Ten dziwny cud wydarzył się w… pociągu – pewnego majowego dnia 1948 roku, podczas długiej pięciogodzinnej podróży z podwarszawskiego Życzyna do Kutna.
Wzięłam ze sobą opatrunek, który miałam zmienić po przyjeździe do Kutna. Pojechałyśmy pociągiem, miałyśmy miejsca siedzące, przez 5 godzin jazdy nie odczuwałam dolegliwości ze strony rany. Bardzo mnie to dziwiło, przyjechawszy do Kutna, poszłam do osobnego pokoju, zdjęłam bandaże i z wielkim zdziwieniem i radością spostrzegłam, że rana była sucha, a nawet całkowicie zagojona
Wielka rana, która przez 15 lat nie dawała się wyleczyć, zniknęła bez śladu. Doprawdy, wszystkim, którzy wiedzieli o potwornych problemach, z jakimi borykała się Józefa, trudno było w to uwierzyć.
Zanim siostra Józefa Parzych rozstała się z tym światem, zeznawała w trakcie procesu beatyfikacyjnego brata Alberta zainicjowanego w 1982 roku. Nie tylko ją przesłuchano, ale także poddano dokładnemu badaniu medycznemu. O opinię poproszono też leczących ją specjalistów. Lekarze byli zgodni, że uzdrowienie to jest niemożliwe w porządku naturalnym.
W 1980 roku, stosowne zaświadczenie wydał także dr Albin Kapuściński: „S. Józefa Parzych (…) była przeze mnie leczona i badana w roku 1948. Stwierdziłem wówczas gruźlicę płuc (…) oraz przetokę kałową w bliźnie po laparotomii, przetoka najprawdopodobniej o etiologii gruźliczej (…). W owrzodzonej ranie widoczne były pętle jelit.
„Doktor Alfred Fiebig leczył mnie na płuca – zeznawała siostra Parzych. – Ten sam doktor badał także i przetokę i przepisał leki zewnętrzne, jak np. lapis – kredę lapisową do zastosowania na brzegi rany. Przepisał mi także kurację wapnem. Doktor Fiebig powiedział mi, że pierwszorzędną przyczyną przetoki jest gruźlica, obejmująca aparat brzuszny, dlatego wg tego, co mówił, rany nie można było w żaden sposób wyleczyć”. Doktor Fiebig potwierdził jej słowa, dodając:
„Oświadczam, że Parzych wyzdrowiała w sposób niewytłumaczalny, natychmiast i definitywnie (…)”.
pch24.pl/byc-dobry-jak-chleb-sw-brat-albert-adam-chmielowski/