hasz0
30.03.09, 12:53
Kmicic, który zapomniał Radziwiłła
Z Januszem Kurtyką, prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia
Tomasz Sakiewicz
To jest osobowość, którą bezpieka określała jako nieobliczalną.
Jakie są reperkusje opublikowania książki o Wałęsie? Czy IPN-owi,
jak domaga się Bogdan Lis, grozi rozwiązanie, a przynajmniej
znacząca redukcja?
Prezes IPN Janusz Kurtyka, fot. TVN24
Nie chciałbym się odnosić do rozmaitych aspektów bardzo emocjonalnej
dyskusji politycznej. Ale Bogdan Lis odkurzył stary pomysł partii
postkomunistycznej, która próbowała i nadal próbuje albo zlikwidować
IPN, albo też uczynić go kompletną atrapą. W przypadku wydzielenia z
IPN zbiorów archiwalnych i przekazania ich do sieci archiwów
państwowych można być prawie pewnym, że przez co najmniej 10 lat
zbiory te byłyby niedostępne. Innym pomysłem tego typu jest postulat
przeniesienia pionu śledczego z IPN do prokuratury powszechnej. To z
kolei oznaczałoby zablokowanie śledztw w sprawie zbrodni
komunistycznych, np. przeciwko sprawcom stanu wojennego.
Czy to oznacza, że dziennikarze i naukowcy również nie będą mieli
wglądu do dokumentów?
Tak, będą one zamknięte. Archiwa państwowe, zgodnie z obowiązującymi
regułami, będą musiały je opracować. Tymczasem IPN działa nieco
inaczej – opracowuje archiwalia i równolegle je udostępnia.
Czy w trakcie powstawania książki były jakieś naciski na IPN, aby
wycofał się z jej publikacji?
Nie, chcę podkreślić, że żadnych sugestii tego rodzaju nie było.
Były nieco anegdotyczne próby emocjonalnych nacisków na autorów ze
strony prezes Dmochowskiej. Jednak pani prezes odpowiada za kontakty
z organizacjami kombatanckimi i nigdy nie miała nic wspólnego z
działalnością naukową czy archiwalną IPN.
Lech Wałęsa zapowiedział proces o 20 mln zł odszkodowania, w którym
pozwanymi będą autorzy, pan, być może również prezes TVP Andrzej
Urbański oraz kilka innych osób, które wypowiadały się na temat
dokumentów zamieszczonych w książce. Czy w tej chwili ma to
jakikolwiek wpływ na działania IPN?
Oczywiście groźby bierzemy pod uwagę, ale nie traktujemy ich jako
realnego zagrożenia dla działalności naukowej Instytutu. Jestem
zdeterminowany, aby IPN realizował zadania przewidziane w ustawie, a
więc by prowadził śledztwa, nawet jeśli są one kłopotliwe dla
niektórych kręgów, czynnych na scenie publicznej. Chcemy nadal
opracowywać i udostępniać archiwalia, żeby ukazywały się publikacje,
również te, które dotyczą najtrudniejszych problemów naszej historii
najnowszej. Wydaje mi się, że Instytut jest szczególnie
predestynowany do takich działań. Są tematy, z którymi zmierzyć się
może tylko IPN.
Czy w trakcie opracowywania książki zapoznawał się pan z
materiałami? Czy przeczytał pan całą książkę?
W tym przypadku była zastosowana standardowa procedura, przyjęta we
wszystkich instytucjach naukowych. Na końcowym etapie książka
została przedstawiona prezesowi. To oczywiste, że chciałem się z nią
zapoznać. Wyznaczono też czterech recenzentów z czterech różnych
ośrodków naukowych w Polsce.
Jakie było kryterium wyboru recenzentów?
Wybraliśmy osoby z najbardziej znaczących ośrodków posiadających
największy dorobek, mogące w sposób najbardziej kompetentny
wypowiedzieć się na temat metody i problematyki poruszanej w tej
pracy. Wszyscy recenzenci są albo profesorami, albo posiadają
stanowisko profesorskie w danej placówce. Oprócz tego książkę czytał
mój doradca Antoni Dudek oraz szef Biura Edukacji Publicznej Jan
Żaryn i oczywiście ja. Również ci czytelnicy posiadają habilitacje z
historii i zajmują profesorskie stanowiska w różnych uczelniach.
Wszyscy przedstawili swoje uwagi autorom, którzy mogli je
uwzględnić, choć nie byli do tego zobowiązani, ponieważ to oni
odpowiadają za ostateczny kształt swojej publikacji. Wymóg
bezwzględnej zmiany dotyczy tylko błędów merytorycznych. Krytyka
naukowa poprzedzająca publikację była absolutnie standardowa. Dodam
tylko, że zazwyczaj pracę naukową recenzuje dwóch specjalistów, a
Instytut zaprosił czterech.
Pojawił się zarzut, że książka jest wydana w mikroskopijnym
nakładzie, na rynek ma trafić 200 egzemplarzy. Czy to prawda?
Nie, to jest jakaś pogłoska. W poniedziałek, 23 czerwca, powinna być
w sprzedaży pierwsza transza z podstawowego czterotysięcznego
nakładu. Poziom zainteresowania jest tak wysoki, że IPN postanowił
ogłosić przetarg i wydamy tę książkę w większym nakładzie.
Czy to prawda, że Instytut dopłaci do tej publikacji?
Do książki nie trzeba będzie dopłacać.
Zarabianie na publikacjach nie jest naszym głównym celem, zwykle
nieco dopłacamy lub wychodzimy na zero. Instytut wydaje swoje
publikacje albo poprzez Gospodarstwo Pomocnicze IPN, albo w
kooperacji z wydawnictwami zewnętrznymi. W tym konkretnym przypadku
wydawcą jest Gospodarstwo Pomocnicze. Dochód ze sprzedaży dzielony
jest następująco: Gospodarstwo płaci podatek, następnie połowa sumy,
jaka zostaje, odprowadzana jest do skarbu państwa, natomiast druga
połowa jest inwestowana w inne przedsięwzięcia merytoryczne
Instytutu.
Czyli to nie budżet państwa dopłaci, tylko Instytut odprowadzi część
zysku do budżetu dzięki tej książce? Pytam o to, ponieważ pojawiły
się zarzuty, że za pieniądze podatników finansuje się honoraria
autorskie.
Jeżeli będzie jakiś dochód, zostanie przeznaczony na działalność
merytoryczną IPN, autorzy zaś nie otrzymają za tę publikację
honorariów.
Czy czytając tę książkę natrafił pan na coś zaskakującego?
Jako historyk i jako obywatel przeżyłem zaskoczenie, czytając
fragmenty dotyczące początku lat 90. oraz losów archiwaliów, które,
jak wiadomo, zostały wówczas przetrzebione – że użyję takiego
eufemizmu. Nie wyobrażałem sobie, że najwyżsi urzędnicy państwowi
mogą z aż tak dużą swobodą poczynać sobie z archiwaliami.
Stopień swobody w posługiwaniu się tymi materiałami był duży – jak
rozumiem – w niszczeniu, w zagrabianiu, ale też w dostępie.
Jestem przekonany, że prezydent Rzeczypospolitej powinien mieć
nieograniczony dostęp do informacji. Natomiast rzeczywiście
zaskakuje, że było możliwe, aby część materiałów usuwano w sposób
tak demonstracyjny.
Antoni Macierewicz powiedział w wywiadzie radiowym, że widać
zniszczenia zwłaszcza w tych materiałach, które posłużyły mu do
wpisania Lecha Wałęsy na listę tajnych współpracowników. Cieszył
się, że nie dotarł do wszystkich dokumentów, ponieważ w większym
stopniu ocalały te, których on nie miał.
Mogę potwierdzić, że w wyniku kwerendy prowadzonej na potrzeby tej
książki udało się odnaleźć wcześniej nieznane dokumenty. Z całą
pewnością te nowe materiały podbudowują tezy postawione w
publikacji. Wyniki tej kwerendy mogą być wykorzystane w toczących
się śledztwach, m.in. w prowadzonym przez IPN śledztwie związanym z
fałszowaniem na początku lat 80. dokumentów dotyczących Lecha Wałęsy.