcze zdechły tymczasem zupełnie.
    Po powrocie do domu wyprawiłam męża do szkoły, by zawiózł naszemu pierworodnemu prowianty na jego małe urodzinowe przyjęcie dla szkolnych kolegów - dzień wcześniej miał urodziny a tego dnia wyprawiał małą imprezkę w szkole. Tatuś miał nadzorować przebieg uroczystości.
    A teraz zacznie się „raport szczegółowy” wink
    15:41 – skurcz, o bardzo obiecującej mocy i czasie trwania. Ale po nim nic… i nic… i nic… Więc położyłam się zdrzemnąć przez chwilkę, korzystając z okazji, że chwilowo jestem sama w domu i nikt mi nie przeszkadza.
    15: 55 – przez sen rejestruję kolejny skurcz – gdyby takie były co 3 minuty, to bym chyba uwierzyła, że to już…
    16:08 – kolejny skurcz zarejestrowany przez sen
    16:24 – znów. Muszę się zwlec, bo niania z Irenką wróciły już ze spaceru. Pewnie skurcze się rozejdą po kościach i klops…
    16: 40 – jednak jest następny, ale jakiś taki… no nie bardzo…
    16:58 – o, jeszcze jeden. Wszystko by było pięknie, gdyby one chciały być częściej, bo ze skurczami co 15-20 minut, to się chyba urodzić nie da sad Ok. 17.00 wypuściłam do domu nianię, która od rana dostarczała rozrywki mojej najmłodszej. Nie zorientowała się ani trochę, że mam jakieś skurcze, więc to nie może być jeszcze poród…
    17:08 – następny skurcz
    17:19 – i jeszcze jeden
    17:37, 17:41, 17:44 – kolejne skurcze. Robi się obiecująco. Wlazłabym do wanny, żeby zalec w ciepłej wodzie i sprawdzić, czy te skurcze to prawdziwe, czy tylko kolejna podpucha. Niestety, nie mogę sobie na to pozwolić przez wzgląd na pewną dwuletnia osobę krążącą po mieszkaniu jako ten lew na puszczy i szukającą, gdzie by tu szkody narobić. Czekam z niecierpliwością na powrót moich chłopaków. Zameldowali telefonicznie, że będą ok. 18:00. Może jakoś wytrzymamy…
    17:49, 17:55 – kolejne skurcze. Decyduję się zadzwonić do M., która ma być położną wspierającą. Było ustalone z Ireną Ch., że do M. mam dzwonić w pierwszej kolejności, bo ona ma bliżej. Swoją drogą, Irenie szkoda mi zawracać głowę, bo wcale nie mam jeszcze pewności, że to już to. M. łapię w kościele, czekającą na rozpoczęcie jakiejś szczególnie uroczystej mszy o 18:00. Trochę mi głupio… Proponuję, żeby może przyjechała po mszy. Jednak ona stwierdza rozsądnie, że tylko zajrzy do domu po narzędzia i jedzie do mnie.
    18:01 – kolejny skurcz a chłopaków nie ma… Wsadzam małą potworę do wysokiego krzesełka, przypinam pasami i daję jej miskę płatków kukurydzianych – niech się czymś zajmie. Sama, tymczasem, puszczam już wodę do wanny,
    18:08 – znów skurcz. Dzwonię do męża zapytać, gdzie przepadli. Okazuje się, że już parkują. Melduję im, że na miejscu znajdą młodą przypiętą w krzesełku i konsumującą płatki a ja idę do wanny. I tak też robię. I co? I nic. Leże w ciepłej wodzie i czekam. I wydaje mi się, że wieczność już mija i kolejnego skurczu nie ma. No to… pupa… M. jedzie niepotrzebnie… Ale wtopa – piąty poród i nie potrafię poznać, czy się zaczął… No, porażka… Tymczasem…
    18:14 – jednak jest! Dzwonię do Ireny, że chyba już, nareszcie się zaczęło. Informuję ją, że M. już jedzie. Irena stwierdza, że też będzie się zaraz zbierać.
    18:20 – kolejny skurcz. Chłopaki już są w domu. Mąż zagląda mi do łazienki. Melduje, że zaraz przyjedzie szwagier, żeby zabrać dzieciaki. Sugeruję, żeby ich nigdzie nie zabierał, tylko, żeby obejrzał z nimi jakiś film u nich w pokoju. I tak ma być. Mąż pyta, czy może mi jakoś pomóc. Proszę, żeby mnie zostawił samą. Widzę, że to dla niego trudne ale nie protestuje.
    18:24, 18:29, 18:32, 18:35, 18:40, 18:44, 18:46, 18:48, 18:50, 18:55 – kolejne skurcze, mocne, długie, już nie mam cienia wątpliwości, że lada moment poznam moje dzieciątko, co tak długo kazało na siebie czekać. Jestem prawie pewna, że rodzi się chłopak - tyle dni po terminie, takie lenistwo - to musi być facet! wink Zjawia się M. Wita się. Siada na podłodze w łazience i zaczyna mówić. Czuję, że jest zdenerwowana. Chyba chce „zagadać” mój poród aż do przyjazdu Ireny. Oj, chyba nic z tego nie będzie wink Wytrzymuję to gadanie do kolejnego skurczu. Na czas skurczu M. milknie. Po nim decyduję się na asertywny komunikat – „Sorry, M., nie pogadamy sobie teraz.” M. proponuje, żebyśmy posłuchały serca malucha. Na szczęście ma UDTkę z wodoszczelną głowicą, więc nie muszę wyłazić z wody. FHR 150 – nie można chcieć lepiej! Kolejny skurcz. Na jego szczycie czuję jakby delikatne pyknięcie gdzieś wewnątrz. Powoli mija. „M., chyba pękł pęcherz. Nie wiem, bo nie czuję, czy płyną wody…” Na kolejnym skurczu zaczyna mnie popierać. Klękam i opieram się rękoma i czołem o baterię (jakie szczęście, że jest taka duża i płaska z góry…wink. Pierwszy raz drugi okres porodu nie wygania mnie z wody. M. chce, żebyśmy po skurczu posłuchały serduszka. Skurcz lekko odpuszcza ale zanim udaje nam się namierzyć maluch, wraca ze zdwojoną siłą. Na skurczu nie ma mowy o żadnym słuchaniu – nie dam radu! M. prosi: „Nie przyj, oddychaj.” Ja nie prę! To mnie tak samo! Zieję jak pies a i tak prze się samo! M. proponuje, żeby przyszedł mój mąż, że może usiądę i oprę się o niego. NIE! W tej pozycji jest mi wygodnie ale nie chcę, żeby mąż mnie taką oglądał – klęczę z wypiętym tyłkiem i wiem aż za dobrze (sama widziałam wielokroć), jak to wygląda z perspektywy obserwatora. Dzięki Ci Michelu Odent, za to, że uświadomiłeś mi, że mam prawo nie chcieć, by mąż widział mnie w tym momencie!!! M. próbuje narzucić mi wolniejsze tempo oddychania – Nie! Muszę po swojemu! Nie dam rady inaczej. Nie naciska. Udaje się chwycić króciutką przerwę w skurczu i posłuchać serduszka – słyszę, że jest OK. ale nawet nie spoglądam ile. Skurcz zaraz wraca. Jest okropny i trawa w nieskończoność! Czy ja kiedykolwiek deklarowałam, że chcę mieć jeszcze dzieci? Że chcę jeszcze rodzić? Że poród to cudowne przeżycie? Chyba mi się coś w głowie pomieszało! Żadnych więcej dzieci! Z resztą, i tak nie przeżyję tego porodu! M. coś mówi ale nie bardzo rozumiem co. Pyta, czy chcę dotknąć główki – Nie chcę! Ja w ogóle nic nie chcę, tylko niech to już się skończy! Dociera do mnie jakieś „Nie przyj, tylko tyle ile samo…” No, toć nie prę, tylko zieję! Ooooooooooj! Chyba się główka wysmykła! Uffff, niejaka ulga… Ale jeszcze przede mną ten monstrualny brzuszek… Słyszę pytanie M.: „Po której stronie maluszek miał plecki?” „Po lewej.” – odpowiadam bez wahania. „A twoja lewa to ta?” pyta M. dotykając mojego prawego biodra. „NIE! Ta od strony łazienki! Odwróci się buzią do ściany!” krzyczę machając rozpaczliwie lewą ręką. Przed oczyma mam już wizję mojego dziecka utkniętego barkami i obracanego na siłę w nieodpowiednią stronę. Horror! Na szczęście, przy lekkim parciu z mojej strony rodzą się i te barki, co miały utknąć i ten gruby brzuszek i cała reszta małego człowieczka. Nic nie widzę, bo wszystko rozgrywa się za moimi plecami. Gdy maluch jest już na zewnątrz, robię piękny zwrot połączony ze zgrabnym przełożeniem nogi nad pępowiną (długie skubaństwo tym razem – ile możliwości straszenia… - patrz stosowny wątek) ale nikt o tym nie wiedział, więc nie straszyli wink ). I już łapię moje maleństwo, choć jest jeszcze pod wodą. M. pozwala mi samej wyciągnąć malucha na powierzchnię (jak dla mnie piękna symbolika – urodzenie i wyjęcie z wody – są tak blisko siebie… polecam wszystkim historię Mojżesza, którego wyjęła z wody córka faraona… )
  • kaakaa 16.12.10, 22:15
    Proszę by M. zawołała mojego męża, który się natychmiast zjawia. Tuląc malucha macam czujnie miejsce gdzie spodziewam się znaleźć coś, co potwierdzałoby moje podejrzenie, że to leniwy chłop i… niespodzianka! To dziewuszka rozkoszna! Tłuściutka! Mazią płodową umazana! (I niech mi ktoś próbuje wmawiać, że przenoszona!) Proszę męża, żeby sprawdził godzinę. Jest 19:16.
    M. wypuszcza wodę z wanny. Wraz z moim mężem pomagają mi wydostać się na suchy ląd i usadzić wygodnie a bezpiecznie na stołeczku (dzięki Ci, o szwedzka firmo meblarska, za tak zmyślne sprzęty wink będące zawsze pod ręką) oraz okryć nieco siebie i malutką. Robimy pierwsze fotki. Tu:… Zapraszamy starsze dzieci. Pierwsza przylatuje Irenka – zachwyca się dzidzią – przeprowadza inwentaryzację pokazując i nazywając kolejno różne części ciała siostrzyczki. Rozczula M. stwierdzając: „Tu dzidzia ma łape”. Potem przychodzą też i chłopcy. Wcale nie tak ochoczo, jak bym się spodziewała – film ich wciągnął smile Cieszą się, że siostra tak, jak chcieli. Oglądają nieśmiało. W którymś momencie M. melduje, że Irenka Ch. jest już na Marszałkowskiej. No, jest szansa, że i tym razem załapie się na łożysko smile Załapała się bez problemu. Jeszcze poczekać zdążyła, bo łożysko urodziło się dopiero w jakąś godzinę po malutkiej. Nikt go nie popędzał – podobnie jak i jego właścicielka, urodziło się jak samo uznało, ze jego pora. Wyjątkowo było paskudne – pokryte jakimiś skrzepami, kształt miało przedziwny – najpierw wyglądało na sercowate, potem wyszło nam, że bardziej przypomina gruszkę. W każdym razie, nie było takie, jakie być powinno porządne łożysko i jeszcze do tego przyczep pępowiny był na samym brzegu a nawet troszkę na błoniasty wyglądał… No, gdyby to tylko doktory wiedzieli, to mieliby tematów do straszenia pod dostatkiem. Tu:… można zobaczyć jak moje dzieci wraz z Irenką Ch. oglądają łożysko. Osoby wrażliwe (np. mój szwagier wink ) niech nie zaglądają.
    Potem działy się jeszcze różne rzeczy. W tym cerowanie mojego minimalnego pęknięcia (2 szwy), co do którego nadal nie mam pewności, czy to pęknięcie I stopnia, czy tylko otarcie… Jako siła fachowa, sama sobie dziecię zważyłam (4170 g) i zmierzyłam (dł. 57 cm, obwód głowy 34,5 cm, obwód klatki piersiowej 36 cm, obwód brzucha 38 cm). Irena wypisała dokumentację. Szwagier do spółki z mężem i M. uśpili starsze dzieci (nawet nie wiem kiedy). Położne opuściły nas grubo po północy.
    Ustaliliśmy, że maleńka na drugie imię będzie mieć Maria – po babci a do tego urodzona przy takim święcie… Nie mogło być inaczej. Nad pierwszym jeszcze myślimy… To taka nasza tradycja rodzinna wink
    Kolejnej nocy była jeszcze strrraszna przygoda, była izba przyjęć, ja wcale nie byłam dzielna, za to nasze położne, jak zawsze były wspaniałe. Rano był w moim wykonaniu hymn pochwalny na cześć współczesnej farmakologii i wspaniałych lekarzy… Ale to już materiał na całkiem inny raport… i chyba na jakieś inne forum, więc pozwolę sobie nie wnikać w szczegóły… wink
    Tym, co doszli tutaj, gratuluję wytrwałości i zazdroszczę tego, że mają dużo wolnego czasu wink
  • soldie 27.12.10, 09:51
    Przede wszystkim dzięki Bogu Najwyższemu za szczęsliwie zakończony poród domowy, kiedy to sie urodził nasz trzeci synek Jeremi. Moje krocze nie zawiodło i tym razem okazało sie jak z gumy, chociaż wystąpiła spora niewiadoma czy przetrwa...Poród dla mnie dość dramatyczny, zwłaszcza hardkor od 8 cm...ale od początku

    Przypomnę krótko moje porody:
    2007 synek przez cc- brak postępu porodu przy 8 cm rozwarcia ( bez innych wskazań)
    2008 drugi synek całkowicie sn w szpitalu, z cudowną położną, bez której pewnie nie uniknęłabym podania oksytocyny z powodu ciężkiego rozwierania szyjki po 9 cm i z bardo słabymi skurczami
    26.12 2010 trzeci synek planowany poród domowy ze znaną mi już z poprzedniego porodu położną.

    Ta ciąża od początku była dla mnie wyjątkowo trudna, najpierw psychicznie, pod koniec fizycznie. Od dwóch tyg. czekałam na poród, chociaż termin z poczęcia na 27 grudnia,ale już coś się działo, skurcze przepowiadające , bóle brzucha, obniżanie małego, które wyraźnie spowodowało ból w spojeniu i biodrach...Ech miałam już dość i siedziałam jak na bombie. Nie bardzo chciałam rodzić w Wigilię, bo chciałam nacieszyć się rodziną, drugi dzień świąt też spędziliśmy u bliskich i już wtedy czułam kręcenie w brzuchu, które miałam wrażenie przemieni się już w poród kto wie, może i tej nocy. Jakoś tak wyszło,że spać poszliśmy koło 2 w nocy, a około 4.20 obudziły m nie silniejsze skurcze. Wstałam , pokręciłam sie po domu i wlazłam do wanny na pół godziny zobaczyć co z tego będzie. Skurcze nie ustawały, robiły sie częstsze, więc zadzwoniłam do położnej, która miała dyżur tego dnia ( co prawda na pustym, zamkniętym oddziale, więc nie psuło nam to planów) jedynie odległość dość duża ( od nas do jej szpitala , w tych warunkach godzina w jedną stronę) Więc nastąpił dylemat co ma robić, postanowiła przyjechać do nas, bo miałam skurcze dość częste. Przyjechała około 7, starsi chłopcy w tym czasie sie obudzili i zostali ewakuowani do babci- dla mnie wreszcie komfort psychiczny i tak jak chciałam poród w dzień smile Okazało sie,że mam 2 cm rozwarcia i niemal całkiem zgładzona szyjkę, skurcze nieco ustały , zbladły w końcu zaczęły zdychać, dając jednak nieregularnie znać,że są i nie mają zamiaru nigdzie się wybierać na dłużej...Byłam zmęczona tym krótkim snem nocnym i nie miałam ochoty na poród, chociaż starałam się być aktywna. Doszliśmy razem z położna do wniosku, że jak do 12 nic się nie nasili to jedzie pokręcić sie po oddziale a ja idę spać. O 12. 00 4,5 cm rozwarcia i zgładzona szyjka, dość elastyczna. Wyprawiliśmy położną, będącą pod telefonem i gotowa w każdej chwili wracać, licząc że cała akcja z jej dojazdem do szpitala i rozeznaniem sytuacji zajmie jej około 3 godz. Ponieważ rodzić ze zmęczenia mi się odechciało, weszłam do wanny wyciszyć skurcze, zjedliśmy lekki obiad i poszliśmy spać. Wybudzały mnie dość rzadko skurcze,ale bez rewelacji, nie na tyle by wyskakiwać z łózka... Odzyskałam nieco sił i od 15 czekamy aż przyjedzie nasza pomoc fachowa, bo bez niej nie zaczynam rodzić. Pojawiają sie silniejsze skurcze, czekamy coraz bardziej niecierpliwie- zwłaszcza ja. W końcu koło 16 dzwoni jak tam - akurat wstrzeliła sie w krótką serię częstych i mocnych skurczy i zapowiada że już do nas jedzie. Stołek porodowy, kibel oraz ręce męża okazują się najlepszym miejscem na czas skurczy.
    16.30 położna się zjawia a ja zapadam w marazm, kiedy to trwa cisza a kurcze, choć już mocniejsze stają się jednak rzadkie. Rozwarcie 5 cm , miękka, zgładzona szyjka- mimo że nic sie nie działo jest różnica.
  • soldie 27.12.10, 10:45
    Teraz w końcu coś zaczyna się dziać. Skurcze są wg moich odczuć coraz silniejsze- niestety nie trwają jak to bywa w moich porodach zbyt długo- maksymalnie 40 sekund...Po godzinie czy dwóch niecierpliwię się obawiając się końcówki ( przy takich skurczach jak te co mam ona jest najtrudniejsza) Rozwarcie blisko 7 cm, słyszę zapewnienia że wszystko jest ok i radze sobie świetnie. Potem nie wiem już co i jak i kiedy, coraz bardziej boli a postęp mały, chce mi sie płakać na skurczach, mam ochotę iść spać i dokończyć jutro, ręce mnie już bolą od wbijania ich w uchwyty stołeczka. rozwarcie prawie 8,ale skurcze krótkie. Położna patrzy na mnie i mówi- ty tak już masz...No pocieszające- jak ja urodzę te dzieci co o nich jeszcze marze? Trochę sie podłamuje, bo powoli wymiękam, zaczynam sie bać, w końcu podejmuję decyzję,że dojdziemy do tego rozwarcia i urodzimy smile Tu zaczyna się dla mnie część dramatyczna. Na skurczu oddycham wydając z siebie zawodzenia, które widzę, że trochę przeraziły mojego męża smile Mam wrażenie, że skurcze są strasznie silne, wyobrażam sobie rozwierająca sie szyjkę i upragnione parte, modlę sie, żeby to się stało w ciągu najbliższych trzech skurczy, bo więcej nie wytrzymam. Kolejne skurcze wytrzymuje bezgłośnie- orientuję sie,że osłabły sad Nie urodzę- położna mnie chwali, mąż też. Trochę mnie to motywuje, ale mam wielką ochotę iść spać i skończyć kiedy indziej... Prawie 9 cm...Położna proponuje lewatywę ( którą ja akurat nawet lubię , poza tym wzmacnia moja czynność skurczową) Faktycznie jest lepiej, skurcze powracają, drę się i płaczę , bo chce to już mieć za sobą, wiem już że bez pomocy nie dam rady. W końcu położna postanawia sie zmiłować i przychodzi do mnie. Na skurczu trzyma szyjkę, nie mogę doczekać sie kiedy będę mogła przeć- w końcu- Bóg wie po jakim czasie mogę!!! Ale nie jest tak lekko jak poprzednio, kiedy raz poparłam przy przytrzymaniu szyjki i mały sie wstawił. prę, położna mówi mocniej. Nie mam siły, myślałam,że ta grawitacja działa sama a tu wkładam tyle wysiłku, wydając przy tym dźwięki, które powodują,że martwię sie o sąsiadów wink Niestety główka dalej nie wstawiona. Nie wiem ile tak parłam,czas przestał się liczyć, czekam tylko na to uczucie rozpierania, kiedy już będę wiedziała,że na pewno już wychodzi. Kolejny skurcz, a nawet nie mam wrażenia, że to jakiś oddzielny skurcz, wszystko się ze sobą zlało, strasznie boli,ale czuje postęp i to mi dodaje siły, prę z całych sił- za mocno- mnie samą zaszokowało to że tak potrafię. Czuje wieeeeeeeelka głowę i zastanawiam sie jak ona sie może tam zmieścić... potem rozpiera mnie coraz bardziej i bardziej, wiem że już blisko, rodzi sie główka i czuję jeszcze większe rozpieranie w końcu nareszcie , jest nasz maluch- nie wierzę,że to już. Nie mam siły się nim cieszyć,ledwo go trzymam, ze stołka porodowego, przenoszę sie na worek sako, żeby spokojnie wziąć małego i czekać na łożysko. Jeremi zaraz po urodzeniu chwilkę płakał- chyba biedak też szok przeżył jak ja, ale po otuleniu i przytuleniu do mnie jest cicho. Mąż z położną kręcą się coś robiąc-a sprzątają- ja to tak coś nie za bardzo kontaktuję. po jakimś czasie czekania na to łożysko, decydujemy sie odpępnić małego, bo ja nie mam siły go trzymać. idzie sobie do łóżeczka, grzecznie leży, w tym czasie rodzę łożysko i dowiaduję się,że mały rodził się z rączką przy barku - zastanawiam się czy jestem nacięta, bo jakoś tak nie czuję za bardzo nic prócz drobnych otarć. i rzeczywiście, okazuje się,że te otarcia to są w ogóle minimalne...A główka niczego sobie 37 cm, 36 w barkach plus ta rączka- położna mówi że nie wiedziała jak to się skończy. Cieszę się bardzo- będę mogła sie normalnie poruszać smile
    Zastanawiamy się ile wazy nasz nowy nabytek, stawiamy po wyglądzie wraz z położną na 3800, ku naszemu zaskoczeniu 4130 smile Ja jeszcze jestem trochę w szoku, bo było to z mojej strony bardzo ciężkie przeżycie ten poród. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to już po i jak wstaję to mam wrażenie że zaraz zacznie się skurcz smile Potem jemy sobie coś na ciepło, gadamy jest na prawdę cudniesmile Koło północy położna się zawija do domu, a my idziemy spać. Jeremi śpi z nami, rozumiem jego potrzebę, w końcu był ze mną przez ostatnich 9 miesięcy, kilka razy w nocy ciągnie cyca, ech i ktoś kiedyś pisał o bolesności przy obkurczaniu macicy przy kolejnym dziecku- nie wiem czy poprzednich się nie pamięta ,ale ja mam wrażenie że jest to bardziej bolesne. W nocy hormony nie dają mi spać, już miałam sie wtedy zbierać za opis ,ale mnie jednak zmogło. No to chyba tyle- co do tych moich skurczy to żaden chyba nie był dłuższy niż 40 sekund... Wydaje mi się,że dłuższych nie byłabym w stanie wytrzymać, mimo tego sie udało, wiem,że bez pomocy położnej było by o wiele ciężej -stad unassisted to chyba raczej nie dla mnie smile
  • soldie 27.12.10, 22:12
    36 w barkach p
    > lus ta rączka-

    36 oczywiście brzuszek smile A barki tak swoja droga,rodziło sie gorzej niż główkę- miałam wrażenie z mojej strony,że rodzę główkę i potem jeszcze większa główkę. jej jak ja się ciesze,że już mam to za sobą smile
  • monicus 21.04.11, 11:17
    widze, ze tu jakies legendy rosna pod moja nieobecnosc smile powiem, że już niewiele pamiętam bo taki odlot przezylam
    a wiec jak juz zaanonsowano, na córke musze jeszcze poczekac choc wszyscy wlacznie ze mna uwazaja, ze mi sie nalezy.
    sprawa wyglada tak. kroilo i kroilo sie przez miesiac. ale ciagle po pare godzin i nic.
    w kocu minal srodkowy termin z kartonowego koleczka, potem minal tydzien... zaczynal sie nastepny... juz do lekarza na umowiona wizyte nie poszlam, bo czulam co sie swieci.
    na usg w 36 wychodzilo, ze ma ze 3,5 kilo albo wiecej. w co jakos nie moglam uwierzyc, bo nosilam juz duze dziecko i potem malutkie. nasza znajoma dokonala nawet obamiarow tradycyjna metoda poloznych i jakos sie to nie pokrywalo z wynikami z elektronicznych gadzetow.
    no i tak dotrwalim w kupie do konca 42 tygodnia... a w miedzyczasie trwaly wewnetrzne dyskusje mojego instynktu, lękow i rozsadku oraz popiskujacego sumienia. Najczęściej chciałam spakowac cos i pojechac gdzies do lasu.
    przez te wszystkie miesiace zapieralam się, ze wole umrzec niż mnie maja pociac, ze wole żeby dziecko umarlo niż maja mnie pociac i w ogole. No ale w koncu doszlam do wniosku, ze chyba oboje się za bardzo boimy. No i poprostu musiałam przeprosic moje dziecko. Tak zwyczajnie. I przyjąć postawe, ze robie to co mi podpowie Ktos, ale niekoniecznie lekarz J, ze celem jest dziecko a nie porod w domu, drugim celem jest urodzic a nie wyciąć. i jak to zrobilam o 5 rano tak już kolo poludnia wiedziałam, ze tego dnia się zacznie. I się zaczęło.
    I tak czekalam na rozwoj sytuacji. 3 h w wannie. Kimanie na kanapie z termoforem, buczenie niskimi tonami w poduszke, maz spi obok na podłodze i „czuwa” (można by nalot przeprowadzic podczas czuwania i by nie usłyszał), skurcze lupia już co 2 minuty ale w moim wewnetrzym badaniu postep sredni. A bolec zaczyna niemożebnie (a poprzednio nie bolalo!!!). i lupie tylko w krzyzu i łupie ze japierdziu. Dochodzi 6 i zaraz zaczna wstawac potworniacy, jeden z rotawirusem. Nie mam się gdzie ukryc..ponad 12 h a tu dupa zbita – a przeciez mialo być tak pyk pyk i po sprawie J po cichu i w ogole hehe (grunt to dobrze się nastawić)
    Wiec mowie do chlopa dzwon do poloznej jedziemy i niech się dzieje wola nieba. Pan Bóg dal na prosbe to może jak będę mu jeszcze jęczeć to i pozwoli urodzic. (ojjj pozwolil)
    I pojechalim… z dusza na ramieniu, łzami w oczach i poczuciem przerażenia a tu pierwszy efekt działania Sił Wyższych – przyszła przemiła pani ginekolog i bez gadania życzliwie puściła dalej. No ale skurczyki ze strachu poszły w rozsypkę dzidzior się cofnął w gore… no nic. trzeba walczyć. Znalazła się cudem duża sala. I lecimy. Sprawy wróciły do rytmu, ja Bucze i Bucze. Boli a przecież poprzednio nie bolalo! Zaczynam śpiewać jak Agnes Buen Garnas tylko bez kompozycji J
    No i pojawiaja się pierwsze poważne kłopoty bo mój lekarz prowadzący i szef przybytku został poinformowany, ze to 43 tydziec, ze nie byłam już na usg i u niego na wizycie… robi się nerwowo. Rozmawiamy, ustalamy warunki dalszej współpracy usg, ktg (cos strasznego) i kontrole postepu za 2 godziny. Oczywiście działa to na mnie bardzo relaksująco, potem okazuje się, ze stoimy przy 7 cm a dziecko się nie opuszcza nie przygina glowy, jest zle wstawione ale upraszam dalsze proby robie co mogę, polozna stosuje rozne sztuczki drabinkowo pilkowo wannowe.
    W końcu się opuszcza i zaczyna rozwierać szyjkę dalej tylko kurcze idzie w położeniu potylicowym tylnym, wiec czuje tylko jak boli mnie krzyz. I nic poza tym. W koncu musze być kierowana w poczynaniach. No i ostatecznie wydzierając się jakbym lokomotywy przestawiala, po kilku godzinach parcia, z małym (podobno) nacięciem wypluwam z siebie tego potwora. W sumie to nie wiem już jakim cudem, bo ze 3 razy myślałam, ze już utknie tam na zawsze gdzies w pół drogi. Ale w sumie wystarczyło że pomyślałam o przeciętym brzuchu i wszelkich atrakcjach, żeby z nowym wojennym okrzykiem ruszyć do boju. Wiec jeśli ktoś w promieniu kilometra od szpitala słyszał niemożliwe i dzikie wrzaski to ta laska co się dziwiła, że te baby się drą rodząc. Dziwiła się jeszcze w trakcie swojego rodzenia. Ale im dalej w las tym robiło się głośniej. Koniec końców mogę powiedzieć, ze po wszystkim miałam wokal jak po niezłej libacji na koncercie rockowym wink w zyciu tyle halasu nie narobiłam jeszcze. Jakbym ten halas emitowala w naszym mieszkaniu to wielce szanowni i nieznoszący wszystkiego sąsiedzi wywieźliby mnie na jakimś wózku z Tesco.
    Sumując: w domu nie było, trochę atrakcji szpitalnych zaliczyłam, ale ogólnie uważam że rewelka. I zrobiłabym o jeszcze raz. Tylko musze odespać i mięśnie zregenerować bo mam zakwasy. No i teraz to już chyba w domu… lekcja wysilku i pokory odrobiona (mam taka nadzieje).
    Zabierając się za takie cos i majac nierozliczone lęki z przeszłości może być trudno. Wiec gdybym zaczynala to teraz to najpierw od jakiejs terapii z psychologiem, lub chociaż kims o podobnych doświadczeniach. Bo takie stłumione ogony bardzo przeszkadzaja.
    Jestem straszliwie wdzieczna tym trzem ginekologom, którzy dali mi szanse i nie naciskali. I razem z nami cieszyli się z sukcesu.
    O poloznej nawet nie wspomne, bo to po prostu jest nie do opisania. Bez niej to bym chyba mogla się ewentualnie zesikac (choc raz i to sie bez nie j nie udalosmile). Walczyla razem ze mna ale i przed salą.
    No i mój mąż, bez którego tez by się nie udalo, bo wspieral mnie swoja osoba i mięśniami. Ostatnie 6 godzin to w zasadzie podciągał mnie, opuszczal, sadzal, popychal i co tylko. Wiec kiedy na koniec ja bylam w euforii i cwierkajaca on padl i chrapal.
    I wiecej na razie nie napisze, bo musze się zajac dwoma rzygaczami i jednym ssakiem.
    A w ogole po takim porodzie pamieta się tylko koniec - Happy end. No i rurki, drazki których się trzeba było trzymac.
  • aldakra 02.01.12, 12:38
    Narodziny Łucji

    Moje wspomnienia – pierwszy polski poród domowy (pierwsze dziecko rodziłam domowo, ale w Holandii).

    W czwartek umówiona byłam u lekarza na kontrolne ktg – było już 10 dni po terminie wyznaczonym z OM na 25 kwietnia. Wynik ktg był dobry, ale ja postanowiłam zagadnąć lekarza co robić dalej skoro dziecko się „zasiedziało” – chciałam kontrolnego usg. Usg zostało wykonane i niestety przepływy okazały się być na granicy normy . Od lekarza wyszłam prawie płacząc ze skierowaniem do szpitala – następnego dnia miałam się zgłosić na wywołanie porodu.
    Wykonałam telefon do położnej, że ja muszę dziś urodzić bo inaczej wyląduję w szpitalu. Położna pocieszyła – no to dziś rodzimy i poleciła znane nam wszystkim domowe sposoby i obiecała że wpadnie mnie zbadać po południu czy „gotowość do porodu” u mnie jest. Dojechałam do domu i się rozpłakałam że ja do żadnego szpitala nie chcę, no tragedia była straszna ;P a mąż dopytywał czy coś jeszcze się stało, skoro tak płaczę?
    Postanowiłam że zaraz po obiedzie piję olej rycynowy. Po obiedzie przyjechała położna i co ciekawe – kładąc się do badania na kanapie poczułam pierwszy bolesny skurcz! Pomyślałam że przypadek....położna zbadała mnie i było rozwarcie na 2cm i miękka skrócona szyjka.
    Z położną się pożegnałyśmy – jakby co miałam dzwonić. Olej rycynowy z sokiem morelowym wymieszałam i zaczęłam pić....po pół godzinie cały wypity olej i zjedzony obiadek wylądował w kibelku....no zadziałać nie zdążył, ale pojawiły się skurcze! Od razu co 4 minuty trwające 40sekund. Bałam się że to jakieś przepowiadające i że zaraz puszczą, więc zaczęłam chodzić po mieszkaniu, sprzątać, by nie zanikły zadzwoniłam do położnej, prosiłam by była w gotowości. Zdążyłam upiec jeszcze muffinki morelowe (no bo co zrobić z morelami po wypiciu soku ?), mąż wykąpał naszą córkę i położył spać, a ja sobie dreptałam po mieszkaniu i cieszyłam każdym skurczem a maleńka się w brzuchu wierciła i rozpychała nogami dając znać że chce już wyjść

    W pewnym momencie skurcze przestałam witać z poprzednim entuzjazmem i zadzwoniłam po położną (wolałam by położna była już z nami). Dojechała do nas w 15 minut Zbadała mnie i były 3cm. No więc mamy początek porodu W mojej głowie kołatało wspomnienie z pierwszego porodu że od 3 cm do urodzenia dziecka minęło 1,5h więc i tym razem spodziewałam się „szybkiej akcji”. Skurcze się nasilały, ja grzecznie oddychałam i zmieniałam pozycje – naprawdę w trakcie tego porodu oddychanie bardzo pomagało i najlepiej czułam się na stojąco lub bujając się na piłce. Generalnie pełen spokój i totalna ignorancja na to co działo się obok (mąż poszukiwał rzeczy dla maluszka, a ja nie pamiętałam gdzie co jest (no bo jak tu myśleć o prześcieradle w trakcie skurczy?).
    W pewnym momencie poczułam, że z każdym skurczem robi mi się słabo i po skurczu miałam okropne dreszcze, nie mogłam się rozgrzać. Położna zaproponowała bym odpoczęła leżąc na lewym boku na kanapie. Poleżałam tak jeden skurcz i stwierdziłam że to żaden odpoczynek tylko jakaś masakra Wstałam z kanapy i powlokłam się pod prysznic – miałam nadzieję że ciepła woda sprawi że się tych dreszczy pozbędę. Pod prysznicem było strasznie, co prawda ciepło, ale ciasno! Zasłona prysznicowa się do mnie przyklejała ale postanowiłam się nie ruszać bo dreszcze ustąpiły, za to w twarz mi było stanowczo za gorąco – przyklejona twarzą do kafelek (super że te kafelki takie chłodne pozostały) rozgrywałam kolejne skurcze (może z 3) po czym zajrzał do mnie mąż i położna z pytaniem czy wszystko ok.? Położna wyraziła chęć zbadania mnie – było już 5cm. Co ciekawe, następny skurcz i poczułam lekkie popieranie, pękł pęcherz i usłyszałam że położna chce mnie ewakuować spod tego prysznica.....a mnie zdziwiło, że jak, że co? Było mi dobrze, ciepło i samotnie .....że 5cm jest, a ona mówi że za chwilę urodzę....no przecież na 10cm się czeka czy jak? I za chwilę zrozumiałam o co chodziło wychodząc spod prysznica miałam pierwszy skurcz party, który swą mocą niemal powalił mnie na ziemię, położna i mąż pomogli mi wyjść z łazienki – drugi skurcz i pytanie gdzie chcę rodzić i w jakiej pozycji. Już nie było czasu na nic – padłam na kolana przed kanapą (pozycja okazała się stworzona dla mnie) i w 3 następnych skurczach pojawiła się na świecie Łucja. Rodziła się z rączką przy główce. Ja w zasadzie trochę parłam – bo tego nie da się powstrzymać, ale jeśli się dało oddychałam co by nie popędzać bardziej małej i nie zostać uszkodzoną. Położna nie kierowała mną, robiłam co czuję, złapała maleńką i podała mi między nogami I jest to chwila którą będę pamiętała do końca życia Była godz. 23:21 Moja maleńka zaraz po przyjściu na świat oddała na mnie smółkę i ślicznie kwękała (nie był to rozdzierający płacz tylko takie stękanie). Jak złapała pierś i zassała to do dziś nie puściła Łożysko urodziłam na krzesełku porodowym, tak po ok15 może 20 minutach? całe mała cały czas była u mnie na rękach. Została zważona i zmierzona (3280g, 54cm, główka 34cm) dopiero po długi czasie wiszenia „na cycu”.
    Mnie czekała jeszcze niespodzianka – po tym porodzie nie mam żadnych obrażeń, jakieś małe otarcie, którego nie czuję! i jeszcze dziś mnie to dziwi, jakim cudem skoro mała oprócz główki to jeszcze rączkę pchała? Po porodzie poszłam pod prysznic, myjąc się usłyszałam że obudziła się moja starsza pociecha, wyskoczyłam owinięta w ręcznik i taką na wpół śpiącą położyłam do łóżka spać – chciałam by się wyspała do rana i rankiem przywitała siostrzyczkę. Jak już byłam czysta i gotowa dostałam znowu w ramiona moją małą panienkę a położna wypisywała wszelkie dokumenty.
    Do porodu niestety nie zdążyła jeszcze jedna położna (która miała być tą „drugą” asystującą) i studentka (która bardzo chciała zobaczyć poród domowy) dotarły akurat na moment przecięcia pępowiny przez tatusia. Postęp porodu był na tyle szybki, że położna przyjmująca poród zawiadomiła je zbyt późno. Całość porodu od rozpoczęcia skurczy trwała ok. 5h (II faza 10 minut).

    Anielka powitała siostrę dopiero rano – nie mogła uwierzyć że dzidziuś już jest i aż promieniała z radości, zaraz pobiegła po swoją pluszową myszkę by Łucji pokazać i podarowała jej swojego różowego pluszowego konika. A przyznam że takiej reakcji po mojej małej zazdrośnicy się nie spodziewałam

    Podsumowując:

    -było cudnie i bardzo spokojnie (a tego spokoju przy pierwszy porodzie mi brakowało) i za to jestem bardzo wdzięczna położnej i mojemu mężowi

    -rzeczywiście aktywność (w moim przypadku stanie czy chodzenie) w trakcie porodu bardzo pomaga (nie wiem czemu przy pierwszym porodzie na to nie wpadłam?)

    -Marianna – dzięki wielkie za wsparcie i wszelkie rady, szczególnie te z oddychaniem związane – bardzo się przydały

    -w trakcie porodu nadal jestem „nietykalska” żadne masaże i kontakt ze mną nie wchodzą w grę (nawet obecność innych osób obok drażni mnie i rozprasza

    -jeszcze przed porodem planowałam różne pozycje, chciałam rodzić np. w kucki by cokolwiek widzieć, ale niestety ta pozycja nie dla mnie i klęcząc znowu nic nie widziałam (może następnym razem się uda

    -maleńka do dziś mnie zachwyca swoim spokojem, może spokojny poród = spokojne dziecko?


    --
    Anielka urodziła się 5 marca 2008 o 21:28 smile
    Łucja urodziła się 5 maja 2011 o 23:21 smile
  • szczesliwapiatka 14.05.14, 22:55
    gratuluje porodu sn i odwagi ja tez bardzo chciałam pierwsze cc styczen 2012 blizniaki w poprzeczce druge luty 2014 chciałam urodzić ale zabóżenia tętna ale teraz widze ze to chyba na wyrost jestem z małej miejscowosci chciałabym miec jeszcze trójke ale boje sie kolejnej cc możesz zdradzic skad jestes długie miałaś przerwy jak i gdzie znalazłaś tak wspaniałych lekarzy pozdrowiena dla ciebie i dzieciaków
  • agaguru 14.05.11, 00:24
    Do poetki mi daleko wiec opisze tak jak było, żaden cud tylko normalna bolesna fizjologia ...oczywiscie do czasu cudu narodzin wink Po północy w środę poczułam ‘bole menstruacyjne’ , pęknięty miesien w klatce boli mnie znacznie bardziej a takie bole tak naprawdę nic nie oznaczają wiec spalam do 8, kiedy to obudził mnie skurcz. Młoda tzn już nie taka młoda się nacyckowala a ja ruszyłam do wanny, żeby ‘przegonic skurcze’, były nieregularne miedzy 4-7min, krotkie. Skurcze nie przeszly, ale były kompletnie znosne, wiec się ubrałam, wymalowałam, zrobilam Juli sniadanie sama wypilam tylko kawe , bo jadłowstręt mnie już dopadl. W aucie wpadlam na to, ze polozne które kaza rodzic na półsiedząco sa okrutne. Do przedszkola dotarłyśmy na ok. 10, zostawilam dane przyjaciółki, która ewentualnie miala odebrac mloda o 13. Skurcze wciąż takie same, znosne i nieregularne wiec wpadlam jeszcze do galerii kupic klapki, bo pies mi zżarł i tak na 11 dotarlam do domu. Wpadla kumpela na kawe i pomoc skręcić łóżeczko, skurczes się nasilaly ale dalej nieregularne i znosne, chociaż od wyjscia z auta nie usiadlam, jedyna dogodna pozycja było stanie. O 12.30 zostalam sama i postanowilam zadzwonic do szpitala, powiedzieli, ze powiadomia duzurna polozna i przyjedzie mnie sprawdzic. O 13 przyszedl tomek wiec zagonilam go do skrecania łóżeczka a sama wypełniałam ‘swoje male misje’: skręciłam wozek, poprasowałam ciuszki, kurier przywiozl przeijak i fotelik (doskonala porawink) Skurcze były czestsze i silniejsze a ja mega skupiona na ‘misjach’, tomek mnie wkurzal chciałam być sama. O 14 przyszla polozna, ja ok, dziec ok., rozwarcie na 5 cm. Pow iedziala, ze zostaje, znow się wkurzylam…czulam się dobrze, nie czulam, ze już rodze, chciałam być sama! Polozna z Tomkiem wnieśli sprzęty, zaczeli organizowac salon, bo kompletnie nie chciałam rodzic na lozku w sypialni, a w salonie duza przestrzen, stol dla poloznych do pisania, na ciasteczka i herbate. Poszlam do wanny, poleżałam sobie na boku, przegonilam tomka, który przyszedł ze stwierdzeniem, ze coraz czesciej i glosniej jecze i czy czegos nie potrzebuje. O 15 wyszlam z wanny, pozamykalam okna (dla dobra sąsiadówwink) i zwloklam się na dol, skurcze były już nieznośne i jedyna akceptowalna pozycja stanie kręcąc biodrami. Polozna zbadala tetno młodej na skurczu i po skurczu, mój mocz i cisnienie, wszystko ok.; w tym momencie naszla mnie mysl, ze w szpitalu to by mnie pewnie posadzili albo co gorsza położyli na te badania i jeszcze znalazła by się chetna do badania mnie na dole i skurcz przezylam z uśmiechem…Tomek przyniosl duzy zegar , żeby liczyc skurcze-wyliczyl co 3min, było ok. 3.15, ja w tym czasie stwierdzilam, ze ide spac, poleglam na pilce i to był mega blad, bo w tej pozycji skurcz był okrutny i nie mogłam się podnieść . Tomek mnie podniosl i od tego momentu stal mi się potrzebny, wycieral mi twarz lodowata woda i dalej najwygodniej było mi na stojaco krecac biodrami, ale musiałam się na kims opierac. Na nastepnym skurczu (15.35) przyjechala polozna nr 2, trafila po odglosie tegoz skurczu, bo był mega bolesny i niekończąco się dlugi, przy nim tez stwierdzilam, ze musze isc do toalety ‘’oczyszczac organizm’’ choc przez glowe przeszlo mi, ze może nie tylko. Dalej na tym samym skurczu dowlekliśmy się do kibelka, polozne zostaly w salonie (pierwsza zdawala raport drugiej). Niezbyt przyjemna i pachnaca fizjologia zdawala się nie mieć konca (do tego na narciarza, bo usiąść nie dalam rady), skurcz się nie konczyl…w pewnej chwili przelecialo mi przez glowe, ze troche za bardzo prąca i duza ta ‘kupa’, w tej samej chwili zobaczylam dziwna skonsternowano-przerazona mine tomka typu ‘co mam robic?’, jedna reka mnie trzymal, druga otworzyl drzwi i zawolal polozne, przyleciały i stwierdzily…O!GLOWKA! W resztkach świadomości stwierdzilam, ze nie urodze w śmierdzącym kibelku ‘metr-na-metr’ i krokiem kraba pomaszerowałam do salonu (z prześwitem, ze pierwszym normalnym rysunkiem mojej starszej był wlasnie krab). Kleknelam na materacu, oparlam się o komode, glowka wyszla na jedym skurczu, opadlam na podloge, usłyszałam ‘aga jeszcze!’, podniosłam się i na drugim skurczu wyszla reszta Fiony. A od drugiej strony: glowka była w nietkniętym pęcherzu, mloda ruszala buzka jak rybka w czystych wodach, polozna zauważyła, ze mloda ma pępowinę wokół szyi wiec przeciela pęcherz, zdjęła pępowinę i jakos wtedy corka zrobila kupe, wiec reszta wod była lekko brazowa. Odwrocilam się na plecy, dostalam córeczkę na brzuch i się przywitałyśmy (była 15.50)-wyla strasznie. Poczekalismy az pepowina zacznie tetnic i tomek ja odciął. Podnioslam tylek, bo troche się z materaca zsunęłam i urodzilo się łożysko (cale), polozna zbadala krocze: obrazen brak, wiec przesiadlam się na sofe i tak tuliliśmy się jeszcze godzinke nim ja poszlam pod prysznic . Mala większość czasu wyla, wpadliśmy na to, ze jest owinieta w najbardziej szorstki recznik jaki był w domu (tatusiowy wyborwink) wiec ja ubraliśmy i wtedy na dobre przyssala się do cyca. ). O 16.20 przyjaciolka odwiozła Julie, zadzwonila ze ta wyje i już nie może wytrzymac, żeby zobaczyc siostre. I tak w 4 siedzielismy na sofie i tuliliśmy się-wrazenie niezapomniane. Polozna poszla sobie o 18, chcieliśmy żeby poszla wczesniej ale uparla się, ze musi te 2h wysiedzieć…i tak nam nie przeszkadzala, tylko dala przemowe, ze generalnie jak wody sa podbarwione smolka to transportuje się do szpitala, ale ze to była niewielka ilość oddana jak już glowa się urodzila i mala wyla bardzo wiec nigdzie nas nie zabiera… Noc spędziliśmy szczesliwie i spokojnie, mala wiszac na cycku, oczywiście wszyscy w czwórkę…jedno lozko w domu wystarczawink
    Podsumowanie/suche fakty
    -pierwsza faza porodu 8-15.40 (z czego od jakiejs 14.40 bolesna)
    -druga faza 15.40-15.50 (wg mnie od 15.35…wink
    -trzecia faza 5min, łożysko cale
    -mloda 3740g, 9pkt przy porodzie (minus 1 za kolor), 10 pkt po min
    -brak jakichkolwiek obrazen, krocze i miesnie pracuja/czuja tak samo jak przed ciaza
    -lozeczko dla dziecka wydatek zbędny wink
    -czterolatka inaczej ciagnie cyca niż noworodek…
    -PD to absolutnie fantastyczne doświadczenie i pomimo bolu super przyjemne i mega zaluje, ze przy pierwszym dalam się zastraszyc
  • housewife1 26.08.11, 23:33
    Witajcie, wreszcie zebrałam się by opisać poród. Wklejam.

    Marzec 2011, czekamy na nasze trzecie dziecko... druga córkę, starsza córka ma nieco ponad 8 lat, syn 6,5.
    Mam kilka marzeń. Urodzić na początku łikendu, żeby mąż miał wolne w pracy. Urodzić w nocy, żeby starsze dzieci spały. Po poprzednim porodzie, gdzie położna spóźniła się, mam cichutkie marzenie, żeby umówione położne się spóźniły te 3 minuty. I żeby wszystko było dobrze. Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam, ale wszystkie te marzenia się spełniły.

    11 marca 2011, od kilku tygodni męczyły mnie skurcze przepowiadające, za każdym razem wydawało mi się, że „to chyba już”, raz nawet męża wywołałam wcześniej z pracy, jednak okazywało się za każdym razem, że „to jeszcze nie to”.
    Poprzedniego dnia miałam badanie ktg, które nie wykazało ani jednego, najmniejszego nawet, skurczybyczka. Rozmawiałam telefonicznie z jedną z dwóch umówionych z nami położnych, że znów były jakieś przepowiadające i kolejna rozczarowująca cisza, a to już 40 tydzień i 5 dni. Edyta poinformowała mnie, że będzie na dyżurze, ale mam się nie martwić, przyjedzie gdyby poród się zaczął. Dzień toczył się normalnie. Wieczorem, kiedy starsze dzieci położyły się spać, mąż również postanowił odpocząć, kładąc się na sofie w naszym salonie. Ja krzątałam się po domu, od paru tygodni miałam obsesję sprzątania, teraz znów umyłam podłogi, wysprzątałam po raz setny łazienkę... w niej chciałam urodzić. Około 23.00 zaczęły się jakieś lekkie skurcze, ledwo kilkusekundowe. Postanowiłam je zapisywać, ale z nikłą nadzieją, że coś się zacznie na serio. Skurcze trwały 5- 15 sekund i były bardzo nieregularne, chociaż coraz mocniejsze. Chodziłam bez najmniejszego problemu po domu, robiąc różne nieistotne rzeczy, nie mogąc jednak usiąść z emocji. W końcu po 24-tej postanowiłam wziąć kąpiel, żeby ostatecznie rozwiać wątpliwości, czy zaczął się poród, czy tez ciągle są to przepowiadacze. Wahałam się cały czas, czy już dzwonić do położnych, czy jeszcze czekać, żeby nie okazało się, że to fałszywy alarm. Weszłam do wanny o 24.25 i.... skurcze ustały, zawiedziona nadzieja. Cóż, pobyłam trochę w wannie, nie nękana żadnymi skurczami, aczkolwiek nie do końca przekonana, że to ma być już koniec na dziś. Intuicja jednak nie zawiodła. Tuż przed 1-szą skurcze zaczęły się jak tylko wzięłam do ręki ręcznik, by się wytrzeć, stojąc jeszcze nogami w wannie. Od razu bardzo mocne. Zadzwoniłam do Edyty, mając już 100% pewność, że to poród. Była w szpitalu, zapewniła mnie, ze natychmiast schodzi z dyżuru i jedzie do mnie, Maria też dołączy. Obudziłam męża, mówiąc z wewnętrznym drganiem, że „to już”. Mój ukochany wyrwany z błogiego snu wydobył z siebie „ daj mi jeszcze 15 minut”, ale nie dane mu było jednak poleżeć. Skurcze leciały błyskawicznie, od wyjścia z wanny co 2 minuty. Wszystkie potrzebne rzeczy były w łazience pod ręką, naszykowane już od dawna. Dokonałam ostatnich poprawek przed porodem, rozłożyłam ręcznik na podłodze, ten sam na którym przyjmowałam kiedyś synka, a na nim podkład higieniczny. Chodziłam posapując i przystając w trakcie skurczy. Mówiłam coś tam do męża, on coś do mnie mówił. Mąż był „na linii” z położnymi, jechały do nas, byłam spokojna, wiedząc o tym, że prędzej czy później do nas dojadą. Mąż towarzyszył mi cały czas, ale ja już maksymalnie skupiałam się na sobie i brzuchu. Wreszcie zapragnęłam wejść do łazienki. Kiedy tylko weszłam i oparłam się o wannę rękami- odeszły gwałtownie wody, zaczęły się parte. Wojtek ogarnął podłogę, podtrzymywał mnie, a potem pomógł uklęknąć. Główka schodziła coraz niżej, a gdy była już na zewnątrz w połowie- nagle cisza, skurcze zanikły. Zmieniłam nieco pozycję, klęcząc teraz tylko na jednej nodze, drugą trzymałam wysoko, z odwiedzionym kolanem, opartą stopą o ziemię. Dotykałam główki małej, poprosiłam męża by też dotknął. O dziwo, nie czułam wtedy żadnego bólu, mimo że przecież krocze było napięte maksymalnie. Nie widziałam twarzy maleństwa, bo była jeszcze odwrócona. Nastąpił jeden słabiutki skurcz, gdzie główka wysunęła się jeszcze trochę, odrobinę obracając się w moją stronę ale była coraz bardziej fioletowa i ciągle nie wychodziła dalej. W tym momencie ogarnął mnie strach, czy coś jest nie tak, co się dzieje, dlaczego nie rodzę, syn urodził się na jednym skurczu, a tu stop, nie widzę całej buzi małej, nie wiem, co z nią? „Miszku, zadzwoń do położnych, szybko, dzwoń, główka nie chce wyjść” powiedziałam rozemocjonowana. Mąż, który mnie podpierał w klęku, wstał i natychmiast zadzwonił. Położne zapewniły go, że wszystko ok, tak ma prawo być, co przekazał mi, a ja przypomniałam sobie, że przecież ta zmiana koloru, to normalna reakcja na zmianę temperatury. Uspokojona już czekałam aż skurcze się wznowią, trwało to jeszcze chwilkę, podczas której nie działo się nic, trzymałam oburącz główkę małej, mąż nadal rozmawiał z położnymi, aż poczułam przypływająca moc i zaczęły się potężne parte, oparłam się o wannę. Po raz pierwszy w trakcie porodu krzyczałam całą sobą, musiałam wyrzucić z siebie te kilkadziesiąt sekund strachu. Czułam, że z każdym krzykiem przywołuję wielką moc. To były dosłownie ryki lwicy. Położne słyszały je przez telefon, były już bardzo blisko naszego domu. Czas się zatrzymał, a jednocześnie jakby biegł błyskawicznie. Nie pamiętam ile było dokładnie kolejnych partych, malutka przyszła na świat na moje dłonie. Był 12 marca godzina 2.00. Położyłam ją na moich kolanach, małej udzielił się chyba mój krzyk, bo witała się ze światem bardzo głośno, ale tulona wyciszyła się. Mąż przywitawszy ją, zniknął na chwilkę i pojawił się z położnymi. Spóźniły się 2-3 minuty. Zajęły się mną od razu i troskliwie. Zaproponowały, żeby przejść na rozłożoną sofę do salonu, ale ja miałam potrzebę zostać jeszcze w tym siedzącym klęku i za moment podbrzusze zaczęło pracować. Maria delikatnie pociągnęła pępowinę i łożysko pięknie wyszło, calutkie. Dzieci obudziły się i mąż się nimi zajął, starsza córka trochę się źle czuła, miała problemy z żołądkiem. Okazało się, że już trochę wcześniej się obudziły, na skutek moich lwich ryków, ale pamiętając nasze rozmowy, domyśliły się, że rodzę i nie chciały przeszkadzać. Położne pomogły mi przejść do salonu i położyć się na łóżko. Dzieci przyszły z mężem przywitać siostrę. Leżeliśmy całą rodziną na łóżku, cudne chwile, wspaniale mieć przy sobie w takim momencie ukochanego męża i wszystkie dzieci. Najmłodsza pięknie się przyssała, starsze były bardzo podekscytowane, ciągle chciały całować, głaskać, tulić malutką... w końcu musieliśmy je przekonać, że godzina 3-cia, nad ranem to najwyższa pora, by już ponownie poszły spać. Z mężem i położnymi jeszcze trochę czasu nam zeszło. Wpis w dokumentach potwierdzał narodziny córki, 12 marca 2011, g.2.00, 4350 g, 56 cm, 10 apgar. Obrażeń okołoporodowych u mnie nie stwierdzono, mimo iż najmłodsza była z całej trójki najszersza w klacie, barki tez miała niczego sobie. Natura, w którą przyznam się, na krótką chwilę podczas tego porodu zwątpiłam, znów więc była mądrzejsza ode mnie, tak kierując porodem, zwalniając jego tempo w odpowiednim momencie, byśmy wyszły z tego z córeczką całkowicie bez szwanku.
    Nad ranem zostałyśmy z Franciszką same. Położne się pożegnały, mąż zmęczony dołączył do dzieci spać, a mnie moje szczęście tak przepełniało, radością i siłą, że zasnęłam dopiero w dzień, po 12-stej, po około 10 godzinach od porodu.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.