bezcenzury1
30.12.06, 10:06
Lekarstwem jest myślenie Rafał A. Ziemkiewicz o michnikowszczyźnie
– Lekarstwem na michnikowszczyznę jest myślenie. I zmuszanie do tego innych –
mówi Rafał A. Ziemkiewicz w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.
Niedawno na półkach księgarskich pojawiła się Pańska
książka, „Michnikowszczyzna. Zapis choroby”. Co przyczyniło się do jej
powstania?
Bezpośrednim impulsem był proces, jaki wytoczył mi Adam Michnik o pewne
zdanie z felietonu w „Newsweeku”. Zmusił mnie w ten sposób do ponownego
sięgnięcia po jego teksty publicystyczne z ostatnich kilkunastu lat, a w
takiej dawce dają one porażające wrażenie. Ale oczywiście do książki o tej
swoistej polskiej „zdradzie klerków” dojrzewałem długo, i pewnie by ona
powstała tak czy owak. Może pod innym tytułem.
Jak się Pan czuje po lekturze „dzieł zebranych” Adama Michnika? Szok,
zauroczenie, ból głowy?
Zdumienie – mimo wszystko, bo przecież niby człowiek to wszystko wiedział,
ale jakoś tak, ja wiem, oswoił się... Zdumienie, że można aż tak postawić
świat na głowie, aż tak zabrnąć w jakieś łamańce, i że coś tak miałkiego, tak
intelektualnie chwiejnego, mogło się stać tak fanatycznie wyznawaną wiarą dla
tak licznej grupy ludzi, przeważnie przecież wykształconych. Zdumienie przede
wszystkim skalą tego uwielbienia dla człowieka głoszącego raz to, raz tamto,
ale przeważnie na bakier z logiką. Uwielbienia, uczciwszy wszelkie proporcje,
porównywalnego z czasami kultu jednostki i tropienia wrogów klasowych. Stąd
ta „choroba” w tytule mojej książki.
Decyzja o powstaniu ogólnopolskiej gazety opozycji zapadła po okrągłym stole.
Na czele dziennika miał stanąć Tadeusz Mazowiecki.
Zresztą pierwotnie Michnik był przeciwnikiem tworzenia opozycyjnej gazety
codziennej, miał zmienić zdanie dopiero, gdy zarysowała się perspektywa jego
kierownictwa. Relacje świadków tych wydarzeń są różne i trzeba by mrówczej
pracy, żeby je zebrać i skonfrontować.
Z kart książki wyłania się główny bohater jako ten, który nie dopuszczał do
niezbędnych zmian w Polsce po 1989 roku.
Jego ocena wydarzeń całkowicie rozminęła się wtedy z rzeczywistością. Czy
raczej, ocena jego środowiska, bo tu też nie do końca wiadomo, kto był
prawdziwym mózgiem. Karol Modzelewski w niedawnym wywiadzie dla „Przeglądu”
twierdzi, że Michnik tylko podchwytywał „myślowe gotowce” Geremka. Ale to w
sumie nie ma wielkiego znaczenia, kto wyznaczał ich linię polityczną, ważne,
jaka ona była.
W 1990 roku Adam Michnik, poseł ziemi bytomskiej, grzmiał z mównicy sejmowej
przeciw wszelkim próbom rozliczenia z dawnym systemem. Czym było spowodowane
ugodowe stanowisko wobec postkomunistów? Niechęć do rozliczenia komunizmu, do
przejęcia przez państwo majątku byłej PZPR?
Jak mówię – całkowicie błędnym odczytaniem ówczesnej rzeczywistości. Trudno
to skreślić w kilku zdaniach, ale w rzeczywistości sprawy miały się tak, że
komuniści chcieli ocalić jak najwięcej ze swego uprzywilejowania, wiedząc, że
dla wyjścia z gospodarczej katastrofy trzeba skokowo i bardzo znacząco
obniżyć poziom życia obywateli, a Sowieci już więcej nie pomogą. Tymczasem
doradcy Wałęsy, głównie dzięki umiejętnemu zdezinformowaniu przez komunistów,
ale i wskutek zaplątania się w kultywowanej od lat idei kompromisu z władzą
i „finlandyzacji”, oraz środowiskowych uprzedzeń, widzieli to zupełnie
inaczej. Dali się wpuścić generałom w taką grę: my tu, wicie-rozumicie,
jesteśmy światłymi elitami, chcemy tego samego, ale po obu stronach barykady
mamy niebezpiecznych radykałów. My mamy „partyjny beton”, który chce wezwać
ruskie czołgi, a wy nieodpowiedzialnych opozycjonistów, gotowych robić
powstanie. I musimy wspólnie, ręka w rękę, spacyfikować jednych i drugich, i
nie dopuścić do społecznego wybuchu, żeby to Wielkie Dzieło się udało. To był
haczyk, na który Kiszczak złapał Michnika oraz jego przyjaciół, i
poprowadził, gdzie chciał. Przy czym największa wina Michnika nie w tym, że
dał się złapać, bo pułapka była rzeczywiście szatańsko skuteczna, tylko że
okazał się niezdolny przyznać przed samym sobą do błędu i brnął, brnął, aż
zabrnął w ślepy zaułek – wprowadzając tam za sobą wielbiące go rzesze.
Zwraca Pan uwagę na fakt, że „Gazeta Wyborcza” w wydaniach z 13 grudnia,
poświęconych kolejnym rocznicom stanu wojennego praktycznie nie wspomina o
ofiarach.
Kiedyś, już dawno, pisałem, że po roku 1989 media przestały manipulować tak
jak to robiła „Prawda”, a zaczęły tak, jak to robi „New York Times”. Nie
kłamie się wprost, ale pewne tematy istnieją na pierwszej stronie, a inne są
zbywane krótką notką albo w ogóle zamilczane. Ten rodzaj manipulacji
najskuteczniej demaskują zestawienia statystyczne. Rzeczywiście, przejrzenie
rok po roku publikacji GW na 13 grudnia, doskonale odsłania politykę
redakcyjną. Trzeba było dopiero 25. rocznicy i całkowitej zmiany sytuacji,
żeby akcenty zostały przesunięte.
Warto wspomnieć o tak zwanej komisji Michnika, która w 1990 roku miała
możliwość przejrzenia teczek esbeckich konfidentów.
Warto wspomnieć jeszcze o wielu sprawach, i o wszystkich tu nie wspomnimy.
Zachęcam gorąco do lektury książki.
Nie boi się Pan krytyki i przemilczenia? Gdyby „Michnikowszczyzna” ukazała
się w czasach przed aferą Rywina, byłaby pewnie całkowicie przemilczana albo
uznana przez „Gazetę Wyborczą” i pomocników za nic nie wartą publikację.
Podobny los spotykał innych krytyków Michnika. Kiedy „Stulecie kłamców”
Waldemara Łysiaka zajęło pierwsze miejsce wśród najlepiej sprzedających się
książek, „Gazeta Wyborcza” przezornie nie opublikowała wtedy listy
bestsellerów. Przyjmując ich punkt widzenia, trudno się dziwić. Łysiak już w
1990 roku pisał krytycznie o Michniku. Co konsekwentnie widać w jego
publicystyce do dziś.
Obawiam się zamilczenia, ale także i zaszufladkowania. Bo w tej książce nie
chodzi mi tak naprawdę o Michnika, ale o bezmyślność polskiej inteligencji, o
łatwość, z jaką zwolniła się ona ze swego podstawowego obowiązku – myślenia o
Polsce. Z myślenia w ogóle. Pewnie, że tej porażającej atmosfery
samouwielbienia „warszawki” i „krakówka”, której bożkiem stał się redaktor
naczelny „Gazety Wyborczej”, nie da się skruszyć bez obalenia idola. Ale nie
atakuję Michnika dla dowalania mu, atakuję go dlatego, że bez tego ataku nie
można uczciwie zrekonstruować tego, jak budowano III RP. A bez tego nie
sposób jej prawidłowo ocenić. A bez tego z kolei nie sposób jej naprawić. Bo
próba podjęta przez Kaczyńskich prowadzi, obawiam się, donikąd. Nie będzie
żadnej IV Rzeczpospolitej z tego, że się cofniemy do wojny na górze i
rozegramy ją jeszcze raz, tym razem ze skutkiem zwycięskim dla tak zwanej
centroprawicy. Bo od tego czasu minęło 15 lat, pewne fakty zaszły w sposób
nieodwracalny, i nasze państwo, ze swymi ułomnościami, stoi wobec zupełnie
innych wyzwań. Mam wrażenie, że obecnie rządzący za słabo sobie zdają sprawę,
że to już inna sytuacja i żeby ją rozplątać, nie wystarczy oczyścić aparat
państwa z ludzi dawnego systemu.
Nie wiem, czy ktokolwiek rozumie, o co mi chodzi: bez poważnej intelektualnej
pracy uporania się z III RP nie ruszymy z miejsca, a ta praca nie może się
rozpocząć, kiedy michnikowszczyzna blokuje publiczną debatę i za wszelką cenę
chce zastąpić fakty swoją mitologią, a z kolei jej krytycy skupiają się na
wytykaniu Michnikowi marksistowskich korzeni, eurolewackich znajomości i,
skądinąd faktycznie odrażających, biesiad z komunistycznymi szumowinami.
Czy to możliwe, że Michnik nie dopuszczał do żadnej dyskusji na temat swojego
stanowiska politycznego? Tylko na mocy urzędu redaktora naczelnego z
Czerskiej nakazywał l