Jestem w 24 tygodniu ciąży. Za mną pół roku megastresów- na własne zyczenie i
od losu. Jestem w takim dołku, że nie wiem co dalej. Jak do tego doszło?
Najpierw, ponieważ wczesniej poroniłam, przez 3 miesiące "udawalismy" z
mężem, ze spóźnia mi się okres- staralam się nie przywiązywać do myśli, że
tym razem się uda, denerwował każdy dziwny objaw- ze o matko, znow sie
zaczyna... POtem, poniewż wszystko było okej, wyejchałam na krotki staż do
niemiec. Stresowałam się bardzo, bo choć dobrze sobie poradziłam ze
wszystkim, ale pierwszy raz od lat pojechałam tak dlaeko zupelnie
samodzielnie, musiałam sobie wszystko załatwiac sama, a do tego nowe wyzwania
w pracy itd... Wróciłam usatysfakcjonowana, że jednak zdecydowałam się tam
pojechać i szczęśliwa, że mój dzidzius tak ładnie rośnie. Mogłam góry
przenosic. Pełna dobrych myśli wybrałam się na USG do poleconego mi lekarza
i.... usłyszałam od niego słowa-wyrok: Pani dziecko jest chore. Okazało się,
ze nasza córeczka ma nózki końsko-szpotawe. Nóżki to maly pikuś, ale te nóżki
często są oznaką bardzo poważnych wad genetycznych. Zdecydowaliśmy się na
badania inwazyjne- to oznaczało kilka tygodni przerazenia, bezsilności i
potwornego lęku... W końcu przyszedł wynik, że dziecko nie ma dalszych wad
genetycznych. odetchnęliśmy. Wtedy mój mąż, zapalony himalaista wspinacz itd,
któy zaplanował sobie wczesniej daleki wyjazd z przyjacielem, zapytał mnie
czy sobie poradzę, jeśli on pojedzie teraz na wyprawe. Było mi okropnie
przykro, że jedzie, bo w szóstym miesiacu człowiek nie jest atrakcyjnym
partnerem do wyjazdow ze znajomymi (mam juz brzuch jak srednich rozmiarow
lodowka), a on juz nie wezmie więcej urlopu, zeby ze mną dokąds pojechać.
Było mi zatem bardzo przykro, ale nie przypuszczałam, że sobie az tak bede
nie radzić- w koncu przez najgorsze przeszlismy razem, wszystko co złe było
za nami, a to nie jego pierwsaa wielotygodniowa wyprawa. Tymczasem... nie
jestem w stanie pracować, mam ciągle napady płaczu, nie mogę spać, dziecko
biedne ciska mi się w brzuchu jak szalone- no bo taka zestresowana mamusia to
nic miłego... ...jest fatalnie. Noszę permanentnie ciemne okulary, bo nie
wiem, kiedy napadnie mnie znowu "slabość"... Nic mi nie wychodzi; czuję się
tak strasznie samotnie i zle, a podobno nie wolno zazywać zadnych poprawiaczy
nastroju w ciązy. Chociaz nie czuje wielkiego wsparcia od rodziny, mam duzo
wspanialych przyjaciół, więc niby nie jest tak, ze jestem zdana tylko na
siebie... a jednak tak własnie się czuję. Jestem tym wszystkim potwornie,
potwornie zmęczona- na myśl, ze nie widać konca temu wszystkiemu (potem
trzeba przezyc poród, potem rehabilitowac dzidzię bo ma te nózki...) po
prostu odechciewa mi się...nie wiem co robić. Czy ktoas z was przechodzila
taki dolek w ciąży? Muszę jakoś temu zaradzić, bo nie chciałąbym zeby mała
urodzila się z zalamaniem nerwowym

)