hannibal_lector
20.05.17, 17:35
Dużo historii tu czytałem, dołożę swoją.
Syn, obecnie kończy 5 lat, przez 2,5 roku miał oboje rodziców w domu (ja w domu pracuję, mamie skończyło się zastępstwo i umowy nie przedłużono). 10 Apgar, urodzony o czasie, badanie słuchu ok, lekka żółtaczka. Wstał jak miał 7 miesięcy, siedział prosto jak miał 9. Określany w przychodni jako silne dziecko (jakbym nie był czujny to w trakcie badania by spadł z kozetki, bo w tym wieku "Tak szybko nie pełzają"). Nie mówił ("Paanie, chłopcy zawsze później mówią"), jak coś się nie podobało to wrzeszczał, obsesja na punkcie piłek i wody.
W wieku 2,5 lat idzie do przedszkola prywatnego - nowy budynek, nowe przedszkole, pierwsza i jedyna podówczas grupa. Po jakimś czasie konsultacje z wychowawczynią i jednocześnie dyrektorką d/s pedagogicznych. Na konsultacjach zatroskana mina i tekst "Wie pan, to może być autyzm", po czym następuje lista rzeczy jakie według Pani są nie w porządku, a u mnie banan na gębie bo mi kobita listuje rzeczy jakie ja sam pamiętam z dzieciństwa w przedszkolu i nie są one dla mnie czymś dziwnym. Ale ok, żyjemy w społeczeństwie, gdzie każdego można udupić jak się znajdzie pretekst to dla jej spokojności i mojej, żeby nikt nie zarzucił zaniedbywania dziecka, Pani umawia mnie na wizytę na Półkolu z obietnicą (istotne dla wątku), że "Tam panu dziecko _zdiagnozują_ (potwierdzą/wykluczą autyzm)".
Ok, jadymy (uzbrojeni w opinię logopedyczną i pedagogiczną z przedszkola)- na Półkolu psycholog, logopeda, pedagog oglądają sobie dziecia radośnie skaczącego do basenu z kulkami w sali nr 7 (chyba do IS). Na tym pierwszym spotkaniu wywiad, podpisanie wniosku o pomoc pedag/psych. - i "My tu raczej nie widzimy autyzmu, ale z mową jest problem i się jeszcze spotkamy". No to idziemy na następne spotkanie. Teraz już sama pani psycholog i dalsza część wywiadu, w międzyczasie dzieć skacze do "basenu" z kulkami. Trzecie spotkanie, o, Pani psycholog w końcu próbuje nawiązać jakiś kontakt z synem, poprzez nakłonienie go do posprzątania piłek, które w czasie skakania do baseniku wypadły na podłogę. Jedna prośba, brak reakcji, druga, podniósł jedną piłkę i wrzucił po czym wrócił do skakania. Następne pół godziny Pani spędziła na wszelkich możliwych namowach i prośbach, tarasowała nawet dostęp do basenu, w końcu nawet usunęła na bok schodki. Spociła się tylko a dzieć (wtedy 3 lata) nie raczył już żadnej kulki podnieść. Przez cały czas kombinował tylko jak się dostać do basenu odwracał jej uwagę, że to niby siądę przy stoliku, że to niby się pobawię jakąś zabawką i jak ją tylko od basenu odciągnął to myk z powrotem do zabawy w skakanie. Następne spotkanie - znów skakanie do "basenu", ale już pani nic nie robi, tylko zapisuje kolejne moje opowieści o funkcjonowaniu dziecia. Piłki znów zaczęły wypadać a ja od niechcenia rzuciłem - "Zeniu, piłki ci uciekają" i od tego momentu jak tylko jakaś wypadła to od razu biegł, podnosił i wrzucał z powrotem do basenu.
Pomiędzy spotkaniami propozycja zajęć logopedycznych w poradni. Ok, trochę daleko ale da się. Trafiamy na miłą osóbkę, neurologopeda i psycholog na etacie logopedy. Zajęcia standardowe, ale ja nic nie dostaję do przepracowania w domu a co drugie, trzecie spotkanie sobie rozmawiamy na tematy autyzm/asperger. W końcu umawia mnie na spotkanie z psychiatrą na Półkolu i pisze do niego 1,5 strony opinii (w międzyczasie ja dostarczałem coraz to nowe opinie z przedszkola już od nowej wychowawczyni, a ona napisała opinię dla przedszkola bo dyrekcja chciała).
Spotkanie z psychiatrą (dziecko w tym czasie 3 lata, 10 miesięcy) - dr. Grymek, szef poradni na Strzeleckiej, członek zespołu orzekającego na Półkolu. Na początku trochę drętwo, bo ja czekam aż on zacznie, ja czekam aż on. W końcu się pyta z czym przychodzę, 15 minut rozmowy i pada stwierdzenie autyzm atypowy. Ok, pytam się czy to diagnoza? "Ależ skąd, nigdy bym nie śmiał diagnozować w tak krótkim czasie, to tylko taka sugestia, bo my tu nie diagnozujemy." I przysłowiowy h.j bombki strzelił. Ja po roku się dowiaduję, że Półkole nie diagnozuje, gdzie do tej Poradni Specjalistycznej zostałem skierowany z przedszkola na _diagnozę_ (błędne pojęcie czym się zajmuje ta poradnia u wychowawczyni z przedszkola).
W międzyczasie przedszkolnym (od początku na Półkolu do grudnia 2015) katar, kaszel zwalane przez pediatrę na karb alergii (mama alergiczka), ale w końcu coś z uchem (u pediatry) i laryngolog. Pierszy nic nie znalazł, uszy czyste, sprawdził też migdałki żeby nie było, że 150 zeta za sprawdzenie uszu. Migdałki w porządku. Miesiąc później następny laryngolog - i siurpryza, znaczny przerost trzeciego migdałka, do wycięcia bo przytyka trąbki słuchowe. No to mamy trop do zaburzenia mowy. Logopeda sceptyczna, może być autyzm, może być związane ze słuchem plus informacja, że przez ten czas pracy więcej by się o synu dowiedziała jakby mu dała te wszystkie pomoce i zabawki jakie wykorzystuje w terapii i usiadła sobie cicho w kąciku.
Ja dalej nie widzę autyzmu, bo młody biega, jeździ na hulajnodze i wspina się na wszystko co ma punkt zaczepienia. Z dziećmi się raczej nie bawi, panią w przedszkolu olewa, ale jest w "gangu" ganiających się dzieciaków. W marcu zeszłego roku operacja wycięcia migdałka, zero strachu, sam wszedł na salę i położył się na stole, przy usypianiu żadnych problemów. Bez komplikacji, z jedzeniem po operacji nie ma problemu. Mowa trochę ruszyła. Dziecko do obserwacji logopedycznie i dalsza "terapia". W tym samym czasie, z końcem marca spotkanie podsumowujące z psycholog prowadzącą i logopedą. Wniosek końcowy - mniej bajek i piosenek z tv (u nas z kompa) i jak już to raczej po polsku niż po angielsku. Jak będzie się miał mniej bodźców to może zacznie szybciej mówić i pojawią się zabawy "na niby" (dla mnie bez sensu, sam się tak nie bawiłem).
W międzyczasie logopeda kusi wizją subwencji oświatowej na dziecko z autyzmem i proponuje Zacisze albo Maltańczyków. Ok, rozglądam się ale terminy... Przychodzi maj, już po rekrutacji i pewnego dnia rozmowa z wychowawczynią (i trzecią dyrektor d/s pedagogicznych z kolei) że ona myślała o nauczycielu wspomagającym (ale słowa o potrzebie orzeczenia nie powiedziała). Za kilka dni tekst, że pani Dyrektor (już publicznego ale niesamorządowego przedszkola) nie będzie chciała ze mną przedłużyć umowy. Zdziwko, mogła powiedzieć wcześniej. Łapię ją akurat jak z siatami leci do samochodu (mieszka w tym samym budynku co przedszkole) i umawiamy się na 12. Spotkanie, pytam czemu nie było nic wcześniej, tylko teraz po rekrutacji do publicznych. Coś kręci, ale umowę na 2016/2017 podpisuje.
Ja wtedy wiedziałem tyle, że jak jest orzeczenie o kształceniu specjalnym to się z tym idzie do wydziału edukacji i oni zapewniają miejsce w odpowiednim przedszkolu, sprzedałem tą informację dyrektor przedszkola i pewnie dla tego podpisała, myśląc, że pozbędzie się "problemu".
Tu dygresja, dla mnie dziecko było w porządku, kontakt z nim miałem (i mam), mowa szła do przodu, nie był agresywny w przedszkolu i w domu a że nie chce z dziećmi siadać w kółeczku, cóż, ja też nie siedziałem...
Papier to papier, terminy terminami, ale potrzebne coś na szybko - no myk, telefon do informacji medycznej o pierwszy wolny termin u psychiatry dziecięcego. Trafiłem na Danutę Zyblikiewicz, nestorkę krakowskiej psychiatrii dziecięcej. Dwie wizyty przed informacją o niepodpisywaniu umowy, trzecia już bez dziecka, do wypisania papierka na druku z Półkola ("Jeśli Pan uważa że to dziecku pomoże"). Diagnoza na kwicie - CZR. Na Półkolu zostałem osadzony w sekretariacie, że musi być autyzm, inaczej mi nawet wniosku o KS nie przyjmie. No to uprzejmie trzasnąłem drzwiami i ze stwierdzeniem, że wy tu wszyscy macie autyzm pożegnałem się z Półkolem. Cdn