Dodaj do ulubionych

Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

14.04.11, 02:11
https://i48.tinypic.com/1zw0uva.jpg

Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli


Tajemnica pewnej południowej wyspy i jej właściciela mędrca Juliana Sartoriusa przyciąga w tajemniczy sposób odwiedzających z odległych miejsc. Wszyscy przybywają pełni lęków i obciążeni problemami, odnajdują tutaj prawdę o sobie i powracają do domu z nowymi siłami, by żyć pełnią szczęścia...

Maleńka wyspa na środku Morza Południowego: Julian między swoimi książkami i eksperymentami ani przez chwilę nie tęsknił do swego dawnego niespokojnego życia, zapracowanego naukowca. Tutaj razem z córką Sandrą rozkoszował się spokojem i rajskim pięknem, otoczony pełnymi respektu tubylcami. Nazywali go „Sartori“ - mędrzec, roztaczający niezwykle pozytywną aurę oddziałującą także na innych.
Taka właśnie informacja, o jego szczególnym darze docierała do ludzi którzy nie potrafili sobie radzić z własnym życiem w oddalonych o tysiące kilometrów miejscach. Matka, zmuszona przed dwunastu laty pozostawić swoje dziecko w Meksyku, bo tak przewidywało prawo rozwodowe tego kraju. Tancerka, nie potrafiąca rozstać się ze sceną u szczytu kariery. Pewien ogrodnik który zakochał się w młodej kobiecie a jednak pełen niepokoju spoglądał w przyszłość.
Tych i wielu innych sprowadziły na wyspę rozpaczliwe: potrzeba, wiara, życzenie znalezienia na wyspie pomocy. Tam odnajdą magiczny świat życiowego mędrca, który potrafi ich zrozumieć i... poznają największą tajemnicę wyspy: zaklęty ogród ukryty wśród lian z wodospadem, którego egzotyczna gra świateł wywołuje sny na jawie... -właśnie tam nagle ujawnia się przed oczami przybyszów źródło problemów. Pełni nowych sił i odzyskanej wiary w siebie i z nadzieją powracają w codzienność...cdn...

(tłum.wlasne z oryginału w jęz.niemieckim )
Obserwuj wątek
    • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 14.04.11, 02:16

      (1)
      Mario siedział w łodzi. Trzymał ster już nieco zesztywniałymi palcami. Słońce paliło kark i plecy, wywoływało na powierzchni wody wrażenie, przecinanego dziobem lodzi, płonącego dywanu...Fale prześlizgiwały się po obu stronach burty i gubiły wśród pieniących wód gdzieś za rufą.
      Jak długo był w drodze? Godzinę? Południowopołudniowyzachód, tak powiedział mu ciemnoskóry olbrzym, który wraz z łodzią dał mu także kompas i przykazał trzymać kurs na południowopołudniowyzachód.
      - W ten sposób będzie się pan kierował bezpośrednio na wyspę.
      Mario schował kompas do kieszeni i drugą ręką uchwycił drążek steru. Palce go bolały. Łódź była starą rybacką barką z zaskakująco silnym motorem.
      - Niech Pan przyprowadzi ją jutro z powrotem, powiedział ciemny olbrzym
      - i proszę pozdrowić Sartori.
      Sartori – to słowo dziwnie wzruszyło Maria. Wiedział, że dla tubylców oznacza ono mędrca, oświeconego w duchu. To znaczy, że prawdą było to co słyszał już od wielu lat z różnych stron: Julian Sartorius, jego przyjaciel z lat przedszkolnych stał się Sartori – Mędrcem.
      Odgarnął włosy z czoła, przysłonił ramieniem oczy: czyżby na horyzoncie ukazała się wąska ciemna linia? Czas który spędził w łodzi zgadzał się: jeśli to nie fatamorgana, to oznaczałoby że przed nim właśnie leżała tajemnicza wyspa, na której jego przyjaciel Julian mieszkał od wielu lat, Sunrise Island – wyspa wschodzącego słońca.
      - Na każdego przyjdzie taki dzień, powiedział mimochodem, odwrócony tyłem do Mario, ciemnoskóry olbrzym, zwalniając jednocześnie łańcuch, którym przycumowana była łódź. Czyżby potraktował go jak jednego z tych którzy przybywali do Juliana w poszukiwaniu rady? On chciał tylko spotkać przyjaciela, porozmawiać z nim, dowiedzieć się dlaczego opuścił ojczyznę.
      A jednak słowa tego mężczyzny dziwnie go poruszyły.
      - Na każdego przyjdzie taki dzień. Czy w jego życiu było wszystko tak jakby sobie tego życzył? Kto może to o sobie powiedzieć? Być może i on kiedyś, inaczej niż dzisiaj, pójdzie drogą w poszukiwaniu celu, który w tej chwili jeszcze jest dla niego odległy i nieosiągalny...
      Linia na horyzoncie stała się wysokim granitowym pasmem, które górowało nad połyskującą taflą wody: skały, rafy, dziwne krajobrazy tworzone przez słońce stojące niemal w zenicie, igrające światłem i cieniem. Mario zmniejszył obroty silnika, zwolnił nieco drążek steru i oparł się o burtę.
      Połowa planety, dzieliła go od miasta w Europie z którego wyruszył. Dziesiątki lat minęły od dnia kiedy widział Juliana ostatni raz.
      Teraz zburzony został mur. Przez rozpadlinę czasu i przestrzeni znowu przerzucono most. Przed nim, jak w woalu rozpryskującej się wody w białym przedpołudniowym świetle leżała wyspa.
      - A więc tutaj cię odnajduję, powiedział Mario,
      - ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć. Po tym jak szukałem cię poprzez pół świata. Gdybym nie wiedział, że czegoś podobnego w dżungli nie ma, uznał bym cię za ułudę.
      - Żyję, powiedział Julian.
      - Oddycham, jem i piję. Tylko kilka starych ubrań ze mnie spadło i kilka nowych założyłem.
      Słońce pochyliło się nad wyspą. Nad gąszczem lian, które okalały brzeg tarasu, przeleciało stado miniaturowych ptaszków, brzęcząc skrzydełkami zawisły na jedną chwilę w powietrzu, aby znów wzbić się do lotu ponad wierzchołkami palm i odpłynąć w kierunku pobliskiego pasma pagórków. Łódź Mario kołysana spokojnymi falami laguny ocierała się sennie o drewniany pomost.
      - Julian, powiedział Mario, biorąc do ręki szklankę z jasnoczerwonym napojem,
      - ten chłopak, który wraz ze mną łapał w stawie żaby, żeby potem wrzucać je do kieszeni nauczyciela od fizyki. Trudno uwierzyć, kiedy się siedzi naprzeciw legendy.
      - Legendy? Julian pochylił się do przodu w swoim wiklinowym fotelu, przyjrzał się twarzy Maria nieco niedowierzająco.
      - Czy to żart? O czym ty mówisz?
      - O tobie, odrzekł Mario, spojrzał pod światło w zawartość szklanki, po czym ostrożnie pociągnął pierwszy łyk.
      - Twoja sława dotarła aż do Niemiec. Twierdzisz, żeby nic o tym nie wiesz?
      - Skąd mam wiedzieć? odpowiedział Julian.
      - Wszystkie mosty za sobą spaliłem. Tak długo odmawiałem na wszelkie propozycje odczytów i wykładów, aż w końcu przestano mnie zapraszać. Moje prace, piszę tutaj. Wszystko, czego mi do tego potrzeba, mam tutaj. Mój wydawca mieszka w Los Angeles i odwiedza mnie raz do roku. A tak na marginesie: słyszałeś już o Amaryllis taaora?
      - O kim?
      - O plamistej lilii, która wysysa ukąszenia żmij. Trzeba tylko do otwartej rany przyłożyć jej kielich. Wysysa truciznę z rany i jednocześnie dezynfekuje sokiem z pyłku kwiatowego. Tubylcy wiedzą o tym od setek lat, właściwie to wszystko wiedzą lepiej niż my. Właśnie piszę o tym pracę.
      - O plamistej lilii?
      - Tak, Instytut Uniwersytetu z Arlington w Texasie interesuje się tym. Wyhodowałem te lilie w roztworze soli i próbuję się zorientować czy można będzie to powtórzyć w USA. Czy wiesz, że w Texasie około dwóch tysięcy osób rocznie ulega ukąszeniom grzechotników?
      - Nie wiedziałem - odpowiedział Mario i wziął drugi głębszy łyk ze szklanki,
      - przepraszam, jestem nieco zdezorientowany. Spotykam ciebie piętnaście lat po tym jak w pośpiechu opuściłeś Europę, jakbyś przed czymś uciekał, a ty tutaj na tym skrawku dziewiczego lasu na Pacyfiku, opowiadasz mi o grzechotnikach i plamistych liliach.
      - Te rzeczy są teraz treścią mojego życia, wyjaśnił Julian. Znowu oparł się swobodnie i otoczył dłonią cybuch fajki. Jego oczy uśmiechały się.
      - Przykro mi jeśli subiektywnie wybieram tematy do rozmowy. Spokój sprawia, że stajemy się egocentryczni. Powiedz, co chcesz wiedzieć.
      - Ty, egocentryczny!? Mario wyciągnął chusteczkę z kieszeni marynarki i przetarł nią szyję.
      - Najpierw mi powiedz, jak to robisz, że w tak upalny dzień nosisz na sobie wzorem południowych stanów Ameryki, elegancki garnitur i nie rozpływasz się? Po drugie chciałbym wiedzieć co było w tym napoju, który właśnie wypiłem?...cdn...
      • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 14.04.11, 02:19

        (2)

        - Dwa bardzo łatwe pytania.
        Mario wstał i zdjął z siebie skórzaną marynarkę.
        - Ten napój przygotowuje Sandra z wina palmowego i esencji z owoców kwiatów Allamanda. Na krzewie są one żółte a podczas destylacji stają się ogniście czerwone i tracą dziewięćdziesiąt procent trucizny, którą zawierają pierwotnie. Julian zaśmiał się cicho widząc jak Mario, sięgając po szklankę cofnął gwałtownie rękę, słysząc te słowa. Pozostałe dziesięć procent nie wywołuje nic innego poza przyjemnym odprężeniem, które nie ma żadnych działań ubocznych.
        - Nie potrzebujesz się obawiać. Sandra jest nie tylko moją córką, ale także moją uczennicą, dobrze poznała swoje rzemiosło. A jeśli chodzi o mój garnitur, to materiał jest utkany z wybielonych włókien palmowych, takich jakie produkują tubylcy na sąsiedniej wyspie. Materiał jest wyjątkowo lekki i nie przepuszcza wysokich temperatur. Noszę te garnitury, ponieważ Sandra je lubi, a i tak niczego innego bym tu nie znalazł.
        - Cudownie, to brzmi wspaniale. Mario, przerzucił przez poręcz wiklinowego fotela swoją skórzaną kurtkę.
        - Przepraszam, wybaczysz mi że zostanę tylko w koszuli? Odnoszę wrażenie, że dotknąłem właśnie brzegu tajemnicy i nie chcę tego śladu utracić. Mógłbym dostać jeszcze łyk twojego trującego nektaru?
        - Ile tylko zechcesz.
        Julian nalał z karafki pełną szklankę.
        - Zastanawiam się tylko cóż jest w tym tajemniczego, że ktoś siedzi na wyspie i nosi stare garnitury?
        - W pomniejszaniu byłeś zawsze wielki. Mówią o tobie na sąsiednich wyspach i jeszcze dalej aż na stałym lądzie. Nazywają ciebie „Ten Sartori”.
        - Zapewne jest im moje nazwisko zbyt długie. Oni „Sartorius” skrócili o jedną sylabę. To już zdarzało się w szkole.
        - To nie jest prawdziwy powód. „Sartori” w języku tubylców oznacza „mędrca”, „oświeconego”. Tylko nie mów, że o tym nie wiedziałeś.
        - Naturalnie, że wiedziałem, ale nie jestem ani jednym ani drugim. Wydarzenia, których dotyczy to miano, nie mają nic wspólnego z moją osobą. Wiem, że one istnieją, ale proszę uwierz mi, że ja nie mam o nich najmniejszego pojęcia.
        - Myślisz o białej magii, którą tutaj się zajmujesz?
        - Stop! ani kroku dalej, Julian stanowczym gestem przerwał Mario.
        - Nie mogę się zgodzić, na takie określenie... ono przeinacza rzeczywistość. Domyślam się co słyszałeś. To prawda, że na wyspie dzieją się rzeczy, które trudno jest wyjaśnić, ale one nie mają nic wspólnego z magią. Uważam, że to współgranie sił natury, które, jeśli się włoży w to trochę wysiłku, na pewno można wyjaśnić naukowo. Przedtem opowiadałem ci o plamistej lilii. Właśnie w różnych tropikalnych roślinach są siły, których my nie znamy albo jeszcze nie znamy. Są orchidee których zapach wywołuje w pewnych komórkach mózgowych określone wyobrażenia, albo trawy, które w stanie więdnięcia uwalniają esencje wywołujące działanie zbliżone do narkotyków. Wiemy o krzewach, pod którymi zaśniecie, może doprowadzić do ciężkiego omdlenia a nawet śmierci. Nie potrzebujesz przyjeżdżać tutaj na środek Pacyfiku. W naszej ojczyźnie w Niemczech podobne działanie ma kwitnący krzew bzu. Zastanowił się krótko a potem już spokojnie, mówił dalej,
        - Każdy z nas już się z nimi zetknął, w tej czy innej formie. Współżyjemy z nimi, korzystamy z nich, poddajemy się im a jednocześnie ich nie zauważamy.
        Julian wstał, przeszedł kilka kroków po tarasie. Nieopodal w domu otwarło się okno. Dobiegał stamtąd dziewczęcy głos, niewyraźny, pojedyncze słowa podzielone na sylaby, mówione delikatnym cierpliwym tonem, tak jak się mówi do dziecka lub do zwierzęcia.
        - O jakim rodzaju narkotyków myślisz? zapytał Mario.
        - To zabrzmiało tak, jakbyś uważał za niemożliwe uchronić się przed nimi.
        - Niemożliwością jest uchronić się przed wszystkimi. Ten czy inny po prostu znajdujemy na naszej drodze.
        Julian spojrzał w stronę otwartego okna i ponownie odwrócił się do Mario.
        - Praca może stać się niemal narkotykiem, powiedział.
        - Ambicja, potrzeba zrobienia kariery. Pragnienie zemsty. Religia. Polityczny lub etyczny fanatyzm. Także miłość, namiętność, uzależnienie, niewolnicza uległość. Każdy tworzy sobie własne piekło na ziemi.
        - Teraz rozumiem, powiedział Mario
        - Co?
        - Dlaczego nazywają ciebie mędrcem, Mędrcem z Wyspy.
        - Co ty mówisz, bronił się Julian.
        - To są rzeczy, o których każdy z nas wie.
        - Kiedy ty je wypowiadasz, można pomyśleć, że słyszy się je po raz pierwszy, ale o ile sobie przypominam, już zawsze tak było...cdn...
        • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 14.04.11, 02:20
          (3)

          Mario dopiero teraz dokładniej przyjrzał się Sartori: gęste siwe włosy i wypielęgnowana broda okalały spaloną słońcem, młodzieńczą twarz i tworzyły ożywczy kontrast do łagodnych stalowych oczu. Dłonie, silne i delikatne jednocześnie, wyglądały jakby mogły w równym stopniu trzymać kilof jak i skalpel. Ten wysoki mężczyzna wyglądał na silnego i zwinnego a jednak miał w sobie coś ponadczasowego.
          - Zabroniłeś mi mówić, powiedział nie spuszczając z Juliana wzroku,
          - ale kilku z nas już wcześniej nazywało ciebie Magiem. Przypominasz sobie? To było związane z pewnym konkretnym wydarzeniem. Cała szkoła wtedy o tobie mówiła, a ja byłem dumny, że byłem twoim przyjacielem. No... coś takiego, pamięć mnie zawodzi: od kiedy usłyszałem o tobie, w Niemczech usiłuję sobie tę historię przypomnieć.
          Sięgnął do kieszeni i przypomniał sobie, że przed chwilą zdjął marynarkę.
          - Czy to nie było tak, że kogoś zahipnotyzowałeś? wstał i wyjął z kieszeni paczkę papierosów.
          - Nie hipnotyzowałem, sprostował Julian.
          - Ale narzuciłeś komuś swoją wolę. W każdym razie taki był efekt końcowy.
          Nie usłyszeli zbliżających się od strony domu kroków...
          - To było po rozdaniu świadectw. Pamiętam to... Komuś wtedy odbiło. Ty...ty zrzuciłeś marynarkę... Znowu widzę to przed sobą, spadając przewróciła kałamarz. Nauczyciel zawołał wtedy: „Nie Julian, nie masz szans”.
          Mario był skoncentrowany, mówił szybciej niż poprzednio.
          - Nie posłuchałeś go. Wspiąłeś się na okno. To było czwarte piętro. Odwrócił się do Juliana, przypomniałem sobie...
          - Jakaś dziewczyna weszła na gzyms i chciała skoczyć. Ty wspiąłeś się za nią, ale nie miałeś możliwości jej przytrzymać tylko z nią rozmawiałeś.
          - Tak jakoś to się rozegrało.
          - Stałeś na zewnątrz obok niej a my wstrzymaliśmy oddech. Ktoś chciał wzywać straż pożarną, ale wtedy nauczyciel nagle powiedział: „wierzę, że Julian sobie poradzi” i wtedy...
          - I wtedy...? zapytał dźwięczny cichy głos za nimi? Mario i Julian obejrzeli się.
          - Sandra, przychodzisz tak cicho jak jaszczurka.
          - Dostatecznie cicho, żeby usłyszeć o rzeczach o których nigdy mi nie mówiłeś Ojcze. Sandra uśmiechnęła się, podeszła bliżej, ostrożnie postawiła na stole tacę, którą przyniosła. To zawdzięczam tobie wujku Mario, już dawno powinieneś był tutaj przyjechać.
          - Teraz, kiedy tutaj już jestem, też tak sądzę, odpowiedział.
          Julian uśmiechnął się i przysunął mu fotel.
          - Siadaj, nie pozwól aby kulinarne dzieło Sandry, wystygło.
          - Musisz tę historię opowiedzieć do końca, wujku Mario, powiedziała Sandra,
          - tym razem nie zrezygnuję. Ojciec twierdzi, że zapomniał wszystko co wydarzyło się przed naszym przyjazdem na wyspę. Wiem, że są rzeczy, o których on już nie chce pamiętać, ale ja go podziwiam i kocham, dlatego pragnę poznać tyle ile tylko możliwe z jego przeszłości.
          Mario przyjrzał się uważnie stojącej przed nim dziewczynie.. Miała figurę ojca, wysoka i wyprostowana, regularne, nieco nordyckie rysy twarzy, zapewne po matce. Odgarnęła długie blond włosy i poprawiając biały sarong usiadła w fotelu pomiędzy mężczyznami.
          - Proszę się częstować, powiedziała do Mario, który sceptycznie przyglądał się feerii kolorów na półmisku.
          - Bez obaw. To nie są ani smażone skorpiony ani nie jest to stek z grzechotnika. Ojciec nazywa to moją kompozycją à la Sunrise Island. Niech to będzie niespodzianka, jeśli będzie smakować, to w ramach rewanżu będę mogła pytać o wszystko, co chciałabym wiedzieć. Zgoda? spytała Sandra
          - Zgoda, odpowiedział Mario...cdn...
          • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 14.04.11, 02:27
            (4)

            - Pani Ojciec i ja, zaczął Mario,
            - byliśmy jak bracia.
            Zapadał zmierzch. Sandra uprzątnęła stół. W brzuchatym szklanym naczyniu
            migotała świeca, a na ścianie domu w specjalnie do tego przeznaczonych żelaznych
            uchwytach paliły się dwie pochodnie.
            - Zaczęło się od tego, że Julian testy z biologii i fizyki zdał za nas obu, przy
            czym wypracował system gniecionych ściąg i wykorzystał efekt łuku, który
            sprawiał, że ściągi były katapultowane od ławki do ławki po podłodze. Mario
            zwrócił się do Juliana.
            - To była nie byle jaka sprawa. Nie przypominam sobie żeby choć jedna ściąga nie
            trafiła do celu.
            - efekt łuku? zdziwiła się Sandra
            - Nie opowiadaj tak tajemniczo, odezwał się Julian.
            - To była zwykła gumka do weków, podebrałem ją mamie.
            - Rozumiem, Sandra musiała powstrzymać się od śmiechu.
            - Potem przyszedł czas na nasze wspólne spacery, ciągnął dalej Mario.
            - Dni i noce w Grunewald, nad jeziorem Wann czy też wędrówki wzdłuż nabrzeża
            Sprewy i po górach Harzu. Okres w którym próbowaliśmy szukać śladów Goethego i
            czas kiedy rozbieraliśmy Nietzschego na czynniki pierwsze. Wiem, że chyba każdy
            w swoim życiu to kiedyś robi, ale z Julianem to było coś szczególnego.
            - Z tobą także było to wyjątkowe, odezwał się Julian,
            - byleś uparty jak osioł, jeśli nie udawało nam się znaleźć odpowiedniego
            sformułowania.
            - Byłem tylko uważnym słuchaczem, odparł Mario.
            - Byłeś dużo więcej niż tylko słuchaczem, pierwsze prace wymusiłeś na mnie.
            Julian zwrócił się do Sandry:
            - nie wolno mi było ani jeść, ani pić, nawet zawiązać sznurówki, gdyby się
            rozwiązała, on boksował mnie coraz to innymi argumentami. Kiedyś o mały włos
            spadłbym z drewnianego mostu.
            - Przytrzymałem cię, przypomniał Mario.
            - Za rękaw. A w końcu moja kurtka była w dwóch kawałkach.
            Sandra spoglądała to na jednego to na drugiego, jej oczy błyszczały.
            - Prawdziwa męska przyjaźń, powiedziała.
            - Mów dalej wujku Mario.
            - Julian wszystko zapisywał tego samego dnia. Potem stało się to częścią jego
            pracy dyplomowej, pracy o której jeszcze cale lata wspominało się na uczelni.
            - Mario siedział obok mnie tak długo póki nie zostało wszystko zapisane. Miał
            pamięć słonia i talent pedagogiczny pogromcy dzikich bestii, zaśmiał się cicho
            Julian.
            - Obydwie te cechy nadal posiadam, odezwał się Mario.
            - Pozwól mi tutaj pozostać tydzień, a udowodnię ci to.
            - Boże Broń! zawołał Julian.
            - Wierzę ci na słowo. W przeciwnym wypadku raczej nie mógłbyś wykonywać swojego
            zawodu.
            - Jakiego zawodu? spytała Sandra.
            - Myślałam, że wujek Mario jest pianistą?
            - Był. Dopóki nie stwierdził, że jego zdolności terapeutyczne są większe niż pianistyczne.
            Sandra poprawiła się nieco w fotelu.
            - Czy wujek Mario ma do czynienia z artystami?
            - Oooo...on ma ich całą masę. Piosenkarze, aktorzy, tancerze, dyrygenci, jest
            ich nianią, doradza w problemach małżeńskich, jest ich doradcą finansowym i
            wspomaga prawnie, wg potrzeby psychoanalityk i spowiednik w jednym, odpowiedział
            Julian
            - Już w dwudziestym wieku powstało słowo, które określa to co robię „manager”,
            powiedział Mario.
            - Degradacja... jak zwykle. W czasach Caruso, byłbym impresario, teraz jestem
            agentem.
            - Fantastyczne, rzekła Sandra. Uniosła nieco kolana, spojrzała na Mario a
            następnie na ojca.
            - Wyobrażam sobie to jako cudowne zajęcie, współpracować z tymi wyjątkowymi ludźmi.
            - To zawód jak każdy inny, odrzekł Mario.
            - Nie wtedy, kiedy ty go wykonujesz, zauważył Julian.
            - Może nie.
            - A jak go wykonujesz, wujku Mario?
            - Napędzany silnikiem własnej duszy, odpowiedział za niego Julian.
            - Jego męscy podopieczni tęsknią za jego przyjaźnią, a kobiety kochają się w nim.
            - Nie wszystkie, powiedział Mario...cdn...
            • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 14.04.11, 02:33

              (5)

              Julian zamilkł, spojrzał na Mario. Pod szpakowatą czupryną w jego pełnej wrażliwości twarzy odbijał się łagodny blask świecy. Zapadło krótkie milczenie, tylko cichy odgłos łopoczących skrzydeł jakiegoś przelatującego ptaka zakłócił ciszę mroku. Na południowej stronie nad ujściem delty pojawił się blady sierp księżyca, którego odbicie tworzyło na wodzie wąską srebrną smugę.
              - Powinienem to zmienić, powiedział Mario.
              - Silnik napędzany własną duszą jest niezbyt stabilnym instrumentem. Pewnego dnia może mu zabraknąć tego napędu. Obawiam się jednak, że dla mnie już za późno.
              - To, na pewno. Julian wyjął z kieszonki marynarki fajkę i sięgnął po zapałki leżące na stole.
              - Tak już było, kiedy mnie wybrałeś na swoją pierwszą ofiarę. Nie można nikogo zachęcać do najwyższych osiągnięć, jeżeli nie zainwestuje się w to własnych sił.
              - Widzę was przed sobą, powiedziała Sandra,
              - to tak, jakbym i ja tam była. Widzę was chodzących po lesie, rozmawiających, kiedy rozbieracie świat na czynniki pierwsze, a potem na powrót go składacie. Oparła się w fotelu, utkwiła wzrok w płomieniu świecy drżącym pod brzuchatym kloszem.
              - Czy istnieje coś podobnego wśród dziewcząt? zamyśliła się.
              - Dlaczego nie? spytał Mario.
              Julian przyłożył do brzegu fajki zapaloną zapałkę.
              - Być może, miałam koleżanki. We wszystkich szkołach do których chodziłam były dziewczyny z którymi dobrze się rozumiałam. Być może powstałaby z tego jakaś przyjaźń, ale zawsze wiedziałam, że to nie potrwa długo i wkrótce znowu opuszczę dane miejsce.
              - Tak często zmieniała pani szkoły?
              - Tak, to był mój wybór, Sandra nie spuszczała oczu z płomienia świecy.
              - Chciałam jak najwięcej poznać świat i ludzi. Ojciec sporo opowiadał mi o ojczyźnie, a więc studiowałam rok we Frankfurcie, potem w Yale, Vesleyan i Columbia w Nowym Jorku, chciał żebym została jego asystentką.
              - Wydajecie wspólnie książki? spytał Mario,
              - widziałem jedną w bibliotece. „Roślinność dżungli” czy coś podobnego?
              - „Dzika roślinność”, podpowiedział Julian
              - Tak, to Antologia Juliana i Sandry Sartorius. Byłem pod wrażeniem. Pisaliście więcej wspólnych prac?
              - To była pierwsza, ale już wkrótce ukaże się kolejna. Ojciec pracuje nad studium na temat lilii plamistej, a ja pomagam mu w tym, przeprowadzając eksperymenty.
              - To wspaniale dla was obojga. Dla ojca nie może być nic piękniejszego aniżeli córka która kroczy po jego śladach...
              Julian odwrócił głowę. Od strony domu nagle dał się słyszeć cichy chrapliwy głos. Był to ten sam głos, który wcześniej słyszeli w połączeniu z głosem Sandry.
              - Sokrates, powiedziała Sandra. Prawie o nim zapomniałam. Obiecałam mu resztki mięsa z kolacji.
              - Rozpieszczasz go, powiedział Julian, pozwól mu jeszcze poczekać. Jeśli teraz go nakarmisz, zacznie już o piątej rano w domu polowanie na myszy.
              - Kim jest Sokrates? spytał Mario.
              - Przedstawię was sobie nieco później, powiedziała Sandra,
              - kiedy pan przybył, był gdzieś w drodze. To włóczęga, ale na podjęcie kroków wychowawczych jest już za późno. Widzi pan? wskazała dłonią w ciemność.
              - On stoi tam, przy ścianie domu i próbuje ze mną negocjować. Ojciec ma rację: pozwolę mu jeszcze trochę poczekać.
              Mario spojrzał w kierunku wskazanym przez Sandrę. W świetle pochodni widać było cień z ogromnymi czarnymi skrzydłami.
              - Ptak? Drapieżny ptak?, zapytał
              - Ptak z brodzących, odpowiedział Julian.
              - Jeden z tych biegaczy brzegowych, które żyją na piaskach wydm. Pewnego dnia siedział na tarasie wygłodzony ze złamanym skrzydłem. Sandra pielęgnowała go i od tej pory chodzi za nią jak cień.
              - Wasza wyspa, zauważył Mario, to kawałek raju.
              - To prawda, przyznał Julian.
              Jak ją znalazłeś?...cdn...
              • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 14.04.11, 02:40
                (6)

                - To długa historia, odrzekł Julian
                - Zaczęła się, kiedy instytut badawczy Stanton University w Nowym Jorku wysłał mnie na Wyspy Marshalla trzydzieści lat po tym jak została tam zrzucona bomba atomowa, w celu zbadania radioaktywnego napromieniowania roślin i minerałów. Stamtąd pojechałem na Wyspy Gilberta i dalej nieco okrężną drogą tutaj, na Sunrise Island. Wyspa należała wtedy do pewnego miliardera z Cincinnati, który wybudował ten dom, po to tylko, żeby raz w roku, wraz ze swoimi przyjaciółmi, urządzać tutaj maskarady. Kostiumy znajdują się jeszcze na strychu. Sandra kiedyś spędzała tam całe dnie. Ten facet organizował przylot swoich gości na sąsiednią wyspę a stamtąd odbierał ich osobiście, wykonaną przez siebie, drewnianą galerą.
                - Szaleniec, powiedział Mario,
                - brzmi wariacko.
                - Być może tak było. Być może to było treścią jego życia. Próbowaliśmy te kostiumy przekazać do jakichś zbiorów w Stanach, ale nikt ich nie chciał. Koszty transportu są zbyt wysokie.
                - Co stało się z tym miliarderem?
                - Został pochowany na pagórku, odparł Julian.
                - W najwyższym punkcie wyspy, z którego widok roztacza się na całą okolicę. Jego malajski służący, pogrzebał go tam. To było jego ulubione miejsce za życia. Właśnie ten służący otrzymał wyspę w spadku, a ja ją od niego odkupiłem.
                - Pewnego dnia, powiedział Mario, chciałem wszystko rzucić, tak jak ty to zrobiłeś. Byłem zdecydowany. Myślę, że każdy o tym marzy. Jest taki dom w Toskanii, porośnięty pnącą różą, tam chciałem się ukryć, niestety do dziś mi się to nie udało.
                - I nigdy ci się nie uda, odparł Julian,
                - Zapomnij o tym. Ty nie zostawisz ani swojej pracy ani swoich podopiecznych. Czego chcesz szukać w porośniętym pnącą różą domu w Toskanii? Twoje miejsce jest w samolocie gdzieś pomiędzy Nowym Jorkiem, Moskwą, Paryżem i Rzymem.
                - Zapewne masz rację, odpowiedział Mario.
                Sierp księżyca nad rzeką popłynął wyżej. Gdzieś od morza ciągnął nocny wiatr i fale leniwym pluskiem odbijały się od brzegu.
                - Późno już, zauważył Julian.
                - Jutro pozwolę ci się zagubić w labiryntach naszego ogrodu i poznać nasz cudowny wodospad. Mój poprzednik założył ten ogród i jeśli istnieje tutaj jakaś tajemnica to właśnie tam.
                Wstał, opróżnił fajkę do marmurowej popielniczki i schował do kieszonki marynarki. Sandra położyła mu dłoń na ramieniu.
                - Chciałam jeszcze usłyszeć do końca tę historię, jak wspiąłeś się na gzyms okienny, żeby rozmawiać z tą dziewczyną.
                - Już ją słyszałaś, powiedział Julian,
                - niczego więcej nie było. Wdrapałem się do niej.
                - I?
                - Ona wróciła, powiedział Mario.
                - Była jak odmieniona. To wszystko trwało ok. piętnastu minut. Pozwoliła Julianowi sprowadzić się po tym wąskim gzymsie z powrotem do okna, a my wciągnęliśmy ją do klasy.
                - Co jej powiedziałeś, ojcze?
                - Nie pamiętam już. Być może, że życie jest zbyt ważne, żeby z niego rezygnować z powodu kilku złych ocen.
                - Nikt nie myślał, że to możliwe, przypomniał Mario.
                - Dla nas to było jak cud...
                Sandra wstała.
                - Wujku Mario, dostaniesz pokój gościnny z widokiem na morze. O północy na brzegu syreny śpiewają pieśń o nieprzemijaniu a rano słońce jako pierwsze będzie właśnie do ciebie zaglądać.
                - Zastanawiam się jak odwiedzającym was, udaje się opuścić to miejsce, powiedział Mario, zarzucił marynarkę na ramiona i szedł za Sandrą, która świecą oświetlała drogę przez taras.
                Czarny wielki ptak wyszedł do nich z cienia, zastąpił im drogę, okrążył ich skrzecząc i lekko poruszając skrzydłami.
                - Przestań robić przedstawienie, Sokrates, powiedziała Sandra, jednocześnie głaskając ptaka po jego długiej pociągłej szyi
                - to jest wujek Mario z Niemiec. Możecie jutro rano razem pójść na spacer. Dam wam parę siatek, przyniesiecie ryby na kolację.
                - Zgadzam się, powiedział Mario zatrzymując się przy drzwiach. Sokrates prezentował wciąż jeszcze swój taniec "radości" delikatnie skrzecząc i strosząc pióra.
                - Jak radzą sobie wasi goście, kiedy zmuszeni są waszą wyspę ponownie opuścić? Mario powtórzył swoje pytanie spoglądając jednocześnie w kierunku ujścia laguny, gdzie pojedyncze grzywy fal połyskiwały w księżycowej poświacie. Julian zaśmiał się i otwarł ciężką okutą żelazem bramę. W jego oczach odbijało się światło pochodni, kiedy odwrócił się do Mario i uśmiechając się rzekł:
                - Nie jesteś pierwszy, który o to pyta...cdn...
    • m.maska UTRACONA CÓRKA (1) 14.04.11, 16:30
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (7)

      Katrin otworzyła drżącymi palcami skrzynkę pocztową. Już poprzez kratkę w skrzynce widziała kolorowy, egzotyczny znaczek pocztowy. Czyżby to był ten list na który czekała już wiele tygodni? Nie tygodni, miesięcy a właściwie wiele lat.
      Przez wąskie metalowe drzwiczki wsunęła rękę do skrzynki. Kiedy pomyślała, że być może Petra trzymała tę kopertę w rękach, poczuła się, jakby na moment akcja jej serca zatrzymała się. Nie miała odwagi dotknąć koperty. Jak wiele już razy, znowu próbowała sobie wyobrazić, jak może wyglądać jej córka: w międzyczasie Petra była już pełnoletnia. Miała sześć lat, kiedy Katrin po rozwodzie zmuszona została by ją pozostawić w Meksyku. Ładna, delikatna, wrażliwa mała dziewczynka, bardzo przywiązana do matki. Sędzia przyznał ją ojcu, uznanemu i lubianemu przedsiębiorcy: Alvaro Lopez, który przybył do sali sądowej z całą swoją liczną rodziną. Otoczyli oni to małe bezbronne dziecko i wyprowadzili do czekającego przed budynkiem sądu, samochodu. Katrin nie mogła się nawet pożegnać z swoim dzieckiem. Rozwód został orzeczony z jej winy a to w Meksyku, było dla niej równoznaczne z karą śmierci. Jeszcze dzisiaj śniła po nocach krzyk dziecka, widziała jej wyciągnięte rączki i przerażenie na maleńkiej twarzyczce, kiedy wyrwano ją z objęć Katrin i przy owacji wszystkich obecnych wyprowadzono z sali sądowej.
      Otrząsnęła się ze wspomnień... i wyciągnęła rękę po kopertę. Wyjęła ją ze skrzynki i zamknęła małe drzwiczki. To nie był list, raczej mała paczka. Płaska i ciężka. Przyglądała się kopercie, Petra użyła firmowej koperty: Lopez, World Trade Company, Cuernavaca, Mexiko, nie pozostawiało to wątpliwości. Zacisnęła palce na ciepłym, nieco szorstkim papierze i w pośpiechu zaczęła wchodzić po schodach. A więc opłacało się...po tylu latach. Pisała i pisała, pełna uczuć, zrozpaczona, stęskniona. Nigdy nie dostała odpowiedzi. Aż do dzisiaj, w końcu....
      Jej drugi mąż Erik, dla którego rozwiodła się z Alvaro, mówił: "czas ci pomoże", i "weźmiemy Petrę do nas, pewnego dnia, niemieckie sądy inaczej wyrokują, są międzynarodowe porozumienia". Próbowała dojść do równowagi z pomocą Erika, mężczyzną, który ją rozumiał i Christine, drugą małą dziewczynką, która urodziła się wkrótce po ich powrocie do Europy. Christine była miłym, przyjaznym dzieckiem, blondynka jak Erik w przeciwieństwie do ciemnowłosej Petry. Przez jakiś czas było wszystko dobrze i wydawało jej się, że najgorsze już za nią, ale wtedy nagle Erik zmarł i Katrin została sama z maleńkim dzieckiem. Od tamtej pory myśli o Petrze opanowały ją całkowicie. Teraz kiedy nic jej nie pozostało, wydawało jej się, że ta ofiara była ogromna i niepotrzebna. Nic? Przecież miała Christine. Ale ilekroć sobie to powtarzała, powtarzała również, że Christine była przyczyną rozwodu, a w końcu także rozstania z Petrą. Gdyby wtedy nie stanęła przed sędzią w szóstym miesiącu ciąży z mężczyzną, który nie był jej mężem, nie byłaby jej zdrada tak widoczna dla każdego i zapewne wyrok byłby inny. Zniszczyła honor rodziny Lopezów, tym samym stała się niegodna i niezdolna do wychowywania dziecka. Podobno czas goi wszystkie rany: jej rana była z każdym dniem bardziej bolesna. Przed laty próbowała skontaktować się z Petrą, pisała na dawny adres, w końcu przez starych przyjaciół zdobyła nowy. Myślała nawet o tym, żeby polecieć do Meksyku i pewnego dnia stanąć przed drzwiami, ale to były tylko marzenia, na wprowadzenie ich w czyn brakowało jej odwagi.

      W przedpokoju paliło się światło. Christine była w domu. Katrin po cichu zamknęła drzwi wejściowe, nie chciała aby jej ktoś właśnie teraz przeszkadzał. Już w pokoju rzuciła płaszcz i torebkę na łóżko i stojąc jeszcze, zaczęła niecierpliwie otwierać kopertę, a kiedy ta nie dala się otworzyć, rozerwała ją. Spojrzała zaskoczona na zawartość, która rozsypała się przed nią.
      Listy..piętnaście, dwadzieścia albo więcej. Nieotwarte listy, adresowane jej ręką. Do: Senorita Petra Lopez, Calle Caterina, Cuernavaca. W końcu to do niej dotarło, tak nagle, że kolana się pod nią ugięły i musiała przysiąść na brzegu łóżka. Zrobiło jej się niedobrze, w skroniach pulsowało.
      Jej własne listy, listy które pisała przez wiele lat do córki. Nieotwarte. Bez słowa...
      Przejrzała je, sprawdziła czy może któraś z kopert nosiła ślady otwierania: NIC. Położyła się na łóżku i zamknęła oczy.
      - Mamusiu, odezwał się cichy głos tuż obok niej.
      Podniosła się gwałtownie, próbowała nie dać po sobie poznać tego co przed chwilą się wydarzyło. Szybkim ruchem poprawiła włosy.
      - Christine
      - Co Ci jest, mamusiu?
      W jej głosie dawało się wyczuć lęk. Katrin zagryzła wargi. Szybko pozbierała rozrzucone na łóżku listy.
      - Dostałaś przykre wiadomości?
      - Nie pytaj tak dużo. Znowu była w jej głosie to zniecierpliwienie, którego nie potrafiła kontrolować, kiedy Christine próbowała się do niej zbliżyć. Nienawidziła siebie za to, a jednak nie potrafiła tego zmienić. Dziewczynka zamilkła, a jej mała twarzyczka tylko nieco przybladła. To było coś, co wywoływało u Katrin agresję: Christine nigdy się nie broniła, nie odpowiadała, tylko zamykała się w sobie. Ona jest nieszczęśliwa, myślała Katrin, nie jest dobrze, ale nie potrafię jej pomóc. Sama jestem nieszczęśliwa...cdn...
      • m.maska UTRACONA CÓRKA (2) 14.04.11, 23:56
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (8)

        - Już dobrze mamusiu, powiedziała Christine,
        - jeśli będziesz czegoś potrzebowała, powiedz mi, będę w pokoju przy kaktusach.
        Jej kaktusy. Śmieszne zbiory, kaktusy, wśród których spędzała wiele godzin, dzień w dzień. Trzy parapety okienne pełne kaktusów.
        - Christine, Katrin starała się by jej głos zabrzmiał przyjaźnie. Dziewczynka zatrzymała się w drzwiach.
        - Nic się nie stało. To tylko kilka listów, które dostałam z powrotem. Jeśli chcesz, pójdziemy przed kolacją na spacer.
        - Chętnie, mamusiu.
        - Dziękuję, już się cieszę.
        Wstała, zebrała rozsypane listy, włożyła je do na wpół rozerwanej koperty, otworzyła szufladę biurka. Być może nadejdzie dzień, kiedy Petra jednak je przeczyta. Zamyśliła się. Spojrzała na złożoną kartkę papieru leżącą w otwartej szufladzie i wstrzymała oddech. Położyła ją tam kilka dni temu. Był to adres, który początkowo chciała wyrzucić, ale coś ją powstrzymało. Obracała kartkę w dłoni. Dała jej ten adres pewna kobieta, która przyszła do lekarza u którego Katrin pracowała w recepcji. To było dziwne spotkanie. Pamiętała je z wszelkimi szczegółami. W ubiegłym tygodniu, już po zamknięciu praktyki, nieco później niż zwykle...
        - Tak, proszę?
        Starała się nie okazać zniecierpliwienia. Dzień był długi. Trzydziestu pacjentów tylko po południu. Doktor Lennart poszedł się przebrać w strój do tenisa, zostawił jej klucz ze słowami:
        - Pani jeszcze dokończy tę papierkową robotę, ja muszę już wyjść, jestem zmęczony, muszę się odprężyć. Do jutra.
        Uporządkowała karty pacjentów, zdjęła biały fartuch i chciała go właśnie powiesić na wieszaku obok drzwi, kiedy przestraszyła ją postać, która nagle pojawiła się w drzwiach.
        - Czego pani sobie życzy? Doktor już wyszedł.
        Poinformowała stojącą przed nią kobietę. Była u nich poprzedniego dnia, bóle w plecach, artretyzm. Doktor Lennart przepisał jej kąpiele wodne. Była jego pacjentką już od dłuższego czasu.
        - Co mogę dla pani zrobić? spytała Katrin
        - Dziecino, to ja chciałabym dla pani coś zrobić, odparła nieznajoma.
        Katrin, która właśnie zamierzała powiesić płaszcz, znieruchomiała zaskoczona. Kim jest kobieta która mówi do niej w taki sposób? Spróbowała się skoncentrować. W domu czekała na nią Christine i jej zadania domowe. To było trudne być dla dziecka jednocześnie ojcem i matką.
        - Dla mnie? O czym pani mówi?
        - Pani jest nieszczęśliwa. Coś pani ciąży na duszy, rzekła nieznajoma. Była szczupła, miała siwe włosy, ubrana w czarny jedwabny kostium.
        - Obserwuję panią już od dłuższego czasu. Wczoraj widziałam panią w lunaparku z małą dziewczynką. Stałyście przed budą wróżbity i wyglądało na to, że zastanawiała się pani czy tam nie wejść.
        - To prawda, ale się rozmyśliłam, Katrin nie wiedziała dlaczego o tym wspomniała.
        - Ta mała dziewczynka, to pani córka?
        - Tak.
        Dlaczego odpowiadała nieznajomej, zamiast ją odesłać? Godziny przyjęć się skończyły.
        - Nie pomógłby pani. Dobrze pani zrobiła, rezygnując. Jeśli potrzebuje pani pomocy, powinna jej pani poszukać gdzieś indziej.
        - Skąd pani wie, że potrzebuję pomocy?
        Do diabla..właśnie przyznała się do tego. Kobieta nie wyglądała na zaskoczoną. Katrin dopiero teraz zauważyła, jej jasne mądre oczy.
        - Widziałam, że ma pani problemy ze swoją córką. Kochacie się, ale coś stoi między wami.
        - To prawda, odpowiedziała znowu nie zastanawiając się nad tym.
        - Może pani być spokojna, pani tajemnica jest u mnie bezpieczna. Przyznać się do czegoś to pierwszy krok w kierunku wyleczenia.
        - Jest pani lekarzem? Psychologiem?
        - Byłam. W ostatnich latach mojej zawodowej kariery interesowałam się naukami przyrodniczymi. Brałam udział w sympozjach w Bostonie i Los Angeles. Jeden z docentów nagle zniknął jakby zapadł się pod ziemię, słuch o nim zaginął. To był niezwykły człowiek, kreatywny, pełen fantazji. Niedawno dziennikarze, trafili na jego ślad.
        - Ale co...
        - Co to ma z panią wspólnego? jakby uzupełniła niedokończone przez Katrin pytanie.
        - Ten człowiek zmienił swoje życie, przeniósł się na wyspę na Pacyfiku i hoduje Orchidee.
        - Porzucił swoje dotychczasowe życie?
        - Można to tak powiedzieć, gdyby nie fakt, że nadal oddaje się temu do czego miał już zawsze powołanie.
        - Powołanie?
        To było to słowo, które w nią trafiło. Wydało jej się, że opadł na nią woal niemocy. Długo już nic nie jadła a powietrze w gabinecie nasycone było eterem i karbolem.
        - On pani pomoże, odezwała się znowu kobieta o jasnych oczach.
        - Niech mnie pani nie pyta jak albo w jaki sposób, ale z pewnością pomoże.
        Katrin próbowała zebrać naprędce myśli. Przed nią stała obca kobieta, szczupła, siwa i mówiła o pomocy, dla niej, której od wielu lat, od śmierci Erika nikt nie zaproponował ani rady, ani zrozumienia.
        - Przepraszam, ale ja nie jestem przyzwyczajona, odezwała się nieśmiało Katrin, poczuła pieczenie pod powiekami.
        - Już dobrze, uspokoiła ją nieznajoma.
        - Tutaj, zostawiam pani adres. Niech pani to w spokoju przemyśli. To daleka droga, prowadzi na drugą stronę kuli ziemskiej, ale myślę, że warto.
        - Dziękuję pani, Katrin nie wiedziała co innego mogłaby w tym momencie powiedzieć. Mgła wokół niej zaczęła się przejaśniać. Usłyszała tylko trzaśnięcie zewnętrznych drzwi i niezbyt szybkie oddalające się kroki, które stopniowo ucichły na schodach.
        Spojrzała na kartkę, którą trzymała w dłoni. Na niej trochę pochylonymi literami, ktoś napisał w fioletowym długopisem: Sunrise Island, Honolulu, Majuro(Wyspy Marshalla), Swallow(Santa Cruz Islands), Arorae(Wyspy Gilberta), Kiora, stamtąd czterdzieści mil dokładnie na południe na Sunrise Island...cdn...
        • m.maska UTRACONA CÓRKA (3) 15.04.11, 00:05
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (9)

          ..a teraz znowu. Katrin wyjęła kartkę z szuflady, rozłożyła i wpatrywała się w nią, "Jeśli potrzebuje pani pomocy, powinna jej pani poszukać gdzieś indziej". Kiedy potrzebowała pomocy bardziej niż teraz? Wygładziła dłonią zmiętą kartkę i pomału podeszła do biurka. Wydawało jej się, że usłyszała przez zamknięte drzwi głos Christine. Z kim rozmawiała? Głos był nieco monotonny, cichy. Czyżby się przesłyszała?
          Sunrise Island, wyspa wschodzącego słońca.
          A jeśli jej tam pomogą? "Proszę mnie nie pytać jak, czy w jaki sposób", przypomniała sobie rozsądne słowa tamtej kobiety. "To daleka droga, prowadzi na druga półkulę..."
          Od dawna już przestała wierzyć w przypadki. W jej życiu wydarzyło się wiele spraw, które wskazywały na konsekwencję i niezmienność. Wyciągnęła teraz do końca do połowy zaledwie otwartą szufladę. Leżały tam dwie książeczki oszczędnościowe i jakieś papiery wartościowe. Erik zostawił jej i Christine trochę pieniędzy. Wzięła jedną z tych książeczek i otwarła. Przez moment zastanawiała się. Zamknęła ją i podeszła do drzwi.
          - Christine?
          - Tak, mamusiu? dziewczynka pochylona nad swoimi kaktusami spojrzała na Katrin lekko przestraszona.
          - Chciałabym z tobą o czymś porozmawiać.
          Wróciła do biurka i usiadła w fotelu. Christine weszła za nią do pokoju, powoli, trochę się ociągając.
          - Chodź do mnie, to nic złego, zaczekała, aż Christine podeszła.
          - Musze wyjechać na kilka dni. Niedługo. Najwyżej na tydzień.
          - Dokąd mamusiu? spytała dziewczynka.
          - Daleko, na pewną wyspę na Pacyfiku.
          Christine spojrzała w bok. Katrin ciągle trzymając w dłoni małą płaską książeczkę zupełnie nieświadomie zwinęła ją w rulon.
          - Dlaczego nic nie mówisz?
          Znowu w jej glosie brzmiało zniecierpliwienie. W myślach upomniała siebie. Przecież Christine nie ponosiła żadnej winy za tę sytuację. Była bardzo przywiązana do Katrin i to było zrozumiałe, nikogo poza nią nie miała.
          - Czy to ważne mamusiu?
          - Oczywiście, inaczej nie zostawiłabym cię samej.
          Sąsiadka zajmie się Christine. Podgrzeje jej jedzenie, pomoże w zadaniach domowych. To nie pierwszy raz. Christine będzie na pewno smutna, ale czas szybko mija.
          - To z powodu Petry? zapytała.
          Katrin zadrżała.
          - Co o tym wiesz?
          - Wiem, że mam starszą siostrę, której nie znam i która mieszka gdzieś w Ameryce Południowej.
          - W Meksyku. Kto ci o tym powiedział?
          - Nikt. Słyszałam kiedyś, rozmawiałaś o niej z tatusiem. Miałam wtedy pięć albo sześć lat. Rozmawialiście o twoim rozwodzie i o tym że musiałaś ją zostawić przy jej ojcu. Ty płakałaś a tatuś cię pocieszał. Powiedział, że teraz jest już czas, żeby wziąć adwokata i sprowadzić ją do nas, a kilka tygodni potem tatuś miał wypadek. Czy to z jej powodu mamusiu już nie potrafisz się śmiać? Głos Christine był matowy, Katrin poczuła się nagle winna.
          - Wkrótce będzie lepiej, powiedziała,
          - Tak mówisz zawsze i nigdy to nie jest prawdą. Christine mówiła dalej, spokojnie, rzeczowo. Przecież zauważam to mamusiu, nawet wtedy kiedy starasz się to ukryć. Znam ciebie zbyt dobrze.
          Ona jest bardzo dojrzała, pomyślała Katrin, to też moja wina. Obciążam ją sprawami z którymi powinnam sobie radzić sama.
          - Czy Petra do Ciebie napisała? zapytała Christine
          - Nie, to ja do niej pisałam. Te wszystkie listy, które poprzednio tutaj widziałaś...ona żadnego z nich nie czytała, dostałam je wszystkie z powrotem.
          - Od niej?
          - Być może od niej, ale być może od jej ojca, albo jej drugiej matki. Alvaro, mój pierwszy mąż, ożenił się po raz drugi.
          - Mamusiu, wiem, że to dla ciebie okropne.
          Christine spontanicznie wysunęła rączkę, żeby dotknąć Katrin, ale opuściła ją, jak zawsze kiedy sobie uświadamiała, że jej matka nie lubiła czułości. A następnie skrzyżowała ręce na plecach. Katrin zauważyła to i poczuła krótkie ukłucie w sercu.
          - Co chcesz zrobić mamusiu? Chcesz do niej polecieć?
          Dziwne, że Christine to powiedziała. Katrin błędnie ją oceniała, obawiała się, że Christine mogłaby być zazdrosna, kiedy dowie się o starszej siostrze.
          - Dlaczego mi nigdy nie opowiadałaś o Petrze, mamusiu?
          - Ponieważ myślałam, że...co naprawdę myślała? Czego się obawiała? Tak naprawdę to był egoizm: nie chciała tych wspomnień dzielić z nikim, a już szczególnie z Christine.
          Dlaczego nie potrafię się jej zrewanżować za to wszystko co ona mi daje, nie oczekując niczego w zamian: jej zaufanie, jej miłość, jej cicha ale zawsze pomocna obecność. Powinnam być szczęśliwa mając takie dziecko, a jednak nie jestem.
          Wygładziła książeczkę oszczędnościową, którą trzymała w ręce i odłożyła ją na biurko.
          - Nie polecę do Petry, to nie miałoby sensu, odpowiedziała.
          - Przypuszczalnie nawet by mnie do niej nie dopuszczono. Ale jest ktoś daleko na wyspie, pacjentka doktora Lennarta mi o nim opowiadała. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale wydaje mi się możliwe, że on potrafi mi pomóc.
          W tym momencie nie zdawała sobie nawet sprawy jak dalece jej decyzja już zapadła, ale teraz kiedy to już wypowiedziała, uprzytomniła sobie ile nadziei z tym wiązała.
          Christine odwróciła się do okna. W świetle zachodzącego słońca jej szczupła postać wydala się Katrin dziwnie bezbronna. Znowu skrzyżowała ręce z tyłu za sobą. Poza, którą przyswoiła sobie w ostatnich miesiącach, jakby chciała uniknąć każdego gestu czułości czy radości. Katrin próbowała znaleźć słowa, aby przebić dzielący je mur, bezskutecznie.
          - Czy na wyspie są kaktusy? zapytała cieniutkim głosikiem. Katrin ukryła zaskoczenie, zmieniając niemal niewidocznie pozycję: znowu Christine zaakceptowała jej decyzję bez cienia sprzeciwu. Jej córka, dwunastoletnia dziewczynka, była prawie we wszystkich życiowych sprawach silniejsza, bardziej zdyscyplinowana i bardziej zdecydowana niż ona sama. Chciała odpowiedzieć: na pewno na wyspie są też kaktusy i jeśli chcesz przywiozę ci...i wtedy błysnęła jej myśl.
          Katrin poczuła jakby spadł jej kamień z serca i zapytała:
          - chcesz lecieć ze mną?
          Christine odwróciła się w stronę Katrin, najpierw niedowierzająco z wyrazem niezrozumienia, w końcu dotarł do niej sens usłyszanych właśnie słów. Jej mała twarzyczka rozświetliła się. W jej głosie dało się słyszeć podniecenie. Zabrzmiał dźwięcznie, jakby nagle zabrakło jej tchu:
          -Tak mamusiu, powiedziała, - ooo, tak...cdn...
      • m.maska [...] 15.04.11, 00:33
        Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
    • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 15.04.11, 00:17
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (10)

      - Właściwie to skąd wiesz, kiedy przybywają twoi goście? pytał Mario.
      Droga do wodospadu prowadziła brzegiem laguny. Była to wąska piaszczysta ścieżka, która z jednej stronie biegła wzdłuż brzegu, z drugiej na stromej skarpie rozrastały się bujnie krzewy i kaktusy. Sandra razem z Sokratesem pozostała w domu.
      Promienie słoneczne kłuły wprost z błękitnego nieba.
      - Jeszcze tylko kilka kroków, powiedział Julian
      - Pozostań w cieniu krzewów, one tworzą rodzaj dachu nad nami.
      W lagunie w kierunku lądu poruszała się ławica ryb. Wąż wodny pozostawiał swoje zygzaki na zielonkawym płynnym turkusie.
      - Co to takiego? Chałupa?,
      Mario zatrzymał się. Między roślinnością która porastała skarpę błyszczało coś jasnobrązowo, gładko jak ściana drewnianej chałupy.
      - To? Nasza łódź, powiedział Julian. Chcesz zobaczyć? Mario zatrzymał się jak wryty.
      - To jest... to ma być łódź?
      - To jest łódź, odparł Julian,
      - I możesz nie wierzyć ale to świetna łódź. Sandra przetrzymała w niej niejedną burzę morską.
      - Nie do wiary.
      To coś wyglądało jak arka, solidna i monstrualnych rozmiarów. Mario podszedł bliżej. Przyglądał się z podziwem. Był to niezwykły pojazd.
      - Mój poprzednik, kazał sobie zbudować całą flotę takich łodzi, oznajmił Julian,
      - Ten miliarder z Cincinnati, używał ich, do przewożenia swoich gości, których zapraszał na bal na wyspę raz w roku. Z tego co opowiadał mi jego służący, przewoził ich przy świetle pochodni nocą na Sunrise Island. Po jego śmierci, tubylcy na sąsiedniej wyspie ściągnęli te łodzie na mieliznę i pocięli je na kawałki. Z dolnych części, zrobili łodzie rybackie. Jedną z nich Sun Dai uratował.
      - Sun Dai?
      - To właśnie imię służącego. Zbudował tu w górze na lagunie miejsce gdzie ją zakotwiczył. Kiedy przybyliśmy, rozlatywała się, była szara od deszczu poprzedniego lata. Oboje z Sandrą nacieraliśmy to drewno olejem palmowym i sokiem z oliwek i polerowaliśmy armaturę. Od tej pory to łódź Sandry. Wypływa nią na ryby, na morze, ale też używa jej do przewożenia gości. Czasami pozostaje na niej na noc. Sam widzisz, jest jak mieszkanie.
      Łódź była wykonana z błyszczącego jasnobrązowego drewna, bez fug i spoiw, gładka, na delikatnie wygiętym kadłubie toczone filary podtrzymywały, sięgający do polowy pokładu, płaski dach. Na rufie znajdowała się szeroka ławka obłożona poduszkami, na której było dostatecznie dużo miejsca do spania. Armatury, częściowo niklowane, częściowo złocone, błyszczały w słońcu, podobnie jak toczone kolo steru. Staromodne, rzeźbione drewniane krzesło na którym także leżała poduszka uzupełniało wyposażenie.
      - Fantastyczne, zauważył Mario. Co trzeba zrobić, aby zostać przewiezionym tą luksusową łodzią?
      - No właśnie! Pytałeś, skąd wiem, kiedy przybywają odwiedzający.
      Julian zawrócił i szedł teraz przez łąkę w stronę piaszczystej ścieżki.
      - To proste. Lotnisko znajduje się na sąsiedniej wyspie Kiora. Tam właśnie ląduje codziennie tylko jeden samolot i to tak późno wieczorem, że dopiero następnego ranka można łodzią dalej płynąć. Właściciel hotelu zawiadamia mnie przez radiotelefon o przybyciu gości. Mam w szopie mały nadajnik. Sandra po odebraniu wiadomości płynie swoją galerą i odbiera przybyłych. Niektórzy robią tak jak ty: wynajmują łódź i kierując się losem i szczęściem sterują na Sunrise Island. Może się oczywiście zdarzyć, że zgubią kurs i wylądują na bezludnym atolu. Wtedy będą musieli odżywiać się muszlami i mleczkiem kaktusowym do czasu kiedy policja z Kiora nie sprowadzi ich z powrotem.
      - O mój Boże, powiedział Mario,
      - To znaczy, że miałem szczęście. Odetchnął głęboko. Droga znowu stała się zacieniona. Szczyty palm i liany zamykały się nad ich głowami niczym dach.
      - Tutaj zaczyna się nasz cudowny labirynt, powiedział Julian,
      - Chciałeś poznać tajemnicę wyspy, a ja wspomniałem ci, że są to fakty, które przypuszczalnie można naukowo wyjaśnić. Spróbuj na początek nie oddychać zbyt głęboko. Powietrze tutaj jest ciężkie, z czasem się przyzwyczaisz.
      Mario lekko ociągając się wszedł w gąszcz za Julianem. Droga rozgałęziała się w cztery albo pięć porośniętych mchem wąskich ścieżek, które wiodły w różnych kierunkach. Zauważył już, że coraz trudniej przychodziło mu oddychanie. Niesłychanie intensywny zapach, unoszący się nad podłożem, działał oszałamiająco na zmysły i wprawiał w dziwne uczucie nieważkości.
      - Ten zapach... powiedział,
      - Można się od niego uzależnić.
      - Czy on też należy do tych narkotyków o których wspominałeś?
      Julian przytaknął ruchem głowy.
      - Idź blisko mnie. Między kamieniami jest wiele żmij i skorpionów, one respektują naszą drogę, ale jeśli zbyt się do nich zbliżyć, mogą stać się mało sympatyczne.
      - Dosyć niecodzienny spacer, powiedział Mario starając się stąpać po śladach Juliana.
      - A te różne ścieżki? Wydawało mi się, że prowadzą we wszystkie strony świata.
      - Tak się tylko wydaje, wyjaśnił Julian,
      - raczej tworzą one wielokrotnie zapętloną w sobie parabolę. Każda z tych dróg i tak zawsze doprowadzi do tego samego rozgałęzienia, stąd właśnie określenie "labirynt" a właściwie tak prawdziwie to "ogród zbłąkanych ścieżek". Założył go mój poprzednik, żeby swoim gościom zaproponować niesamowite sensacyjne przeżycia. Sun Dai opowiadał mi, że potrafił odwiedzających, którzy go w jakiś sposób zezłościli na wiele godzin pozostawić w tym miejscu.
      - Gdzie jest teraz Sun Dai? zapytał Mario
      - W Kiora. Za pieniądze, które uzyskał ze sprzedaży wyspy wynajął hotel i mieszka tam wraz ze swoją rodziną. Rozmawiałem z nim, zanim wyruszyliśmy tutaj. To właśnie on powiadamia mnie przez radiotelefon jeśli przybywają do nas goście.
      - Rozumiem, powiedział Mario. Oddychanie nie sprawiało mu już trudności. Ciężki zapach więdnących roślin przywoływał dziwnie słodkie, nieznane mu dotąd odczucia. Rozgałęzione liany tarasowały drogę: Julian odsuwał je na boki. Kolory z minuty na minute zyskiwały na intensywności. Wydawało się jakby rozświetlało je coś od środka. Magiczny ogród Czarodzieja, pomyślał Mario, ogród: Pokusy, Pragnień, Marzeń. Ścieżka po której stąpał zrobiła się niepewna, grząska, podłoże uginało się.
      - Nie schodź ze ścieżki, upomniał go Julian, jeśli nie chcesz zamoczyć nóg. Poszycie jest tutaj poprzecinane przez podziemne źródła...
      Zakręt... Dach który tworzyły korony palm i liany stał się bardziej zbity i gęsty, już tylko pojedyncze promienie stojącego w zenicie słońca połyskiwały miejscami.
      - Jeszcze tylko parę kroków, powiedział Julian. A potem... za ostatnim zakrętem:
      -Teraz....cdn...
      • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 15.04.11, 00:25
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (11)

        http://i47.tinypic.com/34y1pbo.jpg

        Mario podniósł głowę. Miał wrażenie, że jego stopy utknęły i jakby wrosły w podłoże. Nie mógł powstrzymać westchnienia zachwytu: wodospad... w samym środku dżungli. Wysoko w górze u szczytu skały, w blasku wielokrotnie załamanego światła, promieniał...wąski i świetlany. Rozpryskując się spadał w dół, rozbity na miriady oświetlonych słońcem kryształowych kropli. W dole gdzie znowu siebie odnajdywały, tworzyły delikatny woal i ginęły w cieniu utworzonego na dnie doliny, okolonego mchem jeziora.
        - To jest...
        Julian zatrzymał się kilka kroków za Mario i spoglądał także na szczyt skały. Odwrócił się do przyjaciela, milcząco, ostrożnie... nie chciał mu przeszkadzać: znał cudowne działanie wodospadu. Pamiętał dobrze, że sam miał podobnie silne przeżycia, kiedy pierwszy raz, wraz Sun Dai, stał w tym miejscu . Był jak sparaliżowany, wiele minut. Przed nim przesuwały się cienie obrazów z przeszłości, strzępy wspomnień: okres studiów, małżeństwo, Lillemor, żona, która zginęła w górach Norwegii, Oslo, Göttingen, Berlin, w końcu ucieczka od życia, które wiódł wcześniej.
        Poniżej woalu, który tworzyła woda, załamania skał pełne były złocistych refleksów. Połyskiwały jakby dawały sygnały, raz tu, raz tam: piryt, pomyślał wtedy Julian, rozsadzone cząstki siarkowego żwiru, które w słońcu nabierały koloru złota.
        Psychiatrzy używają błyszczących przedmiotów żeby wprowadzić pacjentów w hipnozę. Lewa półkula mózgowa reaguje na te impulsy i wywołuje stan transu, który może spowodować skurcze i blokadę.
        Mario wydawał się być daleko, sprawiał wrażenie zahipnotyzowanego. Gdyby Julian go teraz o cokolwiek zapytał, uzyskałby odpowiedź na każde pytanie, ale Mario nie prosił go o pomoc, przybył jako gość i przyjaciel.
        Mała skalna żmija wysunęła się spod korzenia, była ukryta w jego cieniu. Teraz podnosząc wdzięcznie łebek badała rozdwojonym językiem powietrze, powoli pełzła po pokrytej mchem ścieżce w kierunku otoczonego lianami niewielkiego jeziorka, aby na koniec ześliznąć się jak baletnica po skarpie do szmaragdowo-mieniącej się wody.
        Gdzie jestem? zastanawiał się Mario? Czy to jest tajemnica wyspy? Narkotyk, który rozjaśnia myśli i budzi zmysły?
        Krzyki ptaków zdawały się przebijać, jak fanfary, przez mózg do serca: fanfary tęsknoty, bólu, rozkoszy? Pojawiło się odczucie, które wydawało mu się już zagubione, przybrało postać kobiety, powiewający welon, który ledwie otulał giętkie ciało, rozwiane rude włosy.
        - Lisa
        Wyszeptał to imię? Zjawisko rozwiało się wśród zarośli i lian, kłębiąc się i obracając zniknęło za przezroczystą zasłoną wodospadu.
        - Julian? Mario obrócił się jak ogłuszony
        - Spokojnie, byłeś bardzo daleko.
        Julian zbliżył się do przyjaciela i położył mu dłoń na ramieniu.
        - Najlepiej wracajmy. Powietrze tutaj w kotlinie może po dłuższym przebywaniu wywoływać halucynacje.
        - Wydaje mi się, że to już się stało. Mario przetarł dłonią czoło a następnie obrócił się niemal mechanicznie.
        - Jak to możliwe? zapytał,
        - Unoszący się tutaj w powietrzu zapach orchidei, działa w szczególny sposób na układ nerwowy, jak rodzaj opium. Orchidee to rośliny pasożytnicze, wskazał na obficie pokryte białymi kwiatami, rosnące na brzegu ścieżki, drzewo.
        - Przyjrzyj się tylko. Uznałbyś to za kwitnące drzewo, a w rzeczywistości to drzewo jest martwe. Zostało niemal zamordowane i dosłownie wyssane przez setki tysięcy orchidei, które osiedliły się na jego pniu, na jego konarach i na każdej gałęzi. Pierwotnie było to drzewo mangorino o niebieskich kwiatach, teraz istnieje już właściwie tylko jego szkielet. Orchidee całkowicie nim zawładnęły od korzeni po koronę.
        Mario spojrzał na biało-kwitnące drzewo. Wśród unoszącej się nieznośnej mgiełki, poczuł lekki dreszcz.
        - Jakie to okrutne,
        - Okrutne i wielkie, zauważył Julian.
        - Natura nie zna kompromisów, one są zarezerwowane dla nas, ludzi i tak jest najlepiej...cdn...
        • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 15.04.11, 00:28
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (12)

          Ścieżka stała się szersza. Liściasty dach nad ich głowami przerzedził się. Mario zatrzymał się na moment, zanim osiągnęli granice poza którą było już światło.
          - Dziękuję ci, że mnie tutaj przyprowadziłeś. Dobrze jest poznać miejsce, takie jak to. Miejsce ostatniej ucieczki, kiedy wszystko inne zawiedzie, uśmiechnął się.
          - To jak ukryta karta, jak wyciągnięty z rękawa joker.
          Szli drogą pod górę, obok siebie. Przed nimi w jasnym popołudniowym słońcu ukazał się lśniący bielą dom. Na tarasie, Sandra siedząc na macie wiązała sieci, podczas gdy Sokrates, z rozpostartymi skrzydłami, okrążał ją cicho kracząc.
          - Wyjeżdżam jutro, powiedzial Mario, kiedy skręcili na otoczoną palmami, prowadzącą do domu polną ścieżkę .
          - To już postanowione, nie można tego zmienić? zapytał Julian,
          - Wykluczone, mimo, że chętnie bym został. Cieszę się, że cię odnalazłem, ale... być może, ktoś z moich podopiecznych mnie potrzebuje.
          - Lisa, pomyślał Julian.
          - Jeśli uważasz, że musisz...
          Sokrates opuścił Sandrę i z rozłożonymi skrzydłami biegł po łące w kierunku obu mężczyzn...
          - Spójrz, jesteśmy witani, zauważył Julian.
          - Chodźmy do domu, chciałeś zobaczyć moją bibliotekę. I zdaje się... Sandra zażyczyła sobie ryb na kolację. Przecież nie będziemy się już dzisiaj żegnać, ani też myśleć o pożegnaniu...cdn...
    • m.maska UTRACONA CÓRKA (4) 15.04.11, 01:04
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (13)

      - Kiora, zawołał pilot odwracając się do kilku ostatnich pasażerów, którzy znajdowali się w samolocie. Sposób w jaki powiadamiał o postoju, przypominał ten, kierowcy autobusu. Dodał jeszcze tylko:"stacja końcowa" spoglądając jeszcze przez okno, za którym w zawrotnym tempie zbliżał się pas do lądowania.
      Christine, szczęśliwa i podniecona na początku podróży, znowu popadła w letarg, przy matce, która prawie się do niej nie odzywała. Katrin podczas podróży próbowała kilka razy nawiązać jakąś nić porozumienia ale każdorazowo po kilku zdaniach okazywało się, że to nie jest łatwe. W końcu zrezygnowała. Było jej przykro, ale nie potrafiła tego zmienić. Czuła się źle i jej nerwy były napięte do granic wytrzymałości.
      - Taksówka, Missi? Hotel? Dobra taksówka, dobra cena. Chodź, wsiadaj. Cztery albo nawet sześć rąk złapało Christine, wyrwało jej bagaż z rąk, w końcu wepchnęli do jakiegoś rozklekotanego drewnianego pojazdu na gumowych kołach.
      Ulice były, jak wszędzie na południu, kolorowe i głośne: wesołe, ciemne twarze, gliniane chałupy, targi z ogromnymi egzotycznymi owocami, drewnianymi budami, kolorowymi osłonami. Dzieci, noszące młodsze rodzeństwo na plecach, dziwne pojazdy na trzech kołach z dachami z malowanego lnu. Nigdzie nie było widać europejskich twarzy. W końcu przed nimi wyłonił się hotel. Dwupiętrowa budowla w stylu kolonialnym z doklejonymi balkonami.
      - Do usług, Madame, po angielsku który zabrzmiał jakby z amerykańska, powitał ją właściciel hotelu, siwowłosy mężczyzna o pergaminowej twarzy i szeroko rozstawionych oczach.
      - Powiadomię pana Sartori o pani przybyciu. Życzę dobrego wypoczynku, także małej Missi. Jutro rano przypłynie łódź i przewiezie was na wyspę.

      Noc była jasna i głośna. Przed oknem huśtała się kołysana morskim wiatrem, latarnia. Szczekały psy, pobrzmiewał wabiący głos spragnionego miłości osła. Wyglądało na to, że na pobliskiej ulicy grupa mężczyzn świętowała festyn; chrapliwymi głosami śpiewali monotonne pieśni. Około północy Katrin była już zdecydowana zawrócić bez spotkania z Sartori. Nagle, ta cała wyprawa wydała jej się absurdalna: czego oczekiwała od obcego człowieka, którego adres, przez przypadek, znalazł się w jej rękach? Christine spała spokojnie zwinięta w kłębek. Bladą twarzyczkę odwróciła w stronę matki. W końcu i Katrin zasnęła. We śnie szła po uplecionym z lian wiszącym moście, bardzo wąskim, ograniczonym tylko dwoma linami, zawieszonym nad skalistą przepaścią. Most huśtał się na wietrze a tam po drugiej stronie stała Petra i wyciągała do niej ręce...cdn...
    • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 15.04.11, 01:16
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (14)

      Sandra już bardzo wcześnie rano ruszyła w drogę. Poprzedniego wieczoru przez radiotelefon podano im wiadomość o tym, że z Niemiec przyleciała kobieta z córeczką. Cieszyła się kiedy przybywali do nich goście. Wstała wcześnie rano, nakarmiła Sokratesa, wypełniła nowym roztworem soli dwanaście probówek w których hodowała pędy plamistej lilii, rozsypała orzechy dwóm wiewiórkom, zamieszkującym nieopodal stojącą palmę daktylową, wydoiła Gülnare, górską kozę i postawiła na płytkach tarasu mleko w miseczce. Mleko było dla Amandy, oswojonej żmii łąkowej, która pomieszkiwała pod narożnym kamieniem tarasu.
      Mario z torbą podróżną w ręce wyszedł na taras w momencie gdy żmija tanecznym zygzakiem zbliżała się do swojej miseczki. Nie przestraszyła go. Zatrzymał się jednak i przyglądał jak Amanda dotarłszy do naczynia podniosła łebek i swoim ruchliwym rozdwojonym językiem zaczęła pić mleko.
      - Raj, powiedzial uśmiechając się do Sandry, która jeszcze klęczała na tarasie.
      - Nawet żmija jest.
      Sandra podniosła się.
      - To prawda, że nas już opuszczasz? Ojciec wspominał, że musisz...
      - Wrócę tutaj, odparł Mario,
      - Na pewno. Teraz kiedy wiem, gdzie was oboje odnaleźć. A jeśli komuś z was kiedyś będzie tutaj zbyt samotnie... mój dom w Rzymie, ma piętnaście pokoi, czternaście z nich stoi pustych.
      - Dziękuję, wujku Mario, nawet jeśli wydaje mi się to mało prawdopodobne, będę o tym pamiętać.
      Zeszła kilka stopni w dół, gdzie pod niewielkim dachem znajdował się nadajnik, włączyła go.
      - Będziemy mieli wizytę. Słyszałeś już? Jakaś pani z Niemiec z córeczką. Zaraz muszę jechać, żeby je odebrać. Jeśli chcesz, mogę zabrać cię na Kiora.
      - Nic z tego, odpowiedział Mario.
      - Musze odprowadzić łódź. Jest zacumowana w dole u ujścia rzeki. Pożyczyłem ją od pewnego kawowo-brązowego Tarzana, który miał zapewne dwa metry wzrostu i ważył ze dwieście funtów.
      - Avahanni, Sandra roześmiała się,
      - On wygląda na groźniejszego niż jest w rzeczywistości, ale potrzebuje tej łodzi do połowów. Najlepiej popłyń za mną, tym sposobem nie będziesz musiał używać kompasu.
      - Ooo...chętnie skorzystam, ochoczo przystał na jej propozycję.

      - Przepraszam, ale jest jeszcze coś, czego nie rozumiem, powiedział Mario,
      - Ale jeśli nie chcesz, żebym pytał...
      - Ależ pytaj, uśmiechnął się Julian.
      Schodzili stromą polną ścieżką w kierunku pomostu. Trawa była wilgotna. W nocy trochę padało i teraz ta zieleń wydawała się bardziej gęsta i ciemniejsza.
      - Ludzie, którzy u ciebie byli, mówią, że im to pomogło, zaczął Mario
      - Pokazałeś mi „ogród zbłąkanych ścieżek“ wraz z tym cudownym wodospadem? Wydaje mi się, że to rodzaj transu, który pozwala im spojrzeć na swoje problemy w inny sposób, niejako z boku, że tym sposobem umożliwia im to, nowe spojrzenie i wyciągnięcie wniosków ze swojego życia.
      - Znam tylko efekty, nie znam drogi, która do nich prowadzi, odrzekł Julian.
      - To co wciąż na nowo mnie zaskakuje, to fakt, że oni nie odkrywają niczego nowego, co nie byłoby im dostępne już wcześniej...
      - Żadnej magii, Mario zatrzymał się.
      - Żadnej magii, ani białej ani czarnej. Tylko po prostu wyjście z zaklętego kręgu w którym tkwi się ślepym na każdą inną możliwość.
      Zdjął okulary przeciwsłoneczne, wyjął z kieszeni swojej kurtki chusteczkę i bezwiednie przecierał szkła.
      - Któż tego nie zna? Siedzi się jak królik przed żmiją i wpatruje w jeden punkt, do czasu aż nagle pojawi się ktoś i pokaże, że jest też inna droga.
      - A nawet więcej niż jedna, więcej innych dróg, powiedział Julian.
      - Ale jak na to wpadłeś? Jak albo w jaki sposób u ciebie zadziałało to za pierwszym razem?
      - Pewien angielski dziennikarz odkrył mój ślad, powiedział Julian,
      - Odnalazł mnie tutaj, a ja pokazałem mu wyspę. Krótko przedtem zanim tutaj przybył, stracił syna podczas ataku OWP(Organizacja Wyzwolenia Palestyny)w Dublinie. Byli tam razem jako korespondenci. Przy wodospadzie nagle stał się jakby nieobecny, trwało to tylko kilka minut. Później opowiadał mi, że przeżył sen na jawie w którym widział jak irlandzka milicja wlecze jego syna do wojskowego więzienia, syna o którym myślał, że nie żyje. Poszedł tym śladem i odnalazł go. Na koniec napisał reportaż o wyspie w "Harper's Bazaar", ten reportaż został przetłumaczony i wydrukowany w jednym albo dwóch niemieckich magazynach.
      - ...no właśnie, w jednym z nich i ja ten reportaż przeczytałem. Wiesz jak nazywają twoją wyspę?
      - Wyspą wyśnionych prawd, wyspą marzeń, odpowiedział Julian,
      - To dobra nazwa. Zawsze powinno się mieć marzenia, aby życie obfitowało w nadzieję...
      Mario schylił się po swoją torbę. W dole przy pomoście Sandra odwiązała linę cumującą łódź.
      Podeszła do armatury, uruchomiła jakieś dźwignie i w końcu wystartowała motor. Zawarczał stłumionym, głębokim dźwiękiem, drewniany pojazd zadrżał. Julian podszedł do stojącego przy końcu pomostu Mario.
      - Teraz, już poważnie, powiedział Mario,
      - Dziękuję ci Julian. Za wszystko.
      - Przyjedź znowu.
      Przyjaciele uścisnęli się serdecznie, Mario wskoczył do łodzi, która w chwilę potem odbiła od brzegu.
      - Niebo jest smutne, ponieważ odjeżdżasz, rzekła Sandra spoglądając na przysłaniającą słońce, niewielką chmurę.
      Powolny, ospały nurt osiągnął w końcu łódź. Sandra stojąc za sterem prowadziła ciężki pojazd, który posłusznie dał się kierować na środek laguny. Śruba umocowana na rufie wkręcała się głęboko w zielono-lśniącą toń.
      - Pozdrów drugą stronę kuli ziemskiej, powiedział Julian stojący na pomoście i uniósł dłoń na pożegnanie. A kiedy łódź odbiła już kilka metrów od brzegu dodał jeszcze: - i pamiętaj o tym, że masz jokera w rękawie.
      Mario także podniósł dłoń w pozdrowieniu. W wychylającym się właśnie spoza chmury, słonecznym świetle, Julian widział, uśmiechającego się na pożegnanie przyjaciela...cdn..
    • m.maska UTRACONA CÓRKA (5) 15.04.11, 01:26
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (15)

      Przejmujące beczenie, przechodzącego pod oknem stada owiec, gwałtownie wyrwało
      Katrin ze snu. Wsparła się na twardym materacu z morskiej trawy i usiłowała dojść do siebie. Czuła ból głowy, była jak zamroczona i spocona. Nad nią, na bielonym wapnem, zaplamionym suficie, obracał się jednostajnie wentylator. Przez na wpół otwarte okiennice przebijał błękit południowego nieba. Co to był za sen, który nie chciał jej opuścić i prześladował wciąż nowymi obrazami? Męczył ją i wywołał w niej uczucie beznadziei tak głębokiej, że nawet teraz, już po przebudzeniu miała wrażenie że otoczył ją siecią. Wyjechać! pomyślała. Wracać!
      Wszystko inne było bez sensu. Odrzuciła kołdrę, wstała z łóżka. Podeszła do szafy, boso, po wydeptanym chodniku z kokosowego włókna. Otworzyła ją... szafa zaskrzypiała dawno nieoliwionymi zawiasami. Sięgnęła po torbę podróżną z żaglowego płótna, którą wczoraj odstawiła na bok i zaczęła do niej wrzucać te kilka ubrań, które ze sobą przywiozły.
      - Mamusiu, odezwał się za nią cichy głos.
      Obejrzała się. Christine klęczała na brzegu łóżka, mała twarzyczka zaróżowiona od snu.
      - Pakujesz się? Czy już jedziemy dalej?
      - Nie Christine, chcę wracać. Do domu.
      - Ale dlaczego, mamusiu?
      - Ponieważ...Katrin podniosła bezradnie ramiona jak gdyby marzła pomimo panującego w pokoju upału. Opuściła część garderoby, którą trzymała w dłoni.
      - Nie wiem. Już nie wierzę w tę całą historię. Najlepiej jeśli zostawimy wszystko tak jak jest.
      - Nie, mamusiu, zawołała Christine.
      Katrin uniosła głowę. Zdziwiona, zaskoczona. Christine stała przed nią wyprostowana, już całkiem rozbudzona.
      - Nie chcę wracać. Proszę nie, mamusiu, to brzmiało niezwykle zdecydowanie.
      - Ale... Katrin próbowała jeszcze coś powiedzieć, ale Christine zdecydowanie jej przerwała.
      - Jechałyśmy tak daleko. Pamiętasz, co tatuś zawsze mówił? Nie powinno się rezygnować jeśli się jest już niemal u celu.
      Dziwne, że Christine pamiętała słowa swojego ojca. Erik nie zrezygnowałby. Nigdy nie rezygnował, dopiero kiedy już nie było żadnej innej możliwości, kiedy to bezwzględne przeznaczenie, zepchnęło na jego samochód nadjeżdżającą ciężarówkę.
      - Christine, ja...
      - Ma'm...to był głos właściciela hotelu. Pukał do drzwi, nie słyszała wcześniej zbliżających się po skrzypiących schodach kroków .
      - ...tak?
      - Podano śniadanie, za około pół godziny łódź przybije do brzegu, powiadomił przez drzwi.
      Spojrzała niezdecydowanie na Christine, która właśnie wyskoczyła z łóżka i stała przed nią w swojej białej lnianej nocnej koszulce. Jej mała twarzyczka promieniała nadzieją.
      - Mamusiu...
      - Już dobrze. Niech tak będzie...
      Katrin czuła się osłabiona, jakby nie miała już własnej woli. Wydawało jej się, że każdy może nią manipulować, ale i to było jej teraz obojętne.
      Wrzuciła trzymaną w rękach sukienkę do pozostałych rzeczy do torby.
      - Pospiesz się, powiedziała do córki.
      - Tak, mamusiu, Christine pobiegła do łazienki.
      Pod oknami, dwa psy rozpoczęły gonitwę, której towarzyszył głośny jazgot.
      Wentylator kręcił się jednostajnie obracając gorące gęste powietrze w pokoju hotelowym, ani trochę go nie chłodząc.

      - Proszę wsiadać, zawołała prowadząca łódź, na biało ubrana dziewczyna.
      - Nazywam się Sandra. Wzięła od Katrin torbę podróżną i pomogła jej przy wsiadaniu, następnie podała rękę Christine.
      - Jak się nazywasz?
      - Christine.
      - Sama prowadzisz tę łódź?
      - Tak. To moja łódź.
      - Wygląda wspaniale. Zupełnie jak parowiec z Missisipi, zauważyła Christine.
      - Widziałam coś podobnego na filmie.
      - Płynie dosyć szybko. Najlepiej jeśli usiądziesz obok mnie w kokpicie.
      Katrin opadła na znajdującą się na rufie, zarzuconą miękkimi poduszkami ławkę. Łódź obróciła się i wzięła kurs na otwarte morze. Katrin poczuła na twarzy uderzenie morskiej bryzy. Spierzchnięte od słońca wargi paliła sól rozproszonych morskich kropli. Dokąd płynęła..? Po co..? Christine rozmawiała z dziewczyną w bieli. Wyglądało na to, że świetnie się rozumieją. Łódź poruszała się szybko i pewnie. Katrin miała wrażenie, że zapada się głębiej w siebie.
      Czego oczekiwała po tej podróży, która nawet nie miała sprecyzowanego celu. Ten obcy człowiek, na wyspie nic o niej nie wiedział. Właściwie, co ona wiedziała o sobie? Co wiedziała o swoim buncie, tęsknocie, uwikłaniu, winie, karze? Dlaczego właśnie tak się to wszystko potoczyło, a nie inaczej? Przecież wszystko zaczęło się jak w bajce, wtedy, przed dwudziestu laty, w Meksyku, z Alvaro... cdn...
      • m.maska UTRACONA CÓRKA (6) 15.04.11, 01:35
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (16)

        Alvaro był najbardziej wziętym kawalerem w Cuernavaca, był jak Buen retiro* dla bogatych biznesmenów z USA, znany w świecie sztuki i w najlepszych rodzinach, w każdym zakątku kraju. Jego rodzina, którą śmiało można by było porównać do klanów najznamienitszych rodów, zamieszkiwała dwie śnieżnobiałe wille, stojące obok siebie na wzniesieniu, kilkaset metrów od centrum miasta. Był to płaski pagórek na zachód od Cuernavaca, wyglądający jak kwitnący ogród ciągnący się aż do plantacji drzewek oliwnych i piniowych lasów. Calle Caterina: tak nazywała się otoczona, porośniętym różami, wysokim murem, ulica. Można tam było zobaczyć wyłącznie wytworne hacjendy i dworki. Zezwolenia na budowę były udzielane tylko pod warunkiem, że plany nie odstawały od ekskluzywnego otoczenia a sytuacja materialna i status towarzyski ubiegającego się o zezwolenie odpowiadały wyobrażeniom zarządu miasta.
        Katrin, córka ambasadora stacjonującego w tamtym czasie w Mexico City poznała Alvaro na hacjendzie ich wspólnego przyjaciela, podczas organizowanej przez niego fiesty. Młody dyplomata natychmiast zapłonął uczuciem do tej kruchej dziewczyny o jasnej karnacji i włosach w kolorze tycjanu. Była pod wrażeniem zalotów przystojnego Caballero**. Alvaro, syn hiszpańskich patrycjuszy i człowiek honoru już kilka tygodni później poprosił o jej rękę. Katrin, oczarowana, dumna, zaledwie osiemnastoletnia, prawdziwie zakochana – przyjęła oświadczyny. W rodzinie i wśród przyjaciół mówiło się o tym jak o wielkim wydarzeniu, robiła niezwykłą karierę wychodząc za niego za mąż, wygrała los na loterii. Ślub, odbył się we wspaniałej rozświetlonej słońcem Katedrze w Cuernavaca, zbudowanej z żółtego piaskowca, zamienił się w festyn w którym udział brało całe miasto.
        Nadeszły tygodnie i miesiące niczym niezmąconego szczęścia w białej willi przy Calle Caterina, a stało się prawdziwie kompletne kiedy po upływie roku, ukoronowane zostało przyjściem na świat dziewczynki. Alvaro i jego rodzina nie posiadali się z radości. W rodzinie Lopez od dwóch pokoleń rodzili się tylko chłopcy i w końcu, dziewczynka. Miała ciemne włosy po ojcu i błyszczące niebieskie oczy matki, była śliczna, mądra i miła. Katrin udało się namówić zachwyconego i wciąż jeszcze zakochanego męża by dać córce niemieckie imię Petra.
        W pierwszych tygodniach Alvaro był wspaniałym pełnym poświęcenia ojcem, siedział przy kołysce, fotografował pierwsze uśmiechy małej i kołysał ją gdy płakała.
        Z czasem kiedy jego starania nie przynosiły oczekiwanych efektów, zaczęła go ta zabawa nudzić a w końcu męczyć. Opuścił wspólną sypialnię, żeby nie słyszeć nocnego płaczu dziecka, kołyska Petry stała na wyciągniecie ręki przy łóżku Katrin. Alvaro przeniósł się na wyższe piętro, żeby rano być sprawnym w swoim wyczerpującym zawodzie. Dzień pracy dążącego do zaszczytów polityka był ciężki a on był zdecydowany zrobić zawrotną karierę. Coraz częściej zdarzało się, że nie wracał wieczorem do domu, ponieważ minister resortu, którym kierował w jego zastępstwie, zaprosił go na przyjęcie, na kolację, czy też na konferencję a to był obowiązek, którego, jak wyjaśniał żonie, nie mógł i nie chciał odrzucać. W obrębie budynków zarządu wynajął niewielką garsonierę, by móc spędzić tam noc, gdyby konferencja przeciągnęła się do godzin rannych, czy też móc się odprężyć w ciągu dnia.
        Katrin milczała, tak jak dotychczas, godziła się na wszystko co zadecydował jej mąż. Miała swoją małą dziewczynkę która rozwijała się na rozumną i wdzięczną towarzyszkę jej życia. Miała bajeczny ogród po którego wysokich murach pięły się krzewy bananowców, figowców i liście gwiazdy betlejemskiej, a obok tego basen z lazurową wodą. Personel który stanowiła dama do towarzystwa, kucharka, pomoc kuchenna, ogrodnik i szofer. Alvaro w dniach, które spędzał w domu, w weekendy czy też podczas urlopu, był czułym mężem i kochankiem, był przy tym wspaniałomyślny; jej szkatułka pełna była drogocennej biżuterii a szafy wypełnione odzieżą z najlepszych domów mody ledwie się domykały..
        Ogrodowe festyny i przyjęcia dla prominentów organizowane u rodziny Lopez były tematem numer jeden w mieście. Alvaro robił karierę w zawrotnym tempie. Coraz częściej wysyłano go w służbowe podróże i wtedy pozostawał wiele dni a czasami i tygodni, poza granicami kraju. Jego wyjątkowe zdolności do nawiązywania kontaktów dyplomatycznych zostały zauważone w najwyższych kręgach rządowych.
        Katrin wraz z Petrą spędzały czas głównie w ogrodzie, przy basenie. Dom mogła opuszczać tylko z damą do towarzystwa lub spokrewnioną kobietą. Czytała, uczyła się języków i zaczynała powoli uczyć Petrę pisać. Jeżeli początkowo myślała, że to stan przejściowy, musiała szybko zrozumieć, że już nic się nie zmieni. Zaczęła popadać w depresje a w końcu próbowała się temu sprzeciwiać.
        Kiedy doszło do decydującej rozmowy z Alvaro, zorientowała się, że nigdy nie będzie zrozumiana. Nie przyszło mu nawet do głowy, że jego małżeństwo ucierpiało z powodu jego potrzeby zrobienia kariery: w końcu działo się to wszystko dla Katrin, dla niej i dla dziecka. Opuścił dom zły, podniecony, uprzednio spryskując się drogimi męskimi perfumami.
        Wkrótce Katrin odkryła, że w jego życiu były inne kobiety, zarówno podczas podróży jak i w garsonierze. Dowody były jednoznaczne. Nawet nie próbował niszczyć listów czy rachunków hotelowych. Zrozpaczona i zraniona zażądała rozmowy.
        Znowu nie wiedział o co jej chodzi: dla takiego mężczyzny jak on było to oczywiste, że ma przyjaciółki. Jemu wolno było wszystko, żonie nie wolno było nic. Katrin powinna się z tym pogodzić. Nagle otworzyła się między nimi przepaść różnych kultur. W pierwszym okresie miłości wierzyli, że udało im się ją pokonać. Miłość zaczęła się kruszyć.
        ...cdn...
        *Buen retiro – wspaniały pałac we wsch. części Madrytu
        **Caballero- kawaler
        • m.maska [...] 15.04.11, 01:41
          Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
        • m.maska UTRACONA CÓRKA (7) 15.04.11, 01:45
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (17)

          Połyskliwa kaskada powstała przy dziobie, podczas skrętu łodzi, wyrwała Katrin z zamyślenia, opryskując jej szyję i ramiona. Bezwiednie wytarła wilgoć, która sprawiła jej przyjemność chłodząc przez kilka sekund rozgrzaną słońcem skórę. W oddali na horyzoncie wyłoniło się wąskie pasmo lądu: wyspa? Oparła się. Christine nadal rozmawiała z Sandrą, do Katrin docierały tylko pojedyncze zdania...
          - czy są na wyspie kaktusy?
          - Więcej niż sobie możesz wyobrazić. Lubisz kaktusy?
          - Zbieram je. Mam już czterdzieści cztery.
          Katrin odwróciła twarz w przeciwnym kierunku: Christine natychmiast po powrocie ze szkoły zamykała się w swoim pokoju, również w tych dniach kiedy Katrin nie pracowała. Czasami po powrocie do domu, słyszała przez zamknięte drzwi jak Christine rozmawiała sama ze sobą. Wyglądało na to, że niepotrzebne jest jej towarzystwo. Właściwie powinno ją to cieszyć, ale tak nie było. W jakiś dziwny sposób było to dla niej bolesne. Logika nie potrafiła tutaj zastąpić odczucia.
          Pasmo na horyzoncie poszerzyło się, zaczęło nabierać kształtów, wysoko wspinające się pagórki, a pomiędzy nimi jasne, zielono-świecące plamy, nad nimi tylko błękit nieba.
          ...wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Christine, ale tego nie można było przewidzieć. Niczego nie dało się przewidzieć, wtedy...

          Małżeństwo Katrin istniało już właściwie tylko na papierze. Jednak dla Alvaro istotne było żeby zachowywać pozory. W dalszym ciągu wydawał przyjęcia i przy okazji oficjalnych uroczystości Katrin musiała mu towarzyszyć. Właśnie na jednym z takich rautów spotkała Erika. Stał przy barze, wysoki, atrakcyjny blondyn o ciepłym spojrzeniu. Ich oczy spotkały się...
          - mówiliśmy tym samym językiem, myślała, to było to... właśnie tak się zaczęło.
          Erik pochodził z jej świata. Wiedział co to nostalgia, wiedział co czuła, czego pragnęła, czego jej brakowało. Był spokojny i wrażliwy, dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Zakochała się w nim jak szalona, a w końcu nadszedł dzień, kiedy już wiedziała że oczekuje dziecka, dziecka Erika. Jeszcze dzisiaj czuła tę falę gorąca jaka ją ogarniała, jak niedobrze jej się robiło, jak wszystko w niej zastygało i rosła panika.
          Erik był fair, był rycerski, obiecał jej pomóc. Wiedziała, że jej nie opuści, jej i nienarodzonego dziecka. Ale Meksyk to był Meksyk....
          Nie myśleć dalej! Nie dzisiaj, nie teraz. Przed nią leżała wyspa wschodzącego słońca.
          Szerokie ujście tworzące płaską zatokę. Kryształowo czysta woda. Wysoko wznoszące się skały z jednej strony, dziwaczny skalny krajobraz. Z drugiej strony woda była głęboka i szmaragdowozielona. Dziewczyna w białej sukience skierowała łódź w kierunku czegoś co wyglądało jak delta. Brzegi zaczęły się zbliżać ku sobie, by zamienić się w głęboką, spokojną rzekę. Drzewa pochylały się ku wodzie, krzewy okalały brzeg. Łódź zwolniła i powoli posuwała się pod prąd.
          - Mamusiu, zawołała Christine spoglądając wstecz,
          - Mamusiu!
          Katrin uśmiechnęła się do niej, zacisnęła palce na leżącej obok, na drewnianej ławce, poduszce . Właśnie mijały drzewo, które rozpinając się nad laguną tworzyło naturalną bramę wjazdową.
          Dziewczyna dobijała do pomostu.
          Na skraju łąki stał mężczyzna. Katrin utkwiła wzrok w wysokiej jasnej sylwetce i podczas kiedy łódź zbliżała się, przyglądała się jego twarzy i jego oczom.
          - To mój ojciec, rzekła Sandra,
          - Już czeka na panią.
          Burta łodzi łagodnie dotknęła pomostu. Zanim Katrin zdążyła zaprotestować, Sandra pochwyciła ich torbę podróżną i podała rękę najpierw wyskakującej już Christine a potem jej samej.
          Ciągle jeszcze miała wrażenie, że ziemia kołysze się pod jej stopami, wpatrzona w mężczyznę który w tym momencie, swoją postacią wypełnił cały jej świat, pole widzenia, świadomość, horyzont, dążyła ku niemu chwiejnym krokiem, zafascynowana.
          Stał wysoki, nieruchomy, słońce oświetlało jego sylwetkę, powaga w jego oczach uspokoiła wątpliwości, strach i napięcie które opanowało Katrin ustąpiły...
          - Witam na wyspie, powiedzial Sartori...cdn...
          • m.maska UTRACONA CÓRKA (8) 15.04.11, 01:58
            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

            (18)

            Droga przez łąkę wiodła w górę. Sandra trzymała Christine za rękę. Katrin szła obok siwowłosego mężczyzny. Padło kilka słów pozdrowienia na które Katrin odpowiedziała niemal mechanicznie.
            Powietrze na wyspie było czyste i łagodne, wpływało uspokajająco na samopoczucie. Brzeg ścieżki porastał gąszcz nieznanych roślin, płożących krzewów, różnorodnych kaktusów, gałęzie ciężkie były od kwiatów, mieniące się różnymi kolorami kielichy lilii wychylały się ze wszystkich stron. Na środku płaskiego pagórka porośniętego palmami znajdował się biały dom.
            Christine przyklęknęła przy drodze i wydała cichy okrzyk zdumienia:
            - Mamusiu, spójrz!
            Na spękanej ziemi rósł kaktus, wyglądał jak kula, okrągły, wielkości piłki nożnej z gęsto usadzonymi mięsistymi liśćmi.
            - Bolomäus!
            Złapała za rękę nadchodzącą Katrin i ciągnęła ją w dół. Zaczerwieniła się z podniecenia.
            - Nie ma go wcale u nas.
            Katrin przykucnęła obok Christine, która nie puszczała jej ręki.
            - Znam go tylko z fotografii a tutaj rośnie naprawdę, w naturze.
            - Jest ładny, zmusiła się do okazania zainteresowania. Przyjrzała się uzbrojonym w kolczastą szczecinę mięsistym na grubość palca liściom.
            - Interesujące, rozdwojone kolce, zauważyła.
            - Nie są rozdwojone mamusiu. Przyjrzyj się, one rosną okrężnie.
            Dziewczynka zauważyła nieobecne spojrzenie Katrin i puściła jej rękę. Zawstydzona jakby popełniła błąd, podniosła się...wyraz jej twarzy wskazywał, jak bardzo odczuwała brak zainteresowania matki, znowu zamknęła się w sobie.
            Julian i Sandra zatrzymali się kilka kroków za nimi. Spojrzeli na siebie...
            - Możesz go sobie później znowu obejrzeć, powiedzial Julian
            - On tutaj będzie rósł i będzie na ciebie czekał. Najlepiej jeśli teraz pójdziemy do domu i trochę się rozgościcie. Zgoda?
            Christine podniosła główkę, cień optymizmu pojawił się ponownie w jej spojrzeniu. Zerknęła na Sartori i uśmiechnęła się nieśmiało. Katrin widząc to, poczuła bolesne ukłucie. Położyła rękę na ramieniu córki, to nie był zwykły odruch, idąc dalej próbowała przyciągnąć Christine do siebie i zdziwiona zauważyła, jak jej drobna postać przytuliła się do niej i dostosowała swój krok do jej kroku.
            - Zgoda, odpowiedziała za Christine.

            Noc była chłodna. Wiatr od morza wydymał zasłony w oknach. Katrin udała się późno na spoczynek. Christine spała już zwinięta w kłębek, twarzyczka wciśnięta w poduszkę, słychać było jej miarowy, spokojny oddech.
            - Niech pani obejrzy sobie wyspę, powiedział mężczyzna, którego właściciel hotelu na Kiora nazywał "Sartori". Ma pani czas, porozmawiamy kiedy przyjdzie odpowiednia chwila.
            Katrin spędziła sporo czasu na wybrzeżu, między rafami i siedząc na wilgotnym skalnym występie spoglądała daleko w morze, Christine została z Sandrą. Zbierały daktyle. Potem znowu widziała je jak się kąpały przy ujściu delty, razem z ogromnym ptakiem, który był chyba ich domownikiem. Widziała je z drugiej strony, ptak brodził w płytkiej wodzie i wyciągał kamyczki rzucane mu przez obie dziewczyny.
            Dzisiaj, pomyślała Katrin. Dzisiaj z nim porozmawiam, myślę, że mogę. Ma w sobie coś, co wzbudza zaufanie. Jaka to tajemnica?
            - Pomoże pani, powiedziała wtedy ta siwa kobieta, proszę nie pytać jak czy w jaki sposób.
            Podeszła do okna. Dobiegł do niej krótki szurgający odgłos, potem jeszcze jeden, a za chwilę krótkie nawołujące popiskiwanie. Na palmie daktylowej tuż przed oknem bawiły się dwie pasiaste wiewiórki. Goniły się wokół pnia, skakały w koronie z jednej gałęzi na drugą tak, że ogromne wachlarzowate liście tylko się uginały. Wtedy znowu zbiegały w dół obiegając pień. Kiedy już osiągnęły ziemię, zabawa zaczynała się od początku.

            https://i47.tinypic.com/2i9tufs.jpg

            Palma daktylowa

            Zacisnęła usta. Oparła się o framugę okna. Czy jest coś co może jej pomóc? A jeśli nie? Jej wzrok znieruchomiał. Mimowolnie splotła ręce: jeśli nie, to nie wiedziała co dalej... Jeśli nie, to znaczy, że wszystko było na nic...
            Nagle zerwała się, wyszła z pokoju, zbiegła po schodach i pospiesznie opuściła dom...cdn...
            • m.maska UTRACONA CÓRKA (9) 15.04.11, 02:04
              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

              (19)

              Wyrok: nigdy nie zapomni, ani jednego słowa, które wtedy padło: w imieniu państwa Meksyk...
              Sala sądowa była wypełniona po brzegi. Rozwody wśród prominentów zawsze wzbudzały sensację, szczególnie kiedy kobieta była winna: zdrada. W szóstym miesiącu ciąży z kochankiem. Gazety miały temat, a arystokracja swój skandal.

              Było duszno, głosy dudniły. Przez ogromne okna paliło gorące słońce. Z powodu tłumu widzów przeniesiono posiedzenie do największej sali. Katrin osłaniana przez Erika i adwokata musiała przeciskać się wśród siedzącej, na podłodze w przejściu, gawiedzi. Kiedy w końcu zajęła miejsce między swoimi dwoma towarzyszami dało się słyszeć obelżywe okrzyki. Po drugiej stronie sali siedział Alvaro, obok niego sześcioletnia zastraszona i przerażona Petra. Alvaro otaczał ją ramieniem, chroniąc, prezentował jednocześnie swoją przewagę nad Katrin. Za nim siedzieli teściowie Katrin, którzy już od miesięcy nawet nie spoglądali w jej stronę. Wujkowie, ciotki i na specjalnie w tym celu dostawionych krzesłach współpracownicy Alvaro, urzędnicy z zarządu miasta, przyjaciele, sługusy, lizusy i wszelkiego autoramentu hieny, które zwietrzyły krew.
              Sędzia odczytał oskarżenie. Alvaro został wezwany na świadka. W swoim nienagannie skrojonym czarnym jedwabnym garniturze, oszukany mąż i ojciec, opowiadał łamiącym się głosem o wspaniałości i upadku swojego małżeństwa. Serca wszystkich kobiet na sali rwały się ku niemu, nie było chyba ani jednej, która nie byłaby gotowa go natychmiast pocieszyć. Nadal wyglądał fantastycznie. Doświadczenie jakie zdobywał latami w służbie dyplomatycznej i podczas oficjalnych spotkań dało teraz o sobie znać.
              - Kocham ją, wołał przez łzy, drżącym głosem, wskazując jednocześnie na Katrin,
              - ale spójrzcie...nie zostawiła mi wyboru.
              Wiedziała, że nie będzie łatwo, ale zarówno adwokat jak i Erik uspokajali ją: to nie do pomyślenia, żeby rozdzielić matkę z dzieckiem. Było jej niedobrze kiedy musiała zeznawać. Dziecko, które nosiła pod sercem poruszało się gwałtownie, była śmiertelnie przerażona, bała się, że ktoś być może zauważy to przez cienki materiał sukienki. Sędzia pytał, odpowiadała jak w półśnie. Adwokat przypominał jej wielokrotnie, że musi koniecznie wspomnieć o niewierności Alvaro, we własnym interesie. Jednak zwlekała i na pytanie sędziego odpowiedziała dopiero usłyszawszy nerwowo wyszeptane polecenie adwokata. Tak, jej mąż także z tego co wie, miał pozamałżeńskie kontakty. Z audytorium odpowiedział jej szyderczy śmiech i okrzyki: wiadomo, próba zmylenia i odrzucenia od siebie oskarżeń. Poza tym, w tym kraju obowiązywał swoisty kodeks tolerancji wobec męskiego pojmowania wierności w przeciwieństwie do oficjalnie obnażonej i wystawionej na widok publiczny zdrady i bezwstydu kobiety. Katrin, z trudem wróciła na swoje miejsce. Erik i jej adwokat nie potrafili się powstrzymać od krytyki. Na pewno jej zarzuty były nieprzekonujące, ale Petra była jej dzieckiem, ona wydała ją na świat, dziecko musi być przy matce, w każdym kraju na świecie.....
              To co nastąpiło później, było gorsze niż mogłaby to sobie wyobrazić.
              Sąd udał się na naradę. Okna w sali otworzono, ale nie sprawiło to, że upał stał się znośniejszy. Po trzydziestu minutach, które Katrin wydawały się wiecznością, powrócili i sędzia zaczął czytać....cdn...
              • m.maska UTRACONA CÓRKA (10) 15.04.11, 02:11
                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                (20)

                Wielostronicowe oskarżenia.
                Katrin wsłuchiwała się. Próbowała rozumieć. Jej znajomość hiszpańskiego nie była wystarczająca: kiedy oni to wszystko napisali? To było niemożliwe, żeby stało to się w ciągu pół godziny. Wynikało z tego, że Alvaro już wcześniej udzielił sędziemu wszelkich informacji. Meksyk był znany z wszech-obecnie panującej korupcji. Starała się zrozumieć tekst, który płynnie odczytywano. Sukienka kleiła się do jej skóry, upał stawał się nie do zniesienia. Wiele nocy nie mogła spać. Erik siedział obok, wpatrując się w sędziego, chłonął każde jego słowo przytulając ją coraz mocniej do siebie.
                Koniec. Sędzia odczytywał sentencję wyroku, jakby czynił to aktor w podmiejskim teatrzyku.
                "W imieniu państwa Meksyk...
                Małżeństwo państwa Alvaro Lopez i Katrin Lopez uważa się za rozwiązane. Opieka nad wspólnym nieletnim dzieckiem Petrą Lopez zostaje przyznana ojcu dziecka, Alvaro Lopez ze skutkiem natychmiastowym."
                Katrin siedziała jak ogłuszona. Nic do niej nie docierało. Audytorium reagowało spontanicznie, aplauz, pochlebne komentarze, wymachiwania, wołania w kierunku Alvaro. Sędzia powiedział jeszcze jedno zdanie... Usłyszała je, gdy już niemal przebrzmiało. Poczuła tępy ból na karku. Próbowała zrozumieć.
                - Co on powiedzial? spytała po cichu, zwracając się najpierw do Erika a następnie do adwokata?
                - Co on powiedzial? Erik przetłumaczył. Katrin również po niemiecku nie zrozumiała od razu.
                "…...zabrania się wykorzystywania środków prawnych w celu opóźnienia wykonania decyzji sądu"
                Spoglądała to na jednego to na drugiego? Erik wyglądał na umęczonego. Adwokat był blady jak ściana.
                - Co to znaczy? pytała. Ponieważ adwokat nie odpowiadał, złapała go za ramiona i krzycząc potrząsała nim.
                - Co to znaczy?
                Adwokat wyjął chusteczkę z zakamarków togi i przetarł czoło.
                - To znaczy, że dziecko pozostanie przy ojcu. I...
                - I co? krzyczała Katrin,
                - że natychmiast przy nim zostaje, Senora Lopez, od tej chwili, nie ma możliwości odwołania od tej decyzji.
                Patrzyła na niego nie rozumiejąc. Erik podniósł się, stanął za jej krzesłem i objął jej ramiona.
                - Katrin...
                - ...od tej chwili?
                - Musi się pani pożegnać, powiedział adwokat. Wstała zataczając się, odepchnęła Erika, który chciał ją przytrzymać. Odwróciła się w stronę gdzie Alvaro i jego klan przyjmowali gratulacje... przesuwali się już w kierunku wyjścia. Z przodu trzymając Petrę za rękę dumny z siebie Alvaro,.
                Zaczęła przepychać się na oślep przez otaczający ich tłum, odpychała próbujące ją powstrzymywać ramiona, w końcu przebiła się do córki.
                - Oni nie mogą tego zrobić. Jesteś moją małą córeczką.
                Alvaro przyciągnął Petrę obronnym gestem ku sobie. Dziecko wyciągnęło rączki do matki.
                - Mamusiu, zawołała.
                Klęczała przy niej, przytulała ją do siebie.
                - Zostaw ją, zasyczał Alvaro.
                Katrin trzymała dziecko z całych sił w ramionach, drżąc, tracąc zmysły ze strachu, nie mogąc wymówić ani słowa.
                - Alvaro, nie możesz tego zrobić. Ja ją urodziłam.
                - Mogłaś pomyśleć o tym wcześniej, powiedział. Spojrzała na niego. Czuła na czole kropelki potu, drżała na całym ciele.
                - Nie możecie mi tego zrobić. Proszę Alvaro, błagam.
                - Tutaj decyduje prawo, odpowiedział jej. Jego spojrzenie było zimne jak stal, spoglądał ponad nią. Petra zaczęła płakać, wczepiona w matkę.
                - Petra, moja córeczko...
                Erikowi w końcu udało przedrzeć się przez tłum i stanąć tuż za Katrin
                - Chodź Katrin, to nie ma sensu, mówił przyciszonym głosem, był wyraźnie wzburzony. Katrin przycisnęła dziewczynkę jeszcze mocniej do siebie, tuliła małą spuchniętą od płaczu twarzyczkę, całowała jej łzy.
                Alvaro zwrócił się półgłosem, po hiszpańsku do dwóch stojących obok niego ochroniarzy:
                - Skończcie z tym.
                Podeszli do Katrin, trzymającej w ramionach małą. Tuląca się z całych sił do matki dziewczynka szeptała tylko:
                - Mamusiu,
                - Nie!!! Petra....
                - Nie, krzyczała Katrin, podczas gdy ochroniarze wyrwali dziecko z jej objęć. Jeden z nich podniósł Petrę do góry i zwrócił się do Alvaro z zapytaniem?
                - Dokąd, Senor?
                - Do samochodu.
                Ochroniarz z Petrą w ramionach przepychał się wśród tłumu ku wyjściu. Katrin próbowała iść jego śladem ale natrafiła na ludzki mur, który zamknął się przed nią. Niemal pozbawiona zmysłów, kopała, drapała, biła na oślep.
                Przed budynkiem sądu stała zaparkowana limuzyna Alvaro. Jego klan ściśle go otaczał, zabrano od ochroniarza dziecko. Ktoś otworzył drzwi samochodu, dwoje a może czworo rąk pochwyciło dziewczynkę. W końcu i Katrin udało się wydostać przed budynek... Alvaro wsiadł do samochodu i odjechał. Spłakana twarzyczka Petry przyklejona do szyby. Dziecko, łkało, krzyczało, wyciągało rączki do Katrin.
                - Mamusiu, mamusiu...
                Katrin opuściły wszystkie siły. Erik stał obok niej i mógł ją już tylko podtrzymać....cdn...
                • m.maska UTRACONA CÓRKA (11) 15.04.11, 02:19
                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                  (21)

                  Nadeszły pełne rozpaczy najpierw tygodnie potem miesiące. Wyjazd z Meksyku.
                  Powrót do Niemiec. Urodziła się Christine. Potem... dużo później, tygodnie i miesiące nadziei: wezmą adwokata i sprowadzą Petrę do siebie. Erik jej to obiecywał. Jeżeli tylko będzie dosyć pieniędzy. Ale nie było pieniędzy, wciąż nie było.
                  A kiedy w końcu nadszedł ten czas, wtedy nadjechała ciężarówka i pogrzebała pod
                  sobą wszystkie marzenia.

                  https://i48.tinypic.com/6hqrh0.jpg

                  Katrin schyliła się żeby podnieść spróchniałą gałąź. Pod korą wędrował mały, zielony lśniący chrabąszcz.
                  Sandra pokazała jej drogę do zatoki po północnej stronie wyspy podczas gdy sama wraz z Christine przepadła na strychu. Opuszczając dom Katrin słyszała jeszcze ich śmiech, dochodzący przez otwarte okno na poddaszu.
                  Zatoka po zachodniej stronie wyspy położona była w cieniu i dawała uczucie przyjemnego chłodu.
                  Dziwne - pomyślała Katrin, mieszkać na skrawku ziemi na którym nikogo nie można spotkać. Mieć całą wyspę, tylko dla siebie. Wygląda na to, że Sartori jest szczęśliwym człowiekiem. Dom nie wygląda na opuszczony. Jeśli przyjrzeć mu się dokładniej, to w każdym niemal zakamarku tętni życie. Kolorowo upierzone ptaki przylepiły swoje gniazda do jego ścian, wlatują i wylatują przez otwarte okna. Szpary muru zamieszkały jaszczurki i mieniące się salamandry o płaskich łebkach.
                  W nocy Katrin słyszała dochodzący od strony laguny żabi koncert. Można by pomyśleć, że to nieco głuchy dźwięk trąbek, przy akompaniamencie kontrabasu i kotłów.
                  - Proszę nie opuszczać parowu, podkreślała Sandra,
                  - Jeśli zboczy pani za bardzo na lewo, wejdzie pani do "ogrodu zbłąkanych ścieżek". To nie jest niebezpieczne, ale sama pani nie znajdzie wyjścia. Wtedy mogłoby to trwać wiele godzin zanim udałoby się nam panią odnaleźć.
                  Dobrze jej to zrobiło, tych kilka godzin w samotności. W dole, w zatoce woda lśniła zielono-niebiesko w swojej głębi. Wyglądało na to, że skały są zamieszkałe przez stada ptaków, krążyły i nawoływały się nad powierzchnią wody.
                  Katrin przysiadła na półce skalnej i bezwiednie bawiąc się trzymaną w rękach gałęzią, spoglądała w morze.
                  Nieopodal rafy, ukazał się dziwny „pojazd“, wyraźnie miał przed sobą jakiś konkretny cel. Motor brzmiał metalicznie, od dziobu po obu stronach rozchodziły się szerokie fale, za sobą pozostawiał chmurę czarnego dymu. Nadpłynął od strony sąsiedniej wyspy i w pierwszej chwili wyglądał jak zamontowana na blaszanym pudle pływająca latarnia morska. Dopiero kiedy zbliżył się, okazał się rodzajem transportowego statku. A to co wyglądało jak latarnia morska – mostkiem kapitańskim. Powierzchnia „blaszanego pudła“ załadowana była kolorowym ładunkiem, koszami i kartonami wypełnionymi po brzegi owocami, warzywami i
                  przyprawami.
                  Niezmordowanie terkocząc minął wyspę i płynął na zachód naprzeciw zachodzącemu słońcu. Podążała za nim wzrokiem tak długo dopóki nie został pochłonięty przez rozmigotany horyzont. Oczy piekły ją od wysiłku.

                  Tylko jedno pragnienie, myślała, mam tylko jedno pragnienie: zobaczyć Petrę, jeden jedyny raz; raz z nią porozmawiać i móc jej wszystko powiedzieć.
                  Odwróciła się, uprzednio omiotła jeszcze ostatnim spojrzeniem rafę, szmaragdową wodę, skrzeczące ptaki. Idąc, bezwiednie obracała w ręce gałąź. Droga powrotna wydała jej się krótsza. Powrotne drogi zawsze były krótsze. A może szła szybciej, ponieważ czuła, że serce zaczęło jej niespokojnie bić, początkowo nieznacznie ale stopniowo przyspieszyło w tłumionym oczekiwaniu. Jeszcze ostatni zakręt i przed nią ukazał się dom. Sartori siedział na tarasie pochylony nad książkami, może skryptami. Jego białe włosy błyszczały w słońcu. W
                  dole na łące, widać było dwie postaci: Sandra i Christine. Szły w kierunku łodzi. Christine idąc przed Sandrą, podskakiwała, chwilami odwracała się w jej stronę. Wyglądało na to że prowadzą ożywioną rozmowę. Spojrzała na wciąż trzymaną w ręce gałąź. Mieniące chrabąszcze pełzały pod korą. Dotykały się czułkami na znak bezgłośnego porozumienia, chowały się w spróchniałych szparach i wychodziły ponownie. Wyglądało na to, że są
                  niesłychanie zajęte i w pośpiechu.
                  Katrin rzuciła gałąź w dół na brzeg drogi i zaczęła pomału iść w stronę domu...cdn...
                  • m.maska UTRACONA CÓRKA (12) 15.04.11, 02:26
                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                    (22)

                    - Czekałem na panią – powiedzial Sartori, kiedy Katrin weszła na taras.
                    - Byłam nad zatoką po zachodniej stronie wyspy, Sandra pokazała mi drogę. To miejsce jest w jakiś dziwny sposób romantyczne. Wydaje się, znajdować na końcu świata.
                    - Koniec świata, jest wszędzie i nigdzie, powiedzial.
                    Sartori zaproponował Katrin, aby spoczęła, sam przyniósł z domu karafkę i szklanki. Usiadła ciężko w wiklinowym fotelu, nalał jej szklankę jasnoczerwonego płynu.
                    - Proszę wypić, dobrze pani zrobi po tej wycieczce. Na wyspie jest wiele niezwykłych miejsc, północna zatoka, to tylko jedno z nich.
                    - Widziałam statek, powiedziała,
                    - wyglądał jak dziecięca zabawka, ale płynął szybko, otoczony ogromną chmurą dymu.
                    - Molly, powiedział Sartori,
                    - to prom, który został przerobiony na statek do przewozu towarów, płynie raz w miesiącu w rejs zwany przez nas trasą Pacyfiku. Parowiec napędzany węglem, zbudowany według najstarszych wzorców, ale wciąż jeszcze wyrabia swoje osiemnaście węzłów. Kapitanem jest mój przyjaciel. Czasami zatrzymuje się w północnej zatoce i przywozi rzeczy, których tutaj nie ma: różnego rodzaju odczynniki chemiczne niezbędne do mojej pracy, mierniki czy też części zapasowe do maszyny do pisania.
                    - Można zawinąć do zatoki?
                    - On to potrafi, to szczwany lis. Kiedyś pływał na kołowcu po Amazonce, tam trzeba nauczyć się zatrzymywać po mistrzowsku przy każdym drzewie gumowym.
                    Katrin wypiła łyk jasnoczerwonego napoju, którym poczęstował ją Sartori. Był słodkawo-gorzki, poczuła jak chłodnym strumieniem popłynął w jej żyłach. W krystalicznie czystym popołudniowym powietrzu można było usłyszeć każdy dźwięk: przez chwilę wydawało jej się, że od strony ujścia delty słyszy głosy obu dziewcząt.
                    Sartori spostrzegł jej zainteresowanie i spojrzał w tamtym kierunku.
                    - Kiedy wiatr wieje od morza, setki metrów dalej słychać każdy dźwięk, wyjaśnił.
                    - Słyszałam dzisiaj w nocy żaby, wydawało się że to cała orkiestra grała koncert, zauważyła.
                    Miała wrażenie, że napój, którym została poczęstowana poczynił w niej coś niezwykłego. Odetchnęła głęboko i wypiła kolejny łyk.
                    - Pani córka to wspaniałe dziecko, powiedział Sartori,
                    - ciekawa świata i sympatyczna.
                    - Tak, odpowiedziała obracając w ręce szklankę. Nagle się otrząsnęła...: On mówił o Christine, ale ona myślała o Petrze.
                    - Jestem wobec niej niesprawiedliwa, powiedziała
                    - Co ma pani na myśli?
                    - Nie kocham jej tak jak powinnam, obarczam ją czymś za co nie ponosi winy...
                    Sartori pochylił się i spoglądał na nią poważnie, badawczo. Czuła jak pod tym wzrokiem opadło z niej całe napięcie. Szklanka w dłoni nabrała temperatury jej ciała.
                    - Wszystko zaczęło się w Meksyku, zaczęła
                    - przed ponad dwudziestu laty.

                    Sartori siedział zasłuchany, nie zmieniając pozycji. Katrin opowiadała, godzinę albo dłużej, powiedziała wszystko, nie opuściła nawet najboleśniejszych wspomnień. Mężczyzna chwilami potakiwał ruchem głowy albo zadawał dodatkowe pytanie. Jego głos brzmiał spokojnie. W końcu wyprostował się, z kieszonki na piersi wyciągnął fajkę, nabił ją, zapalił, bez pośpiechu pociągnął trzy może cztery razy, oparł się w fotelu. Od strony delty, niesione przez wiatr od morza i zamienione w niezrozumiałe strzępki słów, znowu dolatywały głosy dziewczynek.
                    - Co chciałaby jej pani powiedzieć? spytał.
                    Katrin spojrzała na szklankę.
                    - Że jej nie porzuciłam, że nie pozostawiono mi wyboru. Schyliła głowę, uniosła ramiona, skurczyła się w sobie.
                    - Być może Petra jeszcze sobie przypomina. Czasami pamięta się odległe wydarzenia. Być może mnie nienawidzi. Być może i ona nie może odnaleźć spokoju, jak ja.
                    Sartori milczał. Opróżnił fajkę, wsadził z powrotem do kieszonki i rzekł:
                    - Spróbujmy.
                    Spojrzała na niego.
                    - Nie rozumiem...
                    - Chodźmy.
                    Wstał. Katrin odstawiła szklankę na stół.
                    - Teraz? Już?
                    - Każda chwila jest właściwa, odpowiedział...cdn...
                    • m.maska UTRACONA CÓRKA (13) 15.04.11, 02:35
                      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                      (23)

                      Sklepienie labiryntu zamknęło się szczelnie nad ich głowami. Powietrze otaczające Katrin było słodkawe i ciężkie. Zatrzymała się, kiedy nagle wydało jej się, że słyszy szum.
                      - Co to jest?
                      - Wodospad. Woda płynie tutaj z daleka. Z gór znajdujących się w centrum wyspy. Zbiera się tam na wyżynie jak w ogromnej misie.
                      - Gdzie on jest?
                      Obróciła się, nie potrafiła rozróżnić z którego kierunku dobiegał szum.
                      - Wydaje się, że jest wszędzie.
                      - Zaraz dojdziemy na miejsce, powiedzial Sartori.

                      Szum stał się głośniejszy. Zakręt i...ujrzała go przed sobą: srebrzyście rozpryskujący się w migotliwym majestacie. Zatrzymała się obezwładniona roztaczającym się przed nią widokiem.
                      - Jaki piękny, szepnęła
                      - Wodospady mają w sobie coś tajemniczego, zauważył Sartori.
                      - Wyglądają jak woale. Wydaje się, że można je podnieść i zajrzeć co ukrywają.
                      Katrin spoglądała nieruchomo, oczarowana, na opadającą migotliwą ścianę. Sartori stanął blisko niej. Mówił półgłosem, polecił jej:
                      - Niech pani podniesie ten woal, Katrin
                      Jego słowa dziwnie ją poruszyły. Nie odwracając się spytała:
                      - Co mam zrobić?
                      - Proszę myśleć o tym, czego pani pragnie, proszę się na tym skoncentrować, proszę spróbować spojrzeć poprzez woal.
                      - Moimi oczami?
                      - Pani sercem, usłyszała w odpowiedzi.

                      https://i55.tinypic.com/14l2cmh.jpg

                      Katrin podniosła oczy ku brzegowi skały, gdzie jak się wydawało woda zatrzymywała się w bezruchu, zanim rozbita na miliony kropli, spadała w dół. Skalny gzyms migotał, połyskiwał wszystkimi barwami tęczy. Ta gra świateł docierała do najgłębszych zakamarków duszy. Przestała myśleć a świat zawirował. Kryształ, pomyślała Katrin, wirujący kryształ. Monotonny szum przyćmiewał jej świadomość: szum czy kryształ? a może był to głos mężczyzny, który do niej mówił? Czuła się jak w stanie nieważkości, jakby poruszała się po czymś śliskim. Gdzie był ten mężczyzna? Gdzie droga, ogród, staw, wodospad? W końcu gdzie znajdowała się ona sama? Woal który do tej pory tworzyły spadające krople zamienił się w ścianę mgły, która pomału zaczęła ustępować i oczom Katrin ukazał się...

                      Pierwsze co ujrzała, to była skrzynia: ciężka skrzynia z drewna palisandru z metalowymi okuciami. Stała w ich sypialni, jej i Alvaro, a teraz stała przed nią w korytarzu. Czy to był korytarz? Drewniana podłoga, na niej kolorowe dywany, jakie tkali Indianie. Dalej kręte schody prowadzące w górę. Wąskie, niemal niewidoczne, oklejone tapetą, drzwi. W murowanych niszach szerokie zaokrąglone okna, przez które wpadało światło. Na zewnątrz w większej odległości widać było równo przystrzyżone krzewy a rząd drzew tworzył początek alei.
                      Hacjenda, pomyślała Katrin. Alvaro zawsze marzył żeby zostać właścicielem hacjendy. Postawiła stopę na podłodze, bezgłośnie. Zamknęła drzwi wejściowe i powoli zaczęła iść przez pokój.
                      Obrazy: dwie akwarele, pokazywały dom w Calle Caterina, namalowane przez przyjaciółkę Katrin, jedyną która jej wówczas pozostała. Pisały czasami ze sobą listy. Raz, to było już ponad dziesięć lat temu, przysłała jej zdjęcie Petry. Na jednej ze ścian zobaczyła lustro oprawione w złote ramy, to samo, które wtedy wisiało w ich sypialni. Za drzwiami usłyszała niewyraźne głosy.
                      Podeszła do okna:
                      dróżki wysypane żwirem, ławki, fontanna. Na podjeździe stał odświętnie udekorowany kwiatami kabriolet. Ślub, limuzyna ślubna...
                      Otworzyła okno wykuszu i spoglądała na udekorowany białymi różami samochód.
                      Petra miała osiemnaście lat.
                      Ona także miała osiemnaście lat kiedy wyszła za mąż za Alvaro. Promienie słoneczne ukośnie wpadały do pomieszczenia. Wielkie śluby w Meksyku odbywały się późnym popołudniem, kiedy już minęła pora sjesty i trwały do następnego rana.
                      Alvaro też ponownie się ożenił, z kobietą ze swojego kraju. Między oknami wisiało kilka fotografii. Może ta druga potrafiła go lepiej zrozumieć, a może też i on się zmienił...cdn...
                      • m.maska UTRACONA CÓRKA (14) 15.04.11, 02:43
                        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                        (24)

                        Katrin przeraziła się. Dopiero teraz zauważyła, że ktoś wszedł do pomieszczenia w którym się znajdowała i stanął na najniższym stopniu schodów. Był to ciemnowłosy, młody mężczyzna w czarnym garniturze, w klapie marynarki, biały kwiat hibiskusa. Spojrzał w górę, zawahał się i postawił stopę na pierwszym stopniu. Przylgnęła do ściany wnęki w której stała. Naprzeciw otworzyły się tapetowane drzwi i wyszła czarnowłosa kobieta. Sympatyczna twarz, regularne rysy, wysoko upięte włosy, zapewne w tym samym wieku co Katrin, około czterdziestki. Ubrana była w zapiętą pod szyję ciemną jedwabną suknię z białym koronkowym kołnierzykiem. Kiedy zobaczyła młodego mężczyznę stojącego na schodach, podeszła do niego pospiesznie i złapała za ramię.
                        - Nie, Jose. Musisz stąd iść! Nie wolno ci zobaczyć panny młodej zanim nie będzie ubrana.
                        Zeskoczył ze schodów, na jego twarzy widać było grymas poczucia winy. Wyglądał na szczęśliwego i podnieconego.
                        - Pięknie, a gdzie mam się podziać w tym czasie?
                        - Zaczekaj na zewnątrz przy samochodzie, będziemy gotowa za dziesięć minut.
                        - Ale na zewnątrz świeci słońce i ja w tym czarnym garniturze!
                        - To jest w porządku, słońce i czarny garnitur, to idealny zestaw na dzisiejszy dzień. Zlustrowała go, wyglądało na to że jest zadowolona i nagle zlitowała się na widok jego cierpiętniczej miny, uśmiechnęła się i pokręciła głową.
                        - No dobrze.., idź więc do kuchni i każ sobie podać filiżankę kawy
                        - Wolałbym tequile,
                        - Żeby ksiądz zemdlał w momencie wypowiadania błogosławieństwa?
                        Roześmiali się. Kobieta otworzyła drzwi i popchnęła go lekko w stronę bocznego pokoju. Żadne z nich nie zauważyło Katrin.
                        Katrin powróciła wzrokiem do fotografii wiszących na ścianie obok okna: jedna z nich przedstawiała kobietę, którą właśnie widziała. Obok Alvaro, troszkę starszy, szpakowate skronie , lekko przerzedzone włosy, między nimi dziewczynka chyba dwunastoletnia, z uśmiechem spoglądająca na kobietę.
                        Od strony schodów zbliżały się ledwo słyszalne kroki.
                        Pierwsze co Katrin ujrzała, to drobne stopy w białych bucikach. W hiszpańskim stylu, dopasowana w talii i z wielokrotnie stopniowanymi falbanami poniżej kolan, suknia. Szczupła postać. Ręka, która podczas schodzenia przytrzymywała falbany. I twarz. Twarz Petry.
                        Prawie się nie zmieniła, odrobinę szczuplejsza i bardziej dojrzała. Włosy, tak samo ciemne jak włosy Katrin, podpięte były z tyłu do góry hiszpańskim grzebieniem. Jej oczy promieniały kolorem nieba, skóra opalona przez meksykańskie słońce. W pewnym momencie pochyliła lekko głowę, jak gdyby się jej wydawało, że usłyszała niespodziewany, niewytłumaczalny dźwięk.
                        Katrin wstrzymała oddech.
                        Dziewczyna zatrzymała się na ostatnim stopniu i rozejrzała się ostrożnie.
                        - Jose? Pozostań tam gdzie jesteś, zawołała.
                        Krótko zaczekała na odpowiedź, po czym odwróciła się do drzwi jakby chciała do nich podejść.
                        Katrin wyszła z cienia i stanęła w niewielkiej odległości naprzeciwko niej
                        - Petra!
                        Dziewczyna zatrzymała się, podniosła głowę... Ich spojrzenia spotkały się.
                        - Mama,
                        Katrin próbowała się pozbierać, głos odmawiał jej posłuszeństwa.
                        - Jak to, rozpoznajesz mnie?
                        - Zdjęcie ślubne, ojciec wciąż je ma.
                        Katrin poczuła pieczenie w oczach. Kontury stojącej przed nią postaci zamazywały się w mlecznej bieli.
                        - Moje dziecko. Moja dziewczynka. Jak ty urosłaś.
                        Kierowana uczuciem które było silniejsze od niej, podeszła do dziewczyny, wzięła ją w ramiona i przytuliła do siebie z całych sił. Jej serce biło boleśnie: te wszystkie lata, oczekiwania na tę chwilę, kiedy cierpiała i walczyła ze swoją tęsknotą.
                        Dziewczyna wydawała się zaskoczona. W końcu odwzajemniła uścisk nieco powściągliwie. Katrin puściła Petrę, oszołomiona i zakłopotana.
                        - Przepraszam. Obiecałam sobie, że będę spokojna.
                        - Już dobrze mamo, cofnęła się o krok do tyłu i spokojnym ruchem odgarnęła z czoła kosmyk włosów.
                        - Dlaczego tu jesteś? zapytała
                        - Dlaczego...Katrin zagryzła wargi. Próbowała nie dostrzegać chłodu Petry.
                        - Ponieważ chciałam cię zobaczyć, już od dawna.
                        Wyglądało na to że dopiero teraz Petra zauważyła, że swoim pytaniem ją zraniła. Podniosła rękę szybkim niezdecydowanym gestem.
                        - Nie chcesz usiąść? zapytała
                        - Usiąść? Gdzie? Katrin rozejrzała się. Petra minęła ją, podeszła do schodów i usiadła na stopniach. Poszła w jej ślady. We wpadających przez okno promieniach słońca widać było wirujące drobinki kurzu.
                        - Wychodzisz za mąż?
                        - Tak
                        - To ważny dzień dla ciebie.
                        - Każdy dzień jest ważny, powiedziała Petra.
                        Katrin poczuła ukłucie w sercu...
                        - Wiem. Wiem! To to, co ci już zawsze chciałam powiedzieć.
                        - Co?
                        - Petra... nie pozostawiłam ciebie dobrowolnie, wtedy.
                        - Nie?
                        - Co wiesz o mnie? Od kiedy wiesz o mnie?
                        - Od dwóch lat. Podczas sprzątania znalazłam w szufladzie ojca, zdjęcie. Zapytałam rodziców i powiedzieli mi prawdę.
                        Katrin zadrżała słysząc to słowo.
                        - Nazywasz ich rodzicami?
                        - To są moi rodzice. Wychowali mnie.
                        Powiedziała to tak prosto, to było dla niej oczywiste. To była prawda, ich prawda.
                        - Co ci powiedzieli?
                        - Że moja matka mieszka w Europie. Czasami...
                        Na chwilę się zająknęła.
                        - Co?
                        - Czasami bardzo słabo pamiętałam ciebie. Tylko zapomniałam. Kiedy o tobie usłyszałam wspomnienie powróciło.
                        - Przypomniałaś sobie? To prawda?
                        Przytaknęła niemal niedostrzegalnym ruchem głowy.
                        - Kiedy zasypiałam, przypominały mi się twoje włosy. Pamiętałam lekki zapach rozmarynu, kiedy pochylałaś się nad moim łóżeczkiem.
                        - Mój Boże, Petra... Katrin nie mogła wydusić z siebie słowa...cdn...
                        • m.maska UTRACONA CÓRKA (15) 15.04.11, 02:51
                          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                          (25)

                          Petra odwróciła się nieco w bok.
                          - Wspólnie zdecydowaliśmy, że nie będziemy rozmawiać o tym co było w moim życiu wcześniej. Zapomnieć przeszłość!
                          - Można?
                          - Jeżeli teraźniejszość jest dostatecznie znacząca.
                          - To brzmi tak dorośle. Kiedy ona to ostatnio powiedziała? do kogo? To zaledwie kilka dni temu: do Christine. Dlaczego teraz pomyślała o Christine?
                          - Jestem dorosła, mamo, zauważyła Petra,
                          - Wychodzę za mąż.
                          - Wiem,
                          - Widziałaś Jose? Katrin przytaknęła ruchem głowy
                          - Podoba mi się. Mam nadzieję, że będziesz z nim szczęśliwa.
                          Nagle coś ją tknęło. Przeraziła się.
                          - Petra....
                          - Tak?
                          - Ty chyba nie spodziewasz się dziecka? w jej głosie było tyle lęku, że Petra spojrzała na nią zdziwiona
                          - Dlaczego pytasz?
                          - To głupota wychodzić za mąż z powodu dziecka. Uwierz mi, wiem o czym mówię.
                          - Mamo, nie spodziewam się dziecka, wychodzę za Jose, bo go kocham.
                          Wyraźnie odetchnęła.
                          - Przepraszam. Sama to wszystko przeżyłam. Gdyby wtedy nie było Christine...
                          - Kim jest Christine?
                          - Twoja...twoja mała siostra. Zauważyła nagły skurcz zaskoczenia w twarzy Petry ale mimo to mówiła dalej.
                          - Byłam w ciąży, kiedy wyjechałam do Europy. Przedtem odbył się proces i w tamtej chwili musiałam ustąpić.
                          - Słyszałam o tym. Ale mogłaś mnie później do siebie wziąć, nawet nie próbowałaś.
                          Katrin splotła nerwowo dłonie.
                          - Próbowałam. Petra musi jej uwierzyć, to była prawda.
                          - Chciałam zabrać cię do Europy. Mój drugi mąż obiecał, że mi w tym pomoże. Potem zginął w wypadku. Nie miałam pieniędzy na adwokatów. Nawet nie wiesz co przeżywałam.
                          - Też sporo przeżyłam, mamo,
                          - Wiem. To moja wina. Uwierz mi, nie miałam jednej spokojnej minuty od tamtej pory. Odwróciła twarz, łzy stanęły jej w oczach.
                          - Wciąż widziałam cię przed sobą. Twoją zrozpaczoną buzię, kiedy wyrwano cię w sali sądowej z moich objęć. Słyszałam twój krzyk, kiedy samochód uwoził cię ode mnie.
                          - Jeśli to było takie straszne, dlaczego wyjechałaś?
                          - Nie miałam wyboru. Byłam rozwiedziona, rozwiedziona i winna rozkładu pożycia małżeńskiego. Przecież wiesz co to wtedy tutaj oznaczało.
                          Z wysiłkiem starała się uporządkować myśli.
                          - Twój ojciec nigdy nie uznałby Christine. Nie miałabym wtedy i dla niej ojca.
                          - A teraz? Co masz teraz? spytała Petra
                          Katrin znowu splotła dłonie tak mocno, że zaczęła odczuwać ból w stawach.
                          - Jesteś nieczuła, Petra
                          - Byłam nieczuła, mamo
                          - Wszystkich nienawidziłam. Ojciec zakopał się w swoją pracę na długie lata, był tak samo nieszczęśliwy jak i ja. Każdego wieczoru zasypiałam zapłakana. Miałam ojca, który się mną nie interesował i matkę, która mnie zapomniała.
                          - Petra, ależ ja ciebie nie zapomniałam,
                          Katrin była zrozpaczona
                          - Ani na moment. W każdej chwili cala moja miłość była przy tobie. Co tydzień pisałam do Sarah, mieszkała niedaleko twojej szkoły, pamiętasz ją?
                          - Czasami mnie pytała, jak się czuję.
                          - Prosiłam ją o to. Zaczekaj. Otworzyła torebkę i zaczęła czegoś nerwowo szukać. Przysłała mi twoje zdjęcie, mam je zawsze przy sobie. Przejrzała w pośpiechu wszystkie zakamarki torebki, gdzież to się podziało:
                          - gdzie ja to mam? Tutaj! Sarah mi to przysłała. Rozpoznajesz ? Sarah mi to przysłała, powtórzyła.
                          Petra spojrzała na fotografię.
                          - Tak, ta zielona sukienka, mamusia kupiła ją dla mnie w Vera Cruz.
                          Szybko spojrzała na Katrin, zauważyła, że ją to zabolało, poprawiła się pospiesznie.
                          - Miałam na myśli Izabelę, moją macochę.
                          Nagle Petra spostrzegła coś na zdjęciu.
                          - Mój Echino* ten wielki, brzuchaty. Widzisz, że trzymam coś w ręce?
                          - Bukiet kwiatów?
                          - Nie. To jest kaktus. To był ostatni z moich zbiorów, dlatego tak dobrze go sobie przypominam.
                          - Zbierałaś kaktusy?
                          - Wszystkie rośliny jakie tylko udało mi się zdobyć. Mój pokój był ich pełen. Każde dziecko, które czuje się samotne zaczyna w końcu coś zbierać.
                          Serce Katrin doznało bolesnego wstrząsu.
                          - To jest...
                          - Co..?
                          - Twoja siostra też zbiera kaktusy.
                          - Uważaj, żeby nie stały się jej przyjaciółmi. Ja zaczęłam z nimi rozmawiać i nadawałam im imiona. Pewnego dnia można utracić zdolność rozmowy z ludźmi.
                          Christine czasami, kiedy myślała, że jest w pokoju sama rozmawiała sama ze sobą. Katrin uważała, że to zabawa. Głos odmawiał jej posłuszeństwa kiedy z trudem zapytała:
                          - Powiedziałaś, że to był ostatni z twoich zbiorów. Kiedy z tym skończyłaś?
                          Znała odpowiedź i obawiała się ją usłyszeć, ale to nie był odpowiedni moment żeby rezygnować.
                          - Kiedy mamusia przyszła, powiedziała Petra i znowu się poprawiła, mówię o Izabeli. Wtedy wszystko jej opowiedziałam, to co przedtem opowiadałam kaktusom. A potem nadszedł dzień, kiedy przesadziłyśmy je do ogrodu. Nadal tam są, pod murem, wskazała poza okno...cdn...

                          *Echinocactus horizonthalonius – kwitnący kaktus.


                          https://i45.tinypic.com/ru6t6b.jpg
                          • m.maska UTRACONA CÓRKA (16) 15.04.11, 02:56
                            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                            (26)

                            Katrin kurczowo trzymała się drewnianej poręczy. Petra spoglądała przed siebie. Podciągnęła nogi tak, że materiał jej jedwabnej sukni opinał się na kolanach, które obejmowała rękami. Miała klasyczny profil o miękkich konturach. Serce Katrin kurczyło się w bezsilnej tkliwości.
                            - Petra, ja wiem, że nie możesz mi wybaczyć. Lata, które musiałaś spędzić bez matki, to pozostawia rany, które nigdy się nie zabliźniają. Ale być może, potrafisz mnie zrozumieć, dzisiaj, kiedy jesteś już dorosła i kochasz mężczyznę.
                            - Kocham Jose, odparła swoim jasnym dźwięcznym głosem, nie odwracając głowy, ale dla niego też nie porzuciłabym dziecka.
                            - Ale ja...
                            Petra przerwała jej...
                            - Byłaś młodą, niedoświadczoną mężatką, która zakochała się w innym mężczyźnie. Myślisz, że ja nigdy o tym nie myślałam? Pytałaś mnie przedtem, czy spodziewam się dziecka. Nie, nie spodziewam się, ale pragnę je mieć i to tak szybko jak to będzie możliwe i będzie dla mnie zawsze na pierwszym miejscu.
                            Wstała. Katrin chciała coś powiedzieć ale widząc, utkwione w dal, spojrzenie Petry, twarde i ponure, pełne smutku, zrezygnowała. Podniosła się w ślad za córką.
                            - Na pierwszym miejscu, mamo, wszystko jedno co się wydarzy. Nikomu nie uda się zmusić mnie do opuszczenia mojego dziecka. Za żadną cenę nie upuszczę kraju z myślą, że kiedyś powrócę by je odebrać. Przytulę je tak mocno, że tylko toporem będzie można nas rozdzielić.
                            - Rozumiem. Ucisk w gardle sprawiał, że Katrin tylko z trudem udawało się wypowiadać słowa.
                            - Ciesze się, że mi to powiedziałaś, Petra.
                            Zapatrzyła się w ciepłe popołudniowe światło widoczne za oknem. Nie odwracając się, zauważyła:
                            - Ale miałam jeszcze drugie dziecko, nienarodzone.
                            - Wiem i to właśnie sprawiło, że było jeszcze trudniej.
                            Dziewczyna wyraźnie się uspokoiła.
                            - Ale mimo wszystko bym próbowała. Nie wyjechałabym, pozostałabym żeby walczyć o obie.
                            - Masz rację.
                            Kiedy Katrin odwróciła się do Petry, miała łzy w oczach:
                            - Masz rację, nie mogę nic ponadto powiedzieć, masz rację, a ja nie mogę cofnąć czasu.
                            Petra postąpiła kilka kroków w jej kierunku, spojrzała jej w oczy
                            - O Christine... nie wiedziałam. To wiele zmienia. Jesteście ze sobą szczęśliwe?
                            Zwlekała przez chwilę z odpowiedzią.
                            - Tak
                            - Życzę jej tego,
                            - Wzrastać przy matce, całe dzieciństwo.. mam nadzieję, że ona wie, jakie ma szczęście, zamilkła na moment.
                            - Powiedziałaś przedtem, że ona była powodem naszego rozstania. Wie o tym? Powiedziałaś jej ?
                            - Nie, nie... nie sądzę.
                            - Uważaj, żeby nigdy się tego nie dowiedziała. Mnie się jakoś udało... Nie powinnaś myśleć o tym co minęło. To już niczego nie zmieni.
                            - Spróbuję, odrzekła Katrin. Twarz Petry znowu złagodniała.
                            Jest szczęśliwa, pomyślała Katrin, nie brak jej niczego, nie jest sama. To więcej niż oczekiwałam. Ucisk w gardle wyraźnie zelżał. Teraz mogla lekko i bez wysiłku wypowiadać słowa, które przez te wszystkie lata musiała dusić w sobie.
                            - Chciałam ci tylko raz powiedzieć, że cię kocham.
                            Twarz Petry pojaśniała, pojawił się na niej miękki wyraz tkliwości. Przytaknęła, a jej oczy znowu nabrały blasku.
                            - Wybacz mi, ale teraz muszę już założyć welon.
                            Chciała się odwrócić w stronę drzwi, ale zatrzymała się jeszcze i stanęła tuż przed Katrin.
                            - Jeszcze ci chciałam coś powiedzieć mamo...
                            - Tak, serce Katrin zaczęło bić gwałtowniej w oczekiwaniu.
                            - Też cię kocham.
                            - Nie zapomniałam ciebie, przez te wszystkie lata. Zapach rozmarynu w twoich włosach, kiedy zasypiałam. Czasami czuję go jeszcze teraz.
                            - Petra... głos Katrin znowu się załamał.
                            Przytuliły się do siebie. Przez kilka sekund Katrin poczuła znowu bicie serca swojego dziecka.
                            - Jednego pragnę tylko, żebyś była szczęśliwa, powiedziała.
                            - Jose, będzie na mnie uważał...cdn...
                            • m.maska UTRACONA CÓRKA (17) 15.04.11, 03:02
                              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                              (27)

                              Petra powoli, ostrożnie wypuściła Katrin z objęć i spojrzała w jej oczy z miłością, poważnie:
                              - I jeszcze coś: nie wracaj tutaj, mamo. Teraz wiesz już, nie potrzebujesz się martwić. Niekoniecznie trzeba być na wyciągniecie ręki, żeby wiedzieć o tym, że się kocha i jest się kochanym.
                              - Rozumiem, odparła Katrin.
                              Wąskie drzwi otworzyły się. W drzwiach stała Izabela, w rękach haftowana biała mantyla*
                              - Jesteś gotowa?
                              - Idę, zawołała Petra, jeszcze raz odwróciła się do Katrin
                              - Muszę już iść. Żegnaj mamo
                              - Żegnaj, odpowiedziała Katrin
                              Petra weszła do pokoju mijając w drzwiach Izabelę, która pospieszyła za nią . Przez uchylone drzwi widziała jak Izabela upinała ślubną mantylę na włosach Petry i układała ją na jej ramionach.
                              Po chwili Izabela odwróciła się i zawołała w stronę bocznego pokoju:
                              - Jose, możesz wejść.
                              Odsunęła się na bok... chłopak wbiegł i stanął przed Petrą jak wryty. Wziął ją za ręce i przez moment spoglądali na siebie, uśmiechali się, była w tym uśmiechu także pewna powaga. Byli dorośli i świadomi swego kroku.
                              - Na dzisiaj i na zawsze, Petra, powiedział Jose.
                              - Na dzisiaj i na zawsze, powtórzyła.
                              Katrin oparta o parapet okna, uśmiechnęła się . Dopiero potem zauważyła, że z oczu płynęły jej łzy.
                              Widziała jak wszyscy troje przeszli do następnego pokoju. Przez drzwi dobiegał oburzony głos Izabeli:
                              - Masz, weź miętowego cukierka. Jednak napiłeś się tequili!
                              Jose tłumaczył się, wyraźnie świadomy swojej winy:
                              - Jestem zdenerwowany. Czy to dziwne?
                              Usłyszała jeszcze ich śmiech. Ten śmiech towarzyszył Katrin, kiedy po cichu opuściła swoje miejsce, przeszła przez korytarz i wyszła z domu...

                              Na zewnątrz otuliła ją mglista biel. W uszach miała szum spadającej wody. Ślub, pomyślała Katrin, chciałabym tam być w takiej chwili. Dlaczego nie zapytałam Petry? Obok niej znajdował się cień, przyjazny, duży. Gdzie była, z kim? W jakimś niesprecyzowanym miejscu, między dwoma brzegami, jak w gorączce, poza przestrzenią ?
                              - Tak bardzo chciałabym tam być, powiedziała półgłosem do siebie. Cień pochylił się ku niej.
                              - Gdzie?
                              - Tam, podczas jej ślubu. Ona wychodzi za mąż. Petra wychodzi za mąż.
                              - Niech pani pójdzie tą drogą raz jeszcze, może się uda, powiedzial cień.
                              Zawahała się. Pokręciła głową.
                              -Prosiła mnie, żebym już nie wracała.
                              - Pani nie wraca, pani tam wciąż jeszcze jest.
                              Czasami na granicy przebudzenia można przywołać sen.
                              - Co mam zrobić?
                              - Proszę pomyśleć o tym czego pani pragnie, proszę przejść jeszcze raz przez ten woal... usłyszała spokojny głos stojącego przy niej mężczyzny...cdn...

                              *mantyla, mantylka, lekki szal, zwykle z czarnej lub białej koronki, przykrywający głowę i ramiona kobiet, noszony w Hiszpanii i Ameryce Łac.


                              https://i46.tinypic.com/xdxjqf.jpg
                              • m.maska UTRACONA CÓRKA (18) 15.04.11, 03:09
                                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                (28)

                                Szum wody stał się głośniejszy,rozpadł się na pojedyncze głosy a następnie na dźwięki instrumentów muzycznych. Spod mgły wyłoniło się sklepienie kościoła. W powietrzu czuła zapach kadzidła i kwiatów. Chłopcy ubrani w białe szaty grali na dziwnych instrumentach, śpiewali kołysząc się do taktu. Pasterskie flety, banjo, kuliste mandoliny. Nagle dało się słyszeć ukulele*, jej dźwięk zdawał się górować nad resztą tej niewielkiej orkiestry, do której dołączył jękliwy dźwięk fletni Pana. Połączyły się w tajemniczy nawołujący, dialog, nasilały się stopniowo aby w końcu spleść się w jedną kuszącą melodię. Kościół był przepełniony. Światło słoneczne wpadające przez witraże zdawało się wypełniać kościół żywym złotem.
                                Kobiety ubrane były w długie suknie lub hiszpańskie stroje ludowe, mężczyźni w odświętną czerń.
                                Przed ołtarzem stała Petra w sukni ślubnej i mantyli, obok niej Jose.
                                Zabrzmiały organy i zlały się z głosami chłopców. Petra odwróciła się na kilka sekund do Jose. Uśmiechała się.
                                Katrin stanęła, przez nikogo niezauważona w bocznej nawie . Niektóre twarze wydawały jej się znajome: starsze, ale z tym samym uroczystym wyrazem jak wtedy podczas jej ślubu. Alvaro siedział w pierwszej ławce, obok niego Izabela, poruszała wargami w milczącej modlitwie.
                                Modli się za moje dziecko, pomyślała Katrin. Jak to dobrze, że tak się to wszystko ułożyło. Mogło przecież być zupełnie inaczej. Mieliśmy szczęście. Mimowolnie także złożyła ręce do modlitwy.
                                Jose i Petra uklękli, ksiądz przewiązał stułą ich ręce, ułożone jedna na drugiej.
                                -...co Bóg połączył, człowiek nie powinien rozłączać...
                                Nowożeńcy wymienili obrączki. Znowu zabrzmiały organy, chłopięce głosy unosiły się rytmicznie ponad ich dźwiękiem w wybijających się tercjach wśród towarzyszących im werbli.
                                Ksiądz wypowiedział błogosławieństwo. Petra odrzuciła mantylę. Jose wziął ją w ramiona i pocałował. Zabrzmiały dzwony, początkowo ciche a następnie pełne, głośne, nasilające się. Muzyka wzmogła się. Zewsząd dobiegały głośne, pełne radości wiwaty.
                                Młoda para odwróciła się, słychać było szum kamer, ze wszystkich stron błyskały flesze aparatów fotograficznych. Utworzono szpaler. Jose i Petra szli środkiem głównej nawy w kierunku wyjścia, powoli, trzymając się za ręce. Za nimi Alvaro i Izabela, oraz pozostali członkowie rodziny. Ciepłe światło słoneczne wpadające przez szklaną kopułę otaczało oboje, oświetlało twarz Petry, szczęśliwą i rozpromienioną. Kiedy byli już blisko, Katrin cofnęła się za kamienny filar. Petra dostrzegła ją. Rozpromieniona, spontanicznie wykonała ruch jak gdyby chciała do niej podejść. Katrin szybko uniosła rękę i nieznacznie pokręciła głową.
                                Petra zrozumiała, zatrzymała się. Na kilka sekund spotkały się ich spojrzenia: w uśmiechu, w milczącym porozumieniu, jak gdyby w tym tłumie ludzi były tylko we dwie. Jose objął Petrę i przyciągnął ku sobie. Katrin schowała się w cieniu. Teraz tłum wiwatujących zasłonił Petrę. Okrzyki, kwiaty, życzenia, dzwony...
                                ...i szum, który zagłuszył dźwięk dzwonów. Staw zrobił się ciemny, w kolorze połyskliwej zieleni. Fioletowe liany, ogniście czerwone kwiaty orchidei: kolory jakich Katrin nigdy wcześniej nie widziała.
                                Co się zmieniło?
                                Mężczyzna stojący obok milczał, o nic nie pytał.
                                - Jest szczęśliwa, odezwała Katrin,
                                - Nie potrzebuje mnie.
                                Sartori skinął przytakująco głową. Nie wyglądał na zdziwionego.
                                - Wychodzi za mąż, za młodego człowieka, kochają się. Czego może jeszcze matka pragnąć dla swojego dziecka?
                                - To wspaniale dla pani, powiedzial Sartori
                                - Wracajmy.
                                Katrin rzuciła ostatnie spojrzenie na wodospad i ruszyła za nim. Niemal nie czuła ziemi pod stopami: opanowało ją wrażenie wolności. Te wszystkie lata, pogrzebana w swoim nieszczęściu , wśród wyrzutów sumienia, nie żyła prawdziwie.
                                Sartori szedł milcząc. Sklepienie bujnej roślinności ponad nimi, przerzedziło się nieco. Powietrze było jakby lżejsze i łatwiej było jej oddychać. Próbowała uporządkować myśli: W jej świadomości zaczynało się kształtować uczucie szczęścia, którego nie potrafiła sprecyzować. Wciąż była jak zamroczona, zatopiona w myślach z dala od rzeczywistości. Ale była i ziemia obiecana i pewność, że to leży w jej mocy, żeby stała się prawdą.
                                Wyszli na słońce. Katrin trafiona nagłą myślą zatrzymała się gwałtownie :
                                - Christine. Gdzie jest Christine?
                                - Była z Sandrą w zatoce, ale w międzyczasie na pewno są już w domu. Łódź stoi na swoim miejscu.
                                - Chcę iść do niej, powiedziała Katrin...cdn...

                                Ukulele*- szarpany instrument muzyczny, zbliżony do gitary, zwykle cztero- ale także sześcio- lub ośmiostrunowy. Popularny na Hawajach
                                • m.maska UTRACONA CÓRKA (19) 15.04.11, 03:14
                                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                  (29)

                                  Na suficie odblaski wód laguny malowały migotliwe wzory. Był wczesny ranek , słońce zawieszone jeszcze nisko. Katrin odwróciła się w stronę śpiącej Christine. Dziewczynka leżała na plecach, spokojnie oddychając z rozrzuconymi ponad główką rączkami. W ciągu tych kilku dni na wyspie, opaliła się, a sen zaróżowił jej buzię. Na czole wił się kosmyk niesfornych włosów, odgarnęła go ostrożnie.
                                  Ile jest jej winna? żyła obok niej, zimna i nieczuła. Zagrzebała się w swoim bólu i zamknęła na wszystko inne. Ale nie było za późno, nie mogło być za późno.
                                  Wstała po cichu i zaczęła pakować torbę podróżną. Christine poruszyła się przez sen. Jak to dobrze że przyjechały tutaj na wyspę.
                                  Otworzyła okiennice. Pasiaste wiewiórki rozpoczęły właśnie swoje codzienne harce. Biegały wokół pnia wachlarzowatej palmy, jedna zawsze tuż tuż za drugą aż do szczytu, stamtąd na sąsiadującą palmę i znowu z powrotem. Katrin usłyszała szmer za plecami. Christine usiadła na łóżku.
                                  - Mamusiu.....
                                  - Chodź tutaj Christine. Szybko.
                                  Christine odrzuciła kołdrę i trochę jeszcze zaspana, zataczając się, podeszła do okna. Przytuliła ją do siebie.
                                  - Tam. Pasiaste wiewiórki. Widzisz? jedna jest zawsze leniwa, a ta druga szybka. Szybka ją goni na sąsiednie drzewo i z powrotem w dół pnia. Teraz prawie ją złapała. Nie! jednak nie!
                                  Wiewiórka ześliznęła się po pniu i prawie przekoziołkowała. Katrin roześmiała się głośno.
                                  - No, teraz niemal wpadła w tarapaty. Ale spójrz! jak szybko znowu się pozbierała i goni w górę.
                                  Katrin zauważyła, że Christine przyglądała jej się uważnie.
                                  - Co jest?
                                  - Mamusiu, ty się śmiałaś.
                                  Przyklękła przy Christine i przytuliła ją do siebie. Łzy stanęły jej w oczach lecz już w następnym momencie popłynęły po policzkach:
                                  - Będziemy się jeszcze dużo razem śmiać, córeczko.
                                  Christine objęła ją za szyję i wtuliła twarzyczkę w jej włosy.
                                  - Kocham cię mamusiu.
                                  - Też cię kocham Christine.
                                  Na palmie za oknem wiewiórki igrały nadal niestrudzenie ...cdn...


                                  https://i49.tinypic.com/qntqas.jpg
                                  • m.maska UTRACONA CÓRKA (20) 15.04.11, 03:21
                                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                    (30)

                                    Szli w stronę nabrzeża. Sandra odcumowała stojącą w zatoce łódź. Sartori towarzyszył Katrin, Christine szła przed nimi podskakując polną drogą. Nad nimi dwa motyle, o dużych skrzydłach w złotobrązowe i czarne paski, niespokojnie fruwały obok siebie, ponad sobą, wydawało się że na kilka sekund nie poruszając skrzydełkami zamierały w bezruchu, unoszone tylko przez lekki wiatr od morza. Christine, pozostała kilka kroków w tyle, nagle się zatrzymała.
                                    - Brzuchaty kaktus.
                                    Katrin i Sartori podeszli bliżej. Christine stała na zboczu obok kaktusowej kuli i spoglądała na Katrin.
                                    - Bolomäus, mamusiu. Przypominasz sobie? Kiedy przyjechałyśmy tutaj, pokazywałam go tobie.
                                    - Christine kocha kaktusy. Ma pokaźne zbiory.
                                    - Czterdzieści cztery, dorzuciła Christine, przykucnąwszy przy iglastej kuli. Moje całe kieszonkowe wydaje na kaktusy. Może to zabawne, ale to moi przyjaciele. Każdy ma imię i rozmawiam z nimi.
                                    - Nie, wyszeptała przerażona Katrin.
                                    Christine spojrzała zdziwiona na matkę. Katrin uklękła obok niej i wzięła ją w ramiona.
                                    - Nie, Christine. Proszę, nie.
                                    - Co mamusiu?
                                    - Nie chcę żebyś z nimi rozmawiała.
                                    Trzymała dziewczynkę i czuła lekko przyspieszone bicie jej serca. Tak jak dzień wcześniej przy wodospadzie, kiedy trzymała w ramionach Petrę... to nowe uczucie ją uszczęśliwiało, jakby odnalazła coś co już dawno utraciła i za czym tęskniła.
                                    - Ale...zaczęła Christine.
                                    - Christine, nie miałam na myśli, abyś przestała hodować kaktusy, ale może od teraz będziemy robić to razem?
                                    - Chcesz ze mną hodować kaktusy, zapytała z niedowierzaniem Christine?
                                    - Tak, albo coś innego co sprawi tobie radość. Nie potrzebujesz z nimi rozmawiać, nigdy więcej. Będziesz rozmawiać ze mną, a ja będę cie słuchać.Chciałabym być twoją przyjaciółką.
                                    Uwolniła Christine z objęć.
                                    Dwanaście lat, pomyślała. Nie można dwunastu straconych lat zapomnieć w jednej chwili. Teraz to moja powinność, budować mosty.
                                    Christine stała milcząca, wpatrzona w Katrin, jakby całą sobą chłonęła jej słowa.
                                    - Myślisz, że to możliwe? zapytała.
                                    - To możliwe, obiecuję ci.
                                    W dole przy pomoście Sandra odpaliła już motor. Słychać było jego głęboki, przytłumiony szmer.
                                    - Musimy iść, powiedziała Katrin biorąc za rączkę stojącą obok kaktusa wciąż jeszcze nieco oszołomioną Christine.
                                    Sartori zbliżył się:
                                    - Chciałabyś zabrać go ze sobą?
                                    Christine spojrzała na kaktus i zawahała się. Spojrzała jeszcze raz na kolczasty okaz, okrągły i piękny. Pokręciła główką.
                                    - Myślę, że tutaj, to najpiękniejsze dla niego miejsce na świecie. A ja... zerknęła na Katrin, ich spojrzenia spotkały się na kilka sekund,
                                    - Myślę, że już go nie będę potrzebowała.
                                    Sartori przytaknął ruchem głowy i przepuścił Katrin i Christine. Na końcu pomostu Katrin zatrzymała się, Christine już wskoczyła do łodzi.
                                    - Nie wiem jak mam panu dziękować, zwróciła się do Sartori.
                                    - Proszę nie zapominać naszej wyspy, odpowiedział. Nie zapominać niczego co pani tutaj przeżyła, usłyszała,
                                    - czego się pani dowiedziała.
                                    - Nie zapomnę.
                                    Motor zawarczał, łódź zadrżała i powoli kołysana falami odsunęła się od brzegu.
                                    - Proszę pozdrowić Sun Dai, powiedział Sartori,
                                    - właściciela hotelu, tego o pergaminowej twarzy.
                                    Wyjął z kieszonki fajkę.
                                    - I moją ojczyznę, jeśli pani nie zapomni.
                                    - Będę pamiętać, odpowiedziała Katrin. Stała przy rufie obejmując ramieniem
                                    Christine.
                                    Łódź kierowana przez Sandrę ku środkowi laguny, szybko poruszała się między dwoma brzegami.
                                    Julian podążał za nią wzrokiem stojąc na zboczu. Osiągnęła ujście delty i w świetle wysoko stojącego na niebie słońca wypłynęła na otwarte morze...cdn...
    • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 15.04.11, 03:29
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (31)

      - Ojcze..
      Julian spojrzał na Sandrę, w dłoni trzymał pincetę, którą właśnie dzielił okrągłe segmenty białego kwiatu Frangipani. Przed nim na stole leżały jeszcze dwa białe i dwa fioletowe.

      http://i49.tinypic.com/wl7wb4.jpg Frangipani

      - Przemyślałeś to?
      - Co?
      - Przecież wiesz co...
      Odłożył pincetę na bibułę obok pociętego kwiatu. Ustawił parasol przeciwsłoneczny tak aby ocieniał cały blat stołu.
      - Często o tym myślałem.
      - Ale...bez rezultatu..
      Sandra usiadła w wiklinowym fotelu stojącym po drugiej stronie długiego stołu. Miała na sobie indyjską Longhi bez rękawów, wąskie białe spodnie i plecione sandałki.
      - Ostrożnie, nie zrób przeciągu, bo pomieszają się pręciki kwiatów.
      Dzień był bezwietrzny, Julian przeniósł się ze swoimi doświadczeniami na taras. Przed nim stała szklana fiolka z wodą zabarwioną nadmanganianem, notatnik i flamaster leżały gotowe do użytku. Delikatne, ostre narzędzia błyszczały niczym instrumenty chirurgiczne.
      - Wstrzymam oddech. Sandra wzięła w dłoń jeden ze skalpeli i przetarła go watą,
      - ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie.
      - Wiem.
      Julian pochylił się nad kwiatem. Na drugiej bibule rozdzielił fioletowe Frangipani. Wziął pincetę i wymieniając pojedyncze elementy obu kwiatów rozpoczął ich krzyżowanie.
      - Czego próbujesz? Nowy gatunek?
      - Chcę się przekonać czy będzie odporniejszy niż pierwotny kwiat. Myślę, że w sytuacjach ekstremalnych krzyżówki mają większe szanse na przeżycie.
      - Tak jak pies mieszaniec jest inteligentniejszy i odporniejszy niż rasowy.
      - Właśnie, odpowiedział Julian
      - Co masz na myśli mówiąc o sytuacjach ekstremalnych?
      - Biotop, odparł Julian, sztucznie stworzone środowisko. W Kalifornii NASA właśnie przeprowadza eksperyment. Sześciu naukowców zamieszkało na dwa lata w takim biotopie. To jest dokładnie czas jaki trwa lot na Marsa.
      - Czytałam o tym, o planach dotyczących stacji międzyplanetarnej i biotopu na Księżycu. Do tego niezbędne są rośliny, które produkują szczególnie dużo tlenu.
      - To właśnie zaleta roślinności naszej szerokości geograficznej, odparł
      - Jeśli znajdą dosyć tlenku węgla. Przypuszcza się, że pod powierzchnią Księżyca znajduje się woda. Wtedy problem tlenków, byłby rozwiązany. Trzeba tylko znaleźć właściwe rośliny do hodowli produkujące tlen w dużych ilościach.
      - I tym sposobem stworzyć środowisko dla człowieka, dodała Sandra.
      - To nieprawdopodobna myśl. Być może za kilka generacji ludzie będą rodzić się w ogromnym biotopie na Księżycu i nie będą znali niczego innego ponad świat podziemny.
      - Podksiężycowy, powinnaś powiedzieć.
      - No właśnie, Sandra roześmiała się jednocześnie lekko zadrżała.
      - Czy będą jeszcze pamiętać o tym, że ich korzenie są na Ziemi, kiedy będzie wschodzić nad ich głowami? Tak jak my teraz postrzegamy Księżyc?
      - Jeśli ich rodzice wśród cech dziedzicznych przekażą im odczuwanie nostalgii, tęsknoty za ojczyzną. Inaczej w ich świecie nie będzie im niczego brakowało. Będą drzewa, domy, ulice, szkoły i zwierzęta domowe. Ultrafioletowe światło, światło słoneczne, wyłączane na noc. Również przyjaźń, nienawiść, zazdrość, miłość i kłótnia. Tylko zamiast nieba będzie plastikowe sklepienie, z powodu wielkiej odległości będzie to niezauważalne.
      - Nie będzie deszczu, zauważyła Sandra.
      - Nie będzie im go brakowało, nie będą go znali. Tak jak mieszkańcy tutaj nie tęsknią za śniegiem.
      - A ja tęsknię za nim czasami, powiedziała Sandra.
      - Ja też.
      Julian wyjął z rąk Sandry oczyszczony skalpel i zaczął ostrożnie rozdzielać pręciki białego kwiatu Frangipani. Przyglądała się.
      Z trzymanej w dłoni waty, zrobiła kulkę.
      - Zmieniasz temat.
      - Nie, ale instytut w Los Angeles oczekuje na rezultaty.
      - Wciąż będzie jakiś instytut, który oczekuje na jakieś rezultaty.
      - Chwała Bogu! Julian spoglądał na córkę ponad stołem.
      - W przeciwnym wypadku, pewnego dnia byłoby nudno.
      Oczy Sandry patrzały na niego ciepło ale zdecydowanie. Julian opuścił przygotowany do cięcia skalpel.
      - Sandra, rozmawiamy o tym nie pierwszy raz.
      - Właśnie dlatego. Od kiedy był tutaj twój przyjaciel, nie myślę o niczym innym.
      - Mario? Co on ma z tym wspólnego?
      - Dzięki niemu dowiedziałam się o tobie rzeczy o jakich nie miałam pojęcia.
      - Na przykład?
      - Na przykład, tego że robisz właśnie to, czemu zawsze zaprzeczasz. Wywierasz wpływ na ludzi, którzy do ciebie przychodzą, jak na tamtą dziewczynę z twojej klasy, która weszła na gzyms okienny.
      - I jakie wnioski wyciągnęłaś?
      ...cdn...
      • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 15.04.11, 03:37
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (32)

        - Takie, że mógłbyś i ze mną spróbować. Sandra spojrzała mu prosto w oczy.
        - Gdybyś zechciał.
        - Właśnie, nie wydaje mi się to możliwe, odparł Julian
        - Ale warto by spróbować, dodała
        Wciąż bawiła się różową kulką waty. Julian zapatrzył się na żywopłot, tworzący tuż przy zejściu z tarasu prostokąt o ostro zaokrąglonych brzegach. Powietrze było spokojne, zdawało się że fruwające wokół muszki znieruchomiały ponad liśćmi.
        - Sandra, odezwał się w końcu,
        - Znasz ogród zbłąkanych ścieżek, znasz wodospad. Ukończyłaś studium z wyróżnieniem i wiesz, że ziemia na tym terenie nieustannie się rozkłada, powodem jest niesłychanie wysoka wilgotność... a podczas tego procesu wydzielają się pewne gazy. Pachną oszałamiająco i wywołują halucynacje.
        - Ale nie to jest tajemnicą wyspy, powiedziała Sandra
        - A co?
        - Tajemnicą jesteś ty ojcze...
        Opuściła rękę. Różowa kulka leżała spokojnie w jej dłoni.
        - Sandra...
        - Wiesz, że tak jest. W innym przypadku mogłabym sama pójść do wodospadu i wszystkiego się dowiedzieć. Jest tam to samo powietrze, to samo podłoże, to samo załamanie światła na brzegu skały, o której twierdzisz że wywołuje stan hipnozy, autohipnozy. Ale bez ciebie, to niemożliwe. Wiem o tym ojcze, próbowałam.
        - Ty...
        - Niezliczoną ilość razy. Koncentrowałam się na wodzie. Próbowałam sformułować moje pragnienie, moja świadomość była tak zawężona że nawet nie spostrzegłabym gdyby pełzała po mnie żmija , ale i to nie funkcjonowało.
        Julian mimowolnie odsunął od siebie bibułę z segmentami kwiatu. Dopiero po chwili odezwał się:
        - Co to takiego, co jest dla ciebie takie ważne? Może mógłbym ci pomóc?
        Sandra potrząsnęła głową.
        - Nie chce o tym mówić. I to nie dlatego, że nie mam do ciebie zaufania. Ale... szukała właściwych słów.
        - Gdybym ciebie tym obarczyła, bardzo by mi to ciążyło.
        - Rozumiem.
        - Nie potrzebuję opowiadać ci tego co się wydarzyło. Wiesz o mnie więcej niż o innych.
        - To prawda, ale to jest właśnie to: znam ciebie zbyt dobrze. Dlatego, jak sądzę, może się to nie udać. Na obcych oddziałuję bez trudności. W twoim przypadku byłbym zaangażowany a to blokuje przebieg. Jak u psychiatry, który nie przeprowadza analizy u osób mu bliskich.
        - Mógłbyś spróbować, powiedziała Sandra.
        - Jest to dla ciebie tak ważne?
        Przytaknęła. Zacisnęła w dłoni kulkę waty.
        - Chcesz żebym poszedł z tobą do wodospadu? Jakbyś była jednym z gości, którzy tutaj przybywają?
        - Przecież nie znam tego rytuału, nie wiem o co w nim chodzi. Jeżeli przy tym będziesz, może się udać.
        Julian wahał się, ilekroć Sandra rozpoczynała rozmowę na ten temat, odczuwał dziwny niepokój. Jego wątpliwości były czysto subiektywne. Wydawało mu się, że zna jej pragnienia i uważał je za niebezpieczne. A jednak: zawsze dokładnie wiedziała czego chce. Jeśli była zdecydowana na tę próbę, nie było powodu żeby się temu sprzeciwiać.
        - Jeśli to dla ciebie takie ważne.
        - Jest ważne, ojcze, mówiła spokojnie i niemal rzeczowo.
        - Znam twoje wątpliwości, ale to moje ryzyko. Proszę cię tylko żebyś spróbował. Złożyła ręce ciągle jeszcze trzymając w nich małą różową kulkę waty.
        - Nie dzisiaj i nie jutro, ale chciałabym wiedzieć, że ten dzień nadejdzie.
        Julian przyciągnął do siebie bibułę z pokrojonymi fragmentami kwiatów i wziął fioletowe Frangipani, kwiat mimo, że leżał w cieniu, przywiądł nieco.
        - Daj mi trochę czasu. Spryskał płatki fioletowym płynem, który znajdował się w szklanej fiolce. Liście wygładziły się, pręciki nabrały sprężystości.
        - Dajmy sobie nieco czasu, żeby oswoić się z tą myślą.
        Sandra podniosła się, odłożyła spłaszczoną kulkę do pojemnika na odpadki, poprawiła parasol przeciwsłoneczny, którego cień już się nieco przesunął na brzeg stołu.
        - Czy mogę ci w czymś pomóc?
        - Potrzebowałbym jeszcze butelkę płynnej odżywki. Chciałbym już zakończyć pierwszy etap. Jutro przyjeżdża gość z Berlina.
        - Oczywiście, przytaknęła Sandra.
        - Ogrodnik, rozmawiałam z nim przez radiotelefon. Postąpiła parę kroków po rozgrzanych słońcem kafelkach tarasu, ku jego brzegowi.
        - A w przyszłym tygodniu przyjedzie kobieta z Hamburga.
        - Jeszcze jeden powód więcej, żeby się pospieszyć. W międzyczasie chciałbym już mieć gotowe pierwsze rezultaty dla NASA.
        Sandra stała przy bocznym wyjściu. Po schodach z piwnicy wyszedł rozpościerając skrzydła Sokrates. Spędził tam swoją sjestę a teraz kierował się w stronę Sandry.
        - Dziękuję ci ojcze.
        Kwiat w rękach Juliana był gładki i chłodny, dzielenie jego pręcików mini skalpelem nie sprawiało trudności.
        - Dopiero, kiedy będzie po wszystkim, odpowiedział.
        Pogłaskała ptaka po głowie i dziobie, ten cicho kracząc, krążył wokół niej, ocierał swoją długą szyję o jej nogi odziane w białe spodnie. Odwróciła się i zaczęła powoli schodzić po stopniach tarasu, Julian spoglądał za nią, dopóki jej postać nie zniknęła w cieniu sklepionego wejścia do piwnicy, w jego oczach widniała miłość, troska i powątpiewanie. ....cdn...


        https://i46.tinypic.com/23pcbd.jpg
    • m.maska NIE TA KOBIETA(1) 16.04.11, 02:28
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (33)

      Mark odłożył słuchawkę. Stał przez chwilę bez ruchu i wpatrywał się w dziwaczny telefon, na korbkę, obsługiwany przez właściciela hotelu. Przyjazny dziewczęcy głos po drugiej stronie zapytał:
      - Kim pan jest?
      - Mark Keller, ogrodnik z Berlina-Moabit. Proszę wybaczyć, że dopiero dzisiaj dzwonię. Mam nadzieję, że nie jest za późno.
      - Kiedy pan przyjechał? zapytała.
      - Od dwóch dni jestem już tutaj, ale musiałem najpierw nabrać odwagi.
      Dziewczyna zaśmiała się cicho... Mark poczuł, jak kamień spada mu z serca. W ciągu ostatnich dni, zaczął wątpić w sens tego przedsięwzięcia. Ten typ na wyspie, Sartori, jak go nazywano, pewnie go wyśmieje. Powie mu, że facet w jego wieku swoje problemy uczuciowe powinien mieć pod kontrolą. Pięćdziesiąt osiem lat i zakochany jak gimnazjalista. Nie!!! to było więcej, totalne poplątanie. Mark był tak szczęśliwy, że "czuł w brzuchu motyle" , to było całkowite, szalejące szczęście.
      Z wyjątkiem tych chwil w których myślał o Oldze. Wtedy zaczynał odczuwać ucisk, bolesny ucisk. Olga dbała od piętnastu lat o dom i o niego, dogadzała mu, jego dobry duch, towarzyszka życia i więcej... Olga, którą, jeśli się nad tym zastanowić, okropnie potraktował. Ale go dopadło. To przecież nie jego wina. Olga to rozumiała. Po prostu zakochał się.
      Odwiesił słuchawkę, wszedł po chybotliwych schodach na górę, do pokoju, otworzył okiennice... zaskrzypiały zawiasy. Pod oknem na ulicy chłopak z gęstą czupryną przypominającą wełnianą czapkę pędził stado świń. Nie były różowe jak w domu, w Niemczech, tylko brązowawe, jak gdyby zbyt długo przebywały na słońcu. Uderzał splecionym z kilku rzemyków pejczem, świnie chrząkały, nabierały tempa aż w końcu przeszły w galop.
      - Przypłynę po pana jutro około południa, powiedziała dziewczyna.
      - Właściciel hotelu wskaże panu miejsce przy nabrzeżu gdzie zacumuje moja łódź.
      Tym sposobem zyskał jeszcze jedną noc. Nie mógłby nawet uznać, że żałuje tego. Z trudnością zbierał myśli. Od pierwszej nocy z Manuelą, ale właściwie zaczęło się już wcześniej. Kiedy sobie przypominał, było to jak uderzenie gromu, o którym często słyszał, ale nie bardzo w to wierzył. Tamtego dnia miał dostarczyć dwadzieścia drzewek mandarynkowych, wiózł je przez cały Berlin, do prowadzonej przez dwie starsze panie kwiaciarni Katz&Katz. Zamiast dwóch siwowłosych bliźniaczek stała w drzwiach Manuela. Była śliczna. A kiedy uśmiechnęła się, po prostu dama i przy tym jaka figlarna, trafiło go jak błyskawica. Gapił się chyba na nią jak wół na malowane wrota, a kiedy jeszcze odezwała się głosem, który sprawił iż miał wrażenie że unosi się w powietrzu:
      - No, co jest? Nie chce mi pan dać moich drzewek?
      Mark wziął sweter, przerzucił go przez ramię, na głowę założył jasnoszarą czapkę z daszkiem. Przechodząc obok szafy zatrzymał się przed zaplamionym lustrem. To co zobaczył, to był mężczyzna w statecznym wieku, który z pewnością nie miał cech modela, ale niewątpliwie roztaczał naturalny czar. Sto kilo dobrotliwości. Przymrużył oczy i spoglądał na siebie krytycznie. Zdjął czapkę: ukazały się gęste szpakowate włosy, wysmagana wiatrem twarz, błyszczące błękitne oczy spoglądały jakby w zadumie: Manuela i Mark, Mark i Manuela. Co w nim widziała, kobieta światowa, która zdradziła mu, że jej ulubionym napojem na śniadanie jest czerwony szampan? W nim? Mark Keller z Berlina-Moabit?
      To prawda, miał co nieco do zaproponowania. Dom, który wybudował był bardzo ładny. Pokaźny ogród, dwa pietra, zaprojektowany przez znanych architektów i doskonale utrzymany. Ogrodnictwo świetnie prosperowało, nie miał specjalnych wymagań, poza tym żeby żyć spokojnie i mieć wokół odrobinę natury. W każdym razie tak było dotychczas z Olgą. Ale to co spadło na niego wraz z Manuelą to było coś zupełnie nowego. Wszystko zależało od niego, od jego własnej niepewności, musiał się jej pozbyć. W gruncie rzeczy był jak każdy inny, który się czegoś sam dorobił, brakowało mu tylko energii i talentu, do okazywania swoich zalet. Nigdy się tego nie nauczył, a kiedy się nad tym zastanowił, właściwie nigdy mu na tym nie zależało.
      Jednakże Manuela właśnie tego oczekiwała...cdn...
      • m.maska NIE TA KOBIETA(2) 16.04.11, 02:35
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (34)

        Zabrała mu kolorowe krawaty, koszule które lubił, sweter, który właśnie przerzucił przez ramię udało mu się uratować, ponieważ wcisnął go do biurka, do szuflady, między katalogi. Garnitury, które kupił wg jej wskazówek były naprawdę szykowne, rzeczywiście pokazywały mężczyznę światowego, szczególnie kiedy Manuela była obok.
        Jak zawsze, kiedy o niej myślał, tak i w tej chwili, doznawał napływającej do serca fali gorąca. Przecież to nie może być realne. Kiedyś w przypływie napadu odwagi zaczął mówić o małżeństwie, Manuela nie zanegowała tego, żadnym, najmniejszym nawet słowem. Nie powiedziała tak, ale również nie powiedziała nie. Wyobrażał już sobie: z taką kobietą jak Manuela, usiąść wieczorem przy kominku, otworzyć butelkę szampana, oczywiście czerwonego i następnego ranka obudzić się obok niej, nie wspominając o tym co wydarzyć się może w międzyczasie. Nigdy nie zapomni jak po wspólnej kolacji w Hotelu Kempinski zabrała go do swojego apartamentu. Jeszcze teraz kiedy o tym myślał, dostawał wypieków. To było przeżycie, na jakie każdy facet czeka całe życie. A po tygodniu, jeszcze raz. Do siebie nie mógł jej zabrać, ponieważ nadal mieszkała tam Olga. Ale pokazał jej już dom z zewnątrz i widać było że Manueli się spodobał, mimo, iż była przyzwyczajona do czegoś innego. Opowiadała mu o domku w górach nad jeziorem Zurychskim i o mężu, producencie czekolady, zmarłym na raka mózgu i o tym, jak po jego śmierci przybyła do Berlina, żeby od pań Katz&Katz odkupić kwiaciarnię. Właścicielki już wcześniej chciały wycofać się z interesu, a Manuela kochała kwiaty ponad wszystko, zupełnie jak Mark. Już to ich łączyło.
        Jak zwykle, kiedy dochodził do tego punktu odczuwał ulgę, wtedy myślał: "odwagi Mark, przecież już cię zaakceptowała". Znowu nasuwały się wątpliwości. Być może był to tylko kaprys, przecież był też od niej starszy i to sporo. Ta wieczna huśtawka zaczynała go już denerwować, nie wytrzyma tego dłużej. Właściwie to dobrze, że zdecydował się na ten wyjazd. Sam nie mógł sobie w tej sprawie poradzić. Zdarzały się sytuacje, w których rozum wyłączał się i wyjeżdżał na wakacje.

        Najgorzej poczuł się w momencie, gdy poprosił Olgę, żeby się wyprowadziła. Jej miła, dobroduszna twarz wyglądała jakby nagle skamieniała. Nie spodziewała się tego po piętnastu latach. Serce ścisnęło mu się bolesnym skurczem, gdy tylko cicho odpowiedziała:
        - dobrze Mark, a on uspokajająco dodał, że to tylko na kilka tygodni, jeszcze coś tam gadał, chociaż Olga była tak zszokowana, że zapewne nie mogła już tego usłyszeć.
        Przecież musiał pokazać dom Manueli, interesowała się nim. Zauważył to kiedy obok przejeżdżali. Miał też setki różnych roślin w ogrodzie, które na pewno by ją zainteresowały, bo to było i jej hobby.
        Olga wróciła do swojego starego mieszkania. W końcu nigdy nie zamierzał się z nią żenić. Właściwie dlaczego? Wtedy przed piętnastu laty, po śmierci jego żony, przyszła do niego jako gospodyni. A potem jakoś to się tak rozwinęło. Zresztą ona nigdy nic nie mówiła i niczego nie oczekiwała. Po prostu było dobrze tak jak było. Właściwie do ostatniego dnia, do dnia w którym pojawiła się Manuela. Dziwne, przy Manueli natychmiast pomyślał o małżeństwie. Była tą właściwą, kobietą, na którą czekał.

        Chrząkanie świń pod oknem umilkło. Mark spojrzał jeszcze raz w lustro. Jego prawa kieszeń była nieco wypchana. Sięgnął do niej i wyjął małe skórzane pudełeczko z wygrawerowanym złotym brzegiem. Nosił je przy sobie od dwóch tygodni. Otworzył je, w środku znajdował się pierścionek, duży, owalny, krwistoczerwony rubin otoczony maleńkimi brylantami. Kosztował tyle ile cały ładunek drzewek bonsai.
        Dla Manueli, na zaręczyny, jeśli ten facet na wyspie zdoła dodać mu odwagi. W końcu nie należał do strachliwych, ale to było coś innego. Zamknął pudełeczko i schował je na powrót do kieszeni.
        Na zewnątrz było gorąco, a kawałek dalej obok piaszczystej drogi znajdował się barak z prawdziwym niemieckim piwem. Cywilizacja była już niemal w każdym zakątku ziemi. Lekkim klepnięciem po kieszeni upewnił się, że skórzane pudełeczko znajduje się na swoim miejscu i opuścił pokój...cdn...
        • m.maska NIE TA KOBIETA(3) 17.04.11, 01:30
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (35)

          - Niech pan opowiada, odezwał się mężczyzna w białym ubraniu.

          Mark wyjął z kieszonki na piersi śnieżnobiałą chusteczkę i przetarł nią szyję. Na tarasie było gorąco a ten czerwony napój chyba mu nieco uderzył do głowy. Dziewczyna o miłym głosie odebrała go rano. Była sympatyczna i wesoła, utracił przy niej niemal cały swój lęk. Wszedł na pokład łodzi, o wyglądzie pływającego domu, wypełnionej różnymi kartonami. Podziwiał dorodne papaje wypełniające po brzegi wiklinowe kosze, były dwa razy tak duże jak te, które importował z Gwatemali, pogłaskał też ogromną dynię.
          - Wypełniona prawdziwymi pestkami, coś takiego u nas by w ogóle nie wyrosło. Rozmawiali o roślinach i o tym, że każda roślina powinna tam rosnąć, gdzie jej korzenie. Mark zawsze był tego zdania. Uważał, za śmieszne, że figowiec rósł przed kawiarnią na Ku'damm* a palma kokosowa przed KaDeWe** i ta dziewczyna była tego samego zdania. W końcu dobili do drewnianego pomostu. Mark wyniósł dziewczynie kartony na brzeg, czekał tam na nich mężczyzna w białym garniturze, Sartori.

          To wcale niełatwe kiedy trzeba swoją historię opowiadać od samego początku. Była doprawdy zagmatwana. Mark zaczął od jakiegoś miejsca i po prostu opowiadał. Sartori z rzadka wtrącał tylko jakieś pytanie. W końcu wszystko opowiedział, w każdym razie tak mu się wydawało. W ten sposób utracił nieco nieśmiałości którą odczuwał w stosunku do Sartori. To była niezwykła sprawa, ten mężczyzna tutaj na wyspie był przede wszystkim dla innych, zwyczajnie po to tylko żeby im pomagać.
          - I o to chodzi... I to by było, mówiąc ogólnie, wszystko. Wziął w rękę szklankę z czerwonym napojem.
          - Jedno jest pewne, nie potrafię sobie z tym problemem sam poradzić. Wydaje mi się, że oszaleję.
          Mark, zawsze twardo stąpający po ziemi.
          - Uczucia jakie mam teraz, takich nie miałem w całym moim życiu. Uwierzy pan?
          - Wierzę panu, odparł Sartori
          Nie wyśmiał go, czego Mark obawiał się najbardziej. Ulżyło mu to tak bardzo, że jednym haustem opróżnił szklankę.
          - Nie uważa pan, że oszalałem?
          - Absolutnie, nie,
          - To dobrze, Mark oddychał powoli, głęboko.
          - Jeśli ktoś taki jak pan nie uważa, że oszalałem, to może oznaczać, że to nie takie głupie. Jego spojrzenie błądziło po murze tarasu i wyżej aż po szczyty palm, w końcu zatrzymało się na gąszczu zielonych liści.
          - To byłoby coś, jeszcze raz oddać kobiecie wszystko, wszystko dla niej zrobić. Taka kobieta, dowartościowuje mężczyznę. Wtedy można być naprawdę kimś.
          - Przecież i tak jest pan kimś, powiedział Sartori.
          - Nie tak jak myślę. Dorobiłem się, to prawda, ale w końcu to nie wszystko. Są jeszcze ideały, chce się... zamilkł na chwilę, zastanowił się, wydało mu się, że już wie:
          - chce się jeszcze raz zacząć od początku, teraz kiedy można trochę zaszaleć. Wtedy się głodowało, oszczędzało. Nie można było chcieć, kiedy nie ma się nic do zaproponowania kobiecie. Teraz można odrobić to co się utraciło. Zanim... w końcu... ten zakręt zbliża się już... kiedy ma się pięćdziesiąt osiem lat... spoglądał nieruchomo w kierunku szczytów palm. Sartori odpowiedział dopiero po kilku sekundach.
          - W pańskim wieku, ma pan jeszcze sporo czasu.
          - Tak pan myśli?
          Zrobił się dziwnie podniecony. Wstał, przeszedł kilka kroków po tarasie, ręce w kieszeniach, znowu poczuł w dłoni małe pudełeczko, zacisnął na nim palce.
          - To znaczy...znaczy, że mógłbym zacząć robić sobie nadzieje.. zatrzymał się przed Sartorim.
          - Jeśli zda pan sobie sprawę, w jakim środowisku się obraca, jakiego rodzaju to kobieta..niech pan zaczeka.
          Mark z kieszonki na piersi wyciągnął skórzany portfel, po krótkim poszukiwaniu wyjął fotografię i pokazał ją Sartori
          - Tutaj, sam zrobiłem. Fotografowanie to moje hobby. I co pan na to?
          Sartori wziął fotografię, spojrzał i wyglądało na to, że zdjęcie nieco go zaskoczyło. Jednakże nie dał tego po sobie poznać.
          - Rzeczywiście pociągająca kobieta. Co pan mówił o środowisku?
          ...cdn...

          Kudamm*- Kurfürstendamm w jęz. potocznym Ku'damm, to 3,5km główna arteria, ulica reprezentacyjna przy której znajdują sie m.in dwa teatry(Berlin)
          KaDeWe**- skrót od "das Kaufhaus des Westens" jest to największe centrum handlowe na kontynencie europejskim, symbol Berlina, jest uważany za równorzędny z Harrods w Londynie i Galeries Lafayette w Paryżu.
          • m.maska NIE TA KOBIETA(4) 17.04.11, 02:42
            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

            https://i48.tinypic.com/241uhaa.jpg Allamanda

            (36)

            Mark spojrzał mu przez ramię. Zakłopotanie wywołało rumieniec na jego twarzy: na zdjęciu była widoczna kobieta, opierająca się o kosiarkę na środku kwitnącej łąki, ładna blondynka, w średnim wieku.
            - Nieeee, przepraszam, pomyliłem się, to jest Olga...
            Nerwowo zaczął szukać w portfelu.
            - Jeśli ma się takie hobby, można coś pomylić, w końcu wyciągnął zdjęcie
            - tutaj, proszę. Mogę...proszę dać mi Olgę..odebrał zdjęcie Olgi podając Sartori drugie. Przedstawiało ono Manuelę w sukni haftowanej cekinami z głębokim dekoltem, ciemnowłosą, sexy, w świetnym makijażu na tle kanapy w stylu barokowym, za nią widoczny był obraz w złotych ramach i wieloramienny kryształowy żyrandol. Manuela uwodząco podnosiła kieliszek szampana, jakby wznosiła toast w kierunku fotografa. Sartori nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.
            - Oooo...!
            - Prawda? Pan też to zauważył?
            Odebrał zdjęcie i wsunął je z powrotem do portfela, spoglądał wyczekująco na Sartori, z góry... metr dziewięćdziesiąt dwa wzrostu.
            - Tak, jeśli pozwoli pan na pytanie,
            - co pan myśli o tej historii? Uważa pan, że może mi pomóc?
            - Mogę spróbować, odparł Sartori.
            - Naprawdę? Mark miał uczucie, że krew pulsuje mu w skroniach. Przyczyna leżała zapewne w tym jasnoczerwonym napoju, niemal kręciło mu się w głowie.
            - Gdyby mógł mi pan dać jakąś wskazówkę, byłbym niezmiernie wdzięczny.
            - Wskazówki nie mogę panu dać, ale może sen na jawie...
            - Sen? zdziwił się Mark
            - Tak, odparł Sartori. Mark chwycił za oparcie wiklinowego fotela i ostrożnie, nieco sztywno usiadł na nim.
            - Jeśli o to chodzi, to mam pewną uwagę, powiedział
            - Słucham?
            - Sporo się słyszy, o tym co tutaj się dzieje... chciałbym tylko powiedzieć, na wypadek, gdyby zechciał mnie pan hipnotyzować, to przypuszczalnie w moim przypadku nic z tego nie będzie. Jestem okropnym medium. Byłem kiedyś z Olgą na przedstawieniu pewnego magika...
            - Bez obaw, powiedzial Sartori uśmiechając się, Mark poprzez woal, który zawisł przed jego oczami widział, że Sartori przyglądał mu się z sympatią. Gdyby Olga to widziała, pomyślał, albo jeszcze lepiej, Manuela. Dlaczego najpierw pomyślał o Oldze? Zapewne dlatego, że tyle czasu razem spędzili, myśli się najpierw o tym kogo się dłużej zna.
            - Nikt nie będzie pana hipnotyzował, odparł Sartori,
            - jedyne czego mi potrzeba, to pańskie zaufanie.
            - Ma pan, całą masę zaufania, to nie będzie przeszkodą. Kiedy zaczynamy?
            - Jutro, niech pan się dzisiaj rozejrzy po wyspie. Sandra może pana zabrać łodzią wgłąb laguny. Tam dopiero zobaczy pan palmy kokosowe, które wydają owoce o średnicy trzydziestu centymetrów. Może zechce pan kilka zabrać do Niemiec.
            - Chętnie, odparł Mark,
            - w takim razie dziękuję za rozmowę i jeśli pan pozwoli to wyrażę także przyjemność z poznania pana.
            - Przyjemność jest po mojej stronie, odpowiedział Sartori i widać było że naprawdę tak myślał...

            - Martwisz się o niego, zauważyła Sandra,
            - polubiłeś go.
            Julian przytaknął skinieniem głowy.
            - On należy do tych, którzy potrzebują osobistego Anioła Stróża. Zbyt dobry, żeby podejrzewał innych o zło.
            - Będziesz mu mógł pomóc?
            - Mam nadzieję. Odsunął na bok swój notatnik, nadal trzymał flamaster w dłoni.
            - To prawdziwy mężczyzna, serdeczny i rozumny, ale kobiety takie, jak ta Manuela potrafią obalać rządy i ministrów. Musimy odczekać.
            ...cdn...
    • m.maska Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli - serial 17.04.11, 02:49
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli – serial

      Poniżej zostawiam link. Ktoś umieścił na you tube fragment czołówki serialu... można w nim obejrzeć najpiękniejsze fragmenty Wyspy Wyśnionych Prawd a także głównych bohaterów wydarzeń na wyspie - dr Sartori i jego córkę Sandrę


      Insel der Träume(link)
      • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 17.04.11, 03:05
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (37)

        Sandra stała oparta o balustradę tarasu i spoglądała ponad żywopłotem na łąkę.
        Na drugim jej końcu widoczna była maleńka postać.
        - Właśnie wyszedł na poranny spacer, zauważyła.
        - Był absolutnie oszołomiony widząc tutejszą bujną roślinność. Pogłaskała liście płożące się po murze.
        - Jeszcze dzisiaj pójdziecie do wodospadu?
        - Tak myślę
        - Ojcze...Sandra zwlekała z postawieniem pytania
        - Tak?
        - Czasami sama już o tym myślałam...
        Julian położył flamaster obok leżących z boku skryptów. Wyjął z kieszonki fajkę.
        Przed nim w marmurowej misie leżały zapałki, sięgnął po nie...
        - O czym?
        Tytoń był wilgotny, nie od razu dał się zapalić. W nocy padało i na piaszczystej dróżce obok laguny powstały niewielkie kałuże.
        - W takim przypadku, jak ten sympatyczny Mark Keller... ale przecież były już niezliczone podobne przed nim...
        W końcu za trzecim razem Julian zapalił fajkę. Tytoń zaczął dymić, rozżarzył się.
        - Nie obawiasz się czasami, że ktoś mógłby podjąć niewłaściwą decyzję?
        Pociągnął fajkę, maleńka chmura dymu uleciała w powietrze.
        - Oczywiście, że się obawiam. Odłożył zapałkę do misy.
        - Zawsze istnieje ryzyko, nie mogę interweniować, aby nie powstała sytuacja, która być może wymusi jakąś decyzję.
        Sandra spoglądała na niego. Przez chwile miał wrażenie, że widzi uważne spojrzenie oczu Lillemor. Była bardzo podobna do matki, szczególnie wtedy, kiedy tak jak teraz, całym sercem angażowała się w jakąś sprawę. Pierwsze co Julian zauważył u Lillemor, była jej chęć niesienia pomocy. Była gotowa każdemu służyć pomocą, jeśli ktoś jej potrzebował, zapominała o sobie. Aż do tamtego pamiętnego dnia w górach w Kirunie w północnej Norwegii. Nie dała się wtedy odwieść od decyzji poprowadzenia akcji poszukiwawczej zaginionego w górach chłopca. Była jedyną, która znała drogę przez lodowiec. I właśnie w chwili kiedy ujrzała skulonego na półce skalnej chłopca i zawiadomiła o tym pozostałych, pękła pod nią narta i pociągnęła ją w przepaść. Chłopak przeżył, ale Lillemor nigdy nie
        została odnaleziona, pogrzebana pod masą śniegu. Wciąż tam jeszcze leżała, tam w
        norweskich górach. Nie mieli nawet grobu, który mogliby odwiedzać.

        http://i41.tinypic.com/302m8n9.jpg

        Język topniejącego lodowca w Briksdalsbreen/Norwegia/

        - Ojcze...
        - Tak.
        Musiał się zmusić do porzucenia swoich myśli o żonie. Sandra miała wtedy zaledwie pięć lat. Jeśli dzisiaj był tutaj na wyspie wraz z nią i próbował pomagać innym, było to prawdopodobnie skutkiem nigdy niewypowiedzianego pragnienia Lillemor, które próbował wypełnić.
        - Ty wiesz, co w przypadku Marka Keller byłoby słuszne...
        - Myślę, że tak. To nie jest zbyt trudne, tylko ten kto w tej sytuacji się znajduje, tego nie zauważa.
        - O czym mówisz, Sandra?
        - Ten człowiek ci ufa, on nie wie co go oczekuje. Znasz jego problem i znasz rozwiązanie. Dlaczego po prostu z nim nie porozmawiasz? On na ślepo zrobi to co mu poradzisz. Dlaczego ryzykujesz że pod wodospadem, być może podejmie niewłaściwą decyzję?
        - To dobre pytanie, odparł Julian
        – w wielu przypadkach sam je sobie zadawałem. No cóż, ale jestem tylko pomocnikiem. Mogę mu pomóc spojrzeć na to z innej strony, to musi być jednak jego spojrzenie. Moje byłoby zawsze odrobiną cudzej woli.
        - Nie chcesz nim manipulować, zauważyła.
        - Sen, nie jest niczym innym, jak ciemną stroną księżyca, odparł Julian.
        - Niewidoczna, ponieważ odwrócona leży w ciemności. Kiedy ktoś przychodzi do mnie, sadzam go w “kosmiczny statek” i przenoszę na drugą stronę. Nie wiem co go tam spotka i nie mam na to wpływu. Jednak cokolwiek tam znajdzie, jest to pewne doświadczenie, które jest dla niego cenniejsze niż bezwolne kierowanie po wytyczonej ścieżce.
        - Jeśli się zastanowić, to jest to pozytywne, zauważyła Sandra.
        - Świat jest pełen błędów jakie popełniamy, wobec innych i wobec siebie. Jednak każda decyzja jest krokiem w kierunku ciemnej strony księżyca. Dlatego musimy robić go sami, nikt nie może nam w tym pomóc.
        Liście pod dłońmi Sandry były ciepłe i suche, głębiej w gąszczu rozgałęzień, jeszcze chłodne i wilgotne po nocnym deszczu. Postać idąca po łące, zbliżyła się. Dokładnie widoczne były: czapka z daszkiem i sweter. Sandra zauważyła, że Julian spoglądał za jej wzrokiem.
        - Widać, że trochę się boi, powiedziała,
        - ale to chyba wszyscy się trochę boją.
        Odsunęła się od muru.
        - Zostawię was samych. Musze wydoić Gülnare i nakarmić wiewiórki.
        Mijając go, pogłaskała lekko jego dłoń,
        - powodzenia ojcze.
        - Dziękuję, będę potrzebował wsparcia.
        Zniknęła po cichu jak cień na bocznych schodach. Julian spoglądał na idącego po
        łące wolnym, ale zdecydowanym krokiem mężczyznę...cdn...
    • m.maska NIE TA KOBIETA(5) 17.04.11, 03:11
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (38)

      Proszę patrzeć w wodę, niech pan spróbuje przejść przez woal. Pański sen tam na pana czeka.
      Spływająca woda dudniła Markowi w uszach i usuwała w cień wszystko inne. A może to był ten jasnoczerwony napój? Przed przyjściem tutaj wypił całą szklankę. Sartori pewnie uzna go za słabeusza. A przecież potrafił wypić sporo, bez zmrużenia oka.
      - Niech pan się skoncentruje, mówił Sartori, proszę myśleć o swoich pragnieniach.
      Właściwie czego pragnął? Manueli. Manueli na całe życie. Takiej jaką była, zachwycająca i godna pożądania i przymilna jak kotka. Jakże ona potrafiła patrzeć, gdy jej na czymś zależało. Jak wtedy, gdy chciała od niego pożyczyć mercedesa a on go potrzebował, ponieważ miał spotkanie z klientem. Oczywiście zostawił jej tę limuzynę, sam pojechał samochodem dostawczym. A kiedy wróciła, o Boże, ona potrafiła okazywać też wdzięczność, aż zapierało dech w piersiach.
      Manuela... pomyślał Mark. Tęsknota ściskała mu serce. Szum w uszach uzyskał własny rytm, brzmiał jak muzyka. Słyszał gardłowy męski głos, nieco tkliwy: mikrofon, gitarę elektryczną, trąbkę jazzową.
      ...pięknej kobiecie nie spoglądaj zbyt głęboko w oczy...dobiegły go słowa piosenki...
      Kinkiety, kryształowe świece, czerwone jedwabne tapety, na parkiecie między stołami, tańczące pary. Tam była Manuela, śliczna i zadbana, nie mógł oderwać od niej oczu. Był zadowolony, że właśnie w tym momencie miał na sobie elegancki ciemnogranatowy garnitur i krawat, który ona wybrała. Spoglądała na niego i uśmiechała się. Na stole stal pojemnik z lodem, a w nim butelka szampana, oczywiście czerwonego, jaki lubiła.
      Śpiewający zawodził:...ona spogląda na innego tak samo czule...
      Mark pochylił się nieco, wzniósł kieliszek:
      - Za nas Manuelo.
      - Za nas. Stuknęła delikatnie w jego kieliszek swoim, chciał dolać szampana, jednak powstrzymała go.
      - Zostaw, to zrobi kelner.
      Wszystko zawsze wiedziała, ale on się też tego nauczy, dla niej. Już co nieco zrozumiał, na przykład, że homara należy jeść jakimiś śmiesznymi sztućcami, to samo jeśli chodzi o ślimaki.
      - Zatańczymy Manuelo?
      - Chętnie.
      Mark wstał. Orkiestra zmieniła rytm. Do tej pory unikał takich lokali, wydawały mu się głupie, ale przy Manueli, to było inaczej. W ogóle nie mógł tego wszystkiego zrozumieć, cieszyło go to, że chciała z nim w ogóle tańczyć, mógł jej w ten sposób zrobić niespodziankę.
      Przeciskali się między ciasno stojącymi stolikami, szedł przodem, żeby zrobić jej miejsce, ale kiedy chciał ją pociągnąć na parkiet, delikatnie go powstrzymała.
      - Kobieta wchodzi jako pierwsza, Mark.
      - Jasne, przepraszam.
      Puścił ją przodem. Śpiewak też dostrzegł jej urodę, poprawił sobie krawat. Manuela pozwoliła swobodnie wziąć się w ramiona.
      ...nie patrz tak na mnie, wiesz że nie potrafię ci się wtedy oprzeć...
      Tę piosenkę znał Mark jeszcze ze swoich młodych lat, spotkania uczniowskie, szkoła tańca. Slow-fox, w tym czuł się najlepiej.
      - Ciężcy faceci dobrze tańczą, mówił nauczyciel tańca,
      - a kobiety czują się przy nich bezpiecznie.
      Mark wziął Manuelę w ramiona. Przytuliła się do niego. Po kilku krokach ostrożnie spróbował kilku figur, udało się, dawała się prowadzić, a on robił to bezbłędnie. Wyglądało na to że była pod wrażeniem.
      - Jesteś świetnym tancerzem, Mark.
      Udała mu się niespodzianka, cieszyło go to. Przy obrocie, poza plecami Manueli, uśmiechnął się do śpiewaka.
      - Cieszę się, odpowiedział.
      - Zawsze lubiłem tańczyć. Zdobyłem srebrną i brązową szpilkę. W ubiegłym roku na balu stowarzyszenia ogrodników, to...
      Powstrzymał się. Prawie by się wygadał, że wraz z Olgą przetańczyli wtedy całą noc, jak za dawnych czasów.
      Na koniec podniósł ją do góry i tak trzymając tańczył dalej, niemal dotykała żyrandola, wszyscy klaskali...cdn...
      • m.maska NIE TA KOBIETA(6) 17.04.11, 17:06
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (39)

        ...tańczyłem do czwartej rano, dopowiedział.
        - Nieźle jak na moje lata, prawda?
        - W ogóle jesteś wspaniały jak na swoje lata, usłyszał w odpowiedzi.
        Zatrzymał się i spojrzał jej w oczy.
        - Myślisz tak naprawdę?
        Znowu wciągnęła go w rytm.
        - Oczywiście, że tak myślę.
        - Jeśli to prawda... czuł, że serce bije mu gdzieś w gardle, zatykało go, miał trudności z mówieniem...
        - Manuelo, to ja... miałbym propozycję.
        - Propozycję?
        - Tak. Potem, przy kieliszku szampana. Boże, Manuelo, wydaje mi się, że śnię.
        Przytulił ją mocniej... pozwoliła...
        - Proszę podać butelkę szampana, zwrócił się do mijającego ich kelnera.
        - To co obiecują mi twoje cudowne oczy, to chciałbym usłyszeć kiedy będziemy całkiem sami...
        Manuela próbowała protestować:
        - Ależ Mark, ja chciałam już wracać do domu.
        - Nieee, teraz nie pójdziesz do domu, teraz cię nie puszczę.
        Akord końcowy. Brawa. Tańczące dotąd pary opuściły parkiet.
        Manuela dyskretnie otworzyła torebkę, wyjęła kilka monet, zwróciła się do mijającego ich kelnera i szybko zapytała:
        - Gdzie jest telefon?
        - Przy wyjściu, za aksamitną kotarą.
        - Dziękuję.
        Szła za Markiem, ściskając w ręce monety. Czekał na nią przy stoliku dopóki nie usiadła, wtedy i on zajął miejsce obok. Orkiestra zaczęła grać kolejny kawałek. Podniósł kieliszek...
        - Manuelo, jeśli to prawda, co powiedziałaś przedtem...
        - Mark muszę...chciałabym...
        - Powiedziałem, że miałbym propozycję dla ciebie. Nie słuchał tego co mówiła.
        - to znaczy, dla nas obojga...
        Z kieszeni wyjął małe, obciągnięte skórą puzderko i otworzył je. W świetle kryształowego żyrandola pierścionek rozbłysnął krwawą czerwienią, owalny rubin ujęty w wianuszek diamentów. Manuela przeraziła się.
        - Mark?
        Pochylił się, szukał wzrokiem jej oczu. Mówił spokojnym, pełnym ciepła głosem..
        - Wyjdź za mnie Manuelo. Proszę cię, zostań moją żoną.
        - Twoją...
        Spojrzała na niego, w jej oczach pojawił się wyraz bezradności.
        - Ależ Mark, znamy się zbyt krótko. Przecież nie możesz...
        - Mogę, odparł Mark.
        - Też sobie tego nie wyobrażałem. Ale skoro już o tym przedtem wspomniałaś...Trochę.. cóż mogę tobie dać. Mój dom ci się przecież podobał, sama mówiłaś i ogród...
        - Twój dom jest piękny.
        - Mówiłaś, że dobrze byś się w nim czuła.
        - To prawda. Tak to prawda. Zastanawiała się, była wyraźnie zdenerwowana. Jej spojrzenie szukało czegoś poza aksamitną kotarą.
        - To jest... trochę nieoczekiwane dla mnie, Mark, myślałam, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.
        - A nie jesteśmy..?
        - Tak. Ale... nie dokończyła...
        - Ten pierścionek noszę ze sobą już od wielu tygodni. Czekałem tylko na odpowiedni moment. Na to by zdobyć się na odwagę. Ale kiedy Ty przedtem wspomniałaś... no i poza tym...
        - Poza tym, co...?
        Spoglądał na trzymane w ręku otwarte pudełeczko. Czasami nagle wszystko stawało się proste, tak proste by powiedzieć prawdę, jeśli się wiedziało kogo ma się przed sobą.
        - Manuelo, powiedział poważnie,
        - przecież nie jesteś kobietą, która...hmm..może wyrażam się staromodnie: Ale przecież posunęłaś się ze mną dosyć daleko i że przy tym nie myślałaś nic, nie Manuelo, nie należysz do takich kobiet.
        Znalazła się w pułapce, ściskała w dłoni monety tak że zaczęła odczuwać ból. Co teraz? Odwróciła się nieco w bok.
        - Mark, wydaje mi się... jest mi nieco niedobrze.
        Jej twarz nagle pobladła. Kropelki potu ukazały się na czole.
        - Manuelo, na litość boską...
        - To twoja propozycja, zmusiła się do uśmiechu,
        - potrzebuję nieco świeżego powietrza. Najlepiej przejdę się kilka kroków...
        Podniosła się. Chciał także wstać, nie pozwoliła mu, popychając go delikatnie z powrotem na fotel.
        - Nie, Mark, ty zostaniesz tutaj.
        - Ale chciałbym...
        - W żadnym razie. Zaraz wrócę.
        Przeciskała się między stolikami w kierunku wyjścia. Znieruchomiał, siedział wpatrując się w trzymany w dłoni pierścionek.
        Manuela zniknęła za kotarą.
        Szybko wrzuciła kilka monet do aparatu, wybrała numer. Telefon dzwonił. Położyła swoją torebkę obok, dłoń zaciskała tak mocno, że paznokcie raniły skórę.
        - Halo? Odezwał się kobiecy głos.
        - Nina, to ja Manuela. Przepraszam, jest późno, ale od dłuższego czasu nie udawało mi się ciebie zastać. Wiesz coś o Aldo?
        Jej twarz pobladła. Mocno ściskała słuchawkę.
        - Przecież musi gdzieś być. Myślisz, że policja go poszukuje?
        Głos po drugiej stronie coś odpowiedział, brzmiało to uspokajająco jak zaklęcie.
        -To prawda, odpowiedziała.
        - Rozumiesz mnie? Nagle zostałam z hipoteką na głowie, a on rozpłynął się. Ma przyjaciół na Maderze, ale nie znam ich nazwisk.
        Krótko słuchała rozmówczyni po drugiej stronie.
        -Nie, jestem w „Crazy Horse“ z tym typkiem o którym ci opowiadałam. Ze złości na Aldo umówiłam się z nim kilka razy a teraz facet nie chce odpuścić. Poradzę sobie z tym...
        W otwartej torebce nerwowo szukała kolejnej monety.
        - Ma. Tak. Firmę, mercedesa, willę w Grunewald. Też już o tym myślałam. Muszę go mieć na wypadek jeśli Aldo przepadł już na dobre. Dziękuję, Nina, jeśli coś będziesz wiedziała... szybko odłożyła słuchawkę i wyszła...cdn...
        • m.maska NIE TA KOBIETA(7) 17.04.11, 17:14
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (40)

          Na krótko zatrzymała się przed lustrem i spoglądała na siebie jakby nieobecnym wzrokiem. Była skupiona, w końcu otrząsnęła się, przeczesała włosy, jeszcze tylko kilka kropli perfum na dekolt. Z wyreżyserowanym uśmiechem na twarzy, weszła lekkim krokiem na salę.
          Mark spoglądał zatroskany, ciągle trzymając jeszcze pudełeczko w dłoni. Zapomniał wstać, kiedy podeszła. Przypomniał sobie dopiero w ostatnim momencie, chciał się jeszcze podnieść, ale ona już opadła na stojący obok fotel.
          - Martwiłem się o Ciebie, czujesz się już lepiej? zapytał.
          - Dużo lepiej. Wszystko w porządku. Tylko...musisz zrozumieć... uśmiechnęła się znacząco.
          - Takiej propozycji, nie otrzymuje się codziennie.
          Położyła rękę na jego ramieniu. Jej spojrzenie powędrowało w kierunku pierścionka, podjęła decyzję...
          - No co? Nie chcesz mi go włożyć na palec?
          - A mogę...? zapytał niepewnie.
          - Myślałam, że chcesz się ze mną zaręczyć?
          Nie mógł odpowiedzieć od razu. Właściwie trwało to dłuższą chwilę. Wydawało mu się że spotkało go nieopisane szczęście i to było przyczyną. Nie był na to przygotowany. Jego głos brzmiał chrapliwie kiedy w końcu cicho zapytał:
          - Manuelo, czy to na poważnie?
          Pochyliła głowę. Wyglądała teraz jak młoda dziewczyna, zdawało mu się, że oblał ją lekki rumieniec, kiedy się w końcu odezwała:
          - Mark, czyżbyś nie zauważył?
          Miał wrażenie że wszyscy usłyszeli spadający z jego serca głaz.
          - Tak, sam jestem oszołomiony. Zaczekaj...
          Wyjął pierścionek z pudełeczka i ostrożnie włożył go na jej palec.
          - Tak się to robi? Widziałem na filmie...
          Spoglądał na nią, wciąż jeszcze niedowierzająco.
          - Mogę ci coś powiedzieć...? w tej chwili jestem najszczęśliwszym mężczyzną w całym Berlinie.

          Ogród...od kiedy sięgał pamięcią był już zawsze maleńkim rajem. Ale tak naprawdę oszałamiający stał się, od chwili kiedy Manuela ożywiła go swoją obecnością. Od kiedy tak swobodnie i tak naturalnie, taka jaka właśnie była, w tym swoim skąpym bikini poruszała się po nim jakby już od zawsze to miejsce należało do niej. Mark czasami wstrzymywał oddech gdy spoglądał w narożnik, na rosnące tam brazylijskie świerki. Stworzyła tam prawdziwe gniazdko, dwa wygodne leżaki, stoliczek na którym stał pojemnik z lodem a w nim schłodzony szampan, oczywiście czerwony, kieliszki, czasopisma i muzyka, magnetofon w którym co chwilę wymieniała kasety. Chwilami wydawało mu się, że jest w Hollywood, albo w Las Vegas, czy też jak tam nazywają się te miejsca, gdzie takie rzeczy się dzieją. Na szczęście, żywopłot był na tyle gęsty, że nikt nie mógł przez niego zaglądać. Tylko w jednym miejscu był nieco nieszczelny, Mark wiedział już, że wkrótce posadzi tam filodendron.
          Opalała się na leżaku, była tak beztroska, że często zdejmowała górną część bikini i gdyby to ktoś zauważył... zezłościłoby go to. Odkąd byli zaręczeni zauważył dopiero, że jej swoboda chwilami go denerwuje: do każdego się uśmiechała i kiedy przechodziła kręciła biodrami. Ale Mark wiedział, że kobiety z klasą takie właśnie były.
          Usiadł w wiklinowym fotelu obok niej, ubrany tylko w płaszcz kąpielowy. Właściwie miał robotę w firmie, ale jego pracownik Karl, poradzi sobie sam z zamówieniami. Prawdę mówiąc, niechętnie zostawiał Manuelę samą. Taka kobieta jak ona, mogłaby zawrócić w głowie każdemu mężczyźnie.
          To prawda, była starsza niż myślał, ale tego nie było widać na pierwszy rzut oka. Była świetnie zrobiona. W każdym razie dla niego była objawieniem.
          Przerzucał kartki katalogu ogrodowego i próbował się skoncentrować. Istniał pewien gatunek palmy, Arecales regentis, palma królewska, chciałby ją posadzić pod kuchennym oknem. To nie tak,... to Olga sobie zażyczyła w tym miejscu. W każdym razie to był dobry pomysł. Mark tylko nie wiedział gdzie mógłby znaleźć takie drzewko.
          - Jak ci się podoba? zapytał Manuelę pokazując jej zdjęcie palmy,
          - myślałem, żeby posadzić ją pod oknem kuchennym, będziesz miała ładny widok podczas pracy. Manuela spojrzała na zdjęcie.
          - Całkiem nieźle, ale wiesz co byłoby jeszcze lepsze?
          - Co?
          - Huśtawka ogrodowa i taki bardzo miękki komplet wypoczynkowy do tego. Wtedy byłoby tu tak naprawdę przytulnie i wygodnie.
          - A nie jest? zapytał zdziwiony
          - Jest. Nie o tym myślę. Myślę... zająknęła się.
          Uśmiechnęła się do niego niedwuznacznie, jej usta miały barwę krwistej czerwieni, dokładnie przyklejone sztuczne rzęsy, była mocno opalona, bez górnej części bikini. Poczuł pulsowanie w skroniach.
          - Teraz cię już rozumiem. Przepraszam, ale czasami jestem trochę...
          Wstał, katalog wysunął się i upadł na trawę. Przysiadł się do niej.
          - ...nie mogę uwierzyć. Takiej kobiety jak ty, nie spotkałem w całym moim życiu.
          Głaskał jej ramiona, jej szyję.
          - Zaczarowałaś mnie, Manuelo. Całkiem zwariowałem. Pochylił się nad nią i wtulił twarz w jej włosy. Zaśmiała się cicho.
          - No to cudownie.
          - Co? wymruczał Mark.
          - To świetny stan. Nie uważasz? -zapytała.
          - To prawda. To prawda, Manuelo, jakby raj na ziemi. Nie wiedziałem dotychczas że w ogóle coś takiego może istnieć...
          Chwycił ją mocniej. W tym samym momencie zadźwięczał dzwonek przy furtce. Podniósł na chwilę głowę ale po chwili ponownie pochylił się nad nią. Powstrzymała go lekko.
          - Kto to może być?
          - To bez znaczenia, odparł.
          - Nie Mark, powinieneś sprawdzić. To może być przecież ważne.
          Podniósł się niechętnie, zawiązał pasek płaszcza kąpielowego i ruszył po trawniku, na przełaj w stronę furtki. Kilka kroków przed furtką zatrzymał się jak wryty.
          - Olga!
          ...cdn...
          • m.maska NIE TA KOBIETA(8) 17.04.11, 17:48
            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

            (41)

            Hmm...to był najbardziej nieodpowiedni moment. Tego w ogóle nie przewidział. Co przyszło jej do głowy żeby się tutaj pojawić, właśnie teraz? Jeśli spotkają się z Manuelą, to dopiero będzie niezręcznie, a jednak nie mógł jej trzymać za furtką. Manuela wylegiwała się na leżaku, w każdym razie do tej pory niczego nie zauważyła. Olga pobladła, widać było że i ona czuła się niezręcznie. Wykonał szybki krok w stronę furtki.
            - Olga...czego tutaj chcesz?
            Wyglądała ładnie, nowa fryzura, elegancko ubrana. Widać było, że jest zaaferowana, mocno przyciskała do siebie torebkę.
            - Przepraszam, Mark. Mnie się naprawdę spieszy. Inaczej by mnie tutaj nie było...od wielu dni próbowałam telefonicznie skontaktować się z tobą w firmie.
            - Ja...wziąłem sobie kilka dni wolnego. Już dawno powinienem to zrobić.
            - Moje dokumenty.... zostały tutaj - odparła Olga
            - Twoje dokumenty?
            - Są w komodzie w górnej szufladzie, pod tym podwójnym dnem. Paszport, dowód zameldowania, książeczka oszczędnościowa. Przecież wyprowadzałam się w pośpiechu.
            Obejrzał się w kierunku ogrodu gdzie przebywała Manuela.
            - Nie mogłabyś przyjść innym razem? zapytał.
            - Jestem...właśnie trochę zajęty.
            - Jutro mam rozpocząć pracę. Czekają na te papiery już ponad tydzień.
            Wiedział już, że nie zdoła się jej pozbyć. Słyszał, jak Manuela właśnie uruchomiła nową kasetę. Dopóki nie wstawała, było wszystko w porządku.
            - Przyniosę ci to. Zaczekaj... szybko spojrzał na ławeczkę obok furtki.
            - Chodź tutaj, usiądź. Przecież nie mógł na to pozwolić by stała na ulicy. Ławeczka była tak położona, że nie było widać zakątka z leżakami ukrytego za krzewem janowca.
            - To potrwa parę minut, muszę zejść do piwnicy.
            - Do piwnicy? zdziwiła się Olga
            - Trochę poprzestawialiśmy.
            Zrobiło mu się nieprzyjemnie, że się zdradził. Manuela wyniosła do piwnicy jego stare piękne meble z salonu i urządziła w nim swój buduar. Olga z ociąganiem podeszła bliżej.
            - Mark, jest coś jeszcze...
            - Siadaj w końcu.
            Było mu przykro, że zabrzmiało to obcesowo, ale przecież nie mogła go tutaj trzymać całą wieczność. Rzucił jeszcze okiem na Manuelę, która położyła się właśnie na brzuchu i pospieszył do domu.
            Manuela ściszyła magnetofon.
            - Mark? Hej Mark?
            Olga skuliła się. Manuela uniosła się, nie usłyszawszy odpowiedzi chwyciła za kieliszek stojący w cieniu pod leżakiem, wypiła nieco i znowu ułożyła się na brzuchu. Olga jeszcze kilka sekund siedziała skulona. Kiedy była pewna, że już nikt się nie rusza, odetchnęła cicho. Mark właśnie powracał z domu.
            - Tutaj. Czy to wszystko?
            - Tak. Dziękuję bardzo. Tylko...
            Była tak podenerwowana, że się podniosła.
            - Co jeszcze?
            - Chciałam to już przedtem powiedzieć. Mark, potrzebuję od Ciebie świadectwa pracy.
            - Co...?
            - Świadectwo pracy. Przecież pracowałam u ciebie piętnaście lat. Prowadziłam dom.
            Wyglądała tak, jakby chciała zapaść się pod ziemię. I dla niego było to przykre. Nie patrzał jej w oczy, kiedy odpowiadał.
            - Ach tak... Przyślę ci. Teraz nie mogę Olga. Wykluczone. To doniesiesz pracodawcy.
            - Dobrze i dziękuję.
            Wzięła od niego dokumenty, zauważył że jej dłonie drżały.
            - Już dobrze.
            Odruchowo postąpiła krok do przodu i znalazła się w zasięgu wzroku Manueli. W tym samym momencie Manuela odwróciła głowę w jej kierunku. Spojrzały na siebie z oddalenia. Manuela nie podnosząc głowy zawołała:
            - Mark? Czy coś się stało?
            Zmusił Olgę trzymającą w rękach dokumenty do cofnięcia się za krzewy.
            Odkrzyknął:
            - Nie, skarbie. Ktoś tylko coś odebrał. Odwrócił się zły do Olgi.
            - Mówiłem ci żebyś została tam.
            - Przykro mi Mark.
            - No więc cześć. Prawie popchnął ją w stronę furtki. Jeśli znowu czegoś będziesz potrzebowała, dzwoń do firmy.
            - Przecież to zrobiłam, Mark.
            Zamknął za nią furtkę i wzdłuż żywopłotu szedł w kierunku leżaków. Olga podążała w tym samym kierunku po drugiej stronie. Manuela oczekiwała go, trzymając w ręce buteleczkę z olejkiem do opalania.
            - Kim była ta babcia?
            Olga po drugiej stronie żywopłotu zatrzymała się, wkładała właśnie do torebki dokumenty.
            - Moja wcześniejsza gospodyni, odparł
            - zapomniała czegoś, jest roztrzepana. Chodź skarbie, zacznijmy w tym miejscu w którym przerwaliśmy.
            - Właśnie chciałam cię prosić, żebyś mnie posmarował, rzekła wkładając mu buteleczkę olejku w rękę.
            - Ależ Manuelo, przecież chcieliśmy....
            Wziął od niej buteleczkę i chciał ją odstawić. Jego spojrzenie padło na żywopłot. Tam gdzie chciał zasadzić filodendron, widoczna była jasna sukienka Olgi. Powstrzymał się, kilka sekund walczył ze wzrastającym poczuciem winy, w końcu wziął kilka kropli olejku na rękę. Początkowo niechętnie ale po chwili już pełen zaangażowania zaczął nacierać plecy Manueli.
            ...cdn...
            • m.maska NIE TA KOBIETA(9) 17.04.11, 17:58
              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

              (42)

              W ogrodowej restauracji nad jeziorem Wann podobało się Manueli, atmosfera, ściany obrośnięte dzikim winem, świece pod kloszami, cicha spokojna muzyka sączyła się z ukrytych głośników. Mark próbował rozweselić ją już cały wieczór, ale coś nie grało. A przecież była zachwycona jego pomysłem wyjazdu nad jezioro. Była chyba trochę zmęczona po długim dniu pracy w kwiaciarni. Delikatnie pogłaskał jej dłoń, spróbował jeszcze raz. Podniosła głowę.
              - Kocham cię Manuelo,
              - Ja ciebie też Mareczku.
              Sprzątnięto ze stołu, tylko płomień świecy rzucał niespokojne światło. Stoliki wokół opustoszały. Cofnęła dłoń i sięgnęła po papierosa. Pospieszył, żeby podać jej ogień. Otrząsnęła się z zamyślenia.
              - Dziękuję Mark,
              - Co się dzieje Manuelo?
              Pochylił się ku niej, wsparł się o stolik i spojrzał w jej oczy. Wyglądała tak jakby się nad czymś zastanawiała. W końcu podjęła decyzję i zmusiła się do lekkiego uśmiechu.
              - Nie mogę przed tobą udawać, prawda?
              - Nie, nie możesz,
              - OK, nie chciałam ci o tym mówić. Uważałam, że dla... naszego związku będzie lepiej, jeśli sama sobie z tym poradzę.
              - Co to za związek, jeśli jedna osoba musi sama pozostać ze swoimi problemami? zapytał
              Pogładziła delikatnie z wdzięcznością jego dłoń.
              - Wiesz, kiedy przejęłam kwiaciarnię od tych dwóch starszych pań, znałeś je..
              - Bliźniaczki, no pewnie, odpowiedział Mark
              - Musiałam wziąć kredyt pod hipotekę. Byłam pewna, że będę go mogła spłacić. Miałam pewne źródło pieniędzy... mówiła szybko... zaciągnęła się papierosem...
              - udziały w firmie export-import, a teraz... nie ma już tej firmy. I...
              Pod szminką widać było jak pobladła.
              - ...a teraz muszę spłacić ostatnią ratę, i nie wiem jak to zrobić.
              Mark chciał już odetchnąć. A więc to było to, trudności finansowe! Dobrze, że zmusił ją by mu powiedziała.
              - Ale interes przecież dobrze idzie, zauważył.
              - Mark, zanim będą zyski, miną lata. Muszę teraz zapłacić, teraz.
              Łzy płynęły jej po policzkach. Otarła je koronkową chusteczką.
              - Myślałam, że z tej firmy eksportowo-importowej...
              - Ile tego jest? zapytał.
              Znowu się zająknęła, by w końcu cicho wyszeptać, nie patrząc na niego: czterdzieści tysięcy.
              Markiem wstrząsnęło.
              - Czterdzieści, to całkiem niezła suma.
              - To dobre miejsce Mark. Deptak. Było wielu chętnych. Dostałam go tylko przez dobre koneksje.
              - Czterdzieści tysięcy... wyszeptał Mark. Oparł się w fotelu, na jego czole pojawiły się kropelki potu...
              - Ale to niemożliwe, żebyś to spłaciła.
              - Niemożliwe Mareczku. I to jest właśnie katastrofa. Gdyby ta firma jeszcze istniała....
              Mark poprawił się gwałtownie w fotelu. Że też mu to rozwiązanie od razu nie wpadło do głowy. Przytrzymał jej dłoń z papierosem, którą właśnie podnosiła do ust, zamknął palce wokół nadgarstka.
              - Sprzedaj po prostu ten sklep. Kiedy zostaniesz moją żoną, nie będzie ci on już potrzebny...
              Zareagowała tak, jakby oczekiwała takiej odpowiedzi.
              - Nie mogę. Nie mogę Mark, ponieważ... nie mogę sprzedać przed upływem dziesięciu lat. Tak zostało zapisane w umowie. Są takie umowy. Te starsze panie chciały, żebym prowadziła go tak jak one by to robiły. Musiałam się zobowiązać, dlatego go dostałam.
              - Mógłbym z nimi porozmawiać. Przecież mnie znają.
              - Ale to już od dawna nie zależy od nich. Wyglądała na zrozpaczoną.
              - Przekazały to zarządcy nieruchomości, a ten jest bezlitosny. Wczoraj już dzwonił...
              Załkała cicho. Mark czuł się bezradny. Nigdy nie wiedział jak się zachować w towarzystwie płaczącej kobiety. No a już szczególnie Manuela, zawsze chłodna i obojętna. Takie coś raniło mu serce.
              - Nie płacz Manuelo. Przecież musi być jakieś wyjście.
              Wstrząsało nią łkanie.
              - Podpisałam weksel, sam wiesz co znaczy sfałszowany weksel.
              - Zapytam mojego adwokata. Być może on znajdzie wyjście.
              - Pieniądze, którymi chciałam zapłacić, nie były opodatkowane. Nie byłam zarejestrowana w tej firmie. Jeśli nie będę mogła zapłacić, wytoczą mi proces Mark. Twoja Manuela popełniła błąd.
              Siedziała skulona. Świeca dopalała się. Papieros w jej ręce zamienił się w popiół. Ostrożnie wyjął go z jej dłoni i zgasił w popielniczce. Był tak samo skonsternowany jak i ona. Kiedy gasił papierosa jego ręka drżała. W końcu pochylił się i przygarnął ją ramieniem do siebie.
              - Chodź Manuelo. Na początek jedźmy do domu.
              ...cdn...
              • m.maska NIE TA KOBIETA(10) 17.04.11, 18:11
                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                (43)

                Droga przez Grunewald wydawała się nie mieć końca. Mijały ich tylko pojedyncze światła samochodów. Manuela siedziała skulona obok Marka, milczała. Dopiero kiedy z daleka widać już było ogród, poprawiła się nieco na siedzeniu.
                - Mógłbyś mnie zawieźć do mnie do domu?
                - Nie chcesz jechać do mnie ?
                Patrząc poprzez szybę w dal, potrząsnęła głową. Włączył radio. Popłynęła cicha, delikatna muzyka. Wyłączył więc. Po chwili, spoglądając też przez szybę powiedział:
                - Mógłbym być może...moja firma nie jest obciążona. Gdybym wziął pożyczkę pod hipotekę...
                - Mark! zawołała cicho
                - Nie wiem, czy to... zająknął się
                Poprawiła się na siedzeniu. Chwyciła jego rękę na kierownicy.
                - Zatrzymaj się, Mark. Zatrzymaj się!
                Zdezorientowany zjechał na pobocze, zahamował i wyłączył silnik. Odwróciła się do niego, objęła go z całych sił i zaczęła namiętnie całować.
                - Naprawdę byś to zrobił, Mark?
                - Jeśli...
                - Jesteś wspaniały. Nie ma takiego drugiego na świecie. Nie wiem co bym zrobiła bez ciebie. Proszę, przytul mnie mocno.
                Zdjął ręce z kierownicy.
                - Ale jeszcze nie wiem, czy to możliwe...
                - Wszystko jest możliwe, jeśli mnie kochasz, Mark.
                Całowała go jeszcze namiętniej niż poprzednio. Powoli, powściągliwie podniósł ręce żeby ją objąć.
                - Jednak mnie kochasz, Mark.
                - Ale....
                - Jedźmy do ciebie. Sięgnęła do kluczyka w stacyjce i zapaliła motor. Na jego czole pojawiły się kropelki potu, ramiona wydawały się bez czucia. Ledwie udawało mu się obracać kierownicą, kiedy zjechali z szerokiej alei w mało oświetloną uliczkę przy której mieszkał.

                ***

                - Nina, powiedziała Manuela. Dzięki Bogu, że cię zastałam.
                Opalona blondynka spojrzała ponad trzymaną w rękach gazetą .
                - Myślałam, że w ogóle nie uda mi się wyrwać. Dopiero przypomniał mi się trening. Położyła rakietę tenisową na balustradzie otaczającej werandę. Na dole, na korcie właśnie grano debel mieszany. Nina podsunęła Manueli wolne krzesło. Ubrane były na sportowo. Nina miała w uszach kolorowe klipsy z kwiatkami, Manuela poczwórny łańcuch pereł słodkowodnych.
                - Eleganckie, ten typ ci to kupił? ten o którym opowiadałaś?
                Mark właśnie zawrócił samochód i machał do niej, odpowiedziała mu takim samym ruchem.
                - Czy to on? Manuela przytaknęła skinieniem głowy.
                - Samochód jest niezły.
                - No, niezły.
                - Wiesz i on wygląda też całkiem całkiem.
                - Jeśli mu się założy właściwy krawat.
                - Przecież to nie jest chyba dla ciebie zbyt trudne?
                - Nie, to nie to. Manuela zwróciła się do kelnera, który właśnie podszedł do stolika
                - Campari z sodą.
                Nina czekała, aż kelner się oddalił.
                - Ale wszystko inne, potrafię sobie wyobrazić.
                - Bywa uciążliwie.
                Powstała krótka przerwa, słychać było tylko matowy odgłos odbijających się piłeczek tenisowych.
                - Manuela, co planujesz dalej?
                - Nie mam pojęcia, odpowiedziała.
                - Zaręczyliśmy się.
                - Zaręczyli? ...spoglądała ze zdziwieniem w twarz Manueli.
                - Czyś ty oszalała?
                - Oszalała? Dlaczego? Jestem wolna. Rozwiodłam się z moim mężem a mój przyjaciel mnie porzucił.
                - A jeśli Aldo wróci?
                Wyraz twarzy Manueli zmienił się nagle, wyglądała jakby przybyło jej lat. Jej wzrok stał się zimny.
                - Czy on wróci? zapytała obcesowo.
                - Kto wie, gdzie jest. Może policja go szuka. Nie ma go już od czterech miesięcy. Przecież mógł mi w tym czasie dać jakiś znak, nie uważasz?
                - Może nie było to możliwe.
                Wzruszyła ramionami. Nina przyglądała się jej badawczo: jej spojrzenie wyrażało współczucie.
                - Ty go ciągle jeszcze kochasz.
                - Bardziej niż kiedykolwiek.
                - A jak ci się udaje to z tym typem.... to znaczy...w innych sytuacjach? jest ok?
                - Do tej pory tak, odpowiedziała, zamykam oczy i myślę o Aldo. W ten sposób jest łatwiej nam obojgu.
                Kelner podszedł do stolika, postawił tacę i podał jej zamówiony drink. Mieszała bezwiednie słomką w szklance.
                - I wydaje ci się, że tak wytrzymasz?
                - Muszę. Czy mam inne wyjście? Wszystkie moje pieniądze wsadziłam w ten sklep. Jeśli nie będę punktualnie płacić, może się wszystko wydać.
                - Co może się wydać?
                - To z Aldo, ostatnie trzy lata... firma i jego interesy... to wszystko były lewe pieniądze. Firma była fikcyjna, jakich wiele.
                - Tego się spodziewałam.
                - Nie wiedziałam tego od początku, ale w końcu to odkryłam. Aldo mnie pocieszał, że kiedy będzie miał już dosyć pieniędzy, wtedy założy coś oficjalnie. Co miałam robić? A co mam teraz zrobić, możesz mi powiedzieć?
                - A jeśli twój ogrodnik myśli o tobie serio i naprawdę zechce się ożenić?
                Wzruszyła ramionami.
                - Pocieszę go.
                - Jak długo?
                - O Boże, w najgorszym wypadku, wyjdę za niego.
                - Za faceta, któremu musisz dobierać krawaty?
                Manuela skuliła się. Jej wzrok wydawał się zmęczony, bez blasku, nieznacznie podniosła ramiona kiedy się odezwała:
                - Spójrz w lustro Nina: jak długo jeszcze? Jak długo jeszcze zechce ktoś w nas inwestować? Jeśli mogę kilka lat pożyć w spokoju, to przecież nie jest takie najgorsze.
                - Ty w spokoju z takim kołtunem, w małym ogrodniczym raju? Sama w to nie wierzysz.
                - Nie, a niech to diabli.
                W jej oczach pojawiły się łzy.
                - może powinnam Interpol wysłać za Aldo? Coś nie gra, czuję to. Ze strachu w ogóle nie przeglądam gazet..
                - Aldo jest cwany. Nie potrzebujesz się o niego martwić. Nina położyła rękę na ramieniu Manueli.
                - Chodź, przebierzemy się i zagramy jedną partię. Najlepiej się przy tym odprężysz.
                Manuela przytaknęła ruchem głowy. Wypiła swój drink jednym haustem, odstawiła kieliszek na stół i chwyciła za rakietę.
                - Masz rację. Muszę to wszystko przemyśleć.
                Razem opuściły werandę i po trawniku ruszyły w stronę przebieralni...cdn....
                • m.maska NIE TA KOBIETA(11) 17.04.11, 21:53
                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                  https://i41.tinypic.com/f5c7bl.jpg

                  (44)

                  - Stop, zawołał Mark, bez tchu.
                  - Możemy się zatrzymać?
                  Wodospad szumiał majestatycznie, był piękny.
                  Cofnął się kilka kroków. Oparł się o pień wielkiej wachlarzowatej palmy. Na plecach poczuł jej spękaną korę. Obok niego stał Sartori. Wyczuwał jego obecność raczej intuicyjnie, niż wizualnie.
                  - Muszę trochę dojść do siebie, powiedział, w piersiach czuł ciężar, który sprawiał, że ledwie mógł oddychać.
                  - Przepraszam, ale to co zobaczyłem, to trochę za dużo jak na mnie.
                  Wyjął z kieszeni chusteczkę, przetarł czoło, oparł się rękami o pień, jakby szukał podpory.
                  - Przecież ma pan tyle czasu ile tylko potrzebuje, nie ma powodu do pośpiechu, powiedzial Sartori.
                  To niemożliwe: jego Manuela. Przecież to niemożliwe, żeby tak udawała. Tego nikt nie potrafi. A może jednak? Kilka razy wyglądała na zapłakaną, wtedy tłumaczyła, że bolała ją głowa. A tak prawdziwie słodka była jedynie wtedy kiedy czegoś chciała. Tylko, że wtedy rzeczywiście Mark był zdumiony.
                  - Kiedy widzę ją przed sobą, powiedział,
                  - jak się śmieje, jak spogląda, jak mówi. Jak... odetchnął głęboko, - to przecież niemożliwe, żeby ktoś tak potrafił kłamać. Dłonie przycisnął do skroni.
                  - nie mogę zrozumieć, niech mi pan powie: czy to możliwe?
                  - To jest możliwe, odparł Sartori.
                  - To by znaczyło że byłem totalnym, łatwowiernym idiotą.
                  - Nie określiłbym tego w ten sposób. Można być w specyficzny sposób oszukiwanym.
                  Oszukiwany. To było właśnie to. Był oszukiwany, każdym słowem, każdym uśmiechem, każdą czułością. Nie mieściło mu się to w głowie. Westchnął cicho.
                  - Chodźmy, powiedział Sartori,
                  - Porozmawiamy o tym. Najlepiej wracajmy do domu.
                  Mark wyprostował się.
                  - To nie byłoby dobre, powiedział,
                  - nie, to nie byłoby dobre.
                  - Dlaczego?
                  - Nie chcę stosować uników. To było ważne. W przeciwnym wypadku może się wszystko zacząć na nowo. Chcę to teraz doprowadzić do końca.
                  - Przecież wie pan już wszystko co chciał pan wiedzieć..
                  - To prawda, ale nie jestem pewien czy to wystarczy.
                  To by nie wystarczyło, wiedział to. Byłby znowu podatny, gdyby stanął naprzeciw niej, naprzeciw swojej Manueli.
                  - Teraz chcę już wiedzieć wszystko. Co ona planuje. Jak to zamierza zakończyć. Tylko to..
                  Zwrócił się do Sartori.
                  - Proszę mi uwierzyć, to jedynie może mi pomóc uwolnić się od niej.
                  Sartori wyglądał na wzruszonego. Nieznacznie skinął głową.
                  - Dopadło pana,
                  - Tak, dopadło i dlatego muszę przez to przejść. Pomoże mi pan jeszcze raz?
                  - Jeśli pan tego sobie życzy.
                  - Chcę tego, odparł Mark.
                  Powoli odwrócił się w stronę wodospadu.
                  - W takim razie niech pan spróbuje zacząć tam, gdzie pan przerwał, pański sen oczekuje na pana... powiedzial Sartori.

                  ***

                  Sauna kosztowała tyle ile mały samochód transportowy. Mark chciał już dawno do tego starego busika kupić małe kombi, ale Manuela stwierdziła, że jego figurze potrzeba kilku poprawek, i właściwie wcale się nie myliła: piwo odkładało się nie tam gdzie powinno. Poza tym Manuela też chciała być w formie, jak wciąż powtarzała, dla niego właśnie. Załatwił fachowca do instalacji sauny. Oryginalne fińskie drewno, tak jak być powinno. W środku trzy schodki i do tego migotliwe światło wydobywające się z pojemnika w którym płonął ogień. Było nie tylko zdrowo ale i stylowo...
                  Manuela wyciągnęła się na najwyższym stopniu. Mark w ręczniku przepasanym wokół bioder siedział stopień niżej. Pocił się i oddychał ciężko, ale Manuela nie powinna była tego zauważyć. Odwróciła się, położyła na brzuchu i obserwowała go, pozornie z zadowoleniem.
                  - Masz już coraz lepszą figurę.
                  - Cieszę się, mój skarbie.
                  - Już prawie nie masz brzucha. Tak mogę się już z tobą pokazać u moich przyjaciół.
                  Ręcznikiem przetarł czoło i odważył się zapytać o to co już od dawna zaprzątało jego myśli.
                  - ... i kiedy to nastąpi, Manuelo?
                  - Co?
                  - Kiedy poznam twoich przyjaciół? Przesuwasz to z tygodnia na tydzień. Kiedy się pobierzemy?
                  Manuela lekko zmarszczyła czoło, jakby już dawno poważnie się nad tym zastanawiała.
                  - Najlepiej jesienią, jeśli będzie ci pasować.
                  - Ale do tego czasu...to cała wieczność. Przecież mówiłaś...
                  - To wcale nie tak długo. Myślałam, że potem pojedziemy trochę na południe, nad morze. W podróż poślubną.
                  - Na jesieni nie mogę zostawić ogrodnictwa, odparł.
                  Przewróciła się na bok. Blask ognia odbijał się w jej twarzy i sprawiał, że wyglądała młodo i łagodnie.
                  - To też w porządku Mareczku. W takim razie zostaniemy tutaj. Grunewald jest jesienią też przepiękny.
                  Delikatnie pogłaskała go po skroni i po ramieniu.
                  - Pójdę na krótko na górę. Nina oczekuje na mój telefon. Możesz spokojnie tutaj zostać. Teraz jest już właściwa temperatura. Za chwilę wrócę.
                  - Dobrze, Manuelo.
                  Był naprawdę zadowolony gdy wyszła. Kiedy przebrzmiały jej kroki na schodach, uchylił drzwi i odetchnął głęboko świeżym powietrzem. Usiadł znowu na schodach i zmęczony oparł się o ścianę...cdn..
                  • m.maska NIE TA KOBIETA(12) 17.04.11, 22:33
                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                    (45)

                    Manuela wbiegła po schodach i chwyciła za telefon.
                    - Nina? Właśnie jesteśmy w saunie. Chciałam tylko...co? Słuchała. Wyraz jej twarzy zmienił się, nagle była jak zelektryzowana. Kiedy? Kiedy dzwonił? Gdzie jest? Do diabła... Co powiedział, Nina? Gdzie możemy się spotkać? Będę za dziesięć minut. Na rogu naszej ulicy. OK, za chwilę.
                    Rzuciła w pośpiechu słuchawkę na widełki, podeszła do szafy, wyciągnęła sukienkę i pobiegła z nią do łazienki.

                    Markowi coraz trudniej przychodziło oddychanie. Ciężko podniósł się i zatoczył na drzwi,
                    - Manuela? zawołał
                    Nie było odpowiedzi. Czekał kilka sekund oparty o framugę drzwi. Serce biło przyspieszonym rytmem, pot ściekał mu na oczy. Manuela wróci lada moment. Sauna – to nie było dla niego. Lepiej będzie trochę mniej jadł albo zrezygnuje z piwa. W końcu usłyszał jak schodziła.
                    - Manuela?
                    Nie odpowiedziała. Czekał kiedy wejdzie do piwnicy, ale jej kroki oddalały się. Usłyszał trzaśnięcie drzwi wejściowych. Wsłuchiwał się zaskoczony. Dotarł do niego warkot zapuszczanego silnika samochodu. Przez zakratowane okienko sauny widział jak Manuela wyprowadziła samochód z garażu, minęła bramę wjazdową i wyjechała na ulicę.

                    Z piskiem opon zatrzymała się na skrzyżowaniu. Parkował tam już biały sportowy kabriolet. Wyskoczyła z mercedesa i nie spoglądając na boki biegła w kierunku kabrioletu. Za kierownicą siedziała Nina, otworzyła jej drzwiczki. Manuela usiadła na siedzeniu pasażera.
                    - Co powiedział? Gdzie jest?
                    Przyjaciółka położyła jej uspokajająco dłoń na ramieniu.
                    - Wszystko w porządku. U niego jest wszystko w porządku. Nie powinnaś się o niego martwić. Próbował do ciebie dzwonić....
                    - Kiedy przyjedzie? Kiedy znowu zadzwoni?
                    Wyciągnęła z torebki paczkę papierosów i sięgnęła po zapalniczkę. Jej ręce drżały tak bardzo, że niemal wyleciała jej z rąk rozżarzona spirala. Nina wyjęła z jej dłoni zapalniczkę i podała jej ogień.
                    - Tego nie mógł mi powiedzieć. Mówiła cicho, nie patrząc na Manuelę.
                    - Powiedział, że to może dłużej potrwać. Musi jeszcze odczekać...
                    - Jak długo? Co to znaczy? Manuela mówiła zduszonym głosem. Nina umieściła zapalniczkę z powrotem w metalowej kapsule.
                    - Kilka miesięcy. On czeka na pewną wiadomość.
                    - Kilka miesięcy... Manuela pobladła.
                    - Może być krócej, dodała szybko Nina, - sam to podkreślił.
                    - I nie powiedzial ci gdzie jest?
                    - To była rozmowa międzynarodowa... telefonistka mówiła „bueno“ i „por favor“.
                    - Madera. Do diabła.. wiedziałam. Nie mogę przecież przeszukać całej Madery.
                    Blada i zdezorientowana spoglądała przed siebie.
                    - Idiotycznie, że akurat nie było mnie w domu. Co mam zrobić?
                    - Na początek chodźmy do mnie, napijemy się czegoś i zastanowimy w spokoju, zaproponowała Nina.
                    - Muszę wracać. Zostawiłam Marka w saunie.
                    - Pomyśl, nie byłoby lepiej gdybyś się od tego typa wyprowadziła? Inaczej Aldo nigdy się z tobą nie skontaktuje, bo jak?
                    Manuela odwróciła się do niej. Agresja która w niej narastała, obróciła się przeciwko Ninie:
                    - A kto zapłaci moje raty? Podpisałam weksel z wiarą w stuprocentowy zysk, o którym mówił Aldo.
                    - Myślisz, że ten facet naprawdę dla ciebie to zrobi?
                    - Już prawie się zgodził.
                    - Manuelo, to jest masa pieniędzy, zauważyła Nina.
                    - Wiem, wiem. Właśnie dlatego, to moja jedyna szansa, ostatnia.

                    Mark opuścił saunę, oparł się na kilka sekund o ścianę w przedsionku, potem powlókł po schodach do góry. W kącie szafy, gdzieś schowaną za zwiniętymi skarpetkami znalazł starą paczkę papierosów. Wyjął jednego, zapalił i ciężko usiadł w fotelu.
                    Otrząsnął się. Nie chciał żeby go widziała w tym stanie, spoconego i wykończonego. Najlepiej, jeśli zejdzie znowu do sauny, jakby jej w ogóle nie opuszczał. Nie zdążył. Weszła już do pokoju. Kiedy zauważyła dym, zatrzymała się w drzwiach.
                    - Od kiedy znowu palisz, Mark?
                    - Byłem trochę niespokojny. Gdzie byłaś?
                    - Przepraszam, chciałam zadzwonić, ale wiem przecież, że w saunie nie słychać telefonu. Nagle musiałam wyjechać. Dzwonił mój adwokat.
                    - Adwokat?
                    Jej ręce drżały.
                    - Co się stało? zapytał odkładając papierosa.
                    - To wszystko jest teraz już na ostrzu noża, powiedziała.
                    - Ja... potrzebuję pieniędzy, Mark.
                    - Pieniędzy na twój sklep?
                    - Tego jest więcej niż ci mówiłam. Nie chciałam cię przestraszyć. Miałam nadzieję, że Nina mi pomoże, ale ona teraz nie jest w stanie, a poza nią nie mam nikogo. Pobladła...
                    - Mark, nie wiem co dalej...
                    Nieznacznie pokręcił głową.
                    - To trudne Manuelo. Też już o tym myślałem. To jest...
                    Przerwała mu głosem w którym dawało się wyczuć ukrywaną panikę.
                    - Nie mów tak, Mark.
                    - Jak?
                    - Nie mów mi, że to będzie trudne. To musi się udać. Musi, Mark. Firma, taka jak twoja, udźwignie to. Możesz to rozłożyć na kilka lat, a ja, co ja mogę zrobić?
                    - Kiedy będziesz moją żoną...
                    ....cdn...
                    • m.maska NIE TA KOBIETA(13) 17.04.11, 22:43
                      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                      (46)

                      Czekała na to zdanie, natychmiast wpadła mu w słowo.
                      - Kiedy zostanę twoją żoną, to wszystko będzie nasze wspólne, wtedy i sklep będzie w połowie twój. Jeśli chodzi o interes to będzie z zyskiem dla ciebie, ogrodnictwo z własnym sklepem.
                      - Jeśli chodzi o interes, to może być mój koniec. Jeśli uruchomię kapitał, firma tego nie wytrzyma, odpowiedział Mark.
                      - Przecież każdy bank da ci kredyt. Jesteś poważnym biznesmenem.
                      - Kredyty mają jednak pewien fatalny aspekt, że muszą być spłacane.
                      Włożył ręce do kieszeni płaszcza kąpielowego, który wciąż jeszcze miał na sobie. Ta rozmowa zaczynała go męczyć. W lewym ramieniu tracił powoli czucie.
                      - Ile tego jest? zapytał.
                      - To...zwlekała.
                      - To siedemdziesiąt tysięcy, Mark.
                      Znieruchomiał. Brak czucia sięgał już łokcia.
                      - Siedemdziesiąt...
                      Na czole pokazały mu się kropelki potu. Prawą ręką sięgnął do kieszonki na piersi i szukał chusteczki, nie znalazł. Kciukiem i środkowym palcem uciskał oczy i próbował zebrać myśli.
                      Manuela zagryzła wargi i zbierała siły.
                      - Mark...
                      - Tak..., odpowiedział chrapliwym głosem. Odwrócił się do niej plecami. Czekała kilka sekund.
                      - Myślałam, że mnie kochasz.
                      Jego plecy w płaszczu kąpielowym wydawały się bardziej zaokrąglone. Dwa razy zaczynał, zanim opanował drżenie głosu:
                      - Przecież wiesz o tym, Manuelo.
                      - To nie zostawiaj mnie w potrzebie. Nie rób mi tego, Mark.
                      Dopiero po przerwie mówiła dalej, zabrzmiało to rozpaczliwie i zdecydowanie:
                      - Nie pójdę do wiezienia, raczej ze sobą skończę

                      ***

                      Dyrektor banku był młodszy niż Mark się tego spodziewał.
                      - Jeśli chodzi o gwarancje, powiedziała panienka w okienku,
                      - Muszę pana poprosić do szefa.
                      Mężczyzna miał około trzydziestu pięciu lat, wysportowana sylwetke, okrągłe metalowe okulary, zachowywał się swobodnie.
                      - To nie problem, zauważył spoglądając w dokumenty przyniesione przez Marka.
                      - Nie będzie problemów, panie... szybko rzucił okiem na pierwszą stronę.
                      - Panie Keller, natychmiast załatwimy formalności....Gabi, proszę pisać....odgłos uderzanych klawiszy sprawił, że przez kilka sekund Mark miał wrażenie, jakby znajdował się w szklanej klatce. Co on tutaj robił, dlaczego dał się na to namówić? Czego szukał w tym eleganckim stylowym biurze czego chciał od mężczyzny w niklowych okularach? Sam..., zastanawiał się, ....dlaczego jestem sam? Przecież mam Manuelę, robię to dla niej. W dalszym ciągu słyszał odgłos maszyny do pisania, jasne meble miały powierzchnie i narożniki takie same jak wszystkie inne meble. Dlaczego wydawało mu się to dziwne i obce? Czuł jak dudniło mu w skroniach.
                      - Tutaj, proszę, odezwał się do niego przyjaznym tonem dyrektor i podał mu długopis.
                      - i tutaj, cztery podpisy. Dwa egzemplarze. Spłaty...
                      Mark już nie słuchał. Podpisał. Był ubrany w niebieski garnitur, dlatego było mu tak gorąco. Biała koszula i krawat przy dwudziestu ośmiu stopniach w cieniu. Ale chciał w banku dobrze wypaść. Wyobrażał sobie to bardziej skomplikowane. Jeszcze jeden podpis. Ostatni. Koniec. Jak on sobie to wyobrażał? To nie był koniec, tylko początek. Manuela tak powiedziała. Przyciskając pod pachą teczkę z dokumentami, wszedł do wysokiego jasnego pomieszczenia w którym znajdowały się kasy. Niepokojące odgłosy, kilka osób, wydawało mu się jakby słyszał rój pszczół. Co on tutaj robił? O Boże, coś podpisał. Obracane drzwi właśnie leciały
                      na niego. Bezwolnie dał się popchnąć i po połowie obrotu znalazł się na zalanej jaskrawym światłem ulicy. Gdzieś w pobliżu musiał parkować jego samochód dostawczy. Mercedesa pożyczyła Manuela. Pot spływał mu z czoła i palił w oczy. Lewe ramię pod którym przyciskał papiery zaczęło go boleć. To był dziwny ból, znieczulający a jednocześnie palący. Zauważył to, kiedy próbował poruszyć ciężką kierownicę. Papiery leżały obok niego na siedzeniu i na
                      każdym zakręcie przesuwały się coraz bardziej w jego kierunku, jakby samym faktem istnienia przypominały mu o tym co właśnie uczynił. Samochód podskakiwał, każdy wstrząs powodował ból w ramieniu. Amortyzacja nie była zbyt dobra, już od dłuższego czasu, dlatego właśnie chciał kupić nowe kombi, ale jak na razie mógł o tym zapomnieć.
                      Dzielnica Kurfürstendamm* była o tej porze zatłoczona. Stanie, krótki podjazd, stanie. Kawałek dalej, będzie już lepiej. Ten rejon był dla Marka znajomy: ulica Mommsen, na rogu kiosk z kiełbaskami. Rozkojarzony spojrzał w tamtą stronę. Nagle w tłumie rozpoznał kobietę, która szła ulicą. Szczupła blondynka, w spódnicy, bluzce i narzutce, koszyk z zakupami w ręce. Przeszła przez ulicę nie zauważywszy go.
                      Mark zapomniał ruszyć, mimo że samochód przed nim poruszył się o metr do przodu.
                      Złapał się kurczowo kierownicy.
                      - Olga!
                      Kobieta kilka metrów przed nim skręciła w ulicę Mommsen. Wychylił się przez siedzenie pasażera, odkręcił okno, tak szybko jak było to możliwe.
                      - Olga...
                      To nie było wołanie, raczej szept. Światła zmieniły się na zielone. Patrzał za nią, nie zwracał uwagi jak jedzie, dodał gazu i o mały włos potraciłby przechodzącego przez ulicę starszego mężczyznę. W panice nacisnął na hamulec. Lewa ręka była prawie bez czucia. Miał wrażenie, że dotyka waty. Za nim rozpoczął się już koncert klaksonów i przetaczał nad nim. Mark zebrał się w sobie i ruszył...cdn...

                      Kurfürstendamm*- dzielnica Berlina
                      • m.maska NIE TA KOBIETA(14) 17.04.11, 22:47
                        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                        (47)

                        - Dwa drinki dla pań.
                        Kelner postawił przed nimi dwie wysokie szklanki wypełnione barwnymi napojami. Manuela właśnie wyszła z sauny, wcześniej opalała się w solarium, wilgotne jeszcze włosy spięła ozdobnym grzebieniem. Nina wsparła się łokciami o blat stołu i mieszając słomką w szklance, spoglądała z podziwem na Manuelę.
                        - Szczerze mówiąc wiele się po tobie spodziewałam, ale że to ci się uda, nie wierzyłam.
                        - Uwierz mi, właściwie, sama byłam zaskoczona.
                        - I on wziął na siebie całe to obciążenie? Całą kwotę?
                        - Dał gwarancję, swoją firmę. Nie masz pojęcia co to za uczucie.
                        - I co dalej teraz z tobą i tym typem?
                        - Jeszcze nie wiem. Coś wymyślę.
                        - W tym jesteś niezła, zauważyła Nina.
                        Manuela spojrzała na nią szybko, jakby chciała się upewnić co Nina myślała wypowiadając te słowa. Właśnie zdecydowała się na odpowiedź, kiedy pojawił się kelner.
                        - Telefon, w kabinie numer jeden. Nina wstała.
                        - Dziękuję, już idę.
                        - Nie, poprawił kelner,
                        - do pani, zwrócił się do Manueli. Rozmowa z Hiszpanii.
                        - Z Hiszpanii?
                        Manuela poderwała się gwałtownie, przewracając jednocześnie szklankę. Niebieskozielony płyn rozlał się na serwetę, na wiklinowy fotel i sukienkę Niny.
                        - Uważaj, do diaska, pozwól mu chociaż jedną minutę poczekać...
                        Manuela wbiegła już do budynku i do kabiny telefonicznej, podniosła leżącą obok telefonu słuchawkę.
                        - Halo...
                        - Manuelita, odezwał się aksamitny męski głos,
                        - cara muchacha mia...
                        Manuela westchnęła głęboko, pochyliła się w kierunku mężczyzny i objęła go za szyję, zagubiła się w jego ramionach. Pocałunek wydawał się nie mieć końca. Jej włosy rozsypały się na plecy. Mężczyzna przeczesywał je palcami. Pochylił się nad nią i mocniej przygarnął ją do siebie . Jej sukienka opadła na ziemię. Odblask reklamy świetlnej migał za oknem i ukazywał jej ciało w kolorowym zmieniającym się blasku. Jej głos brzmiał jakby brakowało jej tchu.
                        - Aldo,
                        Jeszcze przez chwilę trzymał ją blisko siebie, po chwili odsunął nieco. W migotliwym świetle dokładnie widziała jego twarz o regularnych, zbyt pięknych rysach jak na mężczyznę, czarne włosy, szpakowate na skroniach i wysportowana sylwetka, wyglądał niesłychanie atrakcyjnie. Spojrzał na Manuelę z góry i zaśmiał się cicho.
                        - A ty nie chciałaś uwierzyć że to może być też wcześniej...
                        - Teraz wierzę. Teraz wierzę we wszystko, szeptała...
                        Głaskała go po włosach, po ramieniu... wyprostowała się.
                        - Ale co będzie dalej? Co planujesz Aldo?
                        - Chcę możliwie szybko stąd wyjechać. Wyjedziemy do Granady albo do San Sebastian. Za około roku będę mógł ruszyć tamte pieniądze. Do tego czasu, musimy się zastanowić, jak...
                        Spokojnie z uśmiechem spoglądała mu w oczy.
                        - Do tego czasu, nie będzie w ogóle problemu, Aldo.
                        - O czym mówisz?
                        - Sprzedaję sklep, za osiem dni pieniądze będą na moim koncie. Wsiądziemy w następny samolot i wszystko pozostanie już wtedy poza nami.
                        Spojrzał na nią najpierw niedowierzająco, po chwili w jego aksamitnych oczach ukazał się błysk zrozumienia.
                        - Masz...
                        - Pomyślałam o naszej przyszłości, Aldo. Twoja Manuela była zapobiegliwa.
                        - Que chula, zawołał, jesteś najwspanialszą kobietą pod słońcem. Ponad nią sięgnął po paczkę papierosów, leżącą na stoliku przy leżance. Najzręczniejszą, najmądrzejszą... Po omacku szukał zapalniczki. Manuela z powrotem opadła na poduszki, szczęśliwa uśmiechała się do niego. Reklama świetlna pulsowała.
                        - A do tego najpiękniejszą, Muchacha cara. Jak ci się to udało, moja czarodziejko? Jak to możliwe?
                        - Wszystko jest możliwe, odpowiedziała,
                        - Jeśli mnie kochasz. Kochasz mnie, prawda Aldo?
                        Jakby na dowód tego zaczął ją namiętnie całować. Manuela głębiej wcisnęła się w poduszki i przyciągnęła go do siebie.
                        - Było mi tak źle bez ciebie.
                        - Mi amor, wyszeptał.
                        ....cdn...
                        • m.maska NIE TA KOBIETA(15) 17.04.11, 22:54
                          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                          (48)

                          Mark wyciągnął termometr z podłoża hydro-kultury. W szklarni było tak ciepło, że kombinezon lepił się do ciała. Lewe ramię bolało. Wyprostował się, żeby nieco uspokoić ból, próbował spokojnie oddychać.
                          - Szefie?
                          W oszklonych drzwiach pojawił się młody chłopak. Był także ubrany w kombinezon, wyglądał na sympatycznego, przyjaźnie nastawionego do życia, nieco misiowaty.
                          - Co jest Karl?
                          - Dzwonili z banku, żeby pan potem oddzwonił.
                          - Dobrze, zadzwonię.
                          - OK, i szefie...
                          - Tak?
                          Peter nie może zostawić spryskiwacza, a oleandry trzeba zawieźć do "Księcia Pruskiego".
                          Mark przetarł ręką czoło.
                          - Dobrze, sam zawiozę.
                          Karl skinął głową i odszedł. Powłócząc lekko nogami, Mark wyszedł ze szklarni. Słońce stało wysoko na niebie, gdy przemierzał podwórze. Tylne drzwiczki samochodu dostawczego były otwarte, widać było osiem ustawionych obok siebie drzewek oleandra. Spojrzał na nie, jego twarz pojaśniała, widać było że darzył te rośliny miłością. Zamknął tylną klapę i usiadł za kierownicą.

                          Na rogu ulicy Mommsen przy kiosku z kiełbaskami był duży ruch, robotnicy, przechodnie, nastolatki, kilka chichoczących uczennic. Mark oparł się o ladę znajdującą się na bocznej ścianie drewnianego kiosku. Przed nim stał do połowy opróżniony kufel piwa a w rogu piętrzył się stos pustych kartonowych talerzy. Samochód dostawczy zaparkował kilka metrów dalej przy krawężniku. Był pierwszy dzień jesieni. W firmie już przenieśli drzewka mandarynkowe pod dach, także i kaktusy wyglądały rano nieciekawie, mimo że słońce dawało jeszcze sporo ciepła. A jednak lato już wyraźnie się skończyło. Czuło się to poprzez rodzaj wewnętrznego zegara, który działał niezależnie od wszystkiego.
                          Mark spoglądał w stronę żelaznej bramy wejściowej znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Raz lub dwa był już tutaj, zjadł kiełbaskę i spoglądał w tamtą stronę. Ot tak zwyczajnie. Po prostu miał coś w pobliżu do załatwienia. Teraz także musiał się spieszyć. Zapłacił za piwo, schował portmonetkę i ostatni raz rzucił okiem na przeciwną stronę ulicy. W tym momencie Olga wyszła z domu.
                          Ładnie wyglądała. Ładnie i elegancko. I sympatycznie, jak zwykle. Zaczekał aż przeszła przez ulicę. Po krótkim wahaniu zbliżył się do niej.
                          - Olga...
                          Serce tłukło mu się w piersi. Zatrzymała się, wyraźnie zaskoczona, ale zachowała spokój. Tylko bezwiednie, szybko poprawiła ręką włosy.
                          - Mark!
                          Miała na sobie elegancki kostium, do tego jasną bluzeczkę. Musiał przyznać, wyglądała bardzo ładnie.
                          - Olga, że też udało mi się ciebie tutaj spotkać. Naprawdę, bardzo się cieszę.
                          Po pierwszym zaskoczeniu Olga doszła nieco do siebie, zaczerwieniła się, wyglądała rzeczywiście jak młoda dziewczyna.
                          - Co robisz w tej okolicy?, spytała
                          - Zlecenie. Jestem w drodze do firmy, pomyślałem że coś sobie zjem .
                          Nagle zdał sobie sprawę, że mogłaby wyczuć jego prawdziwe intencje, szybko więc dodał.
                          - Jak dawniej, pamiętasz? Też tutaj żeśmy kiełbaski....
                          - To już przeszłość, zauważyła Olga
                          - Tak, to prawda. Zamilkł na krótko, jednakże po chwili przemógł się i dodał.
                          - Prawdę mówiąc, zatrzymuję się tutaj dosyć często. Widziałem cię już raz, kilka razy próbowałem do ciebie telefonować. Zmieniłaś numer?
                          Umilkł i spoglądał na nią wyczekująco. Ponieważ patrzyła na niego nadal milcząco, zapytał:
                          - Zrobiłaś to z mojego powodu?
                          - Jeśli chcesz usłyszeć prawdę: tak Mark. Myślałam, że tak będzie lepiej.
                          Spojrzał w bok. Do kiosku zbliżyło się kilku młodych ludzi, ostrzyżeni na irokeza, ubrani w skórzane kurtki, zachowywali się hałaśliwie, wołali o piwo, hot dogi, papierosy.
                          Wiedział co Olga mu odpowie.
                          - Rozumiem, po tym jak się zachowałem podczas naszej ostatniej rozmowy. Chciałem ci tylko powiedzieć, że jest mi z tego powodu niezmiernie przykro. Wtedy, kiedy przyszłaś po dokumenty, pamiętasz? Zachowałem się okropnie, sam siebie nie poznawałem. Uwierzysz mi?
                          - Pewnie, Mark. To wcale nie łatwe nagle rozpocząć zupełnie nowe życie.
                          Jeden z irokezów popchnął niechcący Olgę, Mark odruchowo przytulił ją do siebie.
                          - Tutaj jest za dużo hałasu. Przeszedł wraz z nią kilka kroków dalej i zatrzymali się przy wysokim płocie.
                          - Co porabiasz? spytał
                          - Trochę papierkowej roboty. Na pól etatu. Raczej dla zabicia czasu. Przecież nie będziemy młodsi.
                          - Nie, nie będziemy. Spoglądał na nią niemal z czułością.
                          - Nic się nie zmieniłaś, tylko troszkę blada jesteś.
                          - No właśnie brak mi pracy w ogrodzie, próbowała się uśmiechnąć.
                          - Podciąłeś już róże na jesień?
                          - Jesienią mnie nie będzie. My... jesienią jadę nad morze.
                          - Nad morze? Przecież nie lubisz morza. Zawsze tak twierdziłeś.
                          - Wszystkiego trzeba spróbować.
                          ....cdn...
                          • m.maska NIE TA KOBIETA(16) 17.04.11, 23:00
                            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                            (49)

                            Oparł rękę na płocie. Górne zakończenie było chropowate i nieco zardzewiałe, zacisnął na nim palce.
                            - Olga, właściwie to chciałem powiedzieć... przerwał, nie wiedział co dalej mówić, nerwowym ruchem przesuwał dłonią po szorstkim metalu.
                            - Nie moglibyśmy... myślę... ta cisza między nami, czasami wydaje mi się że zwariuję. Przecież jesteś częścią mojego życia. Czy moglibyśmy jakoś... być jak przyjaciele? Olga niemal niepostrzeżenie skinęła głową. Wyglądało na to, że właśnie czegoś takiego się spodziewała.
                            - I od czasu do czasu wpadniesz do mnie z wizytą, powiedziała
                            - Usiądziemy w kuchni i wypijemy kawę?
                            - Tak, Olga, podchwycił to natychmiast.
                            - Jak kiedyś Mark. Kiełbaski na papierowych talerzykach, które zawsze tak elegancko i z wdziękiem niosłeś przez ulicę.
                            - No właśnie.
                            - I będziemy na siebie patrzeć i opowiadać o wspólnym czasie, który nas łączył i tyle się wydarzyło, czego nie można zapomnieć?
                            - Sama powiedz, czy to nie byłoby fajne?
                            Olga umilkła, aby po chwili odezwać się już zmienionym głosem, cicho i dźwięcznie:
                            - A potem, Ty pójdziesz do domu do tej drugiej.
                            - Olga...
                            - A nie będzie tak? A ja będę siedziała sama w kuchni i będę myślała: Mark jest teraz z tą drugą.
                            Znieruchomiał, jego ręka zatrzymała się na żelaznej listwie.
                            - Tak tego nie widziałem. Przepraszam. Masz absolutnie rację. Jestem wstrętnym egoistą. Tylko...
                            Podniósł ramiona żeby za moment je opuścić, bezradnie, smutno.
                            - Bardzo cię lubię.
                            - Ja ciebie też.
                            Spojrzała ku niemu, jej oczy były nagle pełne łez.
                            - Też bardzo cię lubię Mark. No właśnie. Wszystko mogłabym dla ciebie zrobić. Jeszcze dzisiaj, po tym wszystkim co się wydarzyło, ale zaprzyjaźnić się z tobą? Nie, tego nie.
                            Mark skinął głową i odwrócił się nieco.
                            - Jasne. Rozumiem cię, właściwie powinienem o tym wiedzieć. W jego oczach pomimo troski pojawił się uśmiech dumy.
                            - Wszystko albo nic, to jest właśnie moja Olga, zawsze już miałaś charakter.
                            Spojrzeli na siebie. Jego serce zabiło gwałtownie, uderzyło tępo, skurczył się z bólu. Olga przeraziła się.
                            - Mark, co z tobą? zapytała cicho.
                            Oparł się o płot. Ból powoli ustawał. Pozostał tylko ucisk. Spojrzał w jej zatroskaną twarz i próbował się uśmiechnąć.
                            - Już wszystko w porządku. Pochylanie się w szklarni, wywołuje u mnie zawroty głowy.
                            - Wyjął z kieszeni marynarki chusteczkę, wyleciała mu przy tym paczka papierosów, chciał się schylić, ale Olga ubiegła go.
                            - Znowu palisz? Przecież nie powinieneś. Lekarz ci mówił że to niebezpieczne dla twojego serca...
                            Jej wargi pobladły. Mark wyjął z jej rąk papierosy i schował do kieszeni.
                            - Wszystko się poukłada. No ok. Miło było cie spotkać, stał jeszcze kilka sekund w oczekiwaniu na jakieś słowo, po chwili dodał z wysiłkiem:
                            - Cześć Olga.
                            - Cześć Mark, uważaj na siebie.
                            Przytaknął ruchem głowy. Odwrócił się i pochylony z opadniętymi ramionami odszedł w dół ulicą. Stała nieruchomo i spoglądała za nim. Łzy pojawiły się w jej oczach i spływały po policzkach gdy Mark już nie oglądając się otworzył drzwiczki i wsiadł do samochodu.

                            Zatrzymał się przed bramą wjazdową do ogrodu "Księcia Pruskiego". Między krzewami w parku widoczne były żółte mury niskiego długiego budynku, odbijające światło okna, z przodu taras otoczony zadbanym ogrodem, okrągłe stoliki, szybko poruszający się kelnerzy. Wszystko to dawało wrażenie luksusu, eleganckiej gościnności. Kilka osób opuszczało właśnie lokal, śmiejąc się i żartując żegnali się przy bramie wejściowej, po to aby za chwile rozejść się w różnych kierunkach. Mark wyłączył silnik, pochylił się żeby otworzyć drzwiczki, w tym momencie zauważył Manuelę.
                            Wyszła z lokalu w towarzystwie wysokiego ciemnowłosego mężczyzny. Był ubrany tak jak ubierają się mieszkańcy na południu Europy, z przesadną swobodą. Manuela spoglądała na niego z uwielbieniem. On coś powiedział, ona się śmiała. Gdy przechodzili przez ulicę objął ją. Następnie sięgnął do kieszeni marynarki, wyjął kluczyki i otworzył jeden z parkujących po drugiej stronie ulicy samochodów. Mark nie wierzył własnym oczom: To był jego własny mercedes, który ten typ otworzył i za którego kierownicą usiadł.
                            Gwałtownie chwycił za drzwiczki, chciał wysiąść, jednak powstrzymał się... spojrzał po sobie... Siedział teraz oparty w swoim samochodzie dostawczym, sięgnął do kieszeni poplamionego kombinezonu, drżącymi palcami wyciągnął papierosa i zapalił go...cdn...
                            • m.maska NIE TA KOBIETA(17) 17.04.11, 23:06
                              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                              (50)

                              Wyładował drzewka oleandrów, zupełnie nie zdając sobie sprawy jak to zrobił. Trudno mu było prowadzić samochód, szczególnie na zakrętach. Po przybyciu do domu wziął prysznic i założył czerwony płaszcz kąpielowy, który zwykle go śmieszył. Teraz to i tak nie miało znaczenia. Nie zapalając światła rozsiadł się w fotelu i wypalił jeszcze kilka papierosów. Na dworze zapadał już zmierzch. Przez otwarte okno, docierały do niego odgłosy przejeżdżających pojedynczych samochodów, poza tym było cicho. W końcu zapaliła się lampa przed domem. Mark już dawno stracił poczucie czasu. Znowu miał wrażenie jakby znajdował się w szklanej kuli, jak wtedy w banku. Poczucie nierzeczywistości, a może to był
                              strach? Popielniczka była pełna: gdzieś musiała być jeszcze jedna paczka papierosów. Chciał wstać, kiedy usłyszał na żwirze odgłos podjeżdżającego samochodu. Wsłuchiwał się w zbliżające się kroki. Manuela stanęła w drzwiach, próbowała przebić wzrokiem ciemność...
                              - Witaj Mark. Dlaczego tu tak siedzisz?
                              Sięgnęła do przełącznika, zapaliła światło, spojrzała na jego wyraz twarzy.
                              - Co z tobą?
                              - Gdzie byłaś Manuelo?
                              Rzuciła torebkę na pustą kanapę.
                              - Najpierw trochę na zakupach, wiesz przecież że w czwartki po południu mój sklep jest zamknięty. Potem z Niną na kortach, oglądałyśmy wieczorny turniej. Spotkałyśmy kilku przyjaciół i trochę wypiliśmy.
                              - A kim była ta lakierowana małpa z którą byłaś w południe u "Księcia Pruskiego"?
                              Odwróciła się tak szybko, że nie zdążył zobaczyć wyrazu zaskoczenia na jej twarzy.
                              - To był...to jest mój adwokat, Mark. Reprezentował mnie podczas mojego rozwodu, ale też załatwiał sprawy dotyczące kwiaciarni.
                              - Twój adwokat?
                              - Był kilka miesięcy za granicą i właśnie wrócił, musiałam go zaznajomić z obecną sytuacją, Mark, ja....
                              Wstał. Początkowo chciała do niego podejść, ale kiedy zobaczyła wyraz jego oczu, zrezygnowała. Jej twarz zastygła w uśmiechu.
                              - W co ty sobie pogrywasz Manuelo?
                              - Pogrywam? Dlaczego?
                              - Bo nie jestem durniem. Bo ta lakierowana małpa prowadzi mój samochód, a ty zamykasz sklep w południe a wracasz do domu o północy.
                              - Mark, ja nie jestem tutaj jeszcze u siebie.
                              - Nie, to prawda i jak się chyba okazuje, nigdy nie miałaś takiego zamiaru. Powinienem się chyba cieszyć, że na czas się zorientowałem.
                              - Mark, nie ośmieszaj się, tylko dlatego, że poszłam na obiad z moim adwokatem.
                              - Nie o to chodzi i ty o tym wiesz. Od kiedy zostałem twoim żyrantem, zmieniłaś się nie do poznania. Nie masz czasu, wciąż masz coś do załatwienia w mieście wieczorami, a kiedy jesteśmy sami, boli cię głowa.
                              - No... mam czasami zmienne humory. Tak miewają wszystkie kobiety. Ale proszę bardzo, jeśli szukasz powodu do kłótni...
                              - Nie szukam powodu do kłótni, ale widzę przecież co się dzieje. Jeśli nie chcesz być ze mną, odwołamy najlepiej wszystko.
                              - Odwołać? Co?
                              - Nasze zaręczyny. Plany jakie snuliśmy no i tę sprawę z kredytem.
                              Zaśmiała się cicho. Jej twarz przybrała inny wyraz, zimny i cyniczny. Jej głos był spokojny, kiedy się odezwała:
                              -... i jak to chcesz zrobić, Mark?
                              Słuchał jej słów, widział wyraz jej twarzy a jednak nie rozumiał. Poczuł jedynie cios jaki na niego spadł. Co to było? Co powiedziała? Chciał zapytać, jeszcze raz usłyszeć, zauważył, że się uśmiechała. To nie był uśmiech Manueli. Gwałtownie odwróciła się, wyszła z pokoju trzaskając drzwiami. Spoglądał za nią, nieruchomy, ogłuszony.
                              - Manuela...
                              Usiadł ciężko w fotelu i drżącą ręką sięgnął po paczkę papierosów. Była pusta. Przypomniał sobie, że już przedtem chciał iść po nową, ale wtedy przyszła Manuela. Co się stało? Usłyszał odgłos zapalonego silnika przed domem. Słyszał jak zawróciła samochód na żwirze i wyjechała na ulicę. Oparł się w fotelu, odgłos samochodu zatracił się gdzieś w ciemności. Zamknął oczy, dłoń trzymał na lewym bolącym ramieniu...cdn...
                              • m.maska NIE TA KOBIETA(18) 17.04.11, 23:20
                                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                (51)

                                Mark ubrał się w swój granatowy garnitur, młody dyrektor banku nie powinien myśleć, że zbankrutował albo coś w tym rodzaju, ponieważ chciał się wycofać z umowy. Stało się to z powodów prywatnych. Przygotował to sobie: wycofuje się z gwarancji z powodów prywatnych.
                                Wtedy Manuela będzie się musiała zdecydować.
                                Kiedy przypominał sobie swoją ostatnią rozmowę z nią, czuł nieprzyjemne kłucie w sercu: wyraz jej oczu śnił mu się po nocach. "Kobiety mają zmienne nastroje", tak powiedziała. Być może ten typ był rzeczywiście tylko jej adwokatem. Zdawał sobie sprawę z tego, że sam siebie okłamywał, ale nie potrafił tego zmienić. Ostatnie z czego się rezygnuje, to zawsze nadzieja. Wycofa się z gwarancji i wtedy się okaże.
                                Młody urzędnik banku wstał, kiedy Mark wszedł do jego biura.
                                - Dzień dobry, to miłe że pan się sam pofatygował, ale to nie było konieczne. To było tylko przypomnienie... Zaproponował mu, żeby usiadł, jednak Mark wolał stać.
                                - Przypomnienie?
                                - Ten telefon kilka dni temu. Nie powiadomiono pana? Dzwoniłem do pańskiej firmy.
                                - Tak, oczywiście, powiadomiono.. ale jak mam rozumieć „przypomnienie“?
                                - Pierwsza rata, odparł dyrektor pochylając się nad szufladą, którą właśnie otworzył,
                                - przypadała na koniec miesiąca, wyciągnął plik dokumentów.
                                - Zapewne pan to przeoczył. To się może zdarzyć.
                                - Rata? Jaka rata?
                                - Rata kredytu, odpowiedział młody mężczyzna, rzucił jeszcze okiem na dokumenty jakby chciał się upewnić co do słuszności swoich słów.
                                - Podżyrował pan kredyt. Ponieważ kredytobiorca nie płacił, wierzyciel zwrócił się do żyranta.
                                - Kredytobiorca?
                                - O proszę wybaczyć. Kredytobiorczyni, poprawił się, po ponownym spojrzeniu w dokumenty.
                                - Z tego co widzę, dotyczy to kobiety.
                                - Tak, poświadczył Mark. Ale właśnie w tej sprawie tutaj jestem. Chciałbym się z tego wycofać.
                                - Wycofać?
                                - Z przyczyn prywatnych, dodał. Przemyślałem to. Wycofuje się, nie będę żyrował.
                                - Nie rozumiem, odpowiedział dyrektor, wyglądał nieco bezradnie.
                                - Co tutaj jest do rozumienia? Nie chcę już. Inaczej zdecydowałem. Wycofuję się z tego.
                                - Ależ panie...panie Keller, jak pan sobie to wyobraża?
                                Mark zaczynał tracić cierpliwość. Chciał powiedzieć, co myśli, ale już ostatnie zdanie kosztowało go wiele wysiłku. Zauważył, że mimo upału w tym przeklętym biurze, miał dreszcze. Gdzieś musiał być hak, w przeciwnym wypadku ten typ nie patrzałby na niego w taki dziwny sposób, jakby nie wiedział o czym Mark mówił.
                                - Panie Keller, przyjmuję do wiadomości, że pan chce się wycofać z żyrowania, ale muszę panu też powiedzieć, że w tym przypadku to już niczego nie zmieni.
                                - Nie zmieni? Jak to?
                                - Kredyt został wzięty, pieniądze wypłacone, odparł urzędnik. Spłacanie rat już nastąpiło, także procentów. Przykro mi, ale muszę to panu powiedzieć. To jest właśnie ryzyko. Jeśli dłużnik
                                - przepraszam, w tym przypadku dłużniczka, nie płaci, wierzyciel zwraca się do żyranta.
                                - To jasne, odpowiedział Mark,
                                - Ale raty, powinny być płacone przez sklep, potrwa to nieco dłużej... To jest świetny sklep z pierwszorzędną lokalizacją.
                                - Sklep został sprzedany, powiedział mężczyzna. Mark spojrzał na niego niedowierzająco, był pewien że się przesłyszał.
                                - Sprzedany...?
                                - Tak. Dyrektor opuścił papiery trzymane w ręce i spojrzał na Marka. Było coś w jego oczach czego Mark nie potrafił zrozumieć. Dziwny wyraz, niezwyczajny i nieoczekiwany. Mark pokręcił głową.
                                - To niemożliwe, powiedział, głos jego zabrzmiał obco.
                                - Ten sklep nie może być sprzedany. Dziesięć lat nie może być sprzedany. Mam pewne informacje.
                                - Panie Keller, być może, został pan źle poinformowany.
                                To było właśnie to. Źle poinformowany. To było odpowiednie określenie. Naprawdę. Manuela go źle poinformowała.. Od początku. Prawdziwą informację, dostał właśnie teraz. Już wtedy, kiedy spojrzał w jej twarz, zanim trzasnęła drzwiami.
                                Chętnie usiadłby. Ledwie utrzymywał się na nogach. Urzędnik zaproponował mu to wcześniej, ale odmówił. Teraz nie miał już na to odwagi, zacisnął jedynie palce na oparciu krzesła. Zrozumiał w końcu wyraz oczu dyrektora, to było współczucie. On mu współczuł, jemu, naciągniętemu, oszukanemu idiocie Markowi Keller...
                                - Ja to doprowadzę do porządku, mówił zachrypniętym głosem. Doprowadzi to do porządku. Natychmiast. Dziwne, ale nie odczuwał z tego powodu bólu. Już nie. Teraz, kiedy wiedział, jak to naprawdę wygląda, tylko ucisk w okolicy serca wzmagał się. Musiał wyjść zanim będzie gorzej. Cóż mógł jeszcze zrobić? Drzwi otworzyły się, Mark opuścił biuro, wsiadł do samochodu i dodał gazu...cdn...
                                • m.maska NIE TA KOBIETA(19) 17.04.11, 23:30
                                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                  (52)

                                  Jak cień, przesunął mu się przed oczami tamten dzień, kiedy to zahamował przed sklepem i zamiast którejś z pań Katz&Katz stał w drzwiach ktoś inny.
                                  - Nie chce mi pan dać moich drzewek mandarynkowych? zapytała Manuela. To było już tak dawno, jak gdyby w innym życiu. Teraz także stał ktoś w drzwiach. Ten sam typ, którego widział u „Księcia Pruskiego“. Skórzana kurtka, jedwabny szal, okulary słoneczne, gotowy do drogi. Przed drzwiami elegancki, nowy sportowy samochód z podniesioną do góry klapą bagażnika. Na schodach kilka powiązanych kartonów, jakaś roślina doniczkowa, w bagażniku i na tylnym siedzeniu leżały eleganckie walizki. Mark zatrzymał się tuż za kabrioletem. Wysiadł ze swojego dostawczego samochodu. Mężczyzna stojący przy samochodzie ruszył w stronę sklepu, Mark szedł, chociaż wydało mu się że nie czuje nóg, prosto w kierunku drzwi. Manuela stała za ladą i grzebała w szufladzie. Wyjmowała jakieś pojedyncze rzeczy i układała na ladzie. Aldo pakował je do małego skórzanego nesesera. Podniosła głowę i cicho zawołała
                                  - Mark.
                                  Zatrzymał się.
                                  - Chyba przyszedłem nie w porę.
                                  Mężczyzna wyprostował się. Teraz oboje spoglądali na niego.
                                  - Tutaj już chyba wszystko zostało załatwione, zanim się ten idiota czyli ja, zorientuje.
                                  Podszedł do Manueli, omijając ladę.
                                  - Co to ma znaczyć, że sprzedałaś sklep?
                                  Odsunęła się od Marka i podeszła do Aldo.
                                  - To znaczy właśnie tyle... że sprzedałam sklep.
                                  - Ale przecież nie możesz, powiedział Mark bardzo spokojnie.
                                  - Mówiłaś. Dziesięć lat. Mówiłaś.
                                  - Tak było... zmieniliśmy to. Aldo znalazł sposób.
                                  - No to świetnie. Znalazł sposób. Twój adwokat, który wszystko zrobi dla ciebie. Mark mówił teraz głośniej.
                                  - Wszystko i jeszcze trochę więcej. Ten który korzysta z mojego samochodu i mojej narzeczonej także.
                                  Manuela ustawiła się przed Aldo. Wyglądało na to, że ta scena jest dla niej nieprzyjemna.
                                  - Twoja narzeczona, nie ośmieszaj się.
                                  Znowu miał problemy z oddychaniem. Chyba mówił zbyt głośno. Za głośno, albo za szybko. To nie był jego sposób bycia. Aldo powrócił do pakowania walizki. Nic się nie odzywał, pozostawił całą tę sprawę Manueli a ona wyręczała go.
                                  Mark czuł jak krew uderza mu do głowy.
                                  - No w porządku, nie przeszkadzajcie sobie. Dajcie mi tylko moje pieniądze i wynoście się. Im szybciej tym lepiej.
                                  Aldo przerwał pakowanie, podniósł się na całą swoją wysokość.
                                  - Pańskie pieniądze? Jakie pieniądze?
                                  W końcu otworzył usta, mówiąc krzywił wargi, co miało zapewne świadczyć o zastanowieniu.
                                  - Siedemdziesiąt tysięcy, moja gwarancja, pan chyba wie, o czym mówię.
                                  - Ale... odparł mężczyzna, mówił naprawdę rzeczowo i spokojnie
                                  - One przepadły.
                                  - Tak, odparł Mark,
                                  - ale teraz sprzedaliście sklep, więc zwróćcie mi.
                                  - To był sklep Manueli, co ona robi ze swoimi pieniędzmi, to jej sprawa.
                                  Mark potrzebował chwili, żeby do niego dotarło to co właśnie usłyszał. To nie było proste. Bywało, że w niektórych sprawach rozum przestawał funkcjonować. Nagle znowu czuł się jakby otaczała go wata a w uszach słyszał uderzenia serca.
                                  - Gdzie są moje pieniądze Manuelo?
                                  - Nie ma ich tutaj, Mark
                                  Zbliżył się do niej.
                                  - Moja firma jest zrujnowana, muszę je odzyskać. Co z nimi zrobiłaś?
                                  - Są za granicą, po prostu za granicą.
                                  Nawet nie zdawał sobie sprawy, że dłonie zacisnął w pieści. W krtani czuł krzyk który go dusił.
                                  - Wytoczę ci sprawę Manuelo, tobie i twojemu wspólnikowi.
                                  Aldo uśmiechnął się. Gdy mówił, lewy kącik ust wykrzywiał w dół.
                                  - Niech pan przestanie robić aferę. Podżyrował pan to i płacił pan będzie, to się zdarza. My jesteśmy prawnie zabezpieczeni. Żaden sąd na świecie panu nie pomoże. Nikt pana nie zmuszał do podpisywania.
                                  - Manuela...
                                  Mark chwycił ją za ramię. Jęknęła cicho, Aldo postąpił krok naprzód jakby chciał jej pospieszyć na ratunek...
                                  - Bez obaw, nie będę się na tobie wyładowywał. Chcę tylko żebyś mi spojrzała w oczy, żebym w końcu zobaczył jakim jesteś człowiekiem. Trzymał jej ramię i zmusił ją by się do niego odwróciła.
                                  - Pomóż mi... szepnęła w kierunku Aldo
                                  Podszedł z drugiej strony i próbował pomóc jej uwolnić się z uchwytu Marka. Odwróciła się do niego szybko:
                                  - Masz już neseser?
                                  - Tak. Chodź.
                                  Wyrwał ją z jego uchwytu i na odchodnym odwrócił się do Marka, który ciężko oddychając oparł się o narożnik stołu.
                                  - Człowieku, nie wygłupiaj się, coś takiego może się przecież zdarzyć. Trzeba potrafić przegrywać.
                                  Oboje byli już przy drzwiach. Aldo położył rękę na ramieniu Manueli.
                                  - Przecież spędził pan miły czas, to chyba warte było takich groszaków?
                                  Podniósł głowę, widział jak tych dwoje znikało w drzwiach.
                                  - Nie, to się wam nie uda.
                                  Chwycił wielkie nożyce ogrodnicze, które leżały na stole i wybiegł za nimi.
                                  - Manuela...
                                  Zdążyli już dojść do samochodu. Żigolak wrzucił walizkę na tylne siedzenie, pospiesznie wsiedli i zamknęli drzwiczki. Mark dobiegł do samochodu.
                                  - Ty zbrodniarzu. ty przestępco, ty złodzieju.
                                  W jednej ręce nożyce ogrodowe, drugą próbował otworzyć drzwiczki.
                                  - Wysiadaj. Nigdzie nie pojedziesz. Wysiadaj...
                                  Aldo zapalił silnik. Mark uderzył nożycami w szybę od strony kierowcy, pękła, szkło posypało się z brzękiem na ziemię. Mark cofnął się, powstrzymał krzyk. Ręka w przegubie broczyła krwią. Wypuścił nożyce i zacisnął palce drugiej ręki na ranie. Kabriolet odjechał z piskiem opon.
                                  Zatoczył się na ścianę budynku. Krew płynęła z rany i barwiła jego koszulę na czerwono. Zamknął oczy. Światło słoneczne oświetlało jego spoconą twarz. Cicho westchnął...cdn...
                                  • m.maska NIE TA KOBIETA(20) 17.04.11, 23:49
                                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                    (53)

                                    Mark przycisnął rękę do niespokojnie bijącego serca. Początkowo powoli a potem coraz wyraźniej rozpoznawał wszystko co go otaczało: wodospad, zielony staw, liściaste sklepienie i stojącego obok Sartori. Na jego wciąż jeszcze wykrzywionej bólem twarzy pojawił się wyraz ulgi.
                                    - Czy to był sen? To był naprawdę tylko sen?
                                    - Tak, odparł Sartori.
                                    - Dobry Boże. No to jeszcze raz mi się udało. Spoglądał na swoje ręce, nie miał żadnych skaleczeń, odetchnął z ulgą.
                                    - To było straszne, ależ to było straszne. To dobrze, że zobaczyłem to do końca. Teraz to chyba jestem zupełnie wyleczony.
                                    Ostatnie obrazy miał jeszcze przed oczami. Taki szok, nie mijał szybko. Poruszał palcami, sprawdzał lewe ramię.
                                    - Jeśli panu to nie będzie przeszkadzać, chciałbym stad iść. Ta okolica wydaje mi się teraz trochę niesamowita.
                                    Sartori przytaknal.
                                    - Chodźmy. Wracajmy do domu.

                                    http://i50.tinypic.com/9teux1.jpg

                                    Szli wzdłuż brzegu. Mark głęboko pogrążony w myślach. Słońce zdążyło już osuszyć kałuże z poprzedniej nocy, otworzyły się liście drzew rosnących przy drodze, ogrzały się kaktusy, wystawiały swoje kolce na wszystkie strony. Sartori szedł obok Marka w milczeniu. Na zboczu w szczelinach skał wygrzewały się jaszczurki, błyskały tylko gdy znikały znienacka w jakimś załamaniu po to żeby za chwilę pokazać się w innym. Na zakolu rzeki, droga zwęziła się, musieli dalej iść bardzo blisko siebie. Podłużny wielki liść zwisał nad drogą. Mark chciał go odsunąć, ale zatrzymał się jakby nagle wrósł w ziemię...
                                    - Arecales
                                    - Słucham? zapytał Sartori, też się zatrzymał.
                                    - Arecales regentis. Nie zauważyłem jej przedtem.
                                    - Królewska palma
                                    - Z podwójnie strzępionym brzegiem. To ulubiona roślina Olgi. Chciałem ją sprowadzić z Kenii, ale wtedy Olga się wyprowadziła i straciło to sens.
                                    - Chciałby ją pan wziąć ze sobą?
                                    - Tak, jeśli... Mark rozpromienił się.
                                    - Myśli pan że to możliwe?
                                    - Dlaczego nie?
                                    - No to byłoby... gdybym powrócił z taką arecales regentis. Cień smutku przemknął mu po twarzy.
                                    - Ale przecież nie wiem, czy ją znowu spotkam, czy ona w ogóle chce jeszcze cokolwiek mieć ze mną wspólnego.
                                    Sartori odwrócił się nieznacznie.
                                    - Zawsze jest pewne ryzyko, ale na pewno warto spróbować.
                                    - W takim razie, natychmiast jutro rano wracam. Jak tylko przesadzę Arecales. Co pan o tym sądzi?
                                    - To pańska decyzja
                                    - Tak, odparł Mark, jakby odpowiedział na więcej niż tylko na pytanie dotyczące powrotu do domu. To moja decyzja.

                                    Mark założył granatowy garnitur, właściwie na pożegnanie. Nie bardzo pasował w tym miejscu, ale Sartori był też zawsze elegancki, musiał to przyznać. Na tarasie stała już jego torba podróżna, obok w ogromnej donicy Królewska palma. Sartori stanął w drzwiach.
                                    - Możemy iść. Sandra zaraz nadejdzie. Zauważył strój Marka.
                                    - Elegancko się pan ubrał do podróży.
                                    Mark nieco zawstydzony spojrzał po sobie.
                                    - Nie... właściwie, nie o to chodziło. Tylko nie bardzo wiedziałem jakie są tutaj zwyczaje jeśli chodzi o strój. A ponieważ ten garnitur i tak miałem, założyłem go, żeby go nie dźwigać. Teraz mam do dźwigania palmę.
                                    Chciał ją właśnie unieść, w tym samym momencie z kieszeni wypadło mu maleńkie pudełeczko. Schylił się żeby je podnieść, wyprostował się pomału i zwrócił się usprawiedliwiająco do Sartori.
                                    - Wciąż mi się to przytrafia, różne rzeczy wylatują mi z kieszeni. Musze uważać.
                                    Małe, obciągnięte skórą pudełeczko leżało teraz na jego otwartej dłoni. Palcem nacisnął przycisk.
                                    Pierścionek zabłysnął w słońcu. Pierścionek zaręczynowy dla Manueli. Czekał tylko na odpowiedni moment. Teraz wiedział, że ten odpowiedni moment już nigdy nie nadejdzie. Pierścionek był niepotrzebny. Żadnych zaręczyn, żadnego pierścionka. To znaczy... jeśli się dobrze zastanowić...

                                    Poczuł, jak jego serce zaczęło bić gwałtowniej. Inaczej niż w ostatnich tygodniach: tak ciepło, jak gdyby opuścił wreszcie kołyszący się statek i po długiej podróży powrócił w końcu do domu. Spojrzał na pierścionek już innymi oczami. Ostrożnie odnajdywał drogę do zagubionych już uczuć, które na nowo się objawiły, a których nie potrafił nazwać, zwłaszcza jeśli już zawsze obawiał się wymawiać to słowo: Szczęście. Zauważył spojrzenie Sartori i uśmiechnął się.
                                    - Pan wie doskonale o czym teraz myślę.
                                    - Tak sądzę, Sartori uśmiechnął się także.
                                    - Ale dla Olgi, będę musiał wymienić kamień. Czerwony, to nie dla niej. Jakaś ładna zieleń, albo jasny błękit.
                                    - Tak właśnie to widzę, odparł Sartori.
                                    Bez wątpliwości, to było szczęście. Nagle okazało się, że już nie boi się tego słowa. Być może musiał przebyć tę drogę, którą przeszedł, aby zrozumieć gdzie jego miejsce.
                                    Zamknął pudełeczko, schował do kieszeni spodni i włożył jeszcze chusteczkę do nosa, żeby zabezpieczyć je przed ponownym wypadnięciem.
                                    Właśnie zbliżyła się do nich Sandra, chciała podnieść torbę podróżną Marka.
                                    - O nie panienko, to proszę zostawić.
                                    Przerzucił torbę przez ramię i pochylił się żeby podnieść palmę. Sandra uśmiechnęła się i zaczęła powoli schodzić w kierunku pomostu przy którym zacumowana była łódź. Sartori szedł obok przyciskającego do piersi ciężką donicę Marka Nagle Mark przypomniał sobie coś:
                                    - Przecież moglibyśmy zasadzić tę palmę pod oknem kuchennym, a ja już się martwiłem czy ona przyjmie się w mieszkaniu Olgi.
                                    Zbliżyli się do nabrzeża, zatrzymał się przed Sartori
                                    - A teraz czas żebym serdecznie panu podziękował, potrząsnął jego rękę na ile mu to umożliwiała ciężka donica którą trzymał.
                                    - Właściwie to powinienem był wiedzieć, że Olga jest jedyną odpowiednią dla mnie kobietą, czasami nie widzi się tego co oczywiste.
                                    - Ale tym razem się udało. Niech pan pozdrowi Olgę ode mnie.
                                    - Pozdrowię.
                                    Wraz ze swoim bagażem wszedł po trapie do łodzi , ustawił donicę na środku pokładu, usiadł na ławce i pomachał wciąż stojącemu na brzegu Sartori.
                                    - A więc do widzenia
                                    - Do widzenia, odpowiedział Sartori.
                                    Sandra pomachała ojcu. Łódź zaczęła się oddalać od brzegu. Kierowała ją w kierunku środka rzeki, podczas gdy Mark trzymał pień palmy, która jak żagiel wznosiła się do góry a jej liście powiewały na wietrze.
                                    Julian pociągnął głęboko fajkę. Drugą rękę trzymając w kieszeni zupełnie nieświadomie wyrwało mu się westchnienie ulgi. Łódź płynęła szybko w kierunku delty. Julian czekał jeszcze chwilę, póki nie zobaczył że osiągnęła otwarte morze. Otoczył dłonią ciepły cybuch fajki, odwrócił się i powoli zaczął iść w kierunku domu...cdn...
    • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 17.04.11, 23:59
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (54)

      Deszcze padały teraz już niemal codziennie. Laguna nabrzmiała wodą, oddalającą od siebie przeciwległe nabrzeża. Pasiaste wiewiórki zbudowały sobie nowe gniazdo w koronie wachlarzowatej palmy. Wszystko wskazywało na to, że rodzina oczekiwała potomstwa. Sandra spoglądała z troską na to co się działo. Wiewiórki już raz miały młode, ale wszystkie zostały wyniesione przez drapieżnego ptaka: trzy nagie, ślepe, baby pasiastych wiewiórek. Ten ogromny ptak zasadził się na drzewie mango, po kolei wyciągał młode swoim ostrym zakrzywionym dziobem i ulatywał z łupem w powietrze. Rodzice byli zrozpaczeni. Całymi dniami wiewiórki siedziały na gałęzi obok pustego gniazda, nie przyjmowały od Sandry żadnych nasion, ani kawałków kokosa, które zostawiała im pod drzewem. Tym razem wybrały miejsce trochę rozważniej: wachlarzowata palma, rosła bliżej domu. Sandra wiedziała, że kiedy nadejdzie odpowiedni czas, wtedy przywiąże do pnia Gülnare na długim sznurze. Koza była lepsza niż każdy pies obronny. Swoim beczeniem przegoniłaby najgorszego rozbójnika.

      Słońce obniżyło się już nad horyzontem. Sandra spoglądała ponad balustradą tarasu w kierunku ojca. Zakończył właśnie swoje pierwsze eksperymenty z kwiatami frangipani i wysłał wyniki badań do NASA. W tej chwili znowu zajmował się lilią plamistą. Odpowiedź z NASA nadejdzie zapewne dopiero za kilka tygodni, po tym jak ocenione zostaną wyniki produkcji tlenu uzyskane na podstawie doświadczeń przeprowadzonych w biotopie znajdującym się na terenie NASA. Julian był zadowolony gdy mógł na jakiś czas jedno zlecenie odłożyć i powrócić do pracy badawczej, tej którą sam sobie wybrał. W przerwach znowu chętnie zajmował się sprawami, które otrzymywał jako zlecenia z zewnątrz. Ten projekt NASA fascynował go. Potrafił sobie to wyobrazić, że ludzkość pewnego dnia będzie zamieszkiwać wszechświat podobnie jak dziś zamieszkuje ziemię.
      Sandra właśnie pochyliła się, aby podnieść miseczkę z mlekiem dla skalnej żmii Amandy, kiedy poczuła coś sztywnego w kieszeni. Wyjęła fotografię wielkości pocztówki. Znalazła ją podczas porządkowania strychu, w bocznej kieszonce starej walizki. Z fotografii spoglądała na nią twarz młodej kobiety do złudzenia przypominająca jej własną. Chwilę przyglądała się, już na strychu nie mogła od niej oderwać wzroku. Kobieta była nieco starsza od niej, może poważniejsza, ale zdjęcie mogłoby zostać uznane za jej własny portret, gdyby nie pszeniczne, jasne włosy i jasnoniebieskie oczy.
      Julian powiedzial jej, że wszystkie zdjęcia jej matki zaginęły. Rzeczywiście, podczas podróży zaginęła jedna walizka, ale ta fotografia, schowana w bocznej przegródce, odnalazła swoją drogę na wyspę.
      Schowała ją, żeby móc od czasu do czasu na nią spoglądać. Początkowo zastanawiała się czy pokazać ją ojcu, zapewne nie wiedział o jej istnieniu. Być może ucieszyłby się, ale być może otworzyłaby też stare rany. Zdecydowała, że zaczeka i przemyśli to. Właśnie chciała schować fotografię, gdy Julian odezwał się:
      - Sandra?
      - Tak, ojcze.
      Odwróciła się, nieznacznym ruchem wsunęła zdjęcie do kieszeni. Sartori poprawił się w fotelu, sięgnął po fajkę i zapałki nie spuszczając z niej wzroku.
      - Co tam robisz?
      - Chciałam nalać świeżego mleka dla Amandy, jej miseczka jest pusta.
      - A co cię tak zafascynowało, że o tym zapomniałaś?
      To już nie miało sensu. Włożyła rękę do kieszeni, pod palcami czuła brzegi starej fotografii.
      - Ja...
      - Nie potrzebujesz mi mówić, jeśli nie chcesz.
      - Nie o to chodzi, ojcze
      - A o co?
      Przyłożył zapaloną zapałkę do cybucha, tytoń zaczął się żarzyć, mały obłoczek dymu wzniósł się w górę.
      - Nie wiem, czy powinnam... zająknęła się. Podeszła bliżej.
      - Coś znalazłam.
      - Wyjęła fotografię z kieszeni i trzymała ją w dłoni tak ostrożnie, jak gdyby była krucha...
      - Nie wiedziałam, czy powinnam z tobą o tym rozmawiać...cdn...
      • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 18.04.11, 00:04
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (55)

        - A co to takiego?
        Podeszła do stołu i stanęła przed Julianem. Kiedy pokazywała mu fotografię, jej ręce lekko drżały, .
        - Lillemor. Odłożył fajkę, jego głos był spokojny.
        - Gdzie to znalazłaś?
        - W tej dużej czarnej walizce, wyleciało z bocznej przegródki. Porządkowałam trochę strych.
        - Widocznie sama włożyła, może jako niespodziankę dla mnie, podczas którejś z moich podróży. Nigdy jej nie znalazłem. Odwrócił fotografię. Wg daty na zdjęciu minęło ponad dwadzieścia lat, na odwrocie wyraźnym ładnym pismem napisała: Z miłością, Lillemor.
        - Pośmiertny upominek! zauważył.
        - Ten sweter, kupiłem jej na urlop w Norwegii. Odłożył fajkę do owalnej popielniczki.
        - Czy to nie dziwne? tak jakby wiedziała, że wszystkie inne zdjęcia zaginą.
        - Zasmuciło cię to, ojcze?
        - Nie, jego głos był spokojny.
        - Upewniło tylko, że wybrałem właściwą drogę. Nie miałem wyboru, ale dobrze jest mieć tę pewność.
        - Pewność?
        - Jeśli przez długi czas zachowało się twarz w sercu, mówił dalej
        - zatraca ona poszczególne rysy i zlewa się w jedno, w jego oczach pojawił się blask, którego Sandra nigdy wcześniej nie zauważyła.
        - Teraz znowu mam ją przed sobą.
        - I co mówi ci ta twarz?
        - Że mnie nigdy nie opuściła, że przez cały czas była przy mnie, podniósł głowę.
        - Pytałaś mnie czasami, dlaczego ponownie się nie ożeniłem.
        - Tak, przepraszam, jeśli o tym mówię. Przecież były kobiety w twoim życiu, to znaczy po śmierci mamy.
        - Były, odparł
        - dwie albo trzy, ale one nie potrafiły wymazać wspomnienia o Lillemor. To nie była ich wina, to ja. Straciłem zdolność dzielenia mojego życia z kimkolwiek, być może i pragnienie...
        - Porównywałeś je z mamą
        - Nieświadomie. Myślę, że byłem otwarty na wszystko i przeżyłem wiele, ale kogoś na zawsze ze sobą związać, to nie byłoby fair. Pewna część mnie, chyba ta najważniejsza będzie już na zawsze należeć do Lillemor.
        - I dlatego jesteś tutaj
        - Dlatego jestem tutaj z tobą, odparł
        - i Sokratesem, Gülnare, Amandą i tymi dwoma wiewiórkami i z tymi, którzy do nas przybywają. Twoja mama zginęła, bo chciała pomóc. Pewnego dnia, nie miałem już żadnego innego pragnienia, ponad to żeby prowadzić takie właśnie życie. Przeznaczenie a może przyjazna moja gwiazda albo Bóg dżungli Taaora – pomogli mi w tym.
        - To dobrze, zauważyła Sandra
        - W ten sposób krąg się zamknął.
        Julian położył fotografię na stole i sięgnął ponownie po fajkę.
        - Wszystko w życiu zatacza ogromny krąg, jeśli tylko staniesz na brzegu, to wszystko do ciebie wróci z przeciwległej strony...
        - To twoja myśl?
        - Powiedział mi to pewien Meksykanin przed trzydziestu laty na plaży w Vera Cruz. Rozłożył pałeczki na piasku i przepowiedział mi moją przyszłość.
        - Co powiedział?
        - Że przejdę przez ciemną bramę pełną bólu, ale za nią będzie światło.
        - I to właśnie cię spotkało? A co jeszcze powiedział?
        - Że nie powinno zapalać się jednocześnie dwóch pochodni, jeśli chce się sobie oświetlić drogę, światło jednej wystarczy, drugą trzeba zachować jak asa w rękawie.
        - Na czas, kiedy pierwsza się wypali?
        - Coś w tym rodzaju, odparł Julian
        - Ciekawe, w takim razie tak oświetlę dzień tą pochodnią aby natychmiast dostrzec to co nam najpiękniejszego darowuje, tę drugą zachowam do naszej następnej rozmowy.
        - Ten Meksykanin byłby zachwycony twoją interpretacją.
        - Szkoda, że go tutaj nie ma, chętnie porozmawiałabym z nim o mojej przyszłości.
        - To niemożliwe, wtedy kiedy go spotkałem miał chyba już ze sto dziesięć lat.
        Uśmiechając się podniosła ramiona i spojrzała na fotografię leżącą na stole przed Julianem.
        - Czy mogę ją zatrzymać?
        - Oczywiście. W pudle, w piwnicy są drewniane ramki, może któraś z nich będzie pasować.
        - Zobaczę. Wzięła fotografię i schowała do kieszeni. W drodze do domu, zatrzymała się jeszcze.
        - Jutro przybędzie nowy gość. Pewna kobieta z Hamburga, przywiezie ze sobą synka, powiedziała
        - No to coś dla ciebie Sandra, lubisz bawić się w nianię.
        Sokrates przeskoczył właśnie boczne schody, okrążył Sandrę i przytulił głowę do jej nóg.
        - Chodź Sokrates, głaskała jego czarną lśniącą głowę.
        - Przygotujemy kolację. Poprzez jedwab sarongu czuła fotografię, dawała jej poczucie radości.
        - Dzisiaj dostaniesz specjalną porcję gotowanej ryby. Tylko nie pytaj dlaczego, bo i tak nie zrozumiesz...cdn...
    • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (1) 18.04.11, 00:13
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (56)

      Marie pozwoliła by Tomek usiadł obok prowadzącej łódź, na biało ubranej dziewczyny. Od dawna interesował się łodziami motorowymi, a ta była szczególna. Sama usiadła na miękkich poduszkach ułożonych przy burcie, przyglądała się jak dziewczyna zgrabnie wyprowadzała łódź od nabrzeża, omijając rafy i kierując ją na otwarte morze.
      Tam, gdzieś pośród białej mgły znajdowała się wyspa.
      Długo zwlekała, ale teraz uznała ten krok jako ostatnią szansę. Od czasu, kiedy zobaczyła tę "drugą".
      Drugą kobietę w życiu jej męża. Do tamtego momentu, mogła siebie okłamywać, mimo, że już dawno powinna była się zorientować. Marcin od pewnego czasu, zaczął wieczorami pozostawać dłużej w pracy, dzwonił i powiadamiał, że ma jeszcze coś do zrobienia w biurze. Konferencje po godzinach, terminy i spotkania w weekendy. Niczego nie podejrzewała. Był przemęczony, miał depresje i całymi dniami nie można było z nim rozmawiać, potem znowu kochający i uprzejmy. Początkowo myślała, że te wahania nastrojów spowodowane są przepracowaniem i przypuszczalnie nigdy nie wpadłaby na to, że przyczyna była zupełnie inna. Gdyby nie ten jeden wieczór...

      Woda rozpryskiwała się po obu stronach burty, kropelki tworzyły w słońcu przymgloną tęczę. Marie poprawiła lniany żakiet i wygładziła wąską spódnicę. Wszystko co na sobie miała, leżało perfekcyjnie: dyskretna elegancja, od nienagannej fryzury poprzez jedwabną bluzkę bez jednej fałdki aż po czubki butów. Marcin wciąż jej powtarzał, jak bardzo ją za to podziwia. Jej zmysł smaku i elegancji był bezbłędny. Lubił jej styl ubierania się, urządzania i dbania o mieszkanie, potrafiła rzeczom, które ich otaczały nadać coś niepowtarzalnego, bardzo to u niej cenił. Była szczęśliwa, że może spełniać jego życzenia. A teraz?
      Otworzyła torebkę leżącą obok i wyjęła z niej okulary przeciwsłoneczne. Nikt nie powinien widzieć jej łez, także Tomek nie, a nawet najmniej on.
      Została wychowana w dyscyplinie. Hamburg, rodzina mieszczańska w której wzrastała, nie znała uczuciowych wybuchów, nie okazywało się w niej nadmiernych uczuć. Jednak z synem łączyły ją wyjątkowo serdeczne więzi. Tylko nie leżało to w jej naturze, zwierzać się komuś. Ta podróż na wyspę, to była jej pierwsza próba, żeby się otworzyć, opuścić kokon w którym była zamknięta. Być może przed kimś obcym będzie to łatwiejsze. Okaże się w następnych dniach.
      Tomek kilka razy odwracał się spoglądając na nią. Wydawało się, że jest zatroskany.
      - Dokąd jedziemy? pytał
      Próbowała mu to wyjaśnić. Miał zaledwie dziewięć lat, ale był wyjątkowo rozsądny. Słuchał jej pełen zrozumienia i mogło się wydawać, bardzo spokojnie, jednak Marie wiedziała jak bardzo ta sytuacja również nad nim zaciążyła. Zbyt wiele zauważył: scena która rozegrała się przed biurem jego ojca, kłótnia rodziców na terenie stadniny. To się mogło bardzo źle skończyć, wtedy na krótko miała nadzieję, że Marcin się opamiętał, ale to nie nastąpiło. Znowu nie...
      Początkowo chciała lecieć sama, jednak Tomek uparł się by lecieć na wyspę razem z nią. Kilka dni wcześniej zaczęły się ferie szkolne i nic nie stało na przeszkodzie. Kiedyś nigdzie nie chciałby wyjeżdżać, każdy dzień spędzał w stadninie, ale teraz to się skończyło.

      Wiatr rozwiewał jej włosy, rozpryskujące się krople wody osiadały na okularach. Nie przetarła ich, nawet o tym nie pomyślała, odchyliła się lekko do tyłu i zamknęła oczy. Tomek przegiął się przez burtę, zanurzył rączkę w wodzie i spoglądał zamyślonym wzrokiem przez szeroką szybę.
      - No, kawalerze, zawołała żartobliwie Sandra
      Poderwał się gwałtownie
      - Tak?
      - Nie podoba ci się?
      - Co?
      - Wszystko, powiedziała Sandra.
      - Podróż łodzią, woda, słońce, ptaki nad nami.
      Od błyszczącej tafli wody właśnie oderwało się stado czarnych ptaków.
      - Tak, odparł,
      - jest naprawdę pięknie.
      Spojrzał krótko w kierunku matki, siedzącej nieruchomo na ławce.
      - Chodź tutaj trochę bliżej, poprosiła Sandra
      - Nie chciałbyś mi opowiedzieć czegoś o sobie? Co porabiasz, kiedy nie masz szkoły?
      - W tej chwili niewiele, odparł . Kiedyś byłem każdego dnia w stadninie, jeździłem konno, ale teraz...
      - Co jest teraz?
      - Mój koń, nie żyje. Wpadłem do rowu z wodą, musiał być zastrzelony. Bezwiednie wytarł mokrą rączkę, o spodnie.
      - Teraz, nie chce już nigdy więcej mieć konia.
      - Rozumiem cię. Koń to przyjaciel, zauważyła Sandra
      - Był nim, zamyślił się...
      Chwilę milczeli oboje. Sandra pogłaskała błyszczące koło steru.
      - Może uznasz to za zabawne, ale moim przyjacielem jest ta łódź. Uwierzysz?
      Tomek spojrzał na nią z zainteresowaniem.
      - Oczywiście, potrafię to sobie wyobrazić.
      - Pływamy razem po tym pełnym tajemnic świecie wysp i wysepek i ona wiezie mnie wszędzie.
      - Jak latający dywan.
      - Podobnie.
      Pogładził brzeg burty.
      - Też chciałbym nauczyć się prowadzić łódź.
      - Zapytaj mamę, może ci pozwoli.
      - Nie mogę jej teraz pytać. Mówiąc to ściszył nieco głos.
      - Mama wciąż powtarza, że trzeba zaczekać i zobaczyć co będzie.
      - Musisz jej dać czas
      - Wiem
      - Jeśli zechcesz, któregoś dnia zrobimy slalom, będziesz mógł poprowadzić łódź. Tam w zatoce umieściłam kilka boi.
      - Super...cdn...
      • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (2) 18.04.11, 02:23
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (57)

        Jego głos zabrzmiał obojętnie.

        Z białej mgły wyłonił się zarys wyspy. Tomek spoglądał przed siebie. Jego twarzyczka była blada, Sandra także patrzała w dal.
        - Być może będzie już wszystko inaczej wyglądać, kiedy będziecie wyspę opuszczać.
        - Myślisz, że to możliwe?
        - Chyba tak, odwróciła się do chłopca z uśmiechem.
        - Wiele razy to już widziałam. Uważaj, za chwilę skręcimy w lagunę, wtedy jeszcze tylko kilka minut i przybijemy do brzegu.
        Wyspa zbliżała się szybko. Zatoka rozwarła się przed nimi i przyjęła łódź obejmując ją niemal swymi kamiennymi ramionami. Płynęli już wolniej. Jak okiem sięgnąć zieleniła się bujna tropikalna roślinność. Na pomoście czekał na nich mężczyzna w białym garniturze. Marie przyglądała mu się z zainteresowaniem. Łódź dobiła do brzegu, Tomek pomógł jej przy wysiadaniu.
        - Witamy na wyspie, odezwał się Sartori.
        Marie zdjęła okulary słoneczne.
        - Dziękuję, że mogliśmy tu przybyć.
        - To mój syn.
        Tomek szedł za nimi, w ręce trzymał swój plecak.
        - Cieszę się. Mam nadzieję, że zabrałeś coś do kąpieli, zwrócił się do chłopca, Sandra chciała przygotować na kolację smażone makrele i brakuje jej już tylko tych rybek – dodał
        - Jak mogę pomóc? zapytał chłopiec.
        W międzyczasie Sandra przycumowała łódź i dołączyła do nich.
        - Możesz po drugiej stronie trzymać sieć i razem ze mną ciągnąć ją przez wodę.
        - Pewnie. A kiedy zrobimy slalom łodzią?
        Sandra wymieniła szybkie spojrzenie z ojcem. Sartori niemal niezauważalnie skinął jej głową.
        - Może jutro, odparła.
        Tomek zrozumiał. Sartori będzie rozmawiał z jego mamą. Może jutro. Gdy szli, przyglądał mu się z boku nieśmiało. Być może uda mu się pomóc jego mamie i jemu samemu także. Wyglądał jak szaman z książki, którą dostał od tatusia na urodziny. Pozwolił by Sandra ujęła jego dłoń, podczas gdy Marie wraz Sartorim poszli przodem.

        Zmierzch zapadał niezwykle szybko, niebo płonęło purpurą i na horyzoncie płaski słoneczny krąg wpadł gwałtownie do morza. Marie obserwowała tę grę światła i cienia stojąc przy oknie. Odrzuciła kołdrę na szerokim podwójnym łóżku, zaciągnęła mocniej pasek szlafroka i jednym pociągnięciem rozpuściła spięte włosy. Rozsypały się miękkimi lokami na jej ramionach. Tomek, już w piżamce wrócił właśnie z łazienki.
        - Wziąłeś prysznic?
        Przytaknął ruchem głowy.
        - I wyszorowałem zęby. Zimna woda, jest tutaj dużo cieplejsza niż u nas. Po której stronie będę spał?
        - Sam wybierz.
        Wdrapał się na stronę przeciwległą do okna. Podciągnął kołdrę do kolan i tak pozostał.
        - Dziwne, kiedy przychodzi wieczór, zawsze muszę myśleć o moim koniu.
        - Kiedy zbliża się wieczór, myśli stają się samodzielne, te które mieliśmy cały dzień pod kontrolą, zauważyła Marie.
        - Kiedyś myślałem, że martwe konie wszystkie idą do nieba.
        - Byłoby pięknie. W takim razie byłby teraz gdzieś tam w górze. Wskazała na widoczne przez okno, rozciągnięte nad laguną, rozgwieżdżone niebo. Tomek położył się, w jego głosie i słowach wyczuwalne było zmęczenie.
        - Wtedy mógłby całą noc galopować po niebie. Podciągnął kołdrę i znowu odwrócił się do okna.
        - Mamusiu, dlaczego nie śpisz?
        - Już idę.
        - Czy myślisz o tatusiu?
        - Też
        - Dlaczego nie przyjechał z nami?
        Marie zawahała się krótko zanim odparła:
        - Nie pytałam go
        - Ale, dlaczego nie spytałaś mamusiu? Przecież zawsze razem wyjeżdżaliśmy?
        - To było kiedyś.
        Tomek znowu usiadł.
        - Już nigdy nie pojedzie z nami?
        - Śpij teraz, Tomeczku.
        - Zasnę dopiero wtedy kiedy i ty zaśniesz.
        Marie przymknęła okno, zdjęła szlafrok i położyła się obok syna na drugim łóżku.
        - Teraz już nie masz powodu, żeby nie spać, powiedziała całując go w policzek.
        - Dobranoc kochanie.
        Zasnął niemal momentalnie. Ostrożnie odwróciła się znowu do okna. Wspierając się na spiętrzonych poduszkach, okryła kołdrą podciągnięte kolana i szeroko otwartymi oczami spoglądała przed siebie w ciemne rozgwieżdżone niebo. ..cdn...


        https://i50.tinypic.com/2irnjgn.jpg
        • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (3) 18.04.11, 02:31
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (58)

          Sartori pozostawił jej czas. Nie naciskał, nie przyspieszał niczego. Wyglądało na to że był całkowicie pochłonięty swoją pracą, tylko niekiedy spoglądał, kiedy nagle dobiegał go dziwny dźwięk: brzmiało to jak wołanie puszczyka, jednak nie było go widać, mimo, że Marie wytężała wzrok, ani na tarasie ani w gąszczu porastających mur pnących roślin. Wydawało się, jakby i Sartori niczego nie rozpoznał. Sandra wraz z Tomkiem poszli do łodzi. Sokrates spał w cieniu, w niszy piwnicznego korytarza.
          Marie opierała się o ścianę budynku. Ściana była chropowata i ciepła, mimo że od wielu godzin padał na nią już cień. Słońce stało nad pagórkiem, nad którego łysym wierzchołkiem wznosiło się coś, co przy bliższym spojrzeniu nabierało formę krzyża. Chciała zapytać Sartori o to, później kiedy już wszystko będzie miała za sobą. Wahała się aby postąpić tych kilka kroków w jego kierunku. Ta krótka odległość prowadząca po terakocie tarasu wydawała jej się nieskończonością. Jeśli uda jej się zrobić ten pierwszy krok, będzie zmuszona zrobić także i kolejny. Przecież ten pierwszy i tak już zrobiła, było nim podjęcie decyzji o przyjeździe na wyspę, to był ten pierwszy krok.
          Odsunęła się lekko od muru.
          Kiedy stanęła już przed nim, Sartori spojrzał na nią. Ruchem dłoni zaprosił by zajęła miejsce w wiklinowym fotelu po drugiej stronie stołu.
          - Zechce pani usiąść?
          - Dziękuję
          Fotel wyłożony miękkimi poduszkami zaskrzypiał cicho pod jej ciężarem.
          Jej dłonie były sztywne, szorstkie i bez czucia, tak długo przyciskała je do muru.
          - Wiem, powiedziała,
          - Że kiedyś będę musiała w końcu zacząć mówić o moich problemach. Ale nie wiem gdzie mam zacząć...
          - Gdziekolwiek, podpowiedział Sartori.
          Odsunął na bok swoje skrypty i zwrócił się do siedzącej naprzeciw kobiety. Jego spojrzenie było spokojne i ciepłe.
          - Ja... zająknęła się,
          - jestem od czternastu lat mężatką...
          - Marcin, mój mąż, jest adwokatem. Dosyć wcześnie wyszłam za mąż. Nasze małżeństwo jest... było dobre... mówiła krótkimi urywanymi zdaniami. Umilkła nagle. Dziwne, prawie powiedziałaby: jest dobre. Bo właściwie na zewnątrz nic się nie zmieniło. Wszystko było jak dawniej, tylko że ich związek powoli się rozpadał.
          - Marcin jest...był wspaniałym ojcem. Tomek jest do niego bardzo przywiązany. Razem jeździli konno, razem chodzili po górach. Byliśmy naprawdę szczęśliwą rodziną. Nagle – właściwie niemal z dnia na dzień, wszystko się zmieniło.
          - Zmieniło? zapytał Sartori.
          - Marcin zaczął coraz później wracać do domu,
          Spojrzała na gąszcz pnączy. Znowu dał się słyszeć cichy, skarżący odgłos. Przez mgnienie oka wydało jej się, że spogląda na nią spomiędzy liści maleńka twarzyczka. Czyżby gra cieni? wiatr od wybrzeża poruszał listowiem. Splecionymi dłońmi otoczyła wysoko podciągnięte kolana, wyglądała na zakłopotaną.
          - Właściwie niczego nie podejrzewałam. Zapewne nigdy bym się nie dowiedziała, że kryło się za tym coś innego, ale był pewien wieczór...
          Padał deszcz i reklamy odbijały się na wilgotnym asfalcie. Była z Tomkiem w kinie, w drodze do domu szli ulicą przy której po przeciwnej stronie znajdowało się biuro jej męża. Potężny budynek z ogromnymi oknami, wyglądał na opustoszały, jedynie kilka prostokątów matowych szyb oświetlało noc. Tomek zatrzymał się i odliczał rzędy okien.
          - U tatusia nie świeci się światło.
          - Zapewne jest już w domu.
          Szli kilka kroków dalej, Tomek zatrzymał się ponownie...
          - Ale spójrz mamusiu, jego auto.
          - Zapewne jest już na schodach. W takim razie, najlepiej, jeśli poczekamy kilka minut.
          Wciąż jeszcze niczego się nie domyślała. Dzisiaj zastanawiała się, jak to możliwe, że niczego wtedy nie przeczuwała. Stali kilka minut. Podjechał mały sportowy samochód z ciemnym dachem. Za kierownicą siedziała kobieta. Pierwsze co Marie dostrzegła to jej rude włosy i kolorowy szal. Samochód zatrzymał się tuż za autem Marcina. Obok siedział mężczyzna, wysoko postawiony kołnierz i filcowy kapelusz na głowie. Kiedy wysiadając odwrócił się w stronę drzwiczek, Marie rozpoznała profil męża. Odruchowo pociągnęła Tomka w cień następnej arkady, trzy samochody przejechały i na chwile zasłoniły jej widok. Kiedy ulica opustoszała, Marcin właśnie wysiadał z tamtego samochodu. Zdjął kapelusz i podszedł do okienka kierowcy. Kobieta za kierownicą opuściła szybę, pochylił się i pocałował ją. To było długie, czułe pożegnanie. Następnie ruszył w stronę swojego samochodu, odwrócił się raz jeszcze i pomachał ręką, zawracając samochód skinęła mu jeszcze na pożegnanie dłonią i posłała pocałunek. Marcin wsiadł do swojego auta i odjechał. Marie, wstrząśnięta, stała w cieniu arkady. Nareszcie poznała przyczynę.
          W mgnieniu oka przesunęły jej się przed oczami ubiegłe tygodnie: nagle wszystko stało się jasne. Wszystko pasowało jak w puzzlach. Właściwie już nie potrafiła powiedzieć, o czym wtedy myślała. Wiedziała tylko, że jej świat nagle zadrżał w posadach i zaczął się walić.
          Tomek spoglądał na nią, on także był zdezorientowany i zszokowany.
          - Co to znaczy mamusiu? Co się stało?
          Odpowiedziała jak w transie.
          -Nie wiem Tomuś. Nie wiem.
          Odbicia ulicznych świateł zlały się w jedną wirującą karuzelę, odczuwała ból w oczach, jak gdyby ktoś pociągając za sznurki spowodował, że odwróciła się i ruszyła w kierunku domu, trzymając chłopca za rękę. Posłusznie dreptał obok...cdn...
          • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (4) 19.04.11, 18:40
            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

            (59)

            Sartori wyjął fajkę. Marie uspokoiła się nieco: wyjątkowo łatwo przyszło jej o tym mówić. Jak to możliwe? Czy dlatego, że nagle wydało jej się, jakby te wydarzenia oddaliły się od niej? Miała wrażenie że nie jej dotyczyły. A może zawdzięczała to temu mężczyźnie, który nieco odwrócony, spokojnym ruchem zapalał właśnie fajkę, a jednocześnie sprawiał, że miała wrażenie jakby bardziej mówiła do siebie niż do niego.
            - I dalej? zapytał, wciąż jeszcze nieco odwrócony.
            Marie trzymając ręce w kieszeniach nieznacznie uniosła ramiona.
            - Poprosiłam męża o wyjaśnienia. Natychmiast się do wszystkiego przyznał. Poznał tę kobietę dwa lata wcześniej, przy okazji służbowej uroczystości. Ma na imię Lucia i jest projektantką mody. Projektuje desenie. Wiele godzin rozmawialiśmy tamtego wieczoru. I... to brzmi zapewne śmiesznie – ale to była pierwsza taka rozmowa od dłuższego czasu. Wydawało mi się, że Marcin odetchnął, że może skończyć z tajemnicami. Obiecał mi, zakończyć tę aferę.
            - I nie zrobił tego?
            Marie potrząsnęła przecząco głową.
            - Nie, do dnia dzisiejszego nie i pomału zaczynam nabierać przekonania, że nigdy tego nie zrobi.
            - Rozmawiała pani z nim o tym?
            - Niezliczoną ilość razy. Wciąż na nowo obiecywał. Czasami wydawało mi się, jakby na coś czekał. Na jakiś powód, który przyjdzie z zewnątrz. Kiedyś nawet coś takiego powiedział. Wtedy dostał propozycję z kancelarii, przeniesienia się do Monachium. To byłoby rozwiązaniem dla nas. Obiecał mi, ale tego też nie zrobił.
            - Pani mąż jest w niebezpiecznym wieku. Kryzys wieku średniego, zauważył Sartori.
            Podniosła się.
            - Ta afera z Lucią trwa już ponad dwa lata. W końcu dochodzi się do punktu, kiedy dalej już jest tylko ściana. To dziwne, mam wielu przyjaciół i oni przychodzą ze swoimi problemami do mnie. Potrafię każdemu pomóc, tylko sobie, nie.
            Sartori uśmiechnął się niemal niedostrzegalnie.
            - Pewne meksykańskie przysłowie mówi: nie można siedzieć we własnej chałupie i jednocześnie zamiatać dachu.
            Marie także uśmiechnęła się lekko.
            - Widziała pani swoją rywalkę. Jakie odniosła pani wrażenie?
            Przeszła kilka kroków po tarasie, z głową lekko pochyloną, ręce głęboko w kieszeniach.
            - I to jest właśnie dziwne. Ona jest kobietą o której nigdy nie pomyślałabym, że zainteresuje Marcina. Na mnie zrobiła wrażenie – w pewnym sensie – chyba jedyne właściwe określenie jakie mi się nasuwa, to to, że jest „ekstrawagancka”. Rozwiane włosy, jej makijaż, kolorowa chusta. Dla Marcina zawsze miał znaczenie wygląd wzbudzający zaufanie.
            - Czy można by uznać, że jest ona całkowitym pani przeciwieństwem?
            Zatrzymała się zaskoczona..
            - Tak, możliwe że tak.
            Ta kobieta robiła szalone rzeczy z jej mężem. Pływali na deskach surfingowych, latali na lotni. Czasami jakieś wiadomości dochodziły do Marie, mimo, że Marcin starał się być dyskretny. W ubiegłym roku oboje pojechali pod namiot na Saharę. Jej mąż znalazł się tam służbowo, Lucia pojechała za nim samochodem.
            - Z nią, Marcin przeżywa drugą młodość, zauważyła
            - Jestem pewna, że ona go przecenia. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że martwię się o niego. Nie jest najzdrowszy i miewał problemy z sercem.
            Przerwała, spojrzała przelotnie na Sartori i nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.
            - Pewnie uzna pan, że to niezbyt normalne, że wciąż się o niego martwię, zamiast się od niego uwolnić. Czy to nie przejaw słabości?
            - Ja nazwałbym to miłością, odpowiedział spokojnie.
            - Miłość, to najbardziej wykorzystywane na świecie słowo, zauważyła Marie.
            - Nie, najczęściej używane, odparł
            - Chyba nie ma niczego, czego nie można byłoby przy pomocy miłości rozwiązać...
            Podszedł do niej. Poprzez obrośniętą pnączem furtkę ogrodu poprowadził ją na polną ścieżkę. Szła obok jak w transie, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.
            - Gdybym mogła w to uwierzyć, całymi latami próbowałam...
            - To znaczy, że pani go kocha.
            - Oczywiście, że go kocham. Zabrzmiało to dziwnie sucho, barwa jej głosu zmieniła się, utraciła dźwięk, który miała poprzednio.
            - W przeciwnym wypadku, nie wytrzymałabym. Nadzieja, oczekiwanie, obawa o niego. Poniżenie, kiedy wiedziałam, że był u niej. Kocham go, inaczej już bym go opuściła.
            - Powiedziała pani o tym mężowi?
            - Przecież musi o tym wiedzieć
            - A jeśli nie wie? Jeśli uważa że pani cierpliwość to nic innego jak brak uczucia, a pani dyscyplina świadczy o obojętności?
            - On musi o tym wiedzieć. Mój chłód to nic innego jak ochronny pancerz.
            - A jeśli pani mąż odczuwa to inaczej?
            - Nic na to nie poradzę.
            - A może jednak, podsunął Sartori.
            - Ale co?
            Droga którą szli, zwęziła się. Sartori zatrzymał się w cieniu rozłożystego drzewa, którego konary sięgały niemal do środka laguny.
            - Marie, pani musi walczyć.
            - Nie potrafię walczyć, jeżeli nie znam przeciwnika. Nie wiem jak ona to robi, żeby go zatrzymać. W zamyśleniu szła jeszcze kilka kroków aż w końcu zatrzymała się. Odwrócona tyłem, mówiła dalej...
            - Było takie jedno popołudnie. Gdybym wiedziała chociaż, co wtedy rozegrało się między nimi, między Marcinem i Lucią. Jakich sposobów wtedy użyła, jakiego tricku. Wtedy mój mąż był zdecydowany by ją zostawić, a mimo to udało jej się go od tego zamiaru odwieść.
            Szukała w pamięci. Pokłócili się wtedy. Marcin chciał wyjechać na weekend. Sam. Wiedziała co to znaczy. Powiedziała mu, że Tomek już cały tydzień cieszył się, że razem urządzą sobie przejażdżkę konną. Marcin zareagował agresywnie, jak zawsze, kiedy miał nieczyste sumienie. W końcu zgodził się zostać i razem pojechali do stadniny. Tomek tam już był. Ćwiczył ze swoim trenerem na parcours. ..cdn...
            • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (5) 20.04.11, 15:48
              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

              (60)

              Marie nawet nie zauważyła, kiedy znowu powoli rozpoczęli swoją wędrówkę. Konary drzew zamknęły się nad nimi, ziemia pod ich stopami stawała się coraz bardziej miękka i grząska. Jej własne słowa wydawały jej się bez wyrazu, obce, jakby docierały do niej z oddali.

              Marcin z piskiem opon zatrzymał samochód przed budynkiem stadniny: stadnina, parcours z przeszkodami, duży wybieg dla koni, w oddali drewniany budynek administracyjny i stajnie.
              Tomek jeździł na ładnej kasztance, właśnie galopował środkiem placu treningowego. Obserwujący go z boku trener był wyraźnie zadowolony, rzucił mu kilka dodatkowych poleceń. Marie i Marcin podeszli do balustrady ograniczającej pole dla jeźdźców i koni. Marcin wsparł się o drewniany płot, był zamyślony, nieobecnym wzrokiem spoglądał w kierunku syna.
              Tomek odwrócił konia, zauważył rodziców i pomachał im radośnie – odpowiedzieli mu. Jego koń przeszedł w kłus i rozpoczął następne okrążenie.
              Spoglądała z boku na męża. Był nerwowy i niezadowolony, ponieważ prosiła go by przyjechał z nią do stadniny.
              - Tomek wcale się mnie nie spodziewał, zauważył.
              - Jeździ na parcours, dlaczego mówiłaś mi o przejażdżce i że cieszył się z tego powodu?
              - Bo tak było omówione, możesz go zapytać, odparła
              - Kto się tak umówił i z kim? Na pewno to nie był jego pomysł. Zapewne to Ty nie chciałaś, żebym miał kilka godzin dla siebie.
              Poczuła jak do oczu napływają jej łzy.
              - Jak możesz w ogóle coś takiego powiedzieć? Przecież masz swoją wolność, ale chociaż czasami w końcu tygodnia możesz poświecić trochę czasu swojemu synowi.
              - Przecież jestem, do diabła. Poświęcam czas mojemu synowi i tobie, ale nienawidzę kiedy moje plany zostają pokrzyżowane i kiedy próbuje się mnie przywiązywać jak psa do „mojej odpowiedzialności”
              Odpowiedź Marie zabrzmiała gwałtowniej niż zamierzała.
              - Nie robię tego i dobrze o tym wiesz. Prosiłam cię tylko żebyś znowu nie sprawił mu zawodu. Próbowała się opanować.
              Po drugiej stronie padoku, trener właśnie zakończył lekcję z Tomkiem. Chłopiec zanim obrócił konia, spojrzał na rodziców: zauważył coś?
              - Widzisz, już skończyli, zauważyła Marie. Właśnie robi ostatnie okrążenie i możecie zrobić sobie przejażdżkę. Proszę, uspokój się.
              Marcin nie chciał się uspokoić, wyraźnie chciał sprowokować kłótnie żeby mieć powód do wyjścia. Tomek jeszcze raz przemierzył parcours, przeskoczył rów z wodą i skierował się na oxer*. Marcin powiedzial coś jeszcze, był wyraźnie wściekły, odwrócił się i chciał odejść. Marie ruszyła za nim, uspokajającym gestem położyła mu rękę na ramieniu.
              W tym samym momencie Tomek galopował w stronę ceglanego muru, cały czas ze wzrokiem skierowanym w ich stronę. Marcin odsunął dłoń Marie niecierpliwym ruchem i odepchnął ją gdy stanęła mu na drodze. Chłopiec spoglądał na rodziców szeroko otwartymi oczami. Ostra komenda trenera: koń przygotował się do skoku, tylnymi kopytami zrzucił górny rząd cegieł, Tomek ześliznął się z siodła. Koń upadł. Przez chwilę leżał na plecach z wyciągniętymi w górę kopytami, po czym ciężko przewrócił się na bok. Wzniosła się chmura kurzu. Marie krzyknęła, kiedy zobaczyła leżącą nieruchomo przy murze szczupłą sylwetkę syna. Marcin odwrócił się także. Na padoku nagle zrobił się ruch, ze wszystkich stron nadbiegali ludzie. Tomek leżał nieruchomo, oczy miał zamknięte, twarz kredowobiałą. Ktoś wezwał karetkę, dwóch mężczyzn biegło już z noszami. Marie odgarnęła włosy z czoła syna, otworzył oczy. Ktoś nakrył go wojskowym pledem, podniesiono nosze.
              Chłopiec odwrócił głowę i ujrzał leżącego na piasku, z wyciągniętą szyją i drżącymi bokami, konia. Chłopak stajenny klęczał przy nim.
              Na uliczce dojazdowej do stadniny zatrzymała się właśnie karetka pogotowia, Marcin stał obok Marie kiedy sanitariusze nieśli chłopca. Tomek był przytomny, jego twarz wykrzywiona w bólu. Ciemnowłosy mężczyzna, który klęczał przy koniu, podniósł się, pokręcił bezradnie głową, drugi, stojący obok wyciągnął pistolet,
              Marie wykonała szybki ruch w jego kierunku.
              - Nie. Proszę. Proszę zaczekać.
              Padł strzał i odbił się szerokim echem po hali. Tomek skurczył się w sobie i zakrył głowę kocem. Nosze wsunięto do karetki, sanitariusz stojący z boku, odwrócił się...
              - Jedna osoba towarzysząca. Marie usiadła obok syna. Marcin pozostał na ulicy... spoglądał za oddalającym się samochodem...cdn...

              Okser *(także oxer) - przeszkoda konna jednoczłonowa (pokonywana jednym skokiem)
              złożona z ustawionych równolegle dwóch stacjonat o jednakowej wysokości ułożonych najczęściej w odległości 1 metra od siebie. Wyjątkiem jest tzw. pijany okser, gdy stacjonaty tej samej wysokości ustawione są ukośnie względem siebie.
              Wyjątkiem można uznać także triplebarre, który także jest okserem, jednakże składa sie z trzech równoległych stacjonat.
              .
              • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (6) 20.04.11, 16:22
                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                (61)

                Sartori nie przerywał jej, nie pytał. Spoglądał spokojnie, był wyraźnie skoncentrowany.

                Obrośnięte orchideami drzewo tworzyło pomost nad laguną. Marie zatrzymała się, na moment, oparła się o wykrzywiony pień.
                - Operowano go natychmiast. Zerwane ścięgna, obrażenia wewnętrzne, wstrząs mózgu. Dzięki Bogu nic nie zagrażało jego życiu. Po kilku godzinach odesłano nas do domu. Już nic nie mogliśmy zrobić. Marcin był nie do poznania, zrozpaczony...
                Zająknęła się. Sartori przytaknął ruchem głowy, sięgnął bezwiednie do kieszonki koszuli jakby chciał się upewnić czy jego fajka znajduje się na swoim miejscu...
                - i co było dalej? zapytał

                Ich mieszkanie było urządzone z wyjątkowym smakiem. W salonie ciemne stylowe meble, biblioteka. Marie siedziała nieruchomo między poduszkami na skórzanej kanapie. Marcin stał przed nią. Mówił zachrypniętym głosem, zacinając się .
                - To moja wina. Tomek zauważył naszą kłótnię, to było na kilka sekund przed jego skokiem...
                Nie odpowiadała, siedziała skurczona w sobie, bez ruchu.
                - Powiedz coś. Wszedł w krąg światła lampy. Jego twarz wydała jej się nagle zapadnięta, blada, usta drżały.
                - Marie, bardzo mi przykro. Fałszywie oceniałem, zapomniałem co naprawdę jest ważne.
                - Proszę, pomóż mi.
                Z trudem poruszyła się.
                - Czego ode mnie oczekujesz? Co mam na to odpowiedzieć?
                - Że mi wybaczysz. Stał przed nią ze spuszczoną głową.
                - To moja wina, to co się wydarzyło, nie chciałem tego.
                Spoglądała przed siebie. Gorycz w jej glosie była słyszalna, kiedy odparła
                - Że tego nie chciałeś, to wiem.
                - Popełniłem błąd. Dzisiaj to zrozumiałem. Zbyt długo zwlekałem, ale teraz to już koniec. Odwrócił się, na moment zatrzymał się jeszcze w drzwiach.
                - Teraz już wiem, co muszę zrobić. Jadę do Lucii, teraz, natychmiast i zakończę to.
                Spojrzała na niego niedowierzająco, a jednak w jej oczach pojawił się błysk nadziei. Podniosła się i wyszła za nim do przedpokoju.
                - Marcin...
                Na wieszaku, obok wejściowych drzwi wisiało kilka płaszczy, miedzy nimi jasny trencz. Wyciągnął po niego rękę..
                - Marcin? Jej głos był bezbarwny.
                - Czy naprawdę wierzysz w to co właśnie powiedziałeś?
                - Przysięgam ci. Jadę do Lucii, teraz, i zaraz jej to powiem.
                Odwrócił się do niej i uniósł dłoń żeby ją pogłaskać. Nie zauważyła tego. Chciał pogłaskać ją po policzku, dotknąć ramienia. Była sztywna, wyraz jej twarzy czynił ją nieprzystępną. Opuścił ręce, wciąż był niesłychanie wzburzony.
                - Niedługo wracam. Zaczekasz na mnie?
                - Chcę jeszcze później pojechać do szpitala do Tomka.
                - W takim razie spotkamy się tam.
                Zdjął z wieszaka trencz, przez chwilę stał jeszcze w drzwiach bez ruchu, jak gdyby bezsilny, jak gdyby czegoś oczekiwał, nagle podjął decyzję, nacisnął gwałtownie klamkę i wyszedł.

                - Tak to było, przerwała na chwilę, Sartori słuchał uważnie, w dłoni trzymał cybuch fajki.
                - Tak właśnie było, pojechał do Lucii.
                Mieszka nad Alster, ma tam mieszkanie i swoje studio.
                - I zakończył tę znajomość?
                - Nie, nie zrobił tego.
                Na krótko zatrzymała się pod liściastym sklepieniem, teraz znowu ruszyła do przodu. Jej głos był smutny, słychać w nim było, że nie potrafiła pogodzić się z tym co się wydarzyło.
                - Tego dnia też tego nie zrobił. To jest to, czego nie potrafię zrozumieć i z czym nie potrafię sobie poradzić.
                Ręce włożyła głęboko w kieszenie białego lnianego żakietu, który miała na sobie.
                - Myślę, że on jej to powiedział, ale musiało się coś wydarzyć co wpłynęło na zmianę jego decyzji.
                Gąszcz lian rozszerzył się, teraz tworzył grotę, liściasty dach zamienił się w wysokie sklepienie. Marie zatrzymała się, podniosła wzrok do brzegu skały z którego w dół spadał potężny, strumień połyskujących drobinek.
                - Mój Boże, jaki piękny. Jak gdyby nie z tej ziemi.
                Sartori przyglądał jej się, spokojnie z uwagą.
                - Powiedziała pani, że potrafiłaby walczyć, gdyby pani więcej wiedziała o rywalce. Gdyby pani wiedziała, co wydarzyło się tamtego popołudnia.
                - Tak sądzę.
                - Niech się pani na tym skoncentruje, jeśli to naprawdę pani życzenie, uda się to pani.
                Zauważyła, że lśnienie wody przedostawało się do jej podświadomości. Przestrzeń w której krążyły jej myśli, zaczęła się poszerzać.
                - Niech pani pozwoli myślom swobodnie się toczyć.
                Pozwoliła się ponieść. Czuła jakby ją porwał płynący strumień, a ponad tym głos mężczyzny stojącego obok.
                - Pani sen, oczekuje na panią, mówił Sartori.
                ..cdn...


                https://i30.tinypic.com/2ihbath.jpg
                • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (7) 27.04.11, 00:25
                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                  (62)

                  Lucia siedziała w ogromnym jasno oświetlonym studio, na podłodze na stercie tkanin, w dłoni
                  pędzel, przed nią rozpięty na okrągłej ramie kawałek lnu. Jej ładnie wykrojone usta były wymalowane szminką w kolorze ostrej czerwieni, włosy opadały miękkimi falami na ramiona. Miała na sobie coś w rodzaju malarskiego fartucha w ostrych świetlistych kolorach. Kiedy Marcin wszedł, spojrzała na niego tylko przelotnie, malowała dalej, skupiona na wzorze jakiejś arabeski.
                  - Jeśli chcesz kawy, stoi przygotowana na maszynce.
                  Wskazała ręką w której trzymała pędzel w kierunku narożnika, poniżej okna. Kawa dymiła z dzbanka, filiżanki i talerzyki stały nieuporządkowane obok. Marcin przeszedł nad farbami i belami tkanin, jego twarz była blada. Był zdenerwowany, ale wyglądał na zdecydowanego.
                  - Kocham cię, odezwała się
                  - Czy ja ci to już dzisiaj powiedziałam?
                  - Przez telefon, właśnie nalewał sobie kawę.
                  - Pewnie spaliło się kilka kabli wtedy. Skończyła malować, podniosła ramę i trzymała ją przed twarzą jak maskę.
                  - Jak ci się podoba? Uśmiechnął się w odpowiedzi trochę z przymusem.
                  - Wspaniałe. Każdego dnia stajesz się młodsza.
                  - To sprawia twoja miłość. Zaczekaj.
                  Umoczyła pędzel w czerwonej farbie i nie opuszczając ramy, jednym szybkim ruchem
                  namalowała na nim uśmiechnięte usta.
                  - Spójrz co potrafi u mnie zdziałać twój komplement.
                  - Zepsułaś wzór.
                  - Nie, w żadnym wypadku. Ja będę to kontynuować. Co dwadzieścia centymetrów – jeden uśmiech. Odsunęła ramę od twarzy i namalowała kilka kolejnych czerwonych półkoli.
                  - Śmiejąca się tkanina. To będzie przebój.
                  Marcin z filiżanką kawy w ręce, balansował wśród otaczającego ją chaosu w kierunku Lucii.
                  Odłożyła pędzel.
                  - Pocałuj mnie, mój piękny panie.
                  Uklęknął przy niej na podłodze i spełnił jej prośbę.
                  - To niemożliwe, żeby to było wszystko. Lucia odwróciła się do niego i dopiero teraz zauważyła wyraz jego oczu.
                  - Co się stało?
                  Postawił filiżankę między tkaninami i skrawkami lnu.
                  - Tomek spadł z konia.
                  Przeraziła się. Opuściła ramę.
                  - O Boże! Bardzo źle?
                  - Wstrząs mózgu. Wewnętrzne obrażenia. Stłuczenia, kilka szwów. Dzięki Bogu nic co zagrażałoby jego życiu.
                  - Mój biedaku.
                  Odwróciła się do niego i delikatnie pogłaskała po policzku i po włosach.
                  - Mój biedny skarbie.
                  - Lucia, to było okropne. Pokłóciłem się z Marie, Tomek to zauważył. Kiedy spadł z konia, myślałem przez moment..
                  Zająknął się. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. Nie przestawała go głaskać, delikatnie, pocieszająco, tak jak głaszcze się dziecko.
                  - Popłacz sobie, jeśli masz na to ochotę.
                  Skurczył się w jej ramionach. Kilka razy ciężko odetchnął, jakby załkał. Podniósł głowę i dłonią przetarł twarz.
                  - Ale wszystko dobrze się skończyło, uspokajała go. Siedział z opuszczonymi ramionami, głaskała go po policzku, poruszył się niemal niedostrzegalnie.
                  - Pojedziesz tam jeszcze dzisiaj?
                  - Później. Kiedy go widziałem ostatni raz, był jeszcze pod narkozą.
                  - Co powiedziała twoja żona?
                  - Niewiele. Uspokoił się nieco.
                  - Ona nigdy nie pokazuje co się w niej dzieje. Ale...
                  - Wiem
                  Patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Niebo za wielkim oknem studia było białoszare. Z komina z budynku naprzeciw wydostawał się ciemny dym. Marcin otrząsnął się.
                  - Lucia, ja... Dotknął delikatnie jej ramienia, mówił lekko zduszonym głosem, ale zdecydowanie.
                  - Muszę ci coś powiedzieć.
                  - Tak... jej głos był ciepły.
                  - Dzisiaj, kiedy Tomka przywieźli z sali operacyjnej... kiedy leżał, tak spokojnie, taki blady, uzmysłowiłem sobie...
                  Przerwała mu.
                  - Nie myśl już o tym. Już po wszystkim.
                  - Zrozumiałem, że...Chciał to powiedzieć, chciał to teraz powiedzieć. Zaczął.
                  Lucia była tak blisko niego, że ich policzki dotykały się.
                  - Myśl tylko o tym, że wszystko będzie dobrze, inaczej nie poradzisz sobie z tym.
                  Pod wpływem jej pieszczot umilkł. Po chwili znowu mówił dalej, próbował utrzymać wątek, jednak sam zauważył że nie potrafi i słowa traciły sens.
                  - Nie zawsze jest mi lekko Lucia. Nie wytrzymuję już tej podwójnej gry. Muszę znaleźć rozwiązanie.
                  - Wiem, że jest ci ciężko.
                  - Kiedy ciebie poznałem, nie przypuszczałem nawet co się wydarzy.
                  - Oczywiście, że nie. Oboje żeśmy tego nie wiedzieli. Marcin zupełnie nieświadomie zaczął odpowiadać na jej pieszczoty.
                  - Chciałem, to skończyć i zacząć z Tobą na nowo, ale w międzyczasie...
                  - Nie obciążaj się teraz tym, powiedziała. Przytaknął jej, był załamany, a jednak wdzięczny.
                  - Do tej pory nie przebiegało to tak jakbym tego pragnął. Przykro mi.
                  - Nie mów, że ci przykro. Nie mogłabym tego znieść. Chce tylko, żebyś był szczęśliwy.
                  - No właśnie i to jest to. Przy tobie jestem szczęśliwy, nawet teraz w tej chwili. To szaleństwo.
                  - A cóż w tym szalonego, spytała.
                  Całe napięcie i wysiłek, wydawały się z niego opadać.
                  - Jesteś cudowna. Przy tobie wszystko wydaje się proste. Zawsze mówisz co myślisz. To daje mi poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Marznę wszędzie gdziekolwiek pójdę, tylko nie tutaj kiedy jestem blisko ciebie.
                  Umilkła w jego ramionach i spoglądała na niego. Pochylił się, pocałował ją i wyszeptał do ucha.
                  - W przyszłym tygodniu, muszę znowu jechać na dwa dni do Koblencji. Czy sądzisz, że mogłabyś pojechać ze mną?
                  - Przecież wiesz, że pojadę.
                  - Zamieszkamy w małym pensjonacie na obrzeżu miasta. Wieczorem pójdziemy na spacer na wrzosowisko.
                  - I barany będą nam towarzyszyć do samych drzwi pensjonatu a potem zabeczą nam
                  kołysankę.
                  Na chwile wypuścił ją z objęć, Marcin już znowu niemal się uśmiechał.
                  - Mimo wszystko chcę ci powiedzieć: Lucia, kocham cię.
                  Pocałował ją, delikatnie, ciepło. Odpowiedziała na jego pocałunek. Położył ją na tkaninach, które ich otaczały, rozpiął jej malarski kitel...
                  ..cdn...
                  • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (8) 27.04.11, 00:32
                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                    (63)

                    - Nie! krzyknęła Marie,
                    - Nie chcę tego widzieć,
                    Cofnęła się o krok, miała oczy rozszerzone z przerażenia..
                    Jej okrzyk uwiązł w wilgoci otaczającego ich powietrza i odbił się echem od skał ponad którymi spadała woda. Sartori stał tuż za nią. Jego cień, to było jedynie prawdziwe w tej nierealnej rzeczywistości dzikiej dżungli.
                    - Chciała pani poznać swego przeciwnika.
                    - Teraz go znam, zrozumiałam, odwróciła się do niego.
                    - To on jest moim przeciwnikiem. Ona nic takiego nie zrobiła. Ona po prostu jest i to już mu wystarcza.
                    - Uważa pani, że to za mało?
                    Marie nie wiedziała co miał na myśli. A może jednak?
                    - Przeceniłam siebie. Przepraszam, wracajmy już.
                    - To byłoby błędem, zauważył Sartori
                    - Nie powinnam była tutaj przyjeżdżać
                    - Chciała pani walczyć
                    - Nie mogę, nie po tym co zobaczyłam.
                    Ziemia pod stopami była grząska, t-shirt lepił się do ciała. Szybkim ruchem odrzuciła włosy z czoła.
                    - Nie rozumie pan? Dla mnie nie ma nadziei. On powiedział jej, że ją kocha.
                    - Być może dlatego, że ona mu to ułatwia
                    - Ją kochać? próbowała się koncentrować. Przez te wszystkie lata nigdy nie utraciła kontroli nad sobą. Spojrzenie mężczyzny spoczywało na jej twarzy.
                    - Raczej jej to powiedzieć.
                    Marie podniosła rękę w obronnym geście.
                    - Nie rozumiem. Czy naprawdę nie rozumiała? Wyglądało na to, że Sartori jej nie wierzył.
                    - Porozmawiajmy o tym. Niech pani postara się nie zapętlić własnej duszy.
                    - Jeszcze to.. niech pan tak nie mówi. Całe życie to słyszę.
                    - A jeśli to prawda? Jeśli ani Marcin ani Lucia nie są pani przeciwnikami, tylko to pani sama sobie?
                    - Ja?
                    - Nigdy pani o tym nie pomyślała?
                    Czego on od niej chciał? żeby przeskoczyła własny cień? Może to i prawda, że czasami sama stawała sobie na drodze, ale nie to było problemem. Tutaj chodziło o Marcina i Lucię.
                    - Gdyby tak było, nie mogłabym tego zmienić, odparła
                    Sartori stał naprzeciw niej, zadrżała, nie wiedziała co było tego przyczyną. Znała to uczucie, jeszcze z czasów dzieciństwa: bezsilność, która w dziwny sposób była pocieszająca, być skazanym na przeciwnika, który był w gruncie rzeczy przyjacielem, był silniejszy niż ona. Kapitulacja wobec niego nie była przegraną to było zwycięstwo.
                    Stali właśnie na granicy światła i cienia. Podniosła głowę..
                    - Co mogłabym w takim razie zrobić? W tej bezradności zabrzmiała ledwie wyczuwalna nuta nadziei.
                    - Co mogłabym zrobić?

                    - Zaczekaj na mnie, wrócę za godzinę, muszę tylko kogoś przywieźć, powiedziała Sandra do Tomka
                    - Stamtąd? Z sąsiedniej wyspy?
                    Przytaknęła ruchem głowy. Wskoczyła do łodzi, szybko zapaliła motor i w pośpiechu odpłynęła, Tomek nie zdążył nawet zapytać, czy nie mogłaby go wziąć ze sobą.
                    - Potem popływamy slalomem, zawołała jeszcze, najlepiej jak w międzyczasie zejdziesz do zatoki.
                    Zbierał na brzegu muszelki i układał je na piasku tworząc kontury: konia, drzewo, tamburyn z powiewającymi wstążkami. Na ciemnym piasku muszle połyskiwały bielą . Chętnie wspiąłby się na jedną z półek skalnych, żeby pooglądać swoje obrazki z góry, ale obawiał się, że Sandra nie odnajdzie go, jeśli opuści zatokę.

                    Z oddali dobiegł terkoczący odgłos, od horyzontu oderwał się dziwnie wysoki, ciemny „pojazd”. Za niską przednią szybą, osłaniającą sternika od wiatru, stały dwie osoby. Kiedy pojazd zbliżył się, Tomek zobaczył rozwiane włosy Sandry, również druga osoba, była kobietą. Miała lekko skręcone do ramion włosy, jej czerwona apaszka, powiewała na wietrze.
                    Tomek zatrzymał się i odprowadzał łódź wzrokiem, był jak sparaliżowany, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu: rozpoznał kobietę, która towarzyszyła Sandrze.
                    Kiedy w końcu łódź zniknęła z pola widzenia, wstał i zaczął bez celu chodzić boso po wilgotnym piasku. Zwiesił głowę, zasypywał ułożone poprzednio wzory. Kolejno palcami stóp podnosił muszelki, odrzucał je jak najdalej od siebie, najpierw zasypał wizerunek konia, potem drzewa, a w końcu i bębna.

                    - Co mogłabym zrobić? pytała Marie. Właśnie wyszli spod liściastego dachu na drogę oświetloną światłem słonecznym. Słońce chyliło się już ku zachodowi.
                    - Nigdy nie chciała pani z tamtą kobietą porozmawiać?
                    - Nie wiem, odparła.
                    - Tak, chciałam
                    - Dlaczego pani tego nie zrobiła?
                    - Wydaje mi się, że nie potrafiłabym sprostać takiej konfrontacji.
                    Droga którą szli prowadziła teraz blisko laguny. Spod stóp Marie umknęła połyskliwa jaszczurka i natychmiast zniknęła wśród kaktusów na brzegu zbocza. Biały dom, znajdował się na końcu drogi a przed nim stała kolorowo przyodziana postać.
                    - A jeśli zostanie pani pewnego dnia zmuszona do konfrontacji?
                    ..cdn...
                    • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (9) 27.04.11, 16:57
                      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                      (64)

                      Kiedy Sandra wróciła po Tomka, siedział bez ruchu na półce skalnej. Pomachała do niego. Wskoczył do wody i podpłynął do łodzi.
                      - Co się stało? Zapytała, przyglądając mu się z boku, prowadziła jednocześnie łódź, omijając ogromnym łukiem urwisko.
                      - Rozpoznałem kobietę, którą przywiozłaś. Sandra przyspieszyła. Woda rozpryskiwała się po obu stronach burty i spadała skrzącymi się kaskadami w utworzone bruzdy. Kierowała się w stronę kołyszących się boi i niemal nieznacznie skręcała raz na lewo, raz na prawo.
                      - Świetnie to robisz. Długo trenowałaś?
                      - Jak widzisz, to wcale nie trudne. Boje same usuwają się pod naporem wody. Chcesz spróbować?
                      Zwolniła. Chłopiec spoglądał niezdecydowanie na koło steru.
                      - Nie wiem przecież nawet, jak pracuje silnik.
                      - To nie problem, pokażę Ci. Usiądź tylko za sterem i naciśnij dźwignię gazu. Tomek ociągając się zajął miejsce i nacisnął gaz. Łódź płynęła teraz wolniej.
                      - To nie działa.
                      - Dociśnij dźwignię do końca, nic się nie może stać.
                      Silnik krótko zawył i ucichł. Wydawało się, że łódź znieruchomiała na szafirowej powierzchni wody.
                      - Widać, nie potrafię. Zauważył ze smutkiem.
                      - Pierwsza próba się nie liczy. Następnym razem będzie lepiej.
                      - Mhm...podczas gdy Sandra przejęła ster, chłopiec oparł się o burtę i spoglądał w stronę wyspy.
                      - Twój ojciec, chce pomóc mojej mamie, czy to prawda? Zapytał po chwili.
                      - Tak.
                      - Skąd on to umie?
                      - Nie wiem, po prostu to potrafi.
                      Tomek przyglądał się Sandrze. Kiedy mówiła o ojcu, pojawił się na jej twarzy wyraz czułości.
                      - To musi być wspaniale, mieć takiego tatę, zauważył
                      - A twój tato? Nie jest wspaniały?
                      - Tak, jest i to jest problem
                      Wyłączyła silnik.
                      - Co masz na myśli?
                      - Jeśli moi rodzice się rozejdą... wiem jak to jest. W mojej klasie jest kilku takich, u nich było to samo.
                      Usiadł na deskach pokładu, Sandra usiadła naprzeciw niego.
                      - Jak było?
                      - Kiedy ojciec ma inną, odparł.
                      - Czasem to jest matka. Zaczyna się tak jak u nas. Wtedy przez pewien czas są kłótnie albo całkowita cisza. W końcu pewnego dnia zabierają dziecko do specjalnie wybranego lokalu, może sobie zamówić czego tylko zapragnie, przy deserze powiadamiają go, że od tej pory już tylko jedno z nich pozostanie, bo to drugie się wynosi.
                      Sandra powiodła wzrokiem za stadem mew, które wzbiły się ponad wodą i leciały w kierunku urwiska.
                      - Nie należy od razu myśleć o najgorszym. Powinieneś mieć chociaż trochę zaufania.
                      - Przecież próbuję, odpowiedział smutno.
                      Spoglądali sobie przez chwilę w oczy. Sandra opuściła, splecione uprzednio, wokół kolan ręce.
                      - Chcesz wracać?
                      Przytaknął. Na jego małej, bladej twarzyczce widać było napięcie.
                      - W porządku. Popłyniemy dłuższą trasą, tamtędy przez kipiel. Podpłyniemy z drugiej strony. Zgadzasz się?
                      - Pewnie, odpowiedział.
                      Uśmiechnął się z wdzięcznością, kiedy wstawała. Dodała gazu, łódź dostała nagłego przyspieszenia. Teraz szybko zataczała łuk wokół wyspy.

                      Marie znieruchomiała kiedy rozpoznała stojącą przed domem kobietę. Jej serce zaczęło bić gwałtownie. Co to było? Ukartowana gra? Rzuciła okiem na Sartori. Przez moment zastanawiała się czy nie zawrócić, uciec, z powrotem do wodospadu, gdziekolwiek. Sartori ujął ją delikatnie, zdecydowanie za ramię.
                      - Żadnego odwrotu. Szukamy rozwiązania, jesteśmy w drodze.
                      Pozwoliła się prowadzić, nie czuła nawet ziemi pod stopami. Kobieta stojąca przed domem, miała na sobie luźną sukienkę z muślinu i kolorową apaszkę na szyi. Spoglądała na nich. Sartori podszedł do niej, przywitał się.
                      - Dobrze, że pani przybyła.
                      Kobiety lustrowały się wzajemnie chłodnym wzrokiem.
                      - Chcę tę sytuację w końcu wyjaśnić, odezwała się Lucia
                      - Taka jaka jest teraz, jest dla wszystkich nie do zniesienia.
                      - Ma pani rację,
                      - Myśli pani zapewne, że uczepiłam się żonatego mężczyzny, uwiodłam i odebrałam rodzinie. Uważa pani, że jestem dziwką.
                      - Nie chce się z panią kłócić, odparła Marie
                      - Oczywiście, to nie w pani stylu. W głosie Lucii zabrzmiała drwina.
                      - Pani zawsze robi uniki.
                      - Nie uważam, że problemy należy rozwiązywać w stylu wolnej amerykanki.
                      Lucia zaśmiała się cicho.
                      - Jest pani dokładnie taka, jak Marcin panią opisał.
                      - Czyżby, to znaczy jaka?
                      - Pani delikatna dusza, jest wciśnięta w cementowy gorset. Czy oprócz pozorów, jest jeszcze coś, dla czego ma pani zrozumienie? Do czego potrzebny pani mężczyzna? Tego typu kobiety najchętniej idą do łóżka z książką.
                      Sartori uniósł lekko rękę.
                      - Dosyć Lucia, wystarczy.
                      - Przepraszam, ale nie rozumiem tego. Każdy normalny człowiek potrzebuje ciepła.
                      - Marcin marznie przy pani. Nie może mu pani dać, tego czego mu potrzeba, a mimo to trzyma go przy sobie.
                      Marie wydawało się, że źle słyszy...
                      - Ja go zatrzymuje?
                      - A nie? Od dwóch lat, próbuje się jakoś z panią dogadać, dlaczego nie pozwoli mu pani odejść? Czy to rodzaj pani miłości? Jeśli ktoś naprawdę coś znaczy, nie więzi się go w klatce jak domowe zwierzątko.
                      - Czy mogłaby mi pani zdradzić, o czym pani mówi?
                      - Chwileczkę, wtrącił Sartori
                      - Wydaje mi się, że wiem, o czym mówi Lucia.
                      ..cdn...
                      • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (10) 30.04.11, 02:49
                        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                        (65)

                        Lucia miała ładną twarz. W jej oczach iskrzyło, policzki zaróżowiły się z podniecenia.
                        Sartori przyglądał się jej spokojnie.
                        - Co opowiadał pani Marcin Kiesler o swoim małżeństwie?
                        - Że to rodzaj aranżacji, ze względu na dziecko, jego żona nie ma dla niego żadnych ciepłych uczuć.
                        Marie zaśmiała się cicho, były w tym śmiechu i łzy i oburzenie.
                        - i że chce ją opuścić, dodała.
                        Marie gwałtownie odwróciła się do niej.
                        - Nie wierzę
                        - No więc niech go pani zapyta. Mówił mi, że odmówiła pani zgody na rozwód.
                        - Rozwód? Marie nerwowo postąpiła krok w kierunku Lucii.
                        - Po prostu blokowała wszelkie próby rozmowy na ten temat. Odwlekała to nieustannie. Raz powodem były święta Bożego Narodzenia, potem urlop, potem była chora a innym razem znowu chory był ich syn.
                        - Pani oszalała, zauważyła Marie.
                        Ciemne oczy Lucii płonęły zaczepnie.
                        - Kiedy ostatni raz mówił o rozwodzie?
                        - Nigdy,
                        - Co?
                        - Nigdy, odparła Marie spokojnie.
                        - Nigdy nie rozmawiał ze mną o rozwodzie. Wiem o pani, ale zapewnił mnie, że chodzi tylko o przelotny romans.
                        - To nieprawda, pani kłamie.
                        Marie zauważyła, jak błyski w oczach Lucii ustąpiły miejsca niepewności.
                        - Czy pani rozumie? To Marcin jest tym który kłamie, oszukuje nas obie. Pani obiecał, że rozstanie się ze mną, mnie obiecał to samo, jeśli chodzi o panią.
                        Lucia próbowała się roześmiać, nie udało się jej to jednak.
                        - Nie wierzę. Nigdy w życiu. Sześć tygodni temu, po powrocie z Lüneburg, pojechał do domu, żeby tylko zabrać swoje rzeczy.
                        - Taki wariant sprawia niezłe wrażenie, nie spodziewałabym się tego po nim.
                        - Pani jeszcze pod wieloma względami go nie zna.
                        - Powoli, spokojnie powiedziała Marie
                        - Dobrze pamiętam jego powrót wtedy. Mieszkaliście w małym pensjonacie na obrzeżu miasta, prawda?
                        W oczach Lucii pojawił się wyraz triumfu.
                        - No właśnie. A wiec jednak rozmawiał z panią!
                        - Nie o tym. Marie uspokoiła się.
                        - Mieliśmy wtedy rozmowę, chce pani znać jej treść?
                        - Oczywiście, odparła Lucia
                        - Marcin stał w drzwiach i...

                        Sartori przerwał jej.
                        - Chwileczkę. Marie, proszę mi pozwolić...
                        - Panu?
                        - Mam w podobnych sprawach nieco doświadczenia. Chce pani wejść do domu? Czy poczeka pani na nas tutaj?
                        Marie zrozumiała, niemal niedostrzegalnie skinęła mu głową.
                        - Zaczekam tutaj.
                        Mężczyzna zwrócił się do Lucii..
                        - Proszę pójść ze mną, tu niedaleko.
                        - Z panem? Dokąd chce mnie pan zaprowadzić?
                        - Tylko kawałek przez dżunglę, wzdłuż rzeki.
                        - Ale co to da? Przyjechałam tutaj żeby porozmawiać z panią Kiesler.
                        - I na to przyjdzie czas, ale być może potem będzie się pani rozmawiać łatwiej, a może inaczej.
                        - Potem? Lucia wyglądała na zdezorientowaną, chciała jeszcze o coś zapytać, ale Sartori przerwał jej niemal niedostrzegalnym ruchem dłoni.
                        - Niech mi pani zaufa.
                        - Dobrze, jeśli uważa pan to za właściwe.
                        Szła obok niego łąką w kierunku piaszczystej ścieżki, wiodącej dalej wzdłuż laguny.

                        Marie usiadła na ławce i podążała za nimi wzrokiem. Zabroniła sobie wszelkiego myślenia: walka oznaczała zwycięstwo lub porażkę. Za radą Sartori podjęła walkę, tzn. ona była w drodze, na zwycięstwo było za wcześnie, ale wydawało jej się także, że już za późno na porażkę.

                        - Tutaj, Sartori zwrócił się do Lucii. Podniosła wzrok na wodospad, spoglądała trochę sceptycznie na pieniącą się wodę.

                        http://i54.tinypic.com/so6zqf.jpg

                        - Co to ma znaczyć? Dlaczego pokazuje mi pan to?
                        - Mówiła pani, że kiedy wróciliście z Lüneburg, pan Kiesler pojechał do domu tylko żeby zabrać swoje rzeczy.
                        - To prawda. Powiedział: „Moje małżeństwo jest skończone. Marie musi to zaakceptować. Wezmę tylko kilka rzeczy i przyjadę do ciebie”
                        - Powiedział to, ale tego nie zrobił. Lucia uczyniła dłonią bezradny ruch.
                        - Widocznie zrobiła coś, co sprawiło, że zmienił zdanie. Tak jak już wiele razy przedtem. Spojrzała na Sartori.
                        - To sprawa, która dotyczy mnie i pani Kiesler. Dlaczego mnie pan tutaj przyprowadził?
                        - Bo to jest sprawa, która dotyczy pani związku z Marcinem.
                        - Mój związek z Marcinem jest w porządku,
                        - Być może nie wszystko jednak pani wie, być może sen mógłby pani pomoc.
                        - Sen? Dlaczego sen? Spojrzała na wodospad i znowu na Sartori.
                        - Co chce pan w ten sposób osiągnąć? Czy to jakiś trick? Chcę się z nią rozmówić, nie potrzebne mi czary-mary.
                        - Czy pani się czegoś obawia?
                        - Naturalnie, że nie.
                        -Dlaczego w takim razie broni się pani? Jeśli pani związek z Marcinem jest w porządku, niczego pani nie ryzykuje. Jeśli nie – to czy nie lepiej byłoby poznać prawdę?
                        - Nigdy jeszcze nie miałam nic przeciwko prawdzie.
                        Sartori uśmiechnął się i spoglądał na nią z nieukrywanym uznaniem.
                        - Tak też myślałem, a więc? Zaryzykuje pani?
                        - Mogę spróbować. Co mam zrobić?
                        - Niech pani spojrzy tam, wskazał na wodospad.
                        Spoglądała sceptycznie
                        - Niech pani spróbuje w myślach przejść przez wodę.
                        Stała nieruchomo. Pomału docierał do niej sens jego słów. Spojrzenie utkwiła na brzegu skały z której wytryskaiwała woda, jej oczy znieruchomiały.
                        - Pani sen, oczekuje na panią, usłyszała jeszcze...cdn...
                        • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (11) 30.04.11, 02:54
                          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                          (66)

                          Marcin wszedł do salonu. Marie siedziała w bujanym fotelu przy oknie. Była ubrana w elegancki domowy strój.
                          Za oknami deszcz lał jak z cebra, spływał szerokimi strugami po ogromnych szybach. Przed Marie na stole leżał cały stos książek. Spojrzała na niego. Miał na sobie wygnieciony płaszcz przeciwdeszczowy, w dłoni trzymał zmoczoną gazetę. Po jej twarzy przebiegł uśmiech.
                          - Marcin, nie słyszałam jak podjechałeś.
                          - Wjechałem od razu do garażu. Droga była okropna.
                          Zatrzymał się w drzwiach. Zamknęła książkę, którą czytała.
                          - No podejdź bliżej, zauważyła, że się nie poruszył
                          - Jest coś?
                          - Nie, nic odpowiedział pospiesznie
                          - Ja... potem porozmawiamy o tym. To było dosyć meczące. Wielogodzinne uzgodnienia, no i adwokat strony przeciwnej to pedant z poczuciem misji.
                          Ociągał się przez chwilę, po czym zrobił krok do przodu. Marie wstała i podeszła do niego. Uśmiechnięta zatrzymała się przed nim.
                          - Cieszę się, że już jesteś.
                          Uciekł przed jej wzrokiem jakby nieobecny spoglądał w ciemność za oknem.
                          - To miłe, że tak mówisz.
                          Pocałował ją w policzek, odruchowo przytuliła się. Spoglądał ponad jej ramieniem gdzieś wgłąb pokoju. Na stole w wazonie świeżo ścięte kwiaty, obok dwa kryształowe kieliszki do wina. Odsunęła się od niego.
                          - Chcesz najpierw kieliszek wina?
                          - Jak to najpierw?
                          - Wspomniałeś, że chcesz o czymś porozmawiać.
                          - To... to ma czas, uczynił przelotny ruch ręką.
                          - Mamy jeszcze czas cały wieczór.
                          - W takim razie, zapewne chcesz coś zjeść. Tomek już poszedł spać.
                          - A jak wypadł ten sprawdzian z geografii?
                          - Niespecjalnie, ale zaliczył.
                          - No to Bogu dzięki. Poza tym... rzucił gazetę na ławę, obok stolika postawił swoją aktówkę
                          - ...nic nie będę jadł. My...ja...zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji. Pochylił się nad aktówką, żeby ukryć zażenowanie, wyjął kilka zapisanych kartek.
                          - Jechało ze mną dwóch kolegów, na szczęście wysiedli w Hanowerze.
                          Rozsiadł się w skórzanym fotelu. Marie wróciła do pokoju. Spoglądał na nią z zachwytem, była doprawdy bardzo elegancka i zadbana. Uśmiechnęli się do siebie.
                          - Usiądź tutaj,
                          Podniósł stojącą na stole butelkę i napełnił obydwa kieliszki. Wznieśli milczący toast.
                          - Czy to kwiaty z ogrodu? zapytał
                          - Tak. Usiadła naprzeciw w fotelu. Światło stojącej lampy padało na jej włosy i rozświetlało czerwony aksamit jej domowej sukni.
                          Obracał w ręku kieliszek
                          - I?
                          - Ładnie to wygląda, zauważył.
                          - Potrafisz to, wszystko jest takie zadbane i wygląda elegancko, uśmiechnął się, jakby żartował
                          - Tak, jak ty.
                          - Dziękuję, to miłe z twojej strony, ale nie o tym myślałam
                          - A o czym?
                          - Chciałeś ze mną o czymś porozmawiać
                          Wypił kieliszek jednym haustem i w ten sposób skutecznie spłukał wspomnienie wszystkiego co wydarzyło się przedtem.
                          - To nic ważnego. Nie chcę teraz myśleć o niczym innym. To dziwne...z uśmiechem potrząsnął głową, jakby sam sobie się dziwił.
                          - Kiedy wchodzę do domu i zatrzaskują się za mną drzwi, jestem jak w innym świecie. Nie wiem jak to robisz, ale tak jest.
                          Wyciągnął rękę do Marie, podała mu dłoń, trzymając jego dłoń obeszła stół i usiadła przy nim.

                          Sypialnia była ciemna. Przez okno wpadało tylko matowe światło ogrodowej latarni. Na łóżku leżały dwie osoby, bez ruchu, wtulone w siebie. Większa postać pomału się uwolniła i ostrożnie pocałowała leżącą obok kobietę. Ostrożnie odsunął się, nie wypuszczając jej jednak całkowicie z ramion. Z zamkniętymi oczami wyszeptał:
                          - To jest cudowne, znowu być z tobą. Śpij słodko, kochanie
                          - dobranoc skarbie, wyszeptała. ..cdn...
                          • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (12) 30.04.11, 03:01
                            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                            (67)

                            Lucia pobladła, była wyraźnie wstrząśnięta. Resztkami sił próbowała się opanować.
                            - O mój Boże, a to ci historia.
                            Przeczesała palcami włosy, potarła dłonią do czoło.
                            - To niemożliwe...
                            Próbowała spokojnie oddychać, podniosła wzrok i napotkała poważne spojrzenie Sartori.
                            - Moglibyśmy stąd odejść? Wydaje mi się, że dłużej w tym miejscu nie wytrzymam.
                            - Oczywiście.
                            Szła w milczeniu, chwilami przystawała na krótko, żeby zaczerpnąć powietrza.

                            Marie wciąż jeszcze siedziała na ławeczce, na której ją pozostawili. Lucia podeszła do niej powoli ale zdecydowanie
                            - Miała pani rację, że nie ustępowała. Jej słowa nie brzmiały agresywnie, były wypowiedziane szczerze.
                            - Zrozumiałam, chociaż z opóźnieniem.
                            - Jeśli to panią uspokoi, przeżyłam ten sam szok trochę wcześniej, odparła Marie
                            - To „końska kuracja”
                            - Prawda bywa trudna, zauważył Sartori
                            - Czego właściwie Marcin oczekuje? spytała Lucia,
                            - Jakie ma plany?
                            Marie podniosła się.
                            - Niczego. On pozwolił się temu toczyć..
                            - Nawet gdyby trwało to kolejne dwadzieścia lat?
                            - Zapewne uważał, że jeśli trwało dwa lata, może trwać i dwadzieścia, podpowiedział Sartori.
                            - Jeśli spojrzy się na to obiektywnie, to nie bez racji, ironia zabrzmiała w głosie Marie.
                            - Podczas kiedy wszyscy uczestnicy wyrażają zgodę, nie ma potrzeby niczego zmieniać, zauważył Sartori
                            - I w tym jest właśnie sedno, Marie wymieniła spojrzenie z Lucią
                            - Właśnie w tym.

                            Marie podniosła się i wraz z Lucią i Sartorim weszła na taras.
                            Na stole stał półmisek z papają i świeżymi orzechami kokosowymi. Marie poprzez cienkie podeszwy sandałków czuła gorąco posadzki. W gęstych zaroślach pnących się po murze coś się poruszyło. Przez moment wydawało jej się, że widzi maleńką główkę i ogromne oczy, które na nią spoglądały. W chwilę potem jednak, zjawisko zniknęło w gęstwinie. Usiadła naprzeciw Sartori w wiklinowym fotelu. Lucia wyjęła papierosy z kieszeni swojej sportowej sukienki i także usiadła. Po chwili milczenia odezwała się do Sartori.
                            - Pan już zapewne niejedno widział. Spotkał pan już mężczyznę, który dwóm kobietom na zmianę opowiada, że chce z tą drugą zerwać?
                            - To zdarza się częściej niż pani myśli. Zaczyna się w przypływie samokrytyki, albo rozsądku i nie można tego przerwać. Ponieważ oczekiwania z obu stron wypowiedziane lub nie, nadal istnieją.
                            - Ale jak człowiek może to znieść? pytała Marie
                            - Przecież musi nieustannie kłamać.
                            - Nie, zaprzeczył Sartori
                            - On, zawsze mówi prawdę, to osoby się tylko zmieniają. Kocha właśnie tę, z która jest w danej chwili.
                            - A obie wybranki, żyją marzeniami i cierpliwie mają nadzieję na dzień X kiedy niepodzielnie posiądą jego serce, zauważyła Lucia.
                            - Właśnie tak
                            - Zaklęty krąg, obracała w ręce paczkę papierosów.
                            - Tak można to nazwać, odezwała się Marie.
                            Lucia zwróciła się do Sartori.
                            - Można na pańskiej cudownej wyspie palić?
                            Sartori roześmiał się i poklepał po kieszonce koszuli w której tkwiła fajka.
                            - Oczywiście, w przeciwnym wypadku, nie wytrzymałbym tutaj ani jednego dnia. Jest i tequila, jeśli pomoże to pani w rozmyślaniu.
                            - Zdążyłam już wszystko przemyśleć, odparła
                            - Mimo wszystko jedna tequila pomogłaby mi.
                            Sięgnął po butelkę, stojącą w cieniu jego fotela. Lucia trzymając już papierosa w ustach, szukała w kieszeni zapalniczki. Nagle jakby coś ją tknęło, wyjęła papierosa i podsunęła otwartą paczkę Marie.
                            - Zapali pani?
                            - Nie palę, odparła Marie zaskoczona
                            - a może jednak, dzisiaj zapalę jednego, dziękuję.
                            Sartori napełnił trzy kieliszki.
                            Lucia zaciągnęła się i chwyciła za kieliszek.
                            - Za „chwilę prawdy” tak nazywa się w corridzie ten moment kiedy bykowi wbija się miecz w serce.
                            Marie spoglądała na morze.
                            - To znaczy, że on jest w stosunku do obu kobiet uczciwy i okłamuje obie. A którą z nich kocha?
                            - Każdą na swój sposób i zawsze kiedy jest przy niej, odparł Sartori.
                            - Ależ to niemożliwe, to nienaturalne, zauważyła Marie
                            - W naszej kulturze poprzez religię i prawo, przyjęliśmy inne kanony. Gdyby jednak urodził się piętnaście tysięcy kilometrów dalej na wschód, miałby być może cztery żony i musiałby wobec prawa i kościoła przysiąc, że będzie je wszystkie jednakowo kochał.
                            - Nigdy w ten sposób tego nie widziałam, przyznała Marie
                            - No więc powinna pani to teraz zrobić, Lucia odstawiła kieliszek na stół
                            - Ale ja się z tego haremu już wypisuję
                            Marie znieruchomiała z kieliszkiem w dłoni
                            - Co pani robi?
                            - Uprzątam pole bitwy, nie mam zdolności na drugą żonę. To że na zewnątrz prezentuję się swobodnie, myli... ja chcę mężczyznę mieć tylko dla siebie.
                            - Chce mu pani ułatwić decyzję?
                            - Mniej więcej, to u pani zapuścił korzenie. U mnie wyhodował tylko kilka egzotycznych kwiatów. On panią kocha, bardziej niż pani sobie z tego zdaje sprawę, a nawet bardziej niż on sam o tym wie. Ja byłam tylko kartką uzupełniającą jego biografię...cdn...
                            • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (13) 30.04.11, 13:56
                              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                              (68)

                              Lucia wygasiła papierosa w popielniczce.
                              - A gdzieś tam, wskazała w kierunku skalistej zatoki
                              - czeka mały chłopiec, który chce mieć dla siebie oboje rodziców.
                              Marie uniosła głowę. Znowu usłyszała cichy odgłos, delikatny, krótki, jak wołanie ptaka.
                              - Wydaje mi się, że w ciągu ostatniej pól godziny nauczyłam się więcej niż w całym moim dotychczasowym życiu. Pani jest bardzo silna, Lucia.
                              - Proszę, tylko bez owacji, chcę uratować własną skórę
                              - Co pani teraz zrobi? spytała Marie
                              - Udam się na jedną z sąsiednich dzikich romantycznych wysepek. Tam, przez czternaście dni będę się wypłakiwać morzu a potem powrócę do moich słoików z farbami.
                              Wstała, przeszła przez taras w kierunku obrośniętej lianami bramy, jeszcze raz się odwróciła
                              - I to by już było wszystko...
                              - Nigdy nie myślałam, że coś takiego do pani powiem, ale podziwiam panią, Lucia, odezwała się Marie.
                              - Nie ma powodu. Gdybym była na pani miejscu walczyłabym o niego ze wszelkich sil. Skłoniła się lekko w stronę Sartori.
                              - Uszanowanie dla pana, mistrzu! Pański wodospad jest wyjątkowy, a tequila bardzo dobrej jakości. Teraz już mnie nie zatrzymujcie, bo zacznę żałować swojej decyzji.
                              - Ależ Boże broń, uśmiechnął się Sartori
                              Lucia zniknęła za gąszczem bujnej roślinności.
                              Marie wzruszyła lekko ramionami.
                              - Czuję się jak dziecko, któremu obiecano pod choinkę, że już nie dostanie klapsa. To jest wyjątkowo piękne, a jednocześnie wyjątkowo upokarzające.
                              - Lucia, nie zrobiła pani prezentu, ona po prostu zareagowała właściwie kiedy rozpoznała sytuację.
                              - Ponieważ ona myśli i reaguje spontanicznie, a nie podchodzi do wszystkiego jak ja z rozsądkiem.
                              Sartori uśmiechnął się.
                              - To już pani sama powiedziała.
                              - Czuję jak zaczyna trzeszczeć w posadach wszystko na czym dotychczas budowałam,
                              roześmiała się
                              - Jak w starym domu, który długo stał pusty, a teraz ma być znowu zamieszkany.
                              Sartori uśmiechnął się.
                              - Nie, porównanie ze starym domem, nie jest tutaj odpowiednie, ale wiem co ma pani na myśli. Oboje roześmiali się serdecznie, szczerze.
                              - Jestem szczęśliwa, odezwała się nagle Marie
                              - Czy to nie zabawne?
                              - Dlaczego miałoby być zabawnym, jeśli jest się szczęśliwym?
                              - Ponieważ wciąż jeszcze nie wiem, jak zareaguje Marcin
                              - On się ucieszy, że ktoś podjął decyzję za niego
                              - Wierzy pan w to, co mówiła Lucia?
                              - Co?
                              - Że Marcin mnie kocha? Dlaczego ona tak myśli?
                              W oczach Sartori był uśmiech, kiedy z lekkim akcentem powtórzył jej słowa: „Ponieważ ona myśli i reaguje spontanicznie, a nie podchodzi do tego jak pani z rozsądkiem”.
                              - Dlaczego on mi tego nigdy nie powiedział?
                              - A dala mu pani ku temu szansę?
                              - Szansę?
                              - Marie, przy wodospadzie, przypomniała sobie pani ostatnie słowa, które wypowiedział w dniu wypadku, zanim pojechał do Lucii. Nie zapomniała pani wtedy o czymś?
                              - Zapomniała?
                              - Co powiedział, zanim wyszedł?
                              - Powiedział...mniej więcej... przymknęła oczy. Wspomnienie wracało fragmentami...
                              - Ty i Tomek jesteście najważniejsi w moim życiu. Jesteście wszystkim czego potrzebuję. Pojadę do Lucii i jej to powiem, teraz, już.
                              - A wtedy? podpowiedział Sartori?
                              - Wtedy...cdn...
                              • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (14) 30.04.11, 14:03
                                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                (69)

                                Marcin z rękami w kieszeniach, pochyloną głową i błyszczącymi oczami stał przed Marie w przedpokoju obok garderoby, pamiętała to jeszcze.
                                - Ty i Tomek, wy jesteście najważniejsi w moim życiu. Jesteście wszystkim czego potrzebuję. Wszystkim czego pragnę.
                                - Naprawdę w to wierzysz? zapytała wtedy.
                                - Tak. Przysięgam Ci. Pojadę do Lucii i jej to powiem, teraz, już. Podniósł ręce, chciał ją dotknąć, nie zauważyła tego gestu, wtedy nie, a on rozczarowany odwrócił się tylko i powiedział cicho,
                                - Niedługo wracam. Zaczekasz na mnie?
                                - Chcę jeszcze jechać do szpitala, do Tomka.
                                - W takim razie spotkamy się w szpitalu.
                                Zdjął z garderoby trencz, stał obok drzwi i spoglądał na nią trochę ze smutkiem.
                                - I co się wydarzyło potem? zapytał Sartori? Jego głos dobiegał do niej z daleka, wprost do jej myśli, co się wydarzyło potem?
                                - Wyszedł, odparła
                                - Niech pani sobie przypomni
                                - Przerzucił płaszcz przez ramię i wyszedł, patrzałam za nim z okna.
                                - To wszystko?
                                - Tak mi się wydaje. To było wszystko. Chociaż... film który przywołała z pamięci trwał dalej. Marcin powrócił, teraz jej się to przypomniało, ale dlaczego dopiero teraz?
                                - On wrócił. Widziała go, jakby wydarzyło się to teraz. Płaszcz przerzucony przez ramię, znowu próbował się zbliżyć.
                                - Chciałem ci powiedzieć. Przez cały ten czas ja... Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Po prostu w jakiś dziwny sposób wpadłem w tę sytuację. Nigdy nie przestałem... uwierz mi, że cię... Marie, ja ciebie... Chciał mi powiedzieć...chciał powiedzieć: „kocham cię”. Dlaczego tego nie zrobił? Próbował ją do siebie przytulić. Jej obronna postawa, uniemożliwiła to jednak. Odwróciła głowę.
                                - Marcin, proszę. Nie sądzę żeby to była odpowiednia chwila.
                                - Odpowiednia chwila?
                                Odsunął się, twarz jego wyrażała teraz znowu smutek.
                                - Dobrze, w takim razie spotkamy się potem.
                                Wyszedł, zamknął za sobą cicho drzwi.
                                Przetarła ręką oczy, jakby chciała to wymazać z pamięci.
                                - To byłam naprawdę ja?
                                Sartori przytaknął
                                - Tak, to była pani.
                                - On mi to chciał powiedzieć, ale ja go odepchnęłam... muszę się jeszcze bardzo dużo uczyć.
                                - Nie za dużo, odezwał się Sartori.
                                - Tylko trzy słowa.
                                Patrzała w stronę wody, nad którą widoczna była czerwonawa łuna zachodzącego słońca. W oddali widać było małą postać. Podskakiwała, zatrzymywała się, wyglądało to tak jakby chwilami kręciła piruet i znowu zaczynała podskakiwać.
                                Dalej, na wodach laguny, widziała szybko oddalającą się od wyspy łódź, a na jej pokładzie, na tle ogromnej kuli zachodzącego słońca, zarysy sylwetek Sandry i Lucii.
                                Oparła się w fotelu.
                                - Zwykle wina leży pośrodku. Marcin nigdy mi tego nie powiedział, ale i ja tego nie zrobiłam. Przez te wszystkie lata. Obawiałam się czegoś. To było niemądre.
                                Umilkła na moment, spoglądała na Tomka, który właśnie zbliżał się do domu.
                                - Myśli pan, że mi się to uda?
                                - Niech pani na to pozwoli, niech w tych posadach na których pani buduje, nadal trzeszczy, niech trzeszczy w pani duszy, nic złego wydarzyć się nie może.
                                Chłopiec wbiegł na taras, na posadzce słychać było klaskanie jego bosych stóp.
                                - Mamusiu, objął ją mocno. Tuliła go do siebie, głaskała po główce, odgarniała z czoła spocone włosy.
                                - Gdzie byłeś?
                                - Byłem z Sandrą, pływaliśmy slalomem między bojami. Mamusiu, widziałem kiedy... przyjechała ta pani. A teraz, spoglądał jej prosto w oczy.
                                - Sandra odpłynęła z nią. Co to znaczy?
                                Marie i Sartori wymienili krótkie spojrzenie.
                                - To znaczy... wygląda na to.. nie znajdowała słów i odwagi by wypowiedzieć tę myśl do końca.
                                - Mamusiu, czy teraz będzie już wszystko dobrze? Czy ona jedzie do tatusia? Powiedz mi prawdę.
                                - Tomuś, nie znam prawdy, ale w każdym razie jutro my wracamy do tatusia.
                                Widać było że chłopiec dzielnie walczy ze sobą, żeby się nie rozpłakać. Po krótkiej chwili odezwał się,
                                - Tutaj jest bardzo pięknie. Gdyby było jak zawsze, chciałbym tutaj jeszcze zostać, ale..
                                - Wiem, odpowiedział z uśmiechem Sartori.
                                Słońce jak wielka ognista kula wpadła do morza i zafarbowała niebo czerwoną
                                poświatą...cdn...


                                http://i37.tinypic.com/nzeyc7.jpg
                                • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (15) 01.05.11, 01:36
                                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                  (70)

                                  Marie stała zamyślona przed lustrem w pokoju gościnnym. Na łóżku, otwarta już spakowana mała walizeczka. Miała na sobie lekki lniany kostium i kolorową jedwabną bluzkę. Ogarnęła jeszcze ostatnim spojrzeniem pokój, zamknęła walizkę i zeszła po schodach. Na dole czekali na nią Sartori, Sandra i Tomek z przerzuconym przez ramię plecakiem.
                                  - Ładnie wyglądasz mamusiu
                                  - Tak uważasz?
                                  Sartori uśmiechnął się, odpowiedziała mu uśmiechem.
                                  - Oczywiście, że tak uważam, odparł poważnie chłopiec
                                  - Jesteś prawdziwym gentlemanem, zauważyła Sandra
                                  Sartori przepuścił Marie w drodze na taras, kilka metrów dalej zatrzymała się nagle...
                                  - O! Widział pan?
                                  Wśród zieleni porastającej mur arkady, na kilka sekund mignęła maleńka główka. Delikatny odgłos zabrzmiał na krótką chwilę. Sartori także się zatrzymał.
                                  - O czym pani mówi? Szukał oczami w gąszczu zieleni.
                                  - Tutaj...
                                  Ukryta poniżej gałęzi lian, niemal przyklejona do muru spoglądała na nich spomiędzy liści szeroko rozwartymi oczami...
                                  - Kapucynka* powiedział Sartori.
                                  - Już wczoraj mi się zdawało, że słyszałem ten dziwnie pytający głos. Są bardzo strachliwe, ale kiedy są w potrzebie, wtedy przychodzą do ludzi.
                                  Maleńka łapka przytrzymywała mocno gałąź, w głębi widać było parę błyszczących czarnych oczu.
                                  - Co mogło jej się przytrafić? pytała Marie
                                  - Kuna mogła zniszczyć jej gniazdo, albo drapieżny ptak wykradł jej młode z gniazda, a może jej siedlisko spłonęło. Latem w buszu czasami dochodzi do samozapaleń, są zwykle gaszone przez nocny deszcz, jednak zwierzę, które stało się w ten sposób bezdomne, nie potrafi sobie w tej sytuacji pomóc. Spojrzał jeszcze raz na Marie.
                                  - To dosyć dziwne, że właśnie w takiej chwili pojawiła się tutaj.
                                  - Co ma pan na myśli?
                                  - Kapucynka jest symbolem ponownego zjednoczenia. Tubylcy uważają, że łączy ludzi, którzy byli rozdzieleni. Kiedy pojawia się kapucynka, dawno poszukiwany wojownik wraca do domu, odnajduje się żeglarz, który zaginął na morzu, albo pojawia się podróżnik, który uważa, że gdzieś w świecie musi szukać szczęścia.
                                  - Podróżnik, zamyśliła się...
                                  - Może tak powinno się to właśnie nazwać. Brzmi uspokajająco, jakby nie powstawały przy tym żadne rany.
                                  - Rany się goją, Sartori dokończył jej myśl.
                                  Od strony wody dobiegał odgłos silnika zbliżającej się szybko do laguny łodzi motorowej.
                                  - Nie wiem nawet jak mam panu dziękować. To już bez znaczenia jak to się skończy: te dni spędzone tutaj sprawiły, że jestem dzisiaj innym człowiekiem.
                                  Tomek także zauważył łódź płynącą do przystani. Przysłonił dłonią oczy, żeby móc lepiej widzieć, zmrużył je lekko, po krótkiej chwili zawołał..
                                  - Tatuś, znieruchomiał, plecak wypadł mu z ręki
                                  Marie zaskoczona podniosła głowę. Wszystko wydawało się nierzeczywiste: słońce, trawa, powietrze, mężczyzna w ciemnych okularach i powiewającej kurtce, który właśnie dobił do brzegu. Sartori nie wyglądał na zaskoczonego. Od dawna mówiło się, że na wyspie wszystko jest możliwe.
                                  Mężczyzna przycumował łódź i wyskoczył na pomost. Tomek biegł w jego stronę...
                                  - Tatuś..
                                  Marcin chwycił go w ramiona, pocałował i głaskał po włosach, po czym wyprostował się i spoglądał wyczekująco na Marie idącą po łące w jego stronę.
                                  Nie zauważyła, że Sartori dyskretnie pozostał w tyle. Serce jej biło, ziemia wydawała się kołysać pod stopami i przy każdym kolejnym kroku coraz bardziej się uginała. Marcin szedł w jej kierunku, coraz szybciej, wreszcie zaczął biec.
                                  Na dole, chłopiec drżącymi rączkami trzymał się mocno drewnianej poręczy pomostu. Mężczyzna zatrzymał się wreszcie bez tchu przed Marie.
                                  - Marie...
                                  - Marcin! dlaczego...?
                                  - Znalazłem twój list. Natychmiast zrozumiałem, że chcesz mnie opuścić.
                                  - Ależ.. Marie podniosła dłoń, w geście obronnym. Nie słuchał jej.
                                  - Proszę, nie rób tego. Popełniłem błąd, wiem. Mężczyźni w moim wieku, są chyba podatni. Ale to już skończone. Kiedy nagle ciebie zabrakło, zawalił mi się świat. Nie potrafię bez ciebie żyć...
                                  Z kieszeni wyciągnął zmiętą kartkę papieru..
                                  - Tutaj, spójrz. Umowa, podpisałem. W przyszłym miesiącu przeprowadzamy się do Monachium.
                                  Zaniemówiła, spoglądała tylko na kartkę w jego dłoniach. Mylnie zinterpretował jej milczenie.
                                  - Marie.. odezwał się prosząco. Wiem, to trudne, ale uwierz mi jeszcze ten ostatni raz. Objął jej ramiona, próbował spojrzeć w jej oczy.
                                  - Proszę, daj nam jeszcze tę jedną szansę...cdn...

                                  Kapucynka* - gatunek małpy szerokonosej z rodziny płaksowatych
                                  • m.maska MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ (16) 01.05.11, 01:41
                                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                                    (71)

                                    Spoglądała na niego, pochylał się nad nią, był tak blisko... Podróżnik, przypomniało jej się nagle... powracający po długiej podróży do domu. Lucia powiedziała Marie, że Marcin bardzo ją kocha i oboje nie zdają sobie nawet z tego sprawy. Ta kapucynka, przyniosła jej szczęście: któż w życiu dostaje drugą szansę?
                                    - Kocham Cię, Marie wypowiedziała te słowa już tylko sercem, jej wargi nie poruszały się...

                                    Tomek zauważył nagle, że silnik łodzi, którą przybył Marcin nadal był włączony. Przebiegł kilka kroków i wskoczył na pokład, Sandra biegła tuż za nim.
                                    - Przekręć dźwignię na lewo, wołała.
                                    Odgłos silnika stał się głośniejszy, spojrzał w kierunku Sandry i uśmiechnął się szelmowsko, odpowiedziała mu śmiechem...

                                    Marcin nadal trzymał Marie w ramionach.
                                    - Marie..
                                    - Kocham cię, szepnęła
                                    Warkot silnika wzmógł się, Marcin próbował odczytać słowa z ruchu jej warg, nie udało mu się.
                                    Tomek kręcił dźwignią, powodując raz głośniejsze a raz cichsze odgłosy silnika. Sandra śmiała się, klaskała mu, po to by po chwili zatykać sobie dłońmi uszy. Marcin próbował ten hałas przekrzyczeć..
                                    - Nic nie rozumiem! Co mówiłaś?
                                    - Kocham cię! Wreszcie udało jej się przekrzyczeć odgłos motoru, cały żal minionych lat i pęknięty pancerz jej własnego serca. Marcin przyciągnął ją do siebie, przytulił i pocałował.
                                    Tomek wyłączył w końcu silnik i spoglądał na rodziców, jego oczy błyszczały...

                                    Sandra i Julian stali na zboczu, patrzyli na kierowaną przez Marcina, szybko oddalającą się łódź.
                                    - Avahanni zdziwi się, że tak szybko wróci jego łódź, na pewno nie liczył na jej powrót przed wieczorem.
                                    - Tomek już nie mógł się doczekać powrotu do domu.
                                    Marie i Tomek machali im jeszcze, kiedy łódź zbliżała się do zakola rzeki... odgłos silnika stopniowo cichł.
                                    - Czy to prawda, że ona chciała odejść od męża?
                                    - W żadnym wypadku. To jego wyrzuty sumienia sprawiły, że tak właśnie odczytał jej słowa. Przez jej nagłą nieobecność zrozumiał czym byłoby jego życie bez niej. To taka uzdrawiająca kuracja, powinno się ją częściej stosować.
                                    Sandra przytaknęła ruchem głowy, jednocześnie spoglądając na ojca z nieukrywaną czułością.
                                    - Zawsze ci się udaje, ludzi uszczęśliwić. Uśmiechnął się.
                                    - Oni mnie wcale nie potrzebowali.
                                    Łódź dopłynęła do ujścia zatoki. Julian odwrócił się, położył dłoń na ramieniu Sandry i oboje ruszyli w stronę domu...cdn...
    • m.maska Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 02.05.11, 00:00
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (72)

      „Kapucynka, której owłosienie na główce przypomina „trupią czaszkę” symbolizuje odnalezienie osoby zaginionej”

      http://i34.tinypic.com/k53egw.jpg

      Julian siedział na bambusowej macie w rogu tarasu. Przed nim stały ustawione w rzędzie maleńkie roślinki pod szklanymi kloszami. Z tyłu, rząd większych roślin, także pod szkłem. Był bardzo zajęty. Stołową miotełką uprzątał okruchy szkła. Sandra przyglądała się temu z rozbawieniem.
      - Daj ojcze, zmiatasz te okruchy w szpary zamiast odwrotnie. Odebrała z jego rąk miotełkę i kontynuowała to co zaczął.
      - Nie próbuj być taki wyemancypowany. Komu chcesz coś udowodnić?

      Odetchnął z wyraźną ulgą, oparł się o ścianę. Przed nim stała roślinka bez klosza, której listeczki wyglądały jak połamane zapałki.
      - Musisz poważnie porozmawiać z Sokratesem, Julian wskazał na roślinę.
      - Od wielu dni, próbuje się dowiedzieć, co jest twardsze, czy jego dziób, czy szklane klosze.
      - Dzisiaj się przekonał.
      Sandra roześmiała się.
      - A ja od wielu tygodni mówię ci, żebyś swoje mini-biotopy umieścił na strychu. One rozwijają się tak powoli, że to nic nie zmieni, czy będziesz spoglądał na nie dwadzieścia razy na dzień czy też nie. W ten sposób byłyby też bezpieczne przed Sokratesem.
      - Tylko częściowo masz rację...zapalił zapałkę i przyłożył do fajki
      - Potrafię sobie wyobrazić, że tym młodym roślinkom będzie brakowało oznak mojej sympatii i zastrajkują. Jesteśmy w bardzo delikatnym związku, w pewien sposób uzależnieni od siebie.
      - Eh.. nie chciałam się wtrącać do waszego związku, zauważyła Sandra, zmiatając ostatnie okruchy szkła
      - Obawiam się tylko, że Sokrates zechce swoje zwycięstwo potwierdzić i jutro znowu jedna z twoich roślinek będzie stała bez osłony. Julian okazał zatroskanie.
      - Masz jakąś propozycję?
      - Przecież już ci to powiedziałam
      Potrząsnął głową.
      - Strychu nie biorę pod uwagę. Nie po to uciekłem przed nerwowym i niespokojnym życiem, żeby tutaj po kilka razy dziennie wchodzić na strych. Może warto pomyśleć o ogrodzeniu.
      - Ogrodzenie, tutaj? Na werandzie?
      - Dlaczego nie? Oceniła wzrokiem powierzchnię jaką zajmowały rośliny znajdujące się pod kloszami.
      - Dwa na pięć metrów – musi wystarczyć. Plecionka z bambusa, niezbyt gęsta. Jeśli zacznę dzisiaj po południu, do jutra w południe skończę, zauważył.
      - Dzisiaj po południu? Sandra zająknęła się
      Spojrzał na nią, nie spuściła wzroku
      - Myślałam, że dzisiaj to właśnie odpowiedni dzień
      - Na co?
      Wiedział na co, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

      Okruchy szkła rozszczepiały padające nań światło jak pryzmatz i połyskiwały wszystkimi kolorami tęczy. Przed nią leżała niewielka kupka kryształów. Roślina potrzebowała nowego klosza. Być może był jeszcze jeden w piwnicy, w przeciwnym wypadku należałoby ją zabezpieczyć przed słońcem.

      Rozmawiałam z Avahanni, opowiadałam mu o kapucynce, która się u nas schroniła, i że nie wiemy skąd przybyła.
      - W międzyczasie ja już to wiem, pospieszył Julian z odpowiedzią.
      - To samiczka, musiała krótko przedtem mieć młode. Znalazłem puste gniazdo u stóp pagórka, wśród płożących się krzewów. Zwróciłem na to uwagę, bo krążyło nad tym miejscem kilka sępów. Samiec bronił gniazda do upadłego, jego szkielet obskubały aż do nagich kości, szczątki wciąż tam jeszcze są. Ślady wskazują na to że były i młode, są pozostałości krwi i resztki sierści. To musiało być spore zwierzę, zrobiło w zagajniku wyłom niczym czołg.
      - Jakie to straszne, odparła Sandra
      Usiadła obok Juliana na bambusowej macie.
      W cieniu kamieni panował przyjemny chłód. Sokrates zniknął, zapewne miał nieczyste sumienie. Amanda wypiła swoje mleczko już wcześnie rano.

      - Avahanni opowiadał mi, dlaczego kapucynka jest symbolem ponownego zjednoczenia. To jest związane z kultem Boga śmierci Taaora.
      - Musimy naszemu małemu gościowi nadać jakieś imię. Pewnie jakiś czas u nas zabawi, odezwał się Julian
      - Neela, zaproponowała po krótkim namyśle.
      - Co Avahanni ci opowiedział?
      - W pierwszym dniu nowego roku, tubylcy uroczyście obchodzą święto „głodnych duchów”. Dla zmarłych w ostatnim roku krewnych na grobach stawia się miseczki gotowanego ryżu i kosze z owocami. Rytuał liczy już sobie tysiąc lat. Siadają wtedy na ziemi odwróceni plecami do grobów w pewnej od nich odległości i tak siedzą przez całą noc od zachodu do wschodu słońca. Nie odwracając się przez dwanaście godzin. Nie wolno im. Jeśli po wschodzie słońca brak czegoś z darów pozostawionych na grobie, oznacza to, że głodny duch zmarłego się poczęstował, tubylcy uważają to za dowód na to, że w kolejnym wcieleniu znowu dojdzie do zjednoczenia między nimi.
      - Ciekawe. Wiesz, przypominam sobie, kiedyś na wiejskim cmentarzu widziałem grupę tubylców rzeczywiście siedzących plecami odwróconych do grobów, to było chyba pewnej letniej nocy.
      - Zgadza się, świętują początek roku pod koniec sierpnia, Sandra uśmiechnęła się
      - Spróbuję zgadnąć jak to dalej było: oczywiście, nie były to wcale „głodne duchy zmarłych” które podbierały żywność z grobów.
      - Nie, to były małe zwierzątka, które w ciemności nocy wyglądały jak duchy. Poruszały się szybko, zwinnie i bezszelestnie, skakały po grobach, kradły ryż z miseczek i owoce z koszyków, przede wszystkim banany.
      - Oczywiście, Julian roześmiał się.
      - Zaobserwowały to dzieci, które nie były zobowiązane do przestrzegania tego rytuału, no i czasami niejeden dorosły z ciekawości się obejrzał.
      - W ten sposób, te małe duszki stały się symbolem ponownego zjednoczenia, zauważył Julian
      - ...a jednym z nich jest właśnie nasz gość...cdn...
      .
      • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 02.05.11, 00:15
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (73)

        - Właśnie zdałam sobie sprawę, Sandra siedziała obejmując ramionami kolana.
        - Przez te wszystkie lata, zapomnieliśmy, że ta symbolika właściwie dotyczy innego, późniejszego życia. Przyjęło się uważać, że kapucynka której główka przypomina ludzką czaszkę jest symbolem ponownego połączenia czy też zjednoczenia. Tubylcy jednak nie dostrzegają żadnej wielkiej różnicy między życiem doczesnym, przeszłym i przyszłym.
        - W tym jest właśnie ich siła, zauważył Julian
        - Dzięki temu wiele daje się wyjaśnić.
        - Dla nas, mówiła dalej Sandra
        - ...śmierć jest ostatecznym końcem. Być może Neela chce nam powiedzieć, że nadszedł właśnie moment żeby przerzucić most.
        - Nie Neela, bezwiednie głaskał palcem ustnik fajki
        - To ty Sandra chcesz to wyrazić
        - A jaka to różnica, ojcze?
        Fajka wypaliła się, resztki białego popiołu posypały się na matę na której siedzieli. Julian wiedział, że ta chwila nadejdzie. Odsuwać ją dalej w nieskończoność, nie było już sensu. Sandra, ani nie zapomni, ani nie zrezygnuje. Niezależnie jak to się skończy, każdy dzień był odpowiedni, wiec wlasciwie, dlaczego nie dzisiaj?
        - Dlaczego nie dzisiaj? wypowiedział głośno swoją myśl.
        - Kiedy słońce będzie trochę niżej i upał zelżeje. Znasz moje obiekcje. Skoro jak zauważyłem nie zaakceptowałaś ich, nie będę się dłużej sprzeciwiał.

        Sama się tego przeraziła, bo wbrew rozsądkowi, mimo wszystko chciała tego. Ale co takiego sprawiło, że miała uczucie jakby ktoś zimną dłonią dotknął jej serca? Czy było to ostrzeżenie Boga dżungli Taaora? jego królestwa, do którego nigdy nie docierało słońce, nie powinno się wykorzystywać do własnych marzeń? ale dlaczego nie miałaby prawa spróbować? Bóg dżungli był synem dwóch ojców, żółtej rzeki Yangtse i gwiazdozbioru Węża, znajdującego się poniżej Krzyża Południa, ale ona miała matkę i chciała ją spotkać.
        Podświadomie próbowała się skurczyć w sobie. Spojrzała na ojca. Jego twarz wyrażała spokój, jak zawsze. Czyżby się myliła, czyżby nie dostrzegła w jego oczach troski? Musiała się bardzo kontrolować, żeby w jej słowach nie usłyszał niecierpliwości i oczekiwania.

        - Dziękuję ojcze, nie wiesz...zająknęła się, potrząsnęła głową
        - Nie, co ja gadam, doskonale wiesz, ile to dla mnie znaczy.

        Wstała, odwróciła się plecami do ojca, wzięła szufelkę pełną rozbitych, błyszczących kryształów,
        - Mam jeszcze coś do zrobienia w domu, nie patrzała w jego stronę
        -...no i muszę wydoić Gülnare. Poza tym, wydaje mi się, że w piwnicy jest jeszcze kilka szklanych kloszy. Spojrzała na małą połamaną roślinkę, która stała tuż przed nią
        - Może da się ją jeszcze uratować.
        - Zobaczę, odparł Julian.

        Zjedli w milczeniu i nadal nie padło ani jedno słowo kiedy byli w drodze do wodospadu.

        Julian znalazł w piwnicy szklany klosz, ale i całą wiązkę bambusowych łodyg, które przyciął sekatorem na jedną długość. Kiedy już będzie po wszystkim, przygotuje dla swoich roślinek ogrodzenie, żeby chronić je przed zakusami Sokratesa. Sandra będzie mogła mu pomóc... kiedy będzie już po wszystkim...

        Wyjątkowo trudno było mu tym razem pokonać tę drogę, którą przecież tak często szedł. Laguna lśniła ciemną zielenią między dwoma brzegami, panowała absolutna cisza. Nie widać było żadnego zwierzęcia, nawet najmniejszego wodnego pająka, żadnej jaszczurki czy nawet motyla. Nie było słychać łopotu skrzydeł żadnej papugi. Krzyki wodnego ptactwa znad zatoki zwykle dochodziły z dżungli, szczególnie przy bezwietrznej pogodzie, takiej jak dzisiaj.... wszystko milczało, jakby Bóg Południa wyszedł z laguny i na wszystko rzucił senny urok .
        Sandra szła obok ojca ze spuszczoną głową. Zimne dłonie wcisnęła głęboko w kieszenie. W prawej czuła fotografię Lillemor. Palcami gładziła jej brzeg, choć były jak bez czucia. Moja mama, myślała.. co oznacza to słowo dla mnie. Nie miała żadnych wspomnień, tej bliskości, tego co zdążyło się poznać, zanim się utraciło. Nie wiedziała nic, albo prawie nic. Czasem wydawało jej się, że słyszy jeszcze głos, chwilami coś przelotnego, co trudno jej było uchwycić, uczucie że może czuć się bezpieczna.

        Zanim wyruszyli w drogę do wodospadu, poszła na strych, rozsiadła się pomiędzy zakurzonymi kostiumami na podłodze i przyglądała się fotografii. W tym miejscu było coś z przeszłości, coś co już kiedyś przeżyła. W Norwegii w ich drewnianym domku też był strych, stare suknie i masa tajemniczych gratów. Spędzała tam wiele godzin, bawiła się, przypinała stare narty, żeby na nich zjeżdżać po najniebezpieczniejszych zboczach. Innym razem siadała za kierownicą czerwonego skibobu. Odpadający lakier wskazywał, że został już nadszarpnięty zębem czasu. Kilka razy mama przyszła do niej po skrzypiących schodach. Pozwoliła sobie
        wyjaśnić te zabawy, usiadła za nią na skibobie. Brały udział w wyścigach i oczywiście wygrywały. Ale były to tylko przyćmione obrazy. Rysy twarzy Lillemor zamazywały się, ilekroć próbowała je połączyć w całość.

        Sklepienie które tworzyły liany, zamknęło się nad nimi. Tutaj także panowała całkowita cisza, nawet jaszczurki ukryły się gdzieś pod kamieniami. Wilgotny mech uginał się pod jej sandałami. Po raz pierwszy wydawał jej się ten labirynt jakby obcy, nieznany. Królestwo trująco-pałających kwiatów... wychylały się ku niej, albo duszących świetlistych pasożytniczych lilii, które wzięły w posiadanie całe pnie drzew. Ślimak bez skorupy leżał martwy na drodze, jego rozpruty brzuch opróżniły czerwone mrówki. Poczuła dreszcz przebiegający po plecach, nie odważyła się przejść ponad nim, okrążyła więc to martwe stworzenie.
        Idąc dalej, pełna obaw spoglądała na ojca: czy on też czuł tę wrogą atmosferę, tak jak ona? Czy to może go powstrzymać? Bo jej nie, jej już nic nie powstrzyma.

        Wodospad: szklany, przezroczysty, jak zamrożony. Lód... pomyślała, pękający lód, w samym środku nieznośnego skwaru. Pnie palm pochylały się, przejmujący zapach gnicia unosił się nad krzywymi poplątanymi korzeniami, jakby pełzające ciała węży, pod zaklętym dotknięciem Taaora nagle znieruchomiały w ruchu i zamieniły się w pękającą korę. Linie wypływały z siebie, krzywiły się i zwijały w dziwaczne formy. Sandra poruszała się powoli, podłoże było grząskie. W końcu udało jej się dotrzeć do omszałego kamienia na brzegu jeziora i usiąść na nim.
        Julian szedł za nią. Stanął naprzeciw niej oparty o pień wykrzywionej jak w
        krzywym zwierciadle palmy. Jego twarz byla poważna.

        - Ojcze... powietrze było tak geste, że oddychanie przychodziło jej z trudem, a sukienka przyklejała się do jej ciała..
        - Mógłbyś mi dać trochę czasu?
        - Ile tylko zechcesz, odparł...cdn...


        http://i53.tinypic.com/jzfepw.jpg
    • m.maska BRATERSTWO KRWI (1) 05.05.11, 01:16
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (74)

      - Panie Sondheim, ktoś do pana. Panowie mówią, że są z policji, usłyszał zwracającą się do niego sekretarkę.
      - Z policji?
      Mężczyzna siedzący za ciężkim biurkiem spojrzał zaskoczony. Wyraz jego niebieskich oczu świadczył o inteligencji, to były oczy dobrego człowieka. Siwe włosy opadały na opalone czoło i zlewały się z niezbyt gęstą brodą, która trochę tylko przysłaniała jego rysy twarzy. Na przegubie ręki, w której trzymał słuchawkę telefonu, widoczny był masywny złoty zegarek. Drugą dłonią wskazał na słuchawkę...
      - Prowadzę właśnie ważną rozmowę, niech pani powie, że za moment będę do dyspozycji...
      Sekretarka bez słowa skinęła głową i cicho zamknęła drzwi. Sondheim oparł się w fotelu i znowu przyłożył słuchawkę do ucha.
      - Junior?
      - Tak, wujku Oliver
      - Przepraszam, przeszkodzono mi. Co miałeś na myśli mówiąc „z powodu meczu”?
      - Werder Brema przeciw FC Norymberga. Jutro wieczorem. Mógłbyś pójść ze mną?
      Sondheim otworzył leżący przed nim kalendarz.
      - Nie wiem. Mam omówiony termin, kolacja. Ty możesz oczywiście iść.
      - Ale bez ciebie, to nie to samo.
      Wziął długopis i poprowadził kreskę przez kilka rubryk, na końcu narysował strzałkę.
      - Przesunę tę kolację. Skoro to Werder przeciw Norymberdze.
      - Tak. To w końcu twoje dawne kluby wujku. A kiedy przyjdziesz na obiad? spojrzał na zegarek.
      - Za jakieś pół godziny i posłuchaj Junior....
      - Tak wujku?
      - Jest warunek na ten mecz, to znaczy, zadania domowe będą perfekcyjnie odrobione i oczywiście pokój uporządkowany.
      - Oczywiście szefie, odpowiedział mu chłopięcy głos..
      - To cześć, do zobaczenia
      - Cześć.
      Odłożył słuchawkę i spokojnym wzrokiem powiódł po gabinecie. Zatrzymał spojrzenie na ogromnym panoramicznym oknie. W oddali przesuwał się majestatycznie trójmasztowy żaglowiec, słychać było głuchy buczący sygnał, dwa małe motorowe jachty odsunęły się na boki. Na terenie widocznej z okien stoczni dwóch robotników usiłowało umieścić ogromny kontener na podnośniku. Zwykle ten wybetonowany plac był pusty w południe, w czasie przerwy. Za godzinę, zawyje syrena i stocznia znowu zapełni się ludźmi.
      Oliver Sondheim senior, podniósł się ze swojego fotela. Był wysportowanym mężczyzną w sile wieku, lekkim krokiem przemierzył biuro i otworzył drzwi. Za nimi stało dwóch mężczyzn w ciemnych ubraniach.
      - Proszę, panowie,
      Zamknął za nimi drzwi i zaprosił by usiedli. Mężczyźni jednak stali. Za oknem znowu dał się słyszeć sygnał żaglowca, tym razem jednak sygnał był wyjątkowo ostry.
      - O co chodzi? zapytał
      - Czy pan Oliver Sondheim, szef tej firmy?
      - Na to wygląda, starał się, żeby jego głos nie wyrażał zniecierpliwienia. Przerwa obiadowa była krótka, Junior czekał na niego. Wczesnym popołudniem przeładowano towar kierowany do Sajgonu. Każdy kwadrans opóźnienia powodował dodatkowe koszty portowych opłat.
      - Przykro nam, że musimy pana niepokoić, odezwał się starszy mężczyzna
      - ...ale wpłynęło do nas doniesienie i jesteśmy zobligowani do kontroli. Dzisiaj wypływa ładunek na Daleki Wschód, o ile jesteśmy dobrze poinformowani?
      - Jesteście panowie dobrze poinformowani. Oliver stanął za swoim fotelem, dłonie położył na oparciu.
      - Jakie doniesienie? Od kogo? Z jakiego powodu?
      - to było anonimowe, ale mimo to jesteśmy zmuszeni, usłyszał w odpowiedzi
      - To już wiem, co mogę zrobić?
      - Czy ładunek znajduje się na terenie stoczni?
      - W magazynie. Ma być po godzinie czternastej przeładowany na pokład statku.
      - W takim razie najlepiej, jeśli teraz się rozejrzymy.
      Oliver spojrzał szybko na zegarek. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął pęk kluczy.
      - Proszę za mną...cdn...
      • m.maska BRATERSTWO KRWI (2) 05.05.11, 01:23
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (75)

        Biuro znajdowało się na pierwszym piętrze. Droga do magazynów prowadziła przez opadającą stromo, do żelaznej platformy, rampę na której środku znajdowały się wysokie schody. Zeszli nimi do głęboko poniżej platformy położonego betonowego zbiornika. Oliver wraz z mężczyznami minął platformę i otworzył znajdujące się po jej przeciwnej stronie wahadłowe drzwi. Z ciemności wyłoniły się cztery ogromne kontenery. Policjanci weszli do pomieszczenia.
        - Czy te kontenery są już zamknięte?
        - Jak panowie widzicie, ale to nie problem.
        Chwycił łom wiszący na haku wbitym w ścianę przy wejściu. Starszy z mężczyzn powstrzymał go ruchem dłoni.
        - Proszę nam najpierw powiedzieć, co tutaj zostało załadowane, panie Sondheim.
        Oliver oparł łom o ścianę i wyciągnął z kieszeni dokument.
        - Części zamienne do maszyn rolniczych do Sajgonu. Kontener numer trzy i cztery. Dwa pierwsze to zapewne maszyny do obróbki blachy. Do produkcji blachy falowanej, do budowy baraków w wiosce w której prowadzone są odwierty ropy naftowej. Wyciągnął drugi dokument.
        - Który z tych kontenerów mam otworzyć?
        - To zrobimy już sami, panie Sondheim, odparł młodszy z nich i wziął łom.
        - Proszę się nie trudzić.
        Przyglądał się, jak pękały metalowe obręcze a następnie zostało uniesione wieko. W pierwszej chwili w ciemności widoczne były jedynie ściśle ułożone podłużne przedmioty, którymi kontener był wypełniony po brzegi.
        Starszy mężczyzna odwrócił się.
        - Mówił pan, że to maszyny do obróbki blachy?
        - Tak
        Młodszy uniósł wieko. Na warstwie wełny drzewnej leżało równo ułożonych dziesięć nowych, błyszczących pistoletów maszynowych. Starszy z policjantów podniósł jeden z nich, odsunął wełnę drzewną na bok. Pod pierwszą warstwą ukazała się kolejna. Oliver na ten widok, cofnął się.
        - To niemożliwe.
        Nic nie rozumiejąc spoglądał na zawartość kontenera. Za chwilę odwrócił się, wyrwał mężczyźnie łom i otworzył kolejny pojemnik. Znowu broń. Tym razem pistolety wojskowe, rewolwery bębenkowe, magazynki. Opuścił łom. Na jego twarzy pojawiło przerażenie i konsternacja.
        - To niemożliwe
        - Nie chciałby pan złożyć wyjaśnień? zapytał jeden z policjantów
        - Nie mam żadnych wyjaśnień. Nie wiem co to znaczy.
        - Czyżby? Naprawdę twierdzi pan, że nie miał z tym nic wspólnego ?
        - Ależ to prawda.
        - Może ktoś z pańskich ludzi?
        Po krótkiej przerwie, Oliver potrząsnął głową.
        - Za każdego z moich współpracowników włożyłbym rękę w ogień.
        - Tu chodzi o broń, która od wielu miesięcy jest przemycana do Iranu, zauważył starszy z mężczyzn.
        - Być może, pańska firma jest ośrodkiem przerzutowym. Musimy powiadomić prokuraturę. I jeszcze coś...
        Obchodząc kontener, docisnął wieko
        - Czy możemy rzucić okiem na pańską buchalterię?
        - Nie wiem co panowie z tego chcą wyczytać
        - Mój kolega i ja, jesteśmy z policji przemysłowej
        Szukali do późnych godzin wieczornych, przejrzeli wszystkie programy komputerowe. Sondheim zadzwonił do domu, pocieszył Olivera i prosił by odrobił zadania domowe. Ładunek został zatrzymany, pracownicy oddelegowani do innych prac. Po wielu godzinach było już jasne: dostawa broni była co do minuty objęta w zapisach komputerowych, można to było prześledzić wiele miesięcy wstecz. Deklaracje dotyczyły maszyn rolniczych dla Iranu. Dostawy o których policja przemysłowa nic nie wiedziała.
        Oliver stal przy oknie i bezmyślnie spoglądał ponad portowymi zbiornikami na latarnię morską. Właśnie zaczynała wysyłać sygnały świetlne. Kto zmanipulował komputer? Komu udało się włamać do jego systemu EDV? Kto sprowadził te skrzynie na teren jego firmy? Kiedy obaj mężczyźni wyszli, stał nadal nieruchomo w tym samym miejscu, oskarżony, ale wolny.
        - Przykro nam, panie Sondheim, odezwał się jeden z policjantów
        - Jutro zostanie pan powiadomiony przez prokuraturę, proszę pozostać do jej dyspozycji.
        - W porządku, tyle zdołał jeszcze z siebie wykrztusić...cdn....
        • m.maska BRATERSTWO KRWI (3) 05.05.11, 01:30
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (76)

          Junior spoglądał na niego uważnie swoimi ogromnymi oczami.
          - Jak to możliwe wujku Oliver?
          - Nie wiem, ale się dowiem. Ktoś podmienił ładunek. Między drugą i piątą rano, teren nie jest strzeżony. Ale ładunek jest zapisany w naszym komputerze. Wygląda na to, że ktoś chciał zastawić na mnie pułapkę.
          - Ale kto?
          Cały czas zastanawiam się nad tym. Nie widzę w tym wszystkim sensu.
          - I co teraz będzie wujku?
          - Dojdzie do procesu. Wstał, z rękami w kieszeniach przeszedł kilka kroków po pokoju. Stół był nakryty, ale żaden z nich nie jadł.
          - Przed sądem? Z oskarżycielem i obrońcą i świadkami, jak w filmie?
          - Mniej więcej
          - I... Junior zająknął się i spojrzał w dół.
          - Jeśli...
          Sondheim zatrzymał się przed nim, położył mu uspokajająco dłoń na ramieniu.
          - Nie przejmuj się. Ktoś jest winien i my go znajdziemy.

          Naprawdę w to wierzył. Wierzył, że podczas procesu, pojawią się jakieś okoliczności wyjaśniające. Zeznania urzędników poświadczyły ich bezwarunkową solidarność. Jednak dowody były przytłaczające: skrzynie na terenie firmy i zapisy w systemie komputerowym. Walczył jak lew, na nic. Prokurator był o jego winie przeświadczony, a on sam nie miał żadnych dowodów, które mógłby przedstawić na swoją obronę. Jednak największy cios spadł na niego z innej strony: prasa rzuciła się na niego jak wygłodniałe wilki. Wydała wyrok, zanim proces dobiegł końca. Pojawiły się najgorszego gatunku spekulacje, i w całą tę nagonkę wciągnięto w sposób bezwzględny także Juniora. Trzymał się dzielnie, kilku jego szkolnych kolegów podtrzymywało go na duchu, ale byli i tacy, którzy wyli wraz z resztą wilków. W końcu zapadł wyrok: czternaście miesięcy bez zawieszenia za handel bronią i transfer technologii.
          Wyrok wywołał kolejne oburzenie: człowiek taki jak Sondheim, wywoływał zawiść. Niektórzy uważali, że kara jest zbyt niska. Sąd umożliwił mu odroczenie wykonania wyroku na okres dwóch miesięcy, żeby miał możliwość uregulowania spraw związanych z firmą. Oliver Sondheim, dostrzegł w tym dla siebie szansę odnalezienia prawdziwego sprawcy. Kiedy opuszczał salę sądową, zbliżył się do niego młodszy od niego ciemnowłosy mężczyzna, który czekał w cieniu wahadłowych drzwi. Otoczony reporterami i w blasku fleszy. Oliver zatrzymał się zaskoczony.
          - Mark?
          - We własnej osobie, odpowiedział tamten.
          - Chciałem ci tylko życzyć dobrego dnia. Pomyślałem sobie, że będziesz tego teraz potrzebował.
          Oliver spoglądał na brata z powątpiewaniem. Mark był kilka lat młodszy od niego, ze swoim zabójczym uśmiechem prezentował się wyjątkowo atrakcyjnie, a jednak był trochę nerwowy i zbyt grzeczny.
          - To jest niespodzianka, czyż nie?
          - Myślałem, że przebywasz w Hiszpanii albo Portugalii, odparł Oliver
          - No i właśnie tam byłem. Ale jeśli brat ma kłopoty, to trzeba wiedzieć gdzie należy być.
          - Czyżby?
          - Dowiedziałem się, że jesteś w tarapatach i natychmiast przyjechałem.
          - Długo nie mieliśmy żadnego kontaktu
          - Dziesięć lat, jego uśmiech był szeroki, spontaniczny.
          - Mógłbym ci być pomocny, wyręczyć cię w czasie... no, kiedy nie będziesz dyspozycyjny. Myślę o firmie. Coś w rodzaju drugiego kapitana.
          Roześmiał się, jak z dobrego żartu.
          - Żeby łódź nie pozostała bez sternika.
          - Moja załoga daje sobie radę bez problemów, odpowiedział mu Oliver
          - Dziękuję ci za tę propozycje, ale to naprawdę niepotrzebne.
          Mark był wyraźnie zły, ale nie dał tego po sobie poznać.
          - Jak uważasz. No to... odezwę się znowu. Jeśli inaczej zdecydujesz, położył mu na ramieniu dłoń w przyjacielskim geście.
          - Trzymaj się i głowa do góry.
          - Do widzenia Mark.
          Mark przeciskał się przez tłum, odwrócił się jeszcze i z uśmiechem pomachał mu na pożegnanie. Sondheim został znowu ciasno otoczony. Padały pytania, słychać było głośne zawołania, znowu błyskały flesze...cdn...
          • m.maska BRATERSTWO KRWI (4) 05.05.11, 01:41
            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

            (77)

            Kilka dni później, posłaniec przyniósł zawiadomienie z urzędu opieki nad nieletnimi. Czytał i nie mógł zrozumieć jak to możliwe. Liczył się ze wszystkim, ale to był cios zza węgła. Zabrali chłopca ze szkoły, nie powiadamiając go nawet o tym.
            Junior... Kto mógłby kiedykolwiek zrozumieć, kim byli dla siebie.
            Było trzech braci Sondheim. On, Oliver, najstarszy, po nim był Mark. Najmłodszy, ojciec Juniora, zginął wraz z żoną w wypadku samochodowym. Junior miał wtedy zaledwie cztery lata. Zabrał go wtedy do siebie, troszczył się o niego, był jego ojcem, nauczycielem, przyjacielem. Junior odpłacał mu wielką miłością. Wspólnie podróżowali, chodzili na koncerty, mecze, odrabiali razem zadania domowe, które chłopiec przynosił ze szkoły, razem omawiali problemy Sondheima w firmie. Ale to nie było wszystko. Byli kolegami, na śmierć i życie. To było braterstwo krwi.
            Zgniótł w dłoni papier który trzymał. Wybiegł z domu i wsiadł do samochodu. Siedział nieruchomo i bezmyślnie spoglądał przez szybę.
            Co teraz robić? Walczyć? Wykłócać się w urzędach? Wtedy odroczenie wyroku mogłoby stanąć pod znakiem zapytania, a to była jego i Juniora jedyna szansa. Jeśli teraz utraci nad sobą kontrolę, może stracić wszystko.
            Skulił się za kierownicą samochodu na moment, po chwili wysiadł i powoli ruszył w stronę domu.
            Następne dni które chciał wykorzystać na wytropienie sprawcy, musiał spędzić na przepychaniu się z urzędami. Czuł w swojej niemej rozpaczy, co przeżywał chłopiec. Nie wolno mu było rozmawiać z nim przez telefon, listy były cenzurowane. Musiał pogodzić się z przepisami dotyczącymi odwiedzin, przy czym w pierwszej instancji, odmówiono mu prawa do odwiedzin. W końcu nadeszło długo oczekiwane pozwolenie. Pierwsze spotkanie było koszmarem.

            Pomieszczenie w którym doszło do spotkania, było jasne ale puste i zimne. Wszędzie unosił się zapach chloroformu. Sondheim wszedł do pokoju, chłopiec siedział blady i apatyczny na stojącej pod ścianą drewnianej ławce. Kiedy ujrzał Olivera, chciał się zerwać i pobiec do niego, ale wychowawca stojący obok powstrzymał go chwytając silnie za ramię.
            - Zaczekaj Sondheim: Ty usiądź tutaj, a twój wuj tam.
            Miedzy nimi znajdował się stół, jak w więzieniu. Poprzez blat stołu podali sobie ręce.
            - Zabierzesz mnie stąd wujku?
            - Oczywiście, już wkrótce.
            Kłamał, także podczas kolejnych odwiedzin. Nie posunął się ani o krok w swoich staraniach o powrót chłopca do domu. Podczas kolejnych spotkań Junior stawał się coraz bardziej milczący. Raz, pozwolono żeby się na pożegnanie objęli. Chłopiec podniósł wtedy swoją bladą twarz spoglądając na niego:
            - Czy to jeszcze długo?
            - Nie. Niedługo.
            Wychowawca chwycił go za ramię i wyprowadził. Sondheim odwrócił się gwałtownie i szybko opuścił pokój.
            Dzień w którym miał rozpocząć odbywanie kary, zbliżał się nieuchronnie. Około tygodnia przed tym terminem dostał pismo z urzędu opieki nad nieletnimi. Cofnięto mu prawo odwiedzin Juniora. Jako uzasadnienie podano, że chłopiec każdorazowe spotkanie zbyt głęboko przeżywa. Kiedy powiadomiono o tej decyzji chłopca, podjął on strajk głodowy. Zanim to rozporządzenie miało zacząć obowiązywać Sondheim próbował jeszcze po raz ostatni zobaczyć się z nim – na próżno, odmówiono mu, uzasadniając, że Junior podjął próbę ucieczki. Złapano go kilka kroków przed domem wuja. Każde następne spotkanie wywołałoby, tak brzmiało uzasadnienie, jeszcze większy niepokój u Juniora.
            Sondheim godzinami chodził po mieście, w poszukiwaniu... sam nie potrafiłby sprecyzować czego szukał. Zmrok zapadł już nad miastem, niebo nad portem miało barwę ciemno-żółtą, padał drobniuteńki deszcz. Szedł bez celu, bezmyślnie z opuszczoną głową. Wilgoć nasączyła jego ubranie. Szeregi domów odsunęły się wgłąb, tylko latarnia morska wysyłała w noc swoje matowe, przerywane sygnały. Sam nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego nagle znalazł się na terenie portu. W ciemności widział zarys hali przeładunków. Na pierwszym piętrze znajdowały się biura. Zauważył że drzwi do hali były uchylone, to nie było normalne.
            Powoli przeszedł przez plac i otworzył drzwi nieco szerzej. Dostrzegł matowy poblask światła wpadającego przez okno biura położonego po przeciwnej stronie.
            Podświadomość, jakiś sygnał, w głowie zaczęło mu się coś układać. To jest rozwiązanie, to jest ślad.
            Schylony biegł po dwa stopnie po stromych schodach, przebiegł metalową platformę. Zatrzymał się nieruchomo na jedną chwilę przed drzwiami oświetlonego biura, zanim je gwałtownie otworzył.
            Na odgłos otwieranych drzwi, mężczyzna siedzący przy komputerze gwałtownie się obrócił. Uniósł się powoli z fotela. Przez moment stali naprzeciw siebie.
            - A wiec to ty
            - Tak, ja odparł Mark
            - Skrzynie z bronią... manipulacja w komputerze
            - Nie zapomnij jeszcze o anonimowym donosie
            - Donosie?
            - Dobrze słyszysz
            Oliver potrzebował chwili żeby to wszystko ogarnąć
            - Nie przemycałeś żadnej broni, chciałeś mnie tylko wykończyć
            - Owszem. I to mi się udało.
            Spojrzenie Olivera spoczęło na pięknej, wykrzywionej nieprzyjemnym grymasem twarzy brata. Spokojnym głosem zapytał:
            - Dlaczego, Mark?
            - Bo nie jestem idiotą, za jakiego mnie uważaliście, uśmiechnął się.
            - Który się byle czym zadowoli, bo starszy brat jest taki dobry.
            - Mark, ojciec nie mógł wtedy inaczej zadecydować
            - A ja nie mogę dzisiaj inaczej. Oparty o blat biurka na którym znajdował się komputer, wyciągnął szufladę.
            - Nie liczyłem się z tym, że tu jeszcze przyjdziesz, zanim pójdziesz siedzieć.
            - Co planujesz?
            - Zgaduj: nie pozostawiasz mi innego wyjścia. Myślisz, że będę czekał na to, że przedstawisz policji efekty twojego śledztwa? Na to, nie straciłem tyle czasu. To prawda, byłem w Hiszpanii, byłem w Portugalii, ale wróciłem, już przed sześcioma miesiącami. Zleciłem te przesyłki i wrzuciłem kilka nieładnych bakterii do systemu komputerowego.
            Kiedy Oliver zrobił krok w jego kierunku, umilkł na chwilę.
            Podniósł uspokajająco rękę.
            - Nie wysilaj się, nie znajdziesz ich. Są zaszyfrowane w taki sposób, że nie sposób tego złamać. Chcę sobie tylko odebrać, co mi się należy.
            - Ale to ci się nie uda. Teraz kiedy wiem, że to ty.
            - Założymy się, że mi się uda, wielki bracie?
            Błyskawicznie sięgnął do szuflady, wyciągnął pistolet i skierował go w stronę Olivera.
            - Ty będziesz miał za chwile zgrabny mały wypadek. Spadniesz ze schodów do betonowego basenu, w którym nieszczęśliwie nie ma właśnie wody. Trzydzieści metrów spadania w stylu wolnym. Jak myślisz, po takim locie, będziesz mógł jeszcze wiele opowiedzieć glinom?
            - Oszalałeś Mark. Odłóż to, porozmawiajmy.
            - Za późno braciszku. Przy twojej kryształowej przeszłości może się zdarzyć, że to tobie uwierzą, a nie mnie. No idź!...cdn...
            • m.maska BRATERSTWO KRWI (5) 05.05.11, 01:49
              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

              (78)

              Oliver cofnął się o krok trzymając ręce za sobą, palcami wyczuł drzwi, które wchodząc pozostawił otwarte.
              - No właśnie. Jeszcze jeden krok, powiedział Mark
              Popchnął drzwi i tyłem wycofał się do hali. W dole, w ciemności znajdował się betonowy basen, do którego prowadziły metalowe schody. Mark z rewolwerem wycelowanym w brata, postępował za nim. Oliver znowu się zatrzymał.
              - Mark, unieszczęśliwisz siebie. Znajdziemy wyjście z tej sytuacji. Zeznam, że chodzi o pomyłkę. Twarz Marka wykrzywił grymas pogardy, nie kontrolował się już.
              - Idź! Idź wreszcie! Idź, albo cię zastrzelę. Ostatnie słowa, niemal wycharczał.
              - Oszczędź sobie tego gadania!
              Szedł za Oliverem krok w krok przez ciemną halę. Oliver nieznacznie skręcił: w żelaznej podłodze była otwarta zapadnia, którą ominął. Mark roześmiał się. Jego śmiech odbił się echem w pustej hali.
              - No... i właśnie tak. Dalej, jeszcze krok i jeszcze...
              Mark dotarł do zapadni. Nie tracąc z oczu każdego kroku Olivera, postąpił do przodu w pustkę. Jego ciało poleciało jak kamień w zapadnię, kilka sekund potem uderzyło o betonowe dno.
              Oliver zatoczył się, chwycił się mocno żelaznej poręczy. Czarna postać jak cień leżała na ledwie oświetlonym szarym prostokącie basenu. Przetarł oczy, jakby chciał zetrzeć z nich zły sen. Odwrócił się, pobiegł do biura, zatrzasnął za sobą drzwi. Ręce położył na oparciu fotela, próbował spokojnie oddychać. Wyciągnął z kieszeni pęk kluczy, otworzył sejf. Z szafy obok wyjął mały skórzany neseser o metalowych kantach. Podszedł do sejfu i zaczął napełniać go paczkami banknotów.

              Strażnik siedzący w drewnianym baraku przy wejściu do portu, podniósł zdziwiony głowę rozpoznając mężczyznę w rozpiętym płaszczu z walizeczką w ręce, który właśnie przeszedł przez bramkę
              - Dobry wieczór panie Sondheim, tak późno, jeszcze tutaj?
              - Musiałem jeszcze coś załatwić, podniósł dłoń w pozdrowieniu.
              Po opuszczeniu portu, przyspieszył kroku, na ulicy zaczął biec.
              Droga do domu przez miasto była daleka. Nie odważył się z budki telefonicznej zadzwonić po taksówkę. Z ciemności wyłoniły się kontury domu. Garaż. Kluczyki do samochodu. Motor Mercedesa cicho zaskoczył. Wrzucił walizeczkę na tylne siedzenie i wyjechał na mokrą od deszczu ulicę.
              Znowu puste place, niekończące się szeregi budynków. Tym razem kierował się w przeciwnym kierunku, za miasto. Zatrzymał się przed budynkiem otoczonym wysokim parkanem. Wejście było oświetlone dwoma lampami. Wyskoczył z samochodu, rozejrzał się. Ulica była pusta. Mokry asfalt odbijał światła lamp. Bezszelestnie przebiegł przez ulicę i przeskoczył przez wysoki zakończony ostrymi szpicami parkan. Schylony przebiegł przez trawnik. Okna budynku były ciemne. Ostrożnie obszedł budynek dookoła, zauważył lekko uchylone okno, znajdowało się niezbyt wysoko. Wspierając się na gzymsie, wdrapał się na parapet. Uchylił cicho okno i zajrzał do środka. Cztery dziecięce łóżka, czworo śpiących chłopców, jednym z nich był Junior. Wśliznął się jak cień do pokoju, rozpoznał Juniora, zbliżył się do łóżka, ukląkł przy nim i cicho wyszeptał:
              - Oliver...
              Junior otworzył oczy. Nie od razu zrozumiał, w chwilę potem jego buzia rozjaśniła się w uśmiechu.
              - Wujek Oliver! wyszeptał
              Objął go za szyję, Sondheim czuł uderzenia jego serca.
              - Chodź. Trzymaj się mocno. Odrzucił kołdrę i zaniósł go do okna. Pozostałe dzieci spały. Zeskoczył z gzymsu i wziął chłopca na ręce. Cicho przebiegli przez trawnik.
              - Parkan, chodź, podniosę cię.
              Mokry od deszczu dach mercedesa wyłonił się z ciemności.
              -Tam, wsiadaj, jest otwarty.
              Pochyleni przebiegli przez ulicę.
              Sondheim usiadł za kierownicą, zapalił silnik, dodał gazu. Junior wcisnął się w miękkie skórzane siedzenie samochodu, wciąż niedowierzający, drżący z zimna i szczęścia, spoglądał na wuja który prowadził samochód z ogromną prędkością.
              -Dokąd jedziemy wujku Oliver?
              -Do portu jachtowego. Zawsze mówiłeś, że jesteś dobrym sternikiem, teraz będziesz to mógł udowodnić.
              Jego głos brzmiał chrapliwie, jakby miał coś w gardle. Spoglądając przez zalaną deszczem szybę, dodał:
              -I weź sobie koc, leży na tylnym siedzeniu. Marzniesz...cdn...
    • m.maska Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 13.05.11, 16:32
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (79)

      https://i56.tinypic.com/r0c9w2.jpg


      Sandra ani przez chwilę nie pomyślała o tym, żeby zrezygnować. Chciała tylko odczekać kilka sekund, do czasu, kiedy będzie mogła swobodniej oddychać. Konary otaczających ją drzew zwisały wokół, jak węże, które zamarły w oczekiwaniu na zdobycz. Zieleń wody odbijała podwójny obraz, powstała z tego jakaś jedność, groźna, oszałamiająca, sięgająca od wierzchołków drzew aż po zieloną głębię stawu.
      - Pomóż mi mamo, pomyślała
      - Szukam cię, ponieważ nie odnajduję cię w moich dziecięcych snach. Może uda się to tutaj. Pamiętasz jeszcze nasze wieczory na sianie w starej krytej strzechą stodole? Tam wysoko w górach przy świetle zorzy polarnej: Ty, ja i ojciec. Opowiadaliście mi bajki. Słońce, które o północy snuło się wzdłuż horyzontu. Krzyczące mewy na brzegu skały, nad czarną taflą morza. Byliśmy w trójkę, póki nie odeszłaś i nie pozostawiłaś mnie, z nim. Mamo, ale już bez ciebie. Chcę odzyskać przeszłość na jedną tylko chwilę, zobaczyć twoją twarz, by móc w końcu zapomnieć. Jak można pozbyć się pragnienia aniżeli przez jego spełnienie. Pokaż mi swoją twarz mamo.
      Siedząc na kamieniu, odwróciła się w stronę ojca. Odgarnęła z czoła wilgotny kosmyk włosów. Oddychanie nadal przychodziło jej z trudem.
      - Jestem gotowa ojcze.
      - Dobrze, odpowiedział
      Stał oparty o drzewo, teraz zbliżył się. W jego oczach nie było niepokoju.
      - Co mam zrobić?
      - Spójrz na wodospad, w myślach przejdź na drugą stronę.
      - Nie ma tutaj wody... odparła
      Głos ojca zamienił szklane krople w odpryski, w lśniące kryształki krążące wokół skalnej krawędzi. To lód.
      - To to samo. To brama, przez którą musisz przejść. Od tej chwili, muszę cię pozostawić samą.
      Zauważyła, jak głos jej ojca oddalał się i zanikał. Lód zaczął pękać, powstawały szczeliny, które ciągnęły się od stawu aż po krawędź skały. Pojedyncze okruchy spadały pozostawiając ciemne rysy na gładkiej powierzchni, tworząc dziwne wzory, oczu, ust, głów, szczerzące się twarze, maszkarony.
      - Wejdź w swój sen, powiedzial Sartori.

      Wodospad znajdował się teraz w pękatej kuli pełnej płatków śniegu, takiej jaką Sandra miała w dzieciństwie. Chwyciła ją i odwróciła do góry, płatki śnieżne zaczęły opadać. Wodospad ułożył się poziomo. Czuła w dłoniach gładkość i chłód kuli. Dziecięce marzenia. Czasami w gorączce, czuła jak po jej ciele przetaczały się zimne małe kuleczki.
      - Wyrzuć tę kulę, usłyszała jakby ktoś szeptał jej wprost do ucha.
      To nie był głos ojca. Kto mówił do niej? Czyżby Bóg Południa, żyjący w wężowatych konarach drzew. Przecież obiecał jej spełnienie jednego życzenia. A może sobie to tylko wymyśliła? ale on je spełni. Każdy kto odnalazł drogę do tego miejsca, odnajdzie ją także poprzez ukryty welon lodu.
      - Odrzuć tę kulę, to był głos Taaora
      Uniosła ten chłodny gładki przedmiot, który trzymała w dłoniach. Wodospad rozsypał się w miliony drobinek. Płatki wypełniły szklaną kulę i spadały we wszystkich kierunkach.

      To było podczas sanny pewnej norweskiej zimy. Koń się spłoszył. Była na dziecięcym przyjęciu. W drodze powrotnej wyleciała z sań i uderzyła głową o śliską lodowatą nawierzchnię drogi. Gwiazdy rozbłysły jej przed oczami, wypełniły ciemne niebo nad nią, na kilka chwil straciła przytomność. Kiedy zaczęła dochodzić do siebie widziała tylko pochylające się nad nią obce twarze. Nikt nie odważył się, by ją podnieść. Dziwne głosy, szeptane domysły, przejmujące zimno, które docierało już przez ubranie, wszystko ją bolało. Ogarnął ją lęk, przedzierał się do świadomości, widoczny był na jej twarzy, czuła się całkowicie osamotniona. Mamusiu, załkała. Płatki śniegu opadały na nią zewsząd. Jęczała cicho, na jej wilgotne policzki opadały płatki, które paliły, bolały. Nagle, niespodziewanie dobiegł do niej znany bliski głos. W końcu, tuż nad nią, twarz, która odegnała wszystkie złe duchy, przegoniła złe sny, cienie uciekły. Mamusia, wyszeptała.

      Znowu miała przed oczami tylko kulę pełną płatków śniegu. Jeśli rzuci nią o skalną ścianę, rozbije się i uwolni twarz która ukrywała się poza nimi. Dwa kroki, trzy. Stanęła nad brzegiem stawu, podniosła rękę i z całą siłą rzuciła kulę w stronę skały. Wstrzymała oddech i czekała na odgłos spadających odprysków. Ale kula zawisła w powietrzu. Jakby w nim płynęła nad zieloną głębią, jak balon. Wisiała między brzegiem a skałą jak blado iryzująca planeta, która powoli obracała się wokół własnej osi.
      Bezwiednie, trochę bezradnie potrząsnęła głową, nie udało się. Czyżby niedostatecznie daleko rzuciła?
      Kula zawisła w powietrzu i nie uwolniła twarzy jej matki. Powinna spróbować po raz drugi.
      Postąpiła krok do przodu, wyciągnęła ręce. Kula była blisko, jeszcze tylko jeden krok. Opuszkami palców dotykała już niemal szkła. W tym momencie silna dłoń chwyciła ją i odciągnęła w tył.
      - Na litość boską, Sandra!
      Otworzyła oczy. Woda spadała z hukiem z krawędzi skały w głębiny, pojedyncze promienie słońca padały przez liściasty dach na gładką taflę stawu. Kula zniknęła.
      Julian stał za nią i obejmował mocno ramionami. Odwróciła się do niego. W jego oczach była konsternacja i przerażenie.
      - Sandra!
      - Ojcze...
      - Chodźmy stąd...cdn...
      • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 13.05.11, 16:47
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (80)

        Ziemia pod stopami była miękka. Sandra pozwoliła się ojcu prowadzić. Miała wrażenie, że jego dłonie drżały. Zatrzymała się przy kolejnej mijanej palmie i oparła o jej pień. Biały sarong który miała na sobie przyklejał się do jej ciała.
        - Nie powinniśmy byli tego robić. Wybacz mi ojcze.
        Przytaknął jej ruchem głowy. Mówienie przychodziło i jemu z trudem.
        - Udało się. Tylko...
        - Wiem
        Objęła obiema rękami pień palmy o który się opierała. Wiedziała o czym ojciec myślał. To nie był przypadek. W momencie przebudzenia przez sekundę ujrzała nad brzegiem stawu tuż nad jego powierzchnią płaską szkaradną głowę wodnej mamby. Znała ją, tak jak każdy kto mieszkał nad morzem. Wyróżniała się nieokiełznaną napastliwością, jej ugryzienie było zawsze szybkie i śmiertelne. Avahanni opowiadał jej kiedyś historię boga Taaora, którą znał, jak każdy tubylec, o tym, że Bóg dżungli, około południa, czasami, przeistacza się w wodnego węża.
        - Chodźmy ojcze.

        Pnie palm już się nie pochylały. Wyprostowane znowu sięgały zwieńczenia kopuły. Lód, na krawędzi skały, zamienił się w żyjącą wodę. Korzenie drzew nie były już podobne do gniazda węży, rozłożyły się na ciepłym mchu. Sandra poczuła dreszcz, kiedy ojciec położył dłoń na jej ramieniu, stała blisko przepaści. Kolejny krok prowadził w zielone głębiny do krainy Taaora, skąd nie ma powrotu. Na chwilę skrzyżowała spojrzenie z płaskogłowym wężem. Jego błyszczące oczy czekały na ofiarę. Tylko ten kto zejdzie ze ścieżki równowagi, może stać się ofiarą Taaora. Czyżby i ona opuściła tę ścieżkę? Nie, na pewno nie. Swoim pragnieniem przywołania przeszłości, zamąciła teraźniejszość.
        Szli obok siebie w milczeniu krętą ścieżką labiryntu. Nagle zatrzymała się.
        - Ojcze,
        - Tak
        - Zrozumiałam wiadomość, przekazaną mi przez Taaora
        - Musze wybrać miedzy tobą i mamą. Nie wolno mi obarczać naszego wspólnego życia żądaniami.
        - Przez moment myślałem, że cię utracę.
        - Wybacz mi ojcze. Miałeś rację, jesteśmy sobie zbyt bliscy. Taaora dał ci moc pomagania ludziom, ale nie wolno nam jej wykorzystywać dla nas samych.
        - Już po wszystkim. Nie myśl już o tym. Czasami trzeba przekroczyć pewną granicę, żeby ją rozpoznać.
        Wyszli na zalaną słońcem piaszczystą ścieżkę. Rozsypane kolorowe odłamki skał połyskiwały w słońcu. Życie powróciło. Na huśtawce z liany, przewieszonej nad drogą, siedziała papuga, jakiś zwierzaczek mył swoje futerko. Z przybrzeżnej wody ryby wyskakiwały łapiąc w locie muszki. Taaora mi wybaczył, pomyślała Sandra, być może pewnego dnia i ja sobie wybaczę.
        - Neela mnie zmyliła.
        - Myślałam, że była znakiem, że powinniśmy spróbować. Ale być może to znaczyło coś innego.
        - Co?
        - Może była symbolem ponownego zjednoczenia między nami.
        Szli dalej blisko siebie

        - Po tym, jak wciąż miałam wrażenie, że chodzę po pustych miejscach
        - Dobra myśl, zauważył Julian
        - Na pewno miałeś zmartwienie ze mną.
        - To, masz ty. A ja uważałem, że to może być niebezpieczne. Ale jak twój mądry przyjaciel zwykł mawiać: błaznem jest ten kto próbuje ominąć rzekę, zamiast ją przekroczyć, zagubi się w buszu, zostanie pożarty przez tygrysa a jego resztki będą świeciły nocą w świetle księżyca.
        - Makabryczne, zauważyła Sandra
        - Prawda bywa straszna. Widziała, że się uśmiechnął.

        Jej serce biło znowu nieco szybciej i przestała boleć świadomość zapomnienia twarzy Lillemor, obok niej był ktoś, czyją twarz znała i widziała. Bóg dżungli pokazał jej swoją siłę, ale nie posłużył się nią. Wszystko co teraz czuła, to wdzięczność. Życie było bogactwem i nie warto było go zamieniać na krainę cienia w której rządzi Taaora.
        - Kocham cię ojcze.

        Ptaki znowu odzyskały głosy, dżungla obudziła się z południowego uśpienia. Na drodze biegł do nich z rozpostartymi skrzydłami Sokrates.
        Nad wejściem na taras Neela ćwiczyła swoje fikołki, huśtała się na lianach, wszystkie krzewy były przez nią poruszone.

        Julian nie powiedział Sandrze, jak często sam chciał już pójść do ogrodu zbłąkanych ścieżek i przywołać cień Lillemor. Czar wodospadu nie był dla nich, ani dla Sandry, ani dla niego.
        - Też cię kocham, odpowiedział.

        Maleńka roślinka pod kloszem odzyskała siły i wyciągnęła znowu swoje długie listki do pełnej wysokości. Julian rozpoczął uplatanie bambusowego parkanu. Długie skórzane rzemienie owijał wokół leżących przed nim na stole równo przyciętych bambusowych patyków. Kiedy Sandra weszła na taras, połowa z nich była już spleciona.
        - Oczekujesz wizyty ojcze? Przerwał na chwilę swoją pracę...
        - Nie, skąd ci to przyszło do głowy?
        - Przez okno widziałam łódź. Podeszła bliżej do balustrady i spoglądała na morze.
        - Wygląda jak motorowy jacht. Znasz kogoś kto pływa czymś takim?
        Powstał i spoglądał w kierunku, który wskazała.
        - Nie. Ale wygląda na to że płynie w naszym kierunku. Rozejrzał się.
        - Widziałaś może gdzieś moją lornetkę?
        Wyjęła lornetkę z dolnej półki pod stołem i podała ojcu.
        - Kieruje się w kierunku naszej wyspy. Właśnie zwalnia. Widać, że to niezły żeglarz, ma łódź pod kontrolą. To nowoczesna maszyna.
        Podał córce lornetkę
        - Zobacz, może ty coś rozpoznasz.
        - Na pokładzie są dwie osoby. Mężczyzna i kobieta, a raczej... nie, to dziecko.
        - Zawraca, zauważył Julian
        - Kieruje się w kierunku skalnej zatoki.
        - Dziwne, wygląda jakby chciał przybić do brzegu. Wpływa głęboko między urwiska. Teraz ściągnął żagle, jakby nie chciał być zauważony. Chwilę jeszcze obserwowała przez lornetkę manewry jakie wykonywał żeglarz.
        - Nie widzę już łodzi. Myślisz, że chcą się ukryć?
        - Myślę, że się tutaj wkrótce zjawią, odparł spokojnie Julian. ...cdn...
    • m.maska BRATERSTWO KRWI (6) 13.05.11, 23:18
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (81)

      Jacht znajdował się mocno wciśnięty między dwie wysokie skalne ściany. Żagle były zwinięte, kotwica zrzucona w kryształową wodę rafy. Dwie postaci, jedna większa, druga niewielka szły kamienistą ścieżką w kierunku grupy palm ogradzających łąkę. Mężczyzna z siwą czupryną w jeansach, niosący mały skórzany neseser zwrócił się do chłopca,
      - Dasz sobie radę?
      - Jasne, szukaj tylko najlepszej drogi, idę tuż za tobą
      - Tam, jest już łąka. To tylko z powodu wodnej policji. Nasz jacht, rzuca się w oczy.
      - Zrozumiałem. Ale...Greyhound...
      - Tak?
      - Dlaczego chciałeś właśnie na tę wyspę?
      - Ponieważ tutaj mieszka ktoś, z kim chcę porozmawiać.
      - Myślisz, że będzie nam mógł pomóc?
      - Być może... to bardzo możliwe.
      Mężczyzna, do którego chłopiec mówił Greyhound, zatrzymał się.
      - Junior, ponieważ nie wiemy co będzie dalej, trzymajmy się naszej umówionej historii, tzn. jesteśmy żeglarzami, którzy chcą sobie obejrzeć okolicę.
      - W porządku szefie.
      - Wszystko inne byłoby zbyt niebezpieczne. Najpierw muszę się zorientować, w jakiej jestem sytuacji.
      - Chciałeś powiedzieć w jakiej sytuacji jesteśmy.
      - Właśnie tak. Spojrzał na łąkę, między pniami palm na jej końcu przeświecały białe ściany budynku.
      - Beze mnie byłoby ci łatwiej, prawda szefie?
      - Nie powiedziałbym tego. Przecież przeżyliśmy wspaniałą przygodę.
      Chłopiec spojrzał na niego, w jego oczach był strach.
      - Mówisz, jakby się to już skończyło.
      Greyhound szedł dalej, chłopiec nie odrywał wzroku od jego twarzy.
      - Dlaczego nie odpowiadasz? Nie jesteś pewien?
      - Jestem. W głosie mężczyzny zabrzmiało lekkie wahanie,
      - Ale wiesz, że wiele spraw trzeba przemyśleć.
      - Przecież już wszystko przemyśleliśmy. Jeśli to przeprowadzimy, wszystko się uda.
      - Mam nadzieję, przyjacielu. Jego głos był znowu pewniejszy.
      - Zobaczymy. Zobacz, tam jest dom. Przytulił chłopca do siebie.
      - Nie przejmuj się zbytnio.
      Mimo widocznego strachu, chłopiec próbował się uśmiechać.
      - W porządku, Greyhound.
      Julian i Sandra wyszli w ich stronę, zauważyli ten czuły gest jakim mężczyzna przytulił chłopca.
      Tych czworo stało właśnie naprzeciw siebie. Mężczyzna zwrócił się do Juliana.
      - To rodzaj najazdu, mam nadzieję, że zostanie mi wybaczony. Właściwie to przypadkowo tutaj jesteśmy.
      - To świetnie. Coś takiego nie zdarza nam się codziennie. Witam na naszej wyspie.
      Sandra uśmiechnęła się serdecznie do chłopca, kiedy na nią spojrzał.
      - To mój bratanek. Nazywam go po prostu Junior. Jest moim sternikiem, matem i oficerem zaopatrzeniowym. Nikt lepiej od niego nie potrafi rozróżnić twardego steku od miękkiego.
      Wszyscy się roześmiali. Mężczyzna nerwowo przeczesał palcami włosy. Na przegubie połyskiwał ciężki złoty zegarek.
      - Przyjaciele nazywają mnie Greyhound, z powodu mojej siwej czupryny. Włóczymy się trochę po oceanach. Naszym portem macierzystym jest Hamburg, mówił powoli, spokojnie. Wszystko co mówił, brzmiało wiarygodnie.
      - Gdzieś, między dwoma przystankami, usłyszałem o waszej wyspie.
      Rozejrzał się. Słońce zawieszone nad pagórkiem, oświetlało wznoszący się na tle błękitnego nieba krzyż. Na balustradzie przy wejściu siedziała barwna papuga. Nad palmami wisiała jeszcze poranna mgła.
      - To wspaniała wyspa, o ile patrząc stąd, można to stwierdzić.
      - Jeśli pan zechce, zapraszam do obejrzenia, odpowiedział Julian.
      - Nie macie bagażu? spytała Sandra
      - Tylko ten neseser. Reszta rzeczy pozostała na jachcie. Zarzuciliśmy kotwicę tam na rafie. Oczywiście spać będziemy na łodzi.
      - To w ogóle nie wchodzi w rachubę. Jesteście naszymi gośćmi, odezwał się Julian.
      Sandra ustawiła już na stole, na tarasie, karafkę i szklanki do picia.
      - Jak długo jesteście w drodze, pytał Julian
      - Około dwóch miesięcy.
      - No to już czas, by zmienić trochę otoczenie. Kajuty są na pewno romantyczne, ale twarda ziemia, też ma swoje zalety.
      Zaprosił ich do stołu. Sandra przyniosła półmisek z owocami.
      - Ale nie chcemy sprawiać kłopotów.
      - To żaden kłopot. Tak więc ok?
      - Dziękuję. Greyhound sięgnął po szklankę.
      - Czy to prawda, że raz w miesiącu z sąsiedniej wyspy wypływa frachtowiec w rejs po Pacyfiku?
      Myśli pan zapewne o Molly, to już legenda. Parowiec napędzany węglem. Ta „stara dama” ma już ze czterdzieści lat na karku, ale ciągle jeszcze pędzi z prędkością osiemnastu węzłów.
      - Jeśli jestem dobrze poinformowany, to powinna w najbliższych dniach wypływać w rejs.
      - To możliwe, dokładnie nie znam dat.
      Julian podniósł szklankę. Wszyscy pili, chłopcu Sandra nalała soku pomarańczowego.
      - Czy Molly zabiera też pasażerów na pokład? Junior chciałby popłynąć frachtowcem.
      - To da się załatwić. Kapitan jest moim przyjacielem. Ale to długa trasa, trwa około sześciu tygodni. W drodze jest zaopatrywana tylko przez tankowce. Junior nie musi wracać do szkoły?
      - To jest załatwione. Ma specjalne zwolnienie z internatu. Uczę go w tym czasie, żeby nie miał zaległości. Co miało być dzisiaj kolego?
      - Fizyka, odpowiedział chłopiec.
      - No właśnie. Powinniśmy się zaraz za to zabrać.
      - Nie chcecie najpierw obejrzeć wyspy? zapytał Julian
      - Dobry pomysł. Po tym długim rejsie, rozruszamy trochę nogi. Zgadzasz się? Chłopiec przytaknął skinieniem głowy.
      - Jeśli pójdziecie wzdłuż laguny, będziecie szli cały czas w cieniu. Uważajcie tylko, żeby nie zboczyć w lewo. Tam znajduje się ogród zbłąkanych ścieżek z którego sami nie wyjdziecie.
      Greyhound schylił się po neseser.
      - Gdzie mogę go postawić?
      - Najlepiej w korytarzu. Sandra ruszyła do przodu.
      Postawił walizeczkę na parapecie okiennym, zanim opuścił dom, rozejrzał się jeszcze.
      Na zewnątrz, zawołał chłopca. Razem przeszli przez taras, przy wyjściu odwrócił się jeszcze i pomachał ręką.
      - Do zobaczenia
      - Do zobaczenia, odpowiedział Julian
      - Dziwna sprawa z tym neseserem., zauważyła Sandra
      - I z tym jachtem, ukrył go między skałami.
      - I nie podał swojego nazwiska. W ogóle nie nazywają siebie po imieniu, jakby się umówili.
      - Myślisz, że nie chcą zostać rozpoznani?
      - Być może, odpowiedział Julian.
      - Wiesz co myślę, ojcze?
      - Co?
      - Że oni się tutaj nie znaleźli przypadkowo. On wie, kim ty jesteś.
      - Możliwe. Być może masz rację. Jeśli to prawda, będzie musiał się w końcu ujawnić. ...cdn...
      • m.maska BRATERSTWO KRWI (7) 13.05.11, 23:23
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (82)

        Greyhound i Junior poszli wzdłuż laguny a potem, za radą Juliana, przeszli kilkaset metrów i wspięli się na kamienisty pagórek. W dole, w południowym słońcu, jasno połyskiwało morze. Między urwiskami bystry obserwator mógł wypatrzeć trzpień takielunku jachtu kołyszącego się lekko na niewielkich brzegowych falach. Greyhound spojrzał i wyszeptał
        - Muszę go lepiej ukryć.
        Junior położył się na gładkiej skale, teraz podniósł się zaciekawiony.
        - Co mówisz?
        - Jacht. Nie chcę, żeby został zbyt wcześnie odkryty.
        - Zbyt wcześnie?
        - Zanim podejmę decyzję, odparł.
        W oczach chłopca pojawił się wyraz lęku.
        - Myślałem, że już podjąłeś decyzję i to ostateczną.
        - Posłuchaj, mój chłopcze, wziął chłopca delikatnie w ramiona.
        - To prawda, miałem plan. Powstał pod wpływem pierwszego impulsu. Jeszcze z niego nie zrezygnowałem. Słyszałeś, że pytałem o Molly. Jednak mężczyzna ma też obowiązki, spojrzał w oczy chłopca,
        - i prawo by zmieniać swoje decyzje. W naszej sytuacji jest wiele spraw, które muszę przemyśleć i wiele które zmuszają mnie do zmiany planów.
        Junior aż podskoczył, próbował ukryć podniecenie.
        - Zmiany? tzn. że nie uciekniemy? Nie zostawimy wszystkiego poza nami i nie zaczniemy życia na nowo? Przecież mi obiecałeś szefie.
        - Owszem, przyjacielu. Ale ja sobie samemu obiecałem, że zawsze będę robił tylko to, co będzie dla ciebie najlepsze. Im dłużej nad tym się zastanawiam, tym bardziej uważam... słowa przychodziły mu z trudem
        - Że mam obowiązek, także z twojego powodu, wrócić i oddać się do dyspozycji władz.
        - Ale przecież niczego nie zrobiłeś.
        - Ty o tym wiesz i ja o tym wiem. Pozostali są odmiennego zdania. Tak długo jak to nie zostanie wyjaśnione, jestem zbiegłym przestępcą. Mordercą, który ucieka przed wymiarem sprawiedliwości.
        - Ale przecież niczego nie zrobiłeś, powtarzał chłopiec rozemocjonowany
        - To był wypadek
        - Muszę spróbować to udowodnić. Proces będzie wznowiony i zeznam to co mam do powiedzenia. Wezmę sobie dobrego adwokata.
        Chłopiec wyrwał się gwałtownie z jego ramion.
        - Masz na myśli kolejny proces?
        - Inaczej się nie da. Zrozum. Jeśli dobrowolnie wrócę, mam pewną szansę. Zrobię to także dla ciebie.
        Junior odwrócił się. Jego twarz znieruchomiała.
        - Ale rozdzielą mnie z tobą.
        - Tylko na pewien czas.
        - Na jaki czas? Zniknąłeś przed rozpoczęciem odbywania kary. No i to wydarzenie na terenie ładowni. Sam wiesz, że to może się ciągnąć latami, jego wargi drżały.
        - Najpierw mnie stamtąd wyciągnąłeś, a teraz chcesz pozwolić, żeby nas rozdzielono.
        Ruchy mężczyzny wskazywały, że on także uważał sytuację za beznadziejną
        - Junior
        - I to tylko z powodu twojego honoru. Junior upadł twarzą na trawę i pozostał w bezruchu.
        - Może pewnego dnia mnie zrozumiesz, odezwał się cicho do chłopca.
        - Byłeś już co do tego zdecydowany, kiedy tutaj zawinęliśmy.
        - To nieprawda.
        - Ale teraz jesteś, przynajmniej do tego się przyznaj.
        - Tygodniami nad tym myślałem. Nie wiem, co mógłbym jeszcze powiedzieć.
        Junior odwrócił głowę. Głęboko poniżej było morze, szaroniebieskie, nieskończone. Na horyzoncie nie widać było granicy gdzie zlewało się z niebem.
        - Nie mów nic, już w porządku, odpowiedział
        - Co masz na myśli?
        - Jeśli to dla ciebie takie ważne. Jednocześnie spoglądał na urwiska znajdujące się u wejścia do zatoki.
        - To dla nas ważne
        - Zrozumiałem, odparł chłopiec i po krótkiej przerwie dodał.
        - Jeśli chcesz, możemy teraz zabrać się za fizykę. ...cdn...
        • m.maska BRATERSTWO KRWI (8) 13.05.11, 23:30
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (83)

          Jak zwykle, kiedy wiał południowy wiatr, od strony zatoki docierał krzyk mew. Przeraźliwe, ostre, czasami wabiące tokowanie ptaków w miłosnym locie. Gülnare uparcie ciągnęła za sznur, trawnik znajdujący się w jej zasięgu, już oczyściła. W końcu jej głośne beczenie sprawiło, że Julian podniósł się ze swojego wiklinowego fotela żeby ją odwiązać. Jak rakieta pognała na łąkę, jej kopytka tylko śmigały nad trawą. Z krzewów wyskoczyła przerażona Neela i zawieszona jednym ramieniem na lianie głośno pyskowała w jej kierunku . Julian przemawiał do niej uspokajająco po czym usiadł znowu w fotelu. Z piwnicy dobiegało skrzeczenie Sokratesa prowadzącego wyraźnie konwersację z pracującą tam Sandrą. Junior spał, po wyczerpującym spacerze i lekcji fizyki. Greyhound wyruszył samotnie na spacer. Wyglądało na to, że był dziwnie niespokojny. Chwilami w jego oczach pojawiała się bezradność. Tylko kiedy spoglądał na chłopca, zmieniał się wyraz jego oczu, tak jakby poza tym chłopcem nie było nic, co byłoby dla niego ważne.
          Julian przeglądał swój manuskrypt. Otworzył na stronie z notatkami o roślinach z biotopu. Niespodziewanie dobiegł go odgłos ciężkiego westchnięcia przez sen. Spojrzał w kierunku kapucynki, uspokoiła się, siedziała w żywopłocie i gryzła pestki palmy. Odczekał kilka sekund. Znowu zapadła cisza. Poprawił się w fotelu i powrócił do pracy.
          Junior niespokojnie obracał się we śnie. Okiennice były zamknięte. Przez szczeliny wdzierały się wąskie promienie słoneczne i tworzyły wzór na podłodze, nie rozjaśniając pokoju. Przy ścianie z rozłożonymi ramionami stał ogromny ciemny cień i dmuchał w jego twarz zimne powietrze. Próbował się uchylić, przewrócił się na bok i ukrył buzię w poduszce. Kołdra ważyła tonę i z każdą sekundą stawała się coraz cięższa. Cień zaczął się poruszać i pomału ale nieuchronnie zbliżał się do niego.
          Chłopiec westchnął. Próbował otworzyć oczy, ale powieki były ciężkie jakby z ołowiu.
          Podali mu środek odurzający, jak wtedy, żeby nie uciekł. Ale on to znowu zrobi i będzie robił do skutku. Wentylator umieszczony na suficie obracał się powoli cicho brzęcząc. Podciągnął kołdrę wyżej pod samą brodę.
          Zabrali go ze szkoły, dwóch mężczyzn. Jeden wyglądał jak jastrząb, łysy z haczykowatym nosem. Drugi był młody i gruby, pocił się i wciąż wycierał twarz swoimi tłustymi łapskami. Kiedy Junior wszedł do pokoju dyrektora, dyrektor stał za biurkiem a tych dwóch obok niego, trzymał w ręce jakiś urzędowy dokument.
          - Przykro mi Sondheim, ale ci panowie są z Sądu Opiekuńczego i są upoważnieni żeby cię zabrać.
          Chłopiec spoglądał to na jednego to na drugiego.
          - Najlepiej jeśli nie będziesz robił z tego tragedii, odezwał się jastrząb.
          - Twoje rzeczy zostaną przywiezione z domu. Za kilka dni przyzwyczaisz się.
          Niczego nie rozumiał.
          - Mam z wami iść? Dokąd?
          - Twojemu wujowi odebrano prawo do opieki nad tobą, wyjaśnił dyrektor uspokajająco. Wyczul, że dyrektorowi było przykro z tego powodu.
          - Został prawomocnie skazany. Teraz odpowiedzialność za ciebie przejął urząd opieki nad nieletnimi.
          - A tym urzędem jesteśmy my. Młodszy mężczyzna o tłustej twarzy, próbował się uśmiechnąć.
          Junior zamarł.
          - Przynieś swój tornister, żebyśmy to już mieli za sobą, powiedzial jastrząb.
          Postąpił krok do tyłu patrząc na nich z przerażeniem.
          - Dokąd mam z wami pójść?
          - Do schroniska, w którym jest wiele miłych dzieciaków.
          - A mój wujek? już niemal krzyknął?
          - Wkrótce cię odwiedzi, odpowiedział grubas
          - Poza tym możesz codziennie do niego pisać, wyraźnie próbował być miły. Chłopcu wydawał się ten ton nieszczery, co dodatkowo pogłębiło jego strach.
          - Mój wujek na to nie pozwoli, nigdy. Chcę z nim porozmawiać.
          - On nie ma tu nic do powiedzenia, zrozum to w końcu, ton głosu jastrzębia stał się ostry.
          - To my teraz jesteśmy odpowiedzialni za ciebie. Pospiesz się, mamy też inne sprawy do załatwienia.
          W rozpaczliwym odruchu paniki, obejrzał się na drzwi.
          - Nie pójdę nigdzie, dopóki nie porozmawiam z wujkiem.
          - My tutaj decydujemy a poza tym to dla twojego dobra. Długie pożegnania, pogarszają tylko sytuację.
          Gwałtownie się odwrócił i podbiegł do drzwi, otwarł je i wybiegł. Biegł przez długie korytarze a potem schodami w dół. Obaj urzędnicy natychmiast podjęli pościg. Jastrząb chwycił go, kiedy usiłował otworzyć szkolną bramę. Złapał go za ramię i wykręcił rękę na plecy.
          - Nie w ten sposób chłopaczku. Już, do samochodu...
          Popchnął go przed sobą, przez bramę i wepchnął do parkującego przy krawężniku czarnego samochodu. Także podczas jazdy, przytrzymywał silnym uściskiem ręce Juniora na plecach. Grubas prowadził. Chłopiec zrezygnował z obrony.
          W końcu dojechali na miejsce, do domu za kratami. Kobieta oczekująca na ich przybycie u szczytu schodów w korytarzu, szybko otworzyła drzwi do pokoju.
          - Jest krnąbrny, powiedział jastrząb.
          - Na początek dajcie mu pojedynczy pokój, niech się przyzwyczai.
          Drzwi zostały zamknięte, usłyszał jeszcze zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. Rzucił się na drzwi, szarpał za klamkę, walił pięściami...na próżno.
          - Wujku Oliver, pomóż mi. Zabierz mnie stad...
          Kroki oddaliły się. Jeszcze silniej bębnił pięściami w drzewo.
          - Świnie. Wypuśćcie mnie stąd. Chcę do wujka... wujku Oliver, gdzie jesteś?
          Kroki na korytarzu ucichły. Zsunął się opierając o drzwi, usiadł i już tylko płakał...cdn...
          • m.maska BRATERSTWO KRWI (9) 13.05.11, 23:42
            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

            (84)

            Wentylator monotonnie obracał się i dmuchał mu na twarz chłodne powietrze. Junior poderwał się z posłania na którym leżał. Gdzie był wujek Oliver? Czy nazwał go przez sen jego imieniem? Żadnych imion, tak było umówione. Ciągle jeszcze czuł się jak otumaniony. Greyhound. A ty jesteś po prostu Junior. Inaczej byłoby zbyt niebezpiecznie. Co się wydarzyło? Przebyli długą drogę z Greyhound’em. A może nie, to był tylko sen. Oni go znowu zabrali.
            Tym razem do innego pokoju. Tylko drzwi zostały zamknięte, tak jak wtedy. Pamiętał jak to zrobili: popchnęli go do pokoju i z zewnątrz zaryglowali drzwi. I nikt nie przyszedł żeby go stamtąd zabrać. Gdzie są te drzwi?
            Wyskoczył z łóżka, zaplątał się w kołdrę, potknął się, chwycił się poręczy przy łóżku i gwałtownie się cofnął.
            - Greyhound, gdzie jesteś? Gdzie jesteś?
            Może go zostawił? Chciał wracać, wspominał o tym. Z powodu sumienia a może honoru. Rozpoznał w ciemności drzwi. Dłońmi zaczął w nie bębnić. Nie próbował nawet nacisnąć klamki, dłonie zwinął w pięści i bębnił dalej.
            - Wypuśćcie mnie. Wypuśćcie mnie stąd. Pozwólcie mi iść do niego. Greyhound...
            Tym razem go nie złapią. Trzęsąc się na całym ciele siedział skulony pod drzwiami, rozglądał się w tym ciemnym pokoju szukając drogi ucieczki. W jego oczach była panika.
            - Greyhound. Gdzie jesteś? Gdzie jesteś?
            Zauważył prześwit światła. Podniósł się i zatoczył w stronę okna, popchnął okiennice i wspiął się na parapet.
            - Zabierz mnie z sobą. Nie zostawiaj mnie tutaj. Proszę, tylko nie to...
            Obiema rekami przytrzymywał się okiennej ramy i spoglądał w dół. Przez chwilę jego twarz była wykrzywiona strachem. W końcu odepchnął się i skoczył. Upadł ciężko i leżał jęcząc na żwirowej ścieżce.
            Julian siedzący przy biurku gwałtownie podniósł głowę: teraz mu się już nie zdawało. Rzucił manuskrypt na biurko i poderwał się.
            Odgłos dochodził od strony żwirowej drogi, znajdującej się poniżej pokoju gościnnego. Chłopiec leżał na ziemi i pojękiwał cicho.
            - Junior, na litość boską...
            Julian pochylił się nad nim. Chłopiec dzwoniąc zębami próbował usiąść.
            - Gdzie jest Greyhound?
            - Masz jakieś obrażenia?
            - Gdzie on jest? Odpłynął?
            - Jest na dole, na brzegu.
            - Nie wierzę.
            - Ale dlaczego nie chcesz wierzyć?
            Po twarzy chłopca płynęły łzy. Julian objął go ramieniem.
            - On odszedł. Opuścił mnie.
            - Ależ nie, Junior. Dlaczego miałby to zrobić?
            Próbował z pomocą Juliana stanąć, jednak z cichym jęknięciem znowu usiadł i chwycił się za stopę.
            - Boli cię?
            - Moja kostka.
            Julian ostrożnie zbadał stopę chłopca.
            - Stłuczona i skręcona. Nie sądzę żeby była złamana.
            Sandra wyszła właśnie z domu.
            - Czy coś się stało?
            - Junior skręcił sobie nogę, potrzeba nam ręczników i tabletki.
            Spojrzała w stronę otwartego okna, po czym tylko wzrokiem porozumiała się z ojcem.
            - Zaraz przyniosę.
            Julian wziął chłopca na ręce i zaniósł do domu. ...cdn...
            • m.maska BRATERSTWO KRWI (10) 13.05.11, 23:46
              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

              (85)

              Junior leżał w łóżku. Julian wyjął tabletki z fiolki i podał mu wraz ze szklanką wody.
              - Wszystkie trzy?
              - Tak
              Chłopiec połknął bez protestów i znowu osunął się na poduszkę.
              - Zaraz poczujesz się lepiej. Czujesz jeszcze swoją kostkę?
              - Jest spuchnięta.
              - Tak ci się tylko wydaje, to lekarstwo.
              - Jestem zmęczony, z trudem wymawiał słowa.
              - To jest w porządku
              Julian ujął dłoń chłopca.
              - Chciałbym cię zapytać o parę rzeczy. To nieprawda że jesteście na wyprawie żaglówką?
              Chłopiec z przymknął oczy i pokręcił głową.
              - Chcieliśmy uciec. Tak było umówione. Ale on się nagle inaczej zdecydował. Przypomniał sobie o honorze, a ja jestem mu totalnie obojętny.
              - Przecież wiesz, że to nieprawda.
              - To prawda.
              Odwrócił twarz do ściany.
              - Byliśmy kumplami, partnerami. Mam tylko jego. Braterstwo krwi, na śmierć i życie, przysięgliśmy sobie to. Sam się przekona co się stanie, jeśli złamie dane słowo.
              - Junior...
              - Ja tam nie wrócę. Nigdy. Znowu odwrócił się do Juliana.
              - Jeśli ci poganiacze niewolników znowu mnie złapią, nie przetrzymam tego. Greyhound powinien o tym wiedzieć. A jeśli tego nie wie, to znaczy, że jestem mu całkiem obojętny.
              - Poganiacze niewolników?
              - Wartownicy z urzędu opieki nad nieletnimi. Junior znowu osunął się na poduszkę. Na suficie wentylator miarowo zataczał swoje okręgi.
              - Co zrobili, opowiedz mi.
              - Zabrali mnie ze szkoły.
              - Opowiedz mi o tym, powtórzył Sartori.

              Po trzy stopnie wbiegł Greyhound po schodach. Bez tchu otworzył drzwi.
              - Junior...
              Sartori puścił dłoń chłopca i podniósł się.
              - Sandra mi powiedziała.
              Przyklęknął przy łóżku i wziął chłopca w ramiona.
              - Co ty zrobiłeś?
              Leżał z twarzą zwróconą do ściany. Sartori wstał.
              - Myślał, że pan odpłynął i zostawił go samego.
              - Ależ czegoś takiego... Greyhound puścił chłopca i dokończył zdanie, niemal nieuchwytnie zmienionym głosem.
              -... nigdy bym nie zrobił.
              Junior leżał spoglądając w sufit. Nie odwracając głowy powiedział:
              - Chyba mi odbiło. Przykro mi, szefie.
              - Boli cię?
              Znużenie chłopca z każdą sekundą się pogłębiało.
              - Wszystko w porządku, wyszeptał i zamknął powieki.
              Greyhound okrył go ostrożnie kołdrą i wstał.
              - Podałem mu tabletki uspokajające, odezwał się Sartori.
              - Najlepiej teraz pozwolimy mu spać. Poproszę Sandrę żeby przy nim posiedziała.
              Greyhound spojrzał jeszcze na chłopca zanim opuścił pokój wraz z Sartori...cdn...
              • m.maska BRATERSTWO KRWI (11) 14.05.11, 00:18
                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                (86)

                W bibliotece były ogromne okna, przedzielone cienkimi białymi niemal niewidocznymi listewkami, promienie słoneczne padały ukośnie na dywan. Ponad ogromnym regałem szalało dzikie wino, które Sandra poprzez wewnętrzny otwór przeciągnęła z ogrodu.
                Sartori poprosił by Greyhound usiadł.
                - Chłopiec jest bardzo znerwicowany. Wie pan o tym?
                Greyhound pokręcił głową.
                - Nie sądziłem że tak bardzo. Przestraszyłem się.
                - Udało mu się to przed panem ukrywać, ponieważ cały czas byliście razem. Ale kiedy się obudził i pana nie było, jego strach spotęgował się.

                Po krótkiej przerwie mężczyzna nieznacznie uniósł głowę.
                - Sam już nie wiem co jest właściwe a co nie. W ostatnich dniach wydawało mi się, że widzę już przed sobą drogę, a teraz wszystko obróciło się w tego przeciwieństwo.
                - Junior obawia się, że zechce pan wracać do Niemiec. Ma senne koszmary i nie potrafi sobie z tym poradzić.
                - Dom dziecka
                - Dom dziecka oznacza dla niego rozstanie z panem.
                - Wiem.
                Greyhound wstał i zaczął chodzić po pokoju. Ręce trzymał w kieszeniach, opuścił głowę.
                - Ale ja nie widzę innego wyjścia.
                Zatrzymał się przed Sartori.
                - Mówiono mi, że pan ma duże doświadczenie. Być może dlatego namierzyłem pańską wyspę.
                Sartori oparł się w fotelu i spokojnie mu się przyglądał.
                - Greyhound, będę mógł panu tylko wtedy pomóc jeśli będę wiedział kim pan jest.
                Greyhound skinął głową. Po chwili uniósł wzrok i spoglądał poprzez białe ogrodzenie w gąszcz lian i dzikiego wina. Usiadł w fotelu naprzeciw Juliana.
                - Mamy obaj za sobą bardzo trudny okres. Mój brat i jego żona, rodzice Juniora, mieli wypadek samochodowy, oboje zginęli na miejscu.
                - Jak dawno?
                - Dwa lata. Od tego czasu wspólnie próbujemy sobie z tym poradzić.
                - Dobrze, że chłopiec ma pana.
                - Być może. Tylko, jest parę spraw do uregulowania. W niektórych sprawach myślimy inaczej.
                - Czego on by chciał?
                - Gdzieś w świecie znaleźć miejsce, gdzie będziemy mogli obaj zostać. Początkowo, obiecałem mu to, ale teraz mam wątpliwości. Dziecko przenieść do kraju, którego ja sam nie znam i obaj nie znamy języka.
                - Języka można się nauczyć.
                Nagle dobiegł ich chrypiący odgłos gwizdka. Sartori odwrócił się lekko.
                - To Molly, znam ten odgłos, właśnie mija Sunrise Island od północnej strony.
                - Na jak długo zawija na sąsiednią wyspę?
                - Najczęściej na jedną noc. Nie zabiera wiele ładunku, trochę żywności tylko. Myślę, że jutro przed południem znowu odpłynie.

                Nastąpiła krótka przerwa. Sartori sięgnął po fajkę. Z daleka dobiegł ich ponownie sygnał Molly w tonacji dalekiej zachrypniętej trąbki.
                Greyhound poderwał się gwałtownie z fotela.
                - Jedną chwilę, chce panu coś pokazać.
                Wyszedł do korytarza i po chwili powrócił niosąc skórzany neseser. Usiadł, wyciągnął z kieszeni kluczyk otworzył neseser i podniósł wieko.
                Na górze leżała paczka gazet. Greyhound rzucił je na stół. Pod nimi neseser wypakowany był równo ułożonymi w stosy i opakowanymi w banderole banknotami. Greyhound sięgnął po pierwszą z brzegu gazetę.
                - Tutaj. Czytał tytuły .
                - Magnat finansowy z Hamburga pośrednikiem w dostawie broni na Daleki Wschód – prokurator prowadzi dochodzenie przeciwko Oliverowi Sondheim. To ja.
                - Dostawy broni?
                - To był zaledwie początek, odparł Greyhonud. Te gazety są już niemal sprzed roku. Tutaj meldunki z ostatnich tygodni.
                Dorzucił jeszcze kilka gazet na stół. Tytuły brzmiały: „Rodzinna tragedia w ogromnej firmie w Hamburgu”, „Sondheim: porwanie dziecka i ucieczka po morderstwie”, „Śmiertelne spotkanie między dwoma braćmi”, „Interpol poszukuje mordercy Olivera Sondheim”.
                Sartori wziął jedną z gazet i powoli opuścił. W jego oczach pojawiło się powątpiewanie, spoglądał na mężczyznę z życzliwością.
                - Morderca?
                - Na litość boską, nie, odparł Greyhound.
                - Ale to najpierw muszę udowodnić.
                Na chwilę obaj umilkli. Greyhound siedział pochylony, trzymając głowę w dłoniach. Sartori odłożył gazetę na stos innych leżących na stole.
                - A jaki był początek?
                Mężczyzna podniósł głowę.
                - Ten chyba sięga dalekiej przeszłości. Był jeszcze jeden brat, przyrodni... Mark. Był synem mojego ojca z drugiego małżeństwa. Był narkomanem i ojciec zapisał mu jedynie regularny zachowek w testamencie, żeby nie zachwiać aktywów firmy.
                Greyhound opowiadał rzeczowo i beznamiętnie: jak zostały odkryte skrzynie, o oskarżeniu, o fałszywych danych w systemie komputerowym firmy. Jak zastał Marka w biurze, o kłótni, o pistolecie, który Mark miał przygotowany i o jego upadku do betonowego basenu. Kiedy skończył, Sartori siedział oparty w fotelu, dłonią wciąż otulał cybuch fajki.
                - Teraz pan wie kim jestem. Uciekinier. Człowiek zmęczony ucieczką.

                Na zewnątrz słońce przesunęło się i oświetlało teraz już wierzchołki palm. Cienie na dywanie straciły ostre kontury. Na moment za oknem ukazała się mała twarzyczka, wykrzywiła się i ponownie zniknęła w gąszczu winorośli. Sartori zapalił fajkę i zaciągnął się.
                - Co pan planuje?
                - A jaki mam wybór?
                - Są kraje, które pana przyjmą
                - Takiego planu trzyma się Junior.
                Greyhound wstał i przeszedł kilka kroków.
                - Sam nie wiem, co powinienem zrobić.
                - Niech pan się jeszcze zastanowi przez tę noc. Może do jutra znajdzie pan odpowiedź. Jeśli nie, spróbujemy razem.
                W korytarzu dały się słyszeć kroki. Sandra wyszła właśnie z piwnicy, najwyraźniej w towarzystwie Sokratesa, którego skrzekliwą konwersację słychać było przez drzwi biblioteki. Słońce zachodziło już coraz szybciej. Zerwał się wiatr od morza i poruszał zwisające gałęzie nad zakratowanymi oknami. Greyhonud zaskoczony podniósł głowę.
                -Pan i ja?
                -Tak, odparł Sartori
                -Pan i ja...cdn...
                • m.maska BRATERSTWO KRWI (12) 17.05.11, 03:43
                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                  (87)

                  Morze iskrzyło czerwonawym światłem wschodzącego słońca.
                  Sartori wyszedł na taras, kilkaset metrów od domu zauważył sylwetkę stojącego bez ruchu z rękami w kieszeniach mężczyzny. Spoglądał na morze, jakby stał tam już bardzo długo. Urwiska przy ujściu rzeki połyskiwały barwą wschodzącego dnia. Nad zatoką przeleciało stado krzyczących mew. Mężczyzna odwrócił się i powoli ruszył w stronę domu. Sartori spoglądał na niego. Kiedy zbliżył się do domu skłonił głowę w pozdrowieniu, Sartori pomachał mu ręką w odpowiedzi.
                  - Już w drodze?
                  - Wcześnie się obudziłem, odparł Greyhound.
                  - I co przyniosła panu ta noc? Znalazł pan odpowiedź?
                  - Myślę, że tak.
                  Greyhound wszedł na taras i zatrzymał się przy kamiennej balustradzie, wsparł się dłońmi i spoglądał na Sartori.
                  - Pańska córka powiedziała mi, że macie tutaj radiotelefon. Chciałem pana poprosić o powiadomienie policji.
                  - Chce się pan oddać w ręce organów ścigania?
                  Skinął głową.
                  - Moglibyśmy to zaraz zrobić?
                  - Jeśli pan tak zdecydował.
                  Sartori zszedł po schodach i ruszył w kierunku widocznych obok wejścia do domu, małych drzwi.
                  - Czy Junior o tym wie?
                  - Nie. Musze mu to powiedzieć.
                  Odwrócił się do Sartori.
                  - Niech mi pan wierzy: wszystko bym zrobił, gdybym wiedział, że to będzie właściwe.
                  Sartori otworzył drzwiczki: w kamiennej niszy w głębi znajdował się telefon na korbę. Chciał właśnie unieść słuchawkę, ale opuścił rękę.
                  - Mam dla pana propozycje. Przejdźmy się kawałek.
                  - Dokąd?
                  - Wzdłuż laguny, niedaleko, wgłąb dżungli. Jest tam wodospad, który jest czymś szczególnym, unikalnym...
                  - A jeśli Junior się obudzi?
                  - Sandra jest w domu.

                  https://i56.tinypic.com/11t33hk.jpg

                  - Ma pan racje, odezwał się Greyhound.
                  - Jest doprawdy niesamowity.
                  Z brzegu wodospadu eksplodowały w górę pojedyncze krople. Przejrzyste kaskady spadały z szumem w dół.
                  - Możliwe, że pomoże znaleźć rozwiązanie pańskiego problemu.
                  - W jaki sposób?
                  - Proszę postawić sobie pytanie, które leży panu na sercu. Niech pan spróbuje przejść przez welon wody. Być może tam znajdzie pan odpowiedź.
                  - Czy to jest ta tajemnica wyspy?
                  - Chyba tak. Proszę się skoncentrować. Proszę postawić pytanie.
                  Sartori stał tuż za nim.
                  - Niech pan spróbuje znaleźć odpowiedź. Pański sen, oczekuje na pana.

                  Greyhound przymknął powieki. Zewsząd słyszał szum wody, wreszcie huk spadających strumieni. Jakby wznosiła się wyżej i wyżej i wciągała go ze sobą. Próbował się bronić i nagle poczuł, że przeszedł przez mur. Ciemność zaczęła się rozjaśniać. Dziwne, znowu ujrzał telefon. Drzwiczki były otwarte. Sartori zapomniał je zamknąć, kiedy ruszyli w drogę do wodospadu. Junior stał przed kamienną niszą i wlepiał wzrok w telefon.
                  - On to zrobił, wezwał ich.
                  Jego wargi niemal się nie poruszały. Przy balustradzie stała Sandra spoglądając przez lornetkę na morze. Widać było wodolot szybko poruszający się w kierunku wyspy. Opuściła lornetkę.
                  - Już są, Junior.
                  Chłopiec nie odpowiedział.
                  - Biegnij na spotkanie wujka, może jeszcze uda wam się uciec.
                  - Jest za późno. A poza tym, on tak chciał.
                  Greyhound i Sartori weszli na taras. Junior spoglądał na wujka. Skrzyżował ręce na plecach. Głos mu drżał kiedy się odezwał.
                  - Już są w drodze, partner. Policja, którą wezwałeś.
                  - Junior, gdybym widział jakiekolwiek inne rozwiązanie.
                  Z daleka dały się słyszeć trzy przeciągłe skrzeczące klaksony. Sartori podniósł głowę.
                  - Jest, jest jeszcze jedna możliwość.
                  Greyhound przez mgnienie oka zwlekał, ale po chwili potrząsnął przecząco głową.
                  - To byłoby bez sensu. Lepiej niech będzie tak.
                  Junior spoglądał na niego skonsternowany.
                  - Lepiej? Mówisz, że tak będzie lepiej?
                  Odsunął się o krok od niego.
                  - Musisz zrozumieć, Junior. Pewnego dnia przyznasz mi rację.
                  - Pewnego dnia? krzyknął chłopiec.
                  W jego oczach zabłysły łzy.
                  - A kiedy to będzie, tego pewnego dnia? Sam wiesz co się teraz stanie.
                  - Junior, musimy przez to przejść, jego głos był zachrypnięty.
                  - Ty i ja także.
                  Junior znowu cofnął się o krok. Jego twarz wyrażała skupienie. Słowa które wypowiadał brzmiały wrogo.
                  - Dobrze, tego chciałeś, Greyhound. Teraz będziesz miał wszystko: swój honor, firmę i swoje uczciwe nazwisko. Tylko mnie już miał nie będziesz, ale to jest tobie obojętne.
                  - Sam wiesz, że to nie prawda, Greyhound przyklęknął przed nim.
                  - Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie. ...cdn...
                  • m.maska [...] 17.05.11, 03:49
                    Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
                  • m.maska BRATERSTWO KRWI (13) 17.05.11, 03:52
                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                    (88)

                    Do domu, idąc po łące, zbliżało się dwóch policjantów. Greyhound kiedy ich zobaczył, opuścił ręce, wstał i włożył dłonie do kieszeni. Policjanci zbliżyli się do nich i zatrzymali w pewnej odległości.
                    - Dzień dobry. Szukamy właściciela jachtu zakotwiczonego w zatoce, odezwał się jeden z nich.
                    - To ja.
                    Drugi z nich wyciągnął z kieszeni pismo wystawione przez urząd śledczy.
                    - Oliver Sondheim, obywatel niemiecki, poszukiwany od czterech miesięcy międzynarodowym listem gończym.
                    - Miałem zamiar się zgłosić. Panowie mnie uprzedzili.
                    - Jest pan aresztowany. Czy mamy odczytać przysługujące panu prawa?
                    - Nie ma takiej potrzeby.
                    Na znak kolegi, drugi z policjantów wyciągnął z kieszeni kajdanki.
                    - Ależ to nie jest potrzebne, odezwał się Sartori.
                    - Chciał się sam zgłosić. Mogę to poświadczyć.
                    - Przykro mi, że pan musi brać w tym udział, zwrócił się do Sartori, jednocześnie zatrzasnąwszy na przegubie Sondheima kajdanki.
                    - Ale ten mężczyzna jest niebezpieczny. Nielegalny handel bronią, uprowadzenie dziecka, morderstwo. Oczekuje go minimum dwadzieścia lat.
                    Drugi z mężczyzn chwycił rękę chłopca.
                    - Najlepiej jak nie będziesz urządzał tutaj żadnych cyrków i tak nic ci nie pomoże.
                    Wszyscy ruszyli w stronę nabrzeża. Junior pozwolił się bezwolnie prowadzić. Sartori i Sandra szli za nimi.
                    Wodolot zarzucił kotwicę między rafami. Niebiesko-czerwona policyjna flaga owinęła się na wietrze wokół masztu. Policjant mający na przegubie kajdanki na których prowadził Sondheima, przyspieszył kroku. Kiedy już zbliżali się do nabrzeża, Junior wyrwał się prowadzącemu go policjantowi. Błyskawicznie wskoczył między krzaki znajdujące się na obrzeżu łąki i skulony przebiegł w stronę urwiska.
                    - Junior... krzyknął Greyhound.
                    Sandra biegła za chłopcem. Greyhound nie mógł się uwolnić, policjant powstrzymywał go obiema rękami, drugi z nich przyszedł mu z pomocą. Trwało to kilka długich sekund zanim zdołał się wreszcie uwolnić. Odległość do krzewów pokonał kilkoma krokami, przedarł się przez nie i biegł w stronę wody. Przy stromej ścianie rafy stała Sandra, pochylona, jakby nie miała siły się wyprostować. Kiedy ponownie spojrzał i on stanął wstrząśnięty: ujrzał tylko małe ciało leżące bez życia w dole na kamieniach.
                    - Junior...
                    Szeptał tylko, nie poruszając wargami. Sartori i obaj policjanci zbliżyli się do nich.
                    Greyhound szybko zbiegł w dół i uklęknął przy dziecku
                    - Mój chłopiec
                    Podniósł go nieco i położył głowę Juniora na swojej piersi. Twarz chłopca była blada, oczy zamknięte. Z blond włosów po skroni i szyi płynęła stróżka krwi, tworzyła plamę na jasnym pulowerze.
                    - Mój chłopiec – mój partner.
                    Pogładził jasne włosy. Jego słowa były ledwie słyszalne, kiedy pochylił głowę nad bladym czołem chłopca.
                    - Wybacz mi. Powinienem wiedzieć, że musimy być zawsze razem.
                    Wszyscy stali bez ruchu. Twarz Greyhounda zgasła. Podniósł się i ruszył kamienistym brzegiem powoli w kierunku policyjnej łodzi niosąc chłopca w ramionach.
                    Motor wodolotu zawył głucho. Brzmiał jak szum wody. Czuł jakby ktoś zdjął z jego ramion ciężar. Junior. Gdzie był Junior? Zeskoczył przecież, spadł. Podniósł jego ciało. Nagle jego ramiona były puste. Poruszał dłońmi, próbował otworzyć oczy. Szum stal się głośniejszy. Gdzie była policyjna łódź? Jego powieki był ciężkie jak z ołowiu. Gdzie był chłopiec? Ktoś stał obok niego, wysoki, wyprostowany: mężczyzna nazywany Sartori. Otworzył oczy, z oporem powracała przytomność. Nagle wszystko sobie przypomniał: drogę w stronę brzegu, Juniora, policyjną łódź, urwisko. Wstrząsnął się.
                    - Junior!
                    Sartori przyglądał mu się spokojnie, nieco badawczo.
                    - Mój Boże, odezwał się Greyhound
                    - Co się wydarzyło?
                    - Nic. Nic się nie wydarzyło. Pan przeżył sen.
                    - Sen? Greyhound powstał.
                    W ramionach wciąż czuł ciężar, który uprzednio dźwigały.
                    - Ale to nie był sen. Byłem na wyspie, tutaj u pana.
                    - U mnie? Sartori wydawał się teraz być zaalarmowany.
                    - Mówi pan, że był pan na wyspie?
                    Przytaknął. Przetarł dłonią oczy i czoło.
                    - Tak. I Junior zauważył zbliżający się policyjny wodolot. Myślał, że go zdradziłem. On... zająknął się
                    - O mój Boże, myślał, że przyjechali żeby mnie zabrać i że będziemy musieli się rozstać.
                    - Ale przecież tego pan chciał
                    - Tak! W jego słowach zabrzmiał krzyk rozpaczy
                    - Tego chciałem! Ale nie za taką cenę...
                    - Jaką cenę?
                    - Życie mojego chłopca.
                    Te słowa na dobre zaniepokoiły Sartori. Chwycił za rękę Greyhounda.
                    - Szybko!
                    Zaczęli biec w stronę domu...cdn...
                    • m.maska BRATERSTWO KRWI (14) 17.05.11, 03:57
                      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                      (89)

                      Radiotelefon dzwonił. Sandra podniosła słuchawkę i pokręciła korbką. Junior z zawiniętą kostką stał tuż przy niej.
                      - Tutaj policja, usłyszała w słuchawce
                      - Właśnie płyniemy w kierunku waszej wyspy i prosimy o wskazówki jak dotrzeć na rafę.
                      Sandra opuściła słuchawkę.
                      - Junior, policja tu płynie.
                      Na twarzy chłopca pojawiła się panika.
                      - Musimy powiadomić ojca. Odłożyła słuchawkę.
                      - Biegnij im naprzeciw.
                      Przez lornetkę obserwowała morze. Wodolot zbliżał się szybko. Junior ledwie dotarł do brzegu laguny, tam spotkał obu mężczyzn. Zatrzymał się niemal bez tchu i chwycił wuja za rękę.
                      - Płyną po ciebie. Uciekajmy. Szybko Greyhound.
                      Biegli razem przez łąkę w stronę domu. Sandra oczekiwała ich na skraju tarasu.
                      - Pytali jak dotrzeć na rafę, ojcze. Co mamy robić?
                      Radiotelefon dzwonił. Junior mocniej uchwycił dłoń Greyhounda.
                      Sandra uczyniła ruch w kierunku telefonu
                      - Nie odbieraj!
                      Nie dotrze pan już do swojego jachtu, bo wpadnie pan w ich zasadzkę. Twarz chłopca zmieniła barwę była teraz kredowobiała.
                      - Co możemy zrobić?
                      Telefon dzwonił nieprzerwanie. Greyhound spoglądał na morze. W jego oczach widać było twarde zdecydowanie, jego usta drżały.
                      - Greyhound, odezwał się znowu Junior.
                      W tym momencie usłyszeli trzy skrzeczące sygnały klaksonu.
                      - Być może jest jednak pewna możliwość, odezwał się Sartori.
                      Greyhound objął ramiona Juniora.
                      - Jaka?
                      - Molly odpływa. Słyszał pan jej sygnał? Będzie mijać wyspę od północnego nabrzeża... Junior z nadzieją spojrzał na wuja.
                      - Greyhound....
                      - Ma pan kontakt?
                      - Spróbuję, odpowiedział Sartori.
                      - Chodźcie.
                      Podbiegł do radiotelefonu, podniósł słuchawkę, pokręcił korbą.
                      Yankee Tanga November Delta... słyszycie mnie? Wołam Molly MS Molly. Uwaga.
                      Yankee Tanga November Delta... z aparatu wydobywał się niewyraźny głos.
                      Yankee Tanga November Delta... Molly speaking. Who is there?
                      - Tutaj Sunrise Island, odpowiedział Sartori.
                      - Quanta Sigma Tau. Już odbiliście?
                      - Przed pięcioma minutami, Sir, odpowiedział głos.
                      - Bierzemy kurs na Mar del Plata
                      - Połączcie mnie z kapitanem, tak szybko jak to możliwe
                      - Aye, aye, Sir.
                      Junior stał oparty o mur, widać było że nadal odczuwał ból w kostce. Spoglądał raz na Sartori raz na wuja. Z dala widać było zbliżający się wodolot sterujący w kierunku urwiska.
                      Sartori odwiesił słuchawkę.
                      - Kapitan weźmie was na pokład w zatoce.
                      Zwrócił się do Sandry.
                      - Pokaż im drogę. Ma nam dać sygnał, kiedy znajdziecie się na pokładzie.
                      Sandra spojrzała na ojca, ujrzała w jego oczach coś czego nigdy do tej pory nie zauważyła.
                      - Tak, ojcze.
                      - Tamtędy, wskazał na drogę Sartori
                      - To nie jest więcej niż pięćset metrów.
                      - Chodź Junior.
                      Junior próbował podskakiwać. Greyhound chwycił go w ramiona i podał mu dłoń. Chłopiec spojrzał na niego poważnie:
                      - Nie będziesz tego żałował, szefie?
                      - Na pewno nie, nigdy.
                      Stał przed Sartori, włosy spadały mu na czoło. Szukał odpowiednich słów...
                      - Dziękuję panu
                      - Pospieszcie się, popędzał ich Sartori.
                      Sandra wybiegła z domu trzymając w ręce neseser i wcisnęła go w dłoń Greyhounda.
                      - Będzie panu potrzebny. A teraz biegiem.
                      Greyhound i Junior zniknęli w kierunku wskazanym przez Sartori. Sandra odwróciła się jeszcze do ojca:
                      - Jak powstrzymasz policję?
                      - Pozostaw to mnie.
                      Wymienili tylko jedno spojrzenie i prawie się roześmiali. Telefon dzwonił.
                      Sartori podniósł słuchawkę. Spojrzał na morze w kierunku wodolotu, właśnie kierował się w stronę urwiska.
                      - Quanta Sigma Tau, o co chodzi?
                      Głos w słuchawce huknął mu wprost do ucha.
                      - Patrol wodny z Hilco, Sir. Prosimy o pozwolenie na przybicie do nabrzeża wyspy.
                      - Oczywiście, że macie pozwolenie, odpowiedział Sartori. ...cdn...
                      • m.maska BRATERSTWO KRWI (15) 17.05.11, 04:04
                        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                        (90)

                        - Dobicie do nabrzeża jest nieco trudne, Sir. Czy nie mógłby nas pan naprowadzić?
                        - To żaden problem, odparł Sartori przyjaźnie i z nieukrywanym zadowoleniem.
                        - Gdzie się znajdujecie? Wziął lornetkę
                        - Przed stromo opadającą ścianą skalną, odpowiedział mężczyzna
                        - To jest północnopółnocnywschód od lewej burty, jakiś rodzaj rafy koralowej, od prawej burty jest wąski przesmyk, którego końca nie widać.
                        - Wspaniale, Sartori był wyraźnie ubawiony.
                        - To już wiem. W takim razie płyńcie 20 stopni na lewą burtę a potem z pełną prędkością około osiemdziesiąt na prawą. Ścianę pozostawcie po lewej burcie. Jasne?
                        - Jasne, Sir, zaskrzeczało w słuchawce.
                        Julian obserwował te manewry przez lornetkę. Po kilku sekundach zapytał:
                        - I jak?
                        - Sir, my płyniemy dokładnie na rafę koralową.
                        - Wykonaliście w takim razie coś błędnie. Spróbujcie jeszcze raz. Osiemdziesiąt stopni na lewą burtę i przy pełnej prędkości przez przesmyk.
                        - Sir, głos w słuchawce utracił nieco z pewności siebie, brzmiał jakby się trochę wahał.
                        - Czy nie mówił pan początkowo dwadzieścia stopni na lewą burtę?
                        - Niemożliwe, widzę was przez lornetkę.
                        Ponownie podniósł lornetkę do oczu.
                        - No więc jeszcze raz, dwadzieścia stopni na lewą burtę...
                        W tym momencie dobiegł go, z drugiej strony wyspy, skrzeczący sygnał Molly. Opuścił lornetkę, w jego oczach na krótko pojawił się błysk zadowolenia.
                        - Sir... w glosie dochodzącym ze słuchawki brzmiała już cicha rozpacz.
                        - Jest pan tam jeszcze?
                        - Oczywiście, odezwał się Julian.
                        - Mam pomysł. Obróćcie się o sto osiemdziesiąt stopni, pozostawcie ścianę skalną z tyłu i płyńcie do przodu, a potem sterujcie prosto na lagunę.
                        - Dziękuję, Sir.
                        Nadal obserwował jak łódź obracała się w kotle pomiędzy skałami, żeby móc znowu ustawić się do wyjścia. Molly ponownie dała sygnał: trzy krótkie chrapliwe tony. Brzmiały jak zawołanie morskiej mewy, wznoszącej się wraz ze swoją zdobyczą w powietrze. Sartori przeszedł kilka kroków po tarasie, odłożył lornetkę na stół i usiadł w wiklinowym fotelu. Spoglądał na policjantów biegnących w górę polną drogą.
                        Obaj byli niemal bez tchu. Starszy z nich zdjął czapkę:
                        - Dzień dobry, Sir. Drugi także zdjął czapkę...
                        - To było dosyć trudne dopłynięcie.
                        - Ale świetnie sobie poradziliście.
                        - Przepraszamy za najście. Jesteśmy z Interpolu, zostaliśmy poproszeni o pomoc w poszukiwaniu uciekiniera. Nie zauważył pan niczego podejrzanego?
                        Julian wstał. W tej samej chwili powróciła właśnie Sandra, zwolniła krok, kiedy ujrzała policjantów. Zwrócił się do córki:
                        - Sandra? Spotkałaś może kogoś?
                        Pokręciła przecząco głową.
                        - Jestem pewne, że poza nami, nie ma nikogo na wyspie, powiedziała zgodnie z prawdą.
                        Skwitował tę zaszyfrowaną odpowiedź niezauważalnym uśmiechem.
                        - Sam też jestem o tym przekonany. Ale możecie się rozejrzeć.
                        - Dziękujemy, Sir.
                        Policjanci założyli czapki i porozumieli się kilkoma szybkimi słowami.
                        - Ty idź tam, ja pójdę w tę stronę.
                        Pozdrowili jeszcze szybko Juliana i Sandrę i oddalili się w przeciwnych kierunkach. Julian i Sandra spoglądali za nimi.
                        - Nie sądzisz, odezwał się do córki
                        - Że to będzie spory wysiłek w taki upał przeszukiwać całą wyspę?
                        Spodziewał się, że Sandra się roześmieje i był zaskoczony kiedy zauważył, jej dziwnie błyszczące oczy...
                        - Hej, Sandra...
                        Rzuciła mu się w ramiona i na chwilę w nich znieruchomiała.
                        - Jesteś zdenerwowana?
                        - Owszem. Do ostatniej chwili nie było pewne, czy to się uda.
                        Odsunął ją delikatnie od siebie i spojrzał jej prosto w oczy.
                        - Czy wiesz, że my po prostu złamaliśmy prawo? Na to jest nawet paragraf.
                        Przytaknęła, miała przy tym śmieszny grymas na twarzy, a w chwile potem z udanym już wyrzutem sumienia dodała:
                        - Pomoc w ucieczce
                        - Dokładnie tak
                        - Przedtem, kiedy ci dwaj odchodzili, o czym myślałeś?
                        Zastanowił się przez chwilę.
                        - O tym, że Lillemor zgodziłaby się z nami.
                        Przytaknęła tak, jakby tej właśnie odpowiedzi oczekiwała.
                        - Ojcze...
                        - Tak?
                        Śmiała się, w jej oczach lśniły łzy, kiedy na niego znowu spojrzała.
                        - Dziękuję ci za to, że jesteś taki, jaki jesteś.
                        Poczuli lekki wiatr, który nieznacznie poruszył na balustradzie pędy dzikiego wina. Nadleciał delikatnym powiewem nad wyspę i przyniósł pożegnalne pozdrowienie od Molly, znajdującej się daleko na morzu...cdn...
    • dzikus0099 Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 13.05.11, 23:28
      przeczytalem pobierznie-nawet niezle.......
    • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (1) 22.05.11, 01:18
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (91)

      Był typowy, w Monachium, jesienny dzień, przyjemny ale już dotkliwie chłodny. Na rozpromienionym niebie, kilka małych chmurek zawieszonych jak białe plamy w przestrzeni.
      W ogrodzie, wysoki około czterdziestoletni mężczyzna w jeansach, okularach, trochę rozczochrany, zgarniał suche liście. Sympatyczna blondynka w plisowanej spódnicy grabiła je przed sobą.
      - Profesor Pitt Reimers? zapytał listonosz, oparł rower o mur i zaglądał przez płot do ogrodu.
      - Tak, mężczyzna poprawił okulary, które podczas pracy zsunęły mu się na czubek nosa.
      - O co chodzi?
      - List polecony, gdyby pan zechciał tutaj pokwitować.
      - Mogłaby to zrobić moja żona? podniósł ręce pokazując potężne rękawice
      - Elke, mogłabyś?
      Kobieta podpisała, listonosz założył czapkę i wskoczył na rower.
      - Co to takiego? Pokaż, zwrócił się do żony. Otrzepał rękawice, posypały się małe bryłki ziemi. Elke obracała list w rękach.
      - Od adwokata.
      - Otwórz. Najlepiej chodźmy do domu.
      Idąc z trudem ściągnął rękawice i rzucił je na drewnianą ławę znajdującą się przed wejściem do domu.
      Elke wyjęła list z koperty. Przez szerokie okno, urządzonego wygodnie, nieco rustykalnie salonu, wpadał blask popołudniowego słońca.
      - Mógłbym zobaczyć? wyciągnął dwie kartki z koperty i zaczął czytać.
      Szanowny profesorze Reimers,
      Kieruje ten list do pana i pańskiej małżonki. Zobowiązałem się do przekazania panu załączonego listu dopiero po śmierci mojej klientki...
      Zająknął się. Wziął drugą kartkę. Był to odręcznie napisany list. Spojrzał na podpis i zaskoczony uniósł brwi.
      - Karin. Karin Hendriks. Przypominasz sobie?
      - Karin, naturalnie, odpowiedziała Elke.
      Karin była wielką miłością Pitta, nim oboje się poznali. Karin studiowała z Elke historię sztuki, przez dwa semestry. Nie miały ze sobą kontaktu od dwudziestu lat.
      - Co z nią? spytała
      - To dziwne, to jej pismo. Ale...przyjrzał się obu kartkom, przeleciał wzrokiem odręcznie napisany list. Po kilku linijkach spojrzał na żonę
      - Elke, Karin nie żyje.
      - Nie żyje? była wyraźnie poruszona
      - O mój Boże, to straszne. Ale mówiłeś, że to jej pismo...
      - Bo to jej pismo, ale spójrz na datę; napisała go przed ponad rokiem.
      Jeszcze raz przebiegł wzrokiem list adwokata.
      - Zmarła przed dwoma dniami, przyczyną była ostra niewydolność serca. W prywatnej klinice w Grünewald.
      - Nie wiedziałem, że znowu była w Niemczech. Wtedy wyjechała do Holandii, dodał po krótkiej przerwie.
      - Mógłbyś przeczytać, co pisze?
      Pitt zaczął jeszcze raz czytać od początku, najpierw z ociąganiem a po chwili już płynnie.
      Droga Elke, Drogi Pitt,
      kiedy będziecie czytać ten list będzie to znaczyło że oglądam już rzodkiewki od dołu – albo Was z góry, kto to wie. Ponieważ wiem, że jesteście od lat szczęśliwym małżeństwem, zwracam się do Was obojga.
      Przed laty opuściłam pośpiesznie kraj i nikt nie wiedział dlaczego. Powodem był fakt, że oczekiwałam dziecka i...
      Pitt przerwał na chwilę i opuścił kartkę.
      - Dziecka? Ona spodziewała się dziecka, wtedy? Pitt, to może oznaczać, że...Elke przerwała
      - Myślisz...? oboje byli nagle podnieceni
      - I nigdy ci nic nie powiedziała?
      Jakby w odpowiedzi, zaczął czytać dalej
      ...i nikomu nic nie mówiłam, ponieważ znalazłam się w sytuacji niezwykłej. Podczas gdy Ty Pitt, byłeś na praktyce na Cape Kennedy, poznałam innego mężczyznę. Nazywa się Jürgen Flemming, jest malarzem i mieszka obecnie w Dortmundzie. On tą samą drogą otrzyma taki sam list.
      Pitt opuścił dłoń w której trzymał list.
      - Jürgen Flemming? W Dortmundzie? Taki sam list? – mamy książkę telefoniczną Dortmundu?
      - Przeczytaj najpierw ten list do końca, odezwała się zniecierpliwiona Elke...cdn...
      • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (2) 22.05.11, 01:25
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (92)

        W atelier panował zwykły chaos: sztalugi, farby, garnczki, pędzle, filiżanki po kawie, talerze, obrazy. Za oknem w ciepłym jesiennym świetle połyskiwały dachy Dortmundu. Jürgen robiąc gwałtowny ruch przewrócił pojemnik z kremową bielą, oleista ciecz rozpływała się kleiście, powoli po dywanie. Nie zauważył tego. Stał pośrodku tego bałaganu i czytał list, który został mu dostarczony przed paroma minutami.
        „...nie czułam się wtedy na siłach, by podjąć jakąś decyzję. Jedyne czego byłam pewna, to to że chciałam mieć to dziecko. Dlatego podjęłam pracę w Rotterdamie i potem, kiedy moja córka Miriam przyszła na świat...” – przerwał na chwilę, głęboko odetchnął i wykonał niezbyt elegancki podskok.
        - Mam córkę. Miriam! Mam... ile lat może teraz mieć? Hej powstrzymaj się Jürgen, spokojnie, zmitygował się...
        Rzucił się do swojego mocno nadwątlonego barku. Nie odkładając na bok listu, nalał sobie kieliszek Whisky. Wypił potężny łyk i zaczął liczyć na palcach.
        - czternaście – piętnaście – minimum. Piętnaście, albo szesnaście. Ale numer..to jest to...
        Czytał dalej, trzymając w jednej dłoni list, w drugiej kieliszek.
        „...nikogo nie powiadamiałam a także potem, nigdy z Miriam o tym nie rozmawiałam. Tak więc do dnia dzisiejszego nie wie ona kim jest jej ojciec. Miałam zamiar powiedzieć jej o tym w dniu jej osiemnastych urodzin, ponieważ jednak lekarze nie dają mi tyle czasu, zdecydowałam, że muszę się do Was z tym zwrócić. Ona nie ma nikogo na świecie, a ja znam Was dostatecznie dobrze, by wiedzieć że nie pozostawicie jej samej sobie...”
        Jürgen pomachał listem w powietrzu.
        - Pozostawić samą sobie! Moją córkę!
        Czytał dalej:
        „nie potrafię powiedzieć, który z Was dwóch, naprawdę jest ojcem Miriam. Dlatego proszę Was, ta prośba jest moim testamentem: pozwólcie Miriam by poznała tę historię dopiero w dniu jej osiemnastych urodzin. Tak planowałam, by wcześniej nie stawiać jej w tej trudnej sytuacji. Tak więc proszę Was z całego serca, spełnijcie moje życzenie. Mój adwokat który przesłał Wam ten list, zajmie się stroną prawną.”
        Jeszcze raz przeleciał wzrokiem początek listu.
        - Jak się nazywa ten drugi typ? Pitt Reimers, fizyk. Muszę mieć gdzieś książkę telefoniczną Monachium...
        Chciał zrobić krok, wtedy dopiero zauważył, że stoi unieruchomiony: kremowa biel rozlała się na jego tenisówki i zastygła w twardą masę. Pochylił się klnąc cicho pod nosem, by odwiązać zaklejoną sznurówkę.

        - Ale Elke...odezwał się Pitt zaskoczony.
        W jej oczach pojawiły się łzy, miała zarumienione z podniecenia policzki.
        - Pitt, przez te wszystkie lata, moim największym zmartwieniem było to, że nie mogłam ci dać dziecka. Gdybyś teraz miał córkę... ten narożny pokój i tak przez wszystkie te lata był pusty.
        - Chwileczkę, przerwał jej
        - Za bardzo się spieszysz. Przecież jest jeszcze ten drugi, malarz z Dortmundu...
        - Ona jest stuprocentowo twoją córką. Ja to czuję. Właśnie wczoraj myślałam o tym, że taki mężczyzna jak ty nie ma dzieci, to błąd natury.
        Przytulił ją.
        - Znowu przesadzasz.
        - Właśnie, że nie. Myślę dokładnie tak, jak mówię. Pitt, co teraz zrobimy? Zadzwonimy do twojej córki, czy po prostu tam pojedziemy?
        - Powoli Elke, musimy to najpierw przemyśleć.
        Spojrzał ponownie na list, który nadal trzymał w dłoni.
        - Pogrzeb Karin, odbędzie się pojutrze. Myślę, że to będzie najlepszy moment.
        W tej samej chwili zadzwonił telefon. Pitt podał Elke list i podniósł słuchawkę.
        - Hallo, odezwał się po drugiej stronie przyjazny nieco podniecony głos. Czy przy telefonie profesor Pitt Reimers? tutaj Jürgen Flemming z Dortmundu.

        Gwar, przytłumione światło, głos znanego piosenkarza rockowego wyjący wprost z szafy grającej. Pitt zdezorientowany zatrzymał się w drzwiach. Ten lokal wybrał facet z Dortmundu. Widać dobrze się orientował.
        - Przyjadę natychmiast. Mamy całą masę spraw do omówienia, powiedział.
        Wzrokiem omiótł salę: przez unoszącą się w powietrzu chmurę papierosowego dymu zauważył rozrzuconą w artystycznym nieładzie czuprynę i iskrzący wzrok. Facet był w jego wieku, tak około czterdziestki. Oczywiście, jakże mogło być inaczej? Rozpięty kołnierzyk, kolorowa chustka pod szyją, na piersi huśtało się kilka barwnych amuletów.
        - Jürgen Flemming? Mężczyzna podniósł się i podał mu dłoń.
        - Niech pan siada Pitt. Ale to historia, czyż nie? Cognac czy Whisky?
        - Whisky
        Jürgen zawołał mijającego ich właśnie w pośpiechu kelnera.
        - To rzeczywiście historia, spokojnie można tak to nazwać, przyznał sadowiąc się naprzeciw Jürgena.
        Przyglądali się sobie i nagle zaczęli się śmiać. Pitt wyciągnął chusteczkę i przecierał okulary.
        - Myślałem, że pan był wtedy powodem dla którego tak nagle Karin skończyła ze mną.
        - Podobnie myślałem o panu, przyznał Jürgen.
        - A to była jej córka.
        - Nasza córka.
        Kelner postawił przed nim dwa kieliszki.
        - Za naszą córkę,
        - Za naszą córkę.
        - A co na to pańska żona?
        - Cieszy się. Z trudem powstrzymałem ją, chciała natychmiast zacząć meblować pokój dziecięcy.
        Obaj się roześmiali.
        - A pan? Nigdy się pan nie ożenił?
        - Dwa razy i o dwa razy za dużo. Potrzebuję powietrza. A przede wszystkim myślę o wyprowadzeniu się do innego miasta. Dortmund to nie jest odpowiednie miejsce dla malarza.
        - Tak – gdybyśmy obaj byli w jednym mieście, to bardzo ułatwiłoby sytuację, jeśli chodzi o naszą córkę.
        - No właśnie. Pomyślałem o małym pensjonacie na początek.
        - Niech pan posłucha, od lat noszę się z zamiarem rozbudowania strychu. Brakowało mi jedynie powodu. Tak myślę...jeśli chciałby pan obejrzeć...
        Jürgen podniósł głowę, uśmiech zakwitł na jego twarzy.
        - Strych? zapytał bez tchu...
        - Strych, to od dawna moje marzenie...
        Pitt odsunął od siebie pusty kieliszek.
        - Świetnie, więc na co czekamy?
        Spojrzeli sobie w oczy i niemal jednocześnie wstali...cdn...
        • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (3) 22.05.11, 01:31
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (93)

          Jesienne słońce pomalowało przerzedzone korony drzew matową żółcią. Pitt, Jürgen i Elke pojechali na pogrzeb. Właśnie zbliżyli się do żywopłotu, kiedy skromny pochód żałobników zmierzał od strony kaplicy w kierunku głównej alei. Mężczyźni na widok trumny umilkli jednocześnie. Elke chwyciła dłoń Pitta.
          Tylko trzy albo cztery osoby stały nad grobem. Ksiądz trzymał w rękach rozłożoną książkę. Obok niego stała młoda około szesnastoletnia dziewczyna w czarnej sukience. Jej rozpuszczone włosy wiły się po czole i skroniach. W dłoniach ściskała mały bukiecik polnych kwiatków. Jej drobna blada twarzyczka znieruchomiała.
          Ksiądz, monotonnym głosem odmawiał psalm:
          „...Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach...”
          Lekki powiew wiatru rozwiewał jego słowa. Zamknął książkę. Kolejno małą łopatką wsypywano ziemię na otwarty grób.
          „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”
          Obecni nad grobem objęli dziewczynę, jakby niechcący, podali rękę, wymienili kilka słów, a potem odwracali się i odchodzili. Stała jeszcze kilka minut nieruchomo nad grobem, w końcu wrzuciła swój bukiecik polnych kwiatków, odwróciła się i odeszła od grobu.
          Pitt, Jürgen i Elke szybko wymienili spojrzenia.
          - Chyba nadeszła odpowiednia chwila, jak myślicie? zapytał szeptem Jürgen.
          - Przecież nie możemy do niej podejść i powiedzieć: No to jesteśmy.
          - Ale właściwie to taki mieliśmy zamiar...czyż nie? Jürgen spoglądał to na Elke to na Pitta.
          - Niby tak. Tylko, że na pewno nie jest ona teraz w nastroju. Chyba nie przemyśleliśmy tego dokładnie. W końcu jesteśmy dla niej absolutnie obcymi ludźmi, zauważyła delikatnie choć kategorycznie Elke.
          - ..ale jeśli nie podejmiemy żadnej decyzji, to takimi pozostaniemy!
          Dziewczyna idąc żwirową ścieżką właśnie się do nich zbliżała. Jürgen lekko trącił Pitta w ramię.
          - Niech Elke to zrobi. Kobiety mają w taki sprawach więcej wyczucia.
          - Tak, Elke! Jürgen ma rację. Najlepiej jak to Ty pójdziesz a my będziemy się trzymać w odpowiedniej odległości.
          - No, fajni z was ojcowie. Tchórze, zupełnie jak wprost z książkowej definicji. No to już, za mną...
          Elke przecięła trawnik, stała na brzegu drogi kiedy dziewczyna zbliżyła się do niej.
          - Przepraszam, zagadnęła Elke.
          Dziewczyna zatrzymała się.
          - Tak?
          Z bliska widać było jej zapłakaną twarz. Sprawiała wrażenie zmęczonej i apatycznej.
          - Pani jest Miriam Hendriks, prawda?
          Widać było, że ją to pytanie zaskoczyło.
          - Tak.
          - Jestem...byłam koleżanką ze studiów pani mamy. My...wszyscy w trójkę...wskazała na mężczyzn, którzy wyraźnie zwlekali z podejściem
          - Dobrze znaliśmy pani mamę. Myśleliśmy...przepraszam za pytanie, ale może woli pani zostać sama?
          Miriam przyjrzała się tej trójce. Jej zapłakanym oczom, światło słoneczne sprawiało wyraźnie ból. Podniosła rękę, by móc przysłonić oczy i spoglądała kolejno, na Pitta, na Jürgena i ponownie na Elke. Łzy poczęły znowu spływać po jej policzkach, kiedy cichym głosem odezwała się:
          - Wcale nie chcę być sama. Boję się samotności. A poza tym możecie do mnie spokojnie mówić po imieniu.
          Wszyscy troje odetchnęli cicho.
          - Tam stoi nasz samochód. Chodź.
          Za plecami Miriam, Elke mrugnęła porozumiewawczo do obu mężczyzn. Oni zaś wymienili spojrzenia i z wyraźną ulgą ruszyli za nimi...cdn...
          • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (4) 22.05.11, 01:36
            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

            (94)

            Dla wszystkich rozpoczął się cudowny okres. Miriam wprowadziła się do Elke i Pitta do narożnego pokoju, nie powracając ani razu do dawnego mieszkania. Pitt i Jürgen zlecili przewiezienie jej rzeczy. Początkowo często jeszcze płakała, szczególnie nocą, gdy gwiazdy błyszczały za oknem znajdującym się w niewielkim wykuszu, a ona musiała myśleć o matce. Ale stopniowo było coraz lepiej. Byli jedną rodziną. Pitt uczył się wraz z nią do egzaminu z fizyki, Jürgen pomagał malować sześciokątne pryzmaty i graficzne wyobrażenie liści dębu. Pewnego dnia, Miriam zatrzymała się na podeście między pietrami. Pitt i Jürgen byli zajęci jej zadaniami domowymi. Elke wychodząc z kuchni podała jej świeżo wyprasowaną bluzeczkę.
            - Dlaczego robicie to dla mnie?
            Spoglądała kolejno na każdego z nich.
            - Dlaczego? Bo studiowaliście kilka lat z moją mamą?
            Pitt uniósł z uśmiechem ramiona, chciał ująć temu co powie nieco wagi.
            - Być może z egoizmu. Elke i ja już zawsze chcieliśmy mieć córkę.
            - A ty Jürgen? Przeprowadziłeś się tutaj specjalnie z Dortmundu...
            Jürgen uśmiechnął się szelmowsko.
            - Prawdę mówiąc, tam ziemia mi się paliła pod stopami. O mały włos znowu by mnie ożeniono.
            Pewnego dnia Miriam przestała pytać. Było jak było i była szczęśliwa. To było teraz jej życie.

            Dwa lata minęły jak lotem błyskawicy, Miriam zdała maturę. Z tej okazji udekorowano atelier Jürgena, kwiatami i girlandami, na stole ustawiono świece i poncz, kanapki i ciastka. Słuchali płyt, tańczyli trochę rock and roll’a. Pitt i Jürgen wspominali studenckie czasy, Miriam opuściła atelier na krótką chwilę, Elke obracając w dłoni kieliszek odezwała się:
            - Zdajecie sobie sprawę z tego co będzie za dwa miesiące?
            - Nie, odezwał się Pitt
            - A co ma być?
            - Jeśli chodzi o Miriam?
            - Dlaczego? Jürgen słomką mieszał w szklance.
            - Przecież dzisiaj zdała maturę.
            - Będzie miała osiemnaste urodziny, podpowiedziała Elke.
            - Za dwa miesiące ukończy osiemnaście lat.
            Jürgen podnoszący właśnie kieliszek do ust zastygł w bezruchu, Pitt siedzący naprzeciw w fotelu oklapł nagle.
            - Jak myślicie, jak ona to przyjmie? zapytał po krótkiej przerwie
            - Właściwie, powinna to przyjąć pozytywnie, Elke zwlekała
            - Ale, oczywiście, tego nie wiem na pewno.
            Jürgen spoglądał na kawałki pomarańczy pływające w jego szklance.
            - A co będzie dalej z nami? Będzie chciała wiedzieć, który z nas....
            - To będzie pierwsze co będzie chciała wiedzieć, odparła Elke.
            Pitt poprawił się w fotelu.
            - Trzeba będzie wykonać badanie krwi.
            - Przecież wiem o tym, durniu, przedrzeźniał trochę zniecierpliwiony Pitt.
            - Ale potem? Co stanie się z tym kto pozostanie?
            - Być może...Pitt także sięgnął po kieliszek
            - Być może, nic nie będzie się musiało zmieniać...Jürgen poprawił się w fotelu.
            - Kumpel, teraz to gadasz takie prawdziwie naukowe bzdury: to już nigdy nie będzie tak samo, kiedy już będzie wiedziała, jeden jest jej ojcem a drugi nie. Myślę o emocjach, niejedno się wtedy zmieni.
            - On ma racje Pitt, stłumionym głosem odezwała się Elke.
            - Wiem o tym przecież, do diaska. Ale w końcu nic nie możemy tu zrobić. Musimy po prostu odczekać.
            Elke w milczeniu zaczęła uprzątać stół. Miriam weszła radosna do pokoju. Trzymała w ręce małą ogrodową latarnię, którą sama zrobiła.
            - Tutaj, macie, jeszcze małą niespodziankę. W tajemnicy, sama, dla was... zauważyła, że cała trójka była nagle dziwnie milcząca.
            - Wciąż powtarzaliście, że przy wejściu do domu jest zbyt ciemno...
            Postawiła latarnię na stole i spoglądała zaskoczona...
            - Czy coś nie w porządku z moim świadectwem?
            - Nie, twoje świadectwo, jest świetne, Elke jako pierwsza się połapała.
            - Jesteśmy bardzo z ciebie dumni. Tylko zdaje się, że ten poncz był chyba zbyt mocny, w końcu nie świętujemy codziennie.
            - Niecodziennie, zauważyła Miriam.
            - Tylko już wkrótce będzie kolejna okazja.
            Podeszła do stołu i sięgnęła po kieliszek.
            - Zapomnieliście? Za dwa miesiące będą moje osiemnaste urodziny...cdn...
            • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (5) 22.05.11, 01:41
              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

              (95)

              Obaj obiecali jej, że w dniu osiemnastych urodzin zabiorą ją do wyjątkowego lokalu. Całymi dniami zastanawiali się, jak jej to powiedzieć. Neutralne otoczenie, wydawało im się najodpowiedniejsze.
              W końcu nadszedł oczekiwany wieczór. Pitt i Jürgen elegancko ubrani, zdenerwowani, czekali na Miriam przy schodach. Elke wymówiła się bólem głowy; Jürgen nieustannie poprawiał krawat, do którego nie był przyzwyczajony i miał wrażenie że nie może oddychać. Pitt włożył list adwokata do kieszeni.
              - I? Co chcesz z tym zrobić? W głosie Jürgena brzmiało zdenerwowanie.
              W końcu udało mu się wsunąć cztery palce między szyję i kołnierzyk.
              - Chcesz jej to położyć na talerzyku? Na deser?
              - A masz lepszy pomysł?
              - Nie, odparł Jürgen.
              - Tak myślałem, musimy jej przecież dać trochę czasu, by mogła się z tą myślą oswoić. Właśnie dlatego neutralny grunt. I wyjmij w końcu palce zza kołnierzyka, inaczej się udusisz, zanim zostaniesz ojcem.
              Jürgen posłusznie cofnął dłoń i kilka razy głęboko odetchnął.
              - Ile czasu?
              - Może pół godziny? Pitt wyraźnie zwlekał z odpowiedzią.
              - A co my będziemy robić w tym czasie? Pójdziemy na spacer do Ogrodu Angielskiego?
              - Dlaczego nie?
              Miriam ukazała się na podeście schodów. Odświętnie ubrana, wyglądała bardzo ładnie i była zdenerwowana. Spojrzała na ubrania obu mężczyzn.
              - Ależ jesteście eleganccy. Szkoda, że Elke źle się czuje. Idziemy?
              - Tak, odparł Jürgen
              - Dlaczego nie? zgodził się Pitt.

              Lokal w Ogrodzie Angielskim był urządzony z wyszukaną elegancją: dyskretne tapety, secesyjne żyrandole, jasne obrusy i serwetki, gorliwi kelnerzy i cicha muzyka w tle. Po deserze, przy drugiej butelce szampana, dali jej prezent urodzinowy. Przed nią, na niebieskim aksamicie, błyszczał pierścionek z pięknie oprawioną błękitną akwamaryną. Miriam pogłaskała małe puzdereczko.
              - Coś tak cennego! Nie wiem co mam powiedzieć. Komu to przyszło do głowy?
              - Jeśli chcesz wiedzieć, to Elke, odpowiedział Jürgen
              - Ona także na osiemnaste urodziny dostała akwamarynę.
              Pitt zwijał właśnie serwetkę wokół palca.
              - Dlatego pomyślała, że ciebie to także ucieszy.
              - Cieszę się, bardziej niż potrafię to wyrazić.
              Ostrożnie wyjęła pierścionek z puzderka i wsunęła na palec.
              - Nawet rozmiar się zgadza.
              - Rozmiar, obliczył Pitt ze swoją fizyczną dokładnością, podpowiedział Jürgen.
              - Dziękuję wam. Nie wiem nawet dlaczego to wszystko dla mnie robicie.
              Obaj wymienili szybkie spojrzenia. Pitt sięgnął do kieszeni.
              - No właśnie, tu o to chodzi...
              - O co?
              - Mamy ci coś do powiedzenia, głos Jürgena stał się nieco chrapliwy.
              - A właściwie, to musimy ci coś... spojrzał na Pitta, szukając u niego pomocy.
              - Myślę, że przyznać się do czegoś, to też nieodpowiednie słowo.
              - Co masz na myśli?
              Pitt bezradnie uniósł ramiona.
              - Nie ma na to odpowiednich slow. Chodzi o to, że mamy tu dla ciebie list, a właściwie dwa listy. Przeczytaj je, proszę.
              - Teraz zaraz? Od kogo są te listy? Miriam chciała sięgnąć po kopertę, ale Pitt cofnął niemal niezauważalnie dłoń w której trzymał list..
              - Od kogo są, dowiesz się, kiedy je przeczytasz, odpowiedział Jürgen
              - Zostawimy cię na chwilę samą.
              - Chcecie odejść?
              - Tylko na pół godziny, albo... na czas kiedy wszystko dokładnie... dodał Pitt
              - To znaczy, aż wszystko dokładnie... niemal jednocześnie obaj się podnieśli. Pitt położył kopertę na stole przed Miriam. Spojrzała na nich, wyraz jej twarzy się zmienił.
              - Przerażacie mnie.
              Pitt wziął głęboki oddech.
              - Nie ma powodu. No więc... do zobaczenia.
              Pochylił się nad nią i pocałował w prawy policzek, Jürgen uczynił podobnie z drugiej strony. Oddalili się w pośpiechu, nie oglądając się ani razu za siebie. Kelner stojący w pobliżu spoglądał za nimi zdziwiony. ...cdn...
              • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (6) 22.05.11, 01:46
                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                (96)

                Miriam z ociąganiem sięgnęła po kopertę, wyjęła obie kartki i zaczęła czytać, raz, drugi... jej policzki znowu się zaróżowiły, oczy błyszczały. W końcu zawołała kelnera. Natychmiast pojawił się przy stoliku.
                - Poproszę wódkę.
                - Wódkę? Kelner w zdziwieniu uniósł brwi.
                Przytaknęła ruchem głowy i nieco zamglonym wzrokiem spojrzała na niego.
                - Mam ojca.
                - To wspaniale mała damo. Miał nieprzeniknioną minę.
                Nalał jej kieliszek i postawił przed nią. Wypiła go jednym haustem i znowu zaczęła czytać. Kiedy po kilku minutach znowu podniosła wzrok, jej oczy były pełne łez. Znowu zawołała kelnera.
                - Proszę mi przynieść podwójną wódkę
                - Podwójną? przytaknęła. Łzy spływały jej po policzkach. W jej wzroku była rozpacz.
                - Mam dwóch ojców.
                Kelner powstrzymał się tym razem od komentarza.
                Po pół godzinie Pitt i Jürgen znowu stali w drzwiach. Obaj wyraźnie speszeni zbliżyli się do stolika, zauważyli puste kieliszki po wódce. Spojrzeli na siebie. Miriam zamglonym wzrokiem przyglądała im się.
                - A więc to tak.
                Pitt jakby chciał dodać sobie a może Jürgenowi odwagi, położył mu dłoń na ramieniu.
                - Tak, Miriam, właśnie tak.
                Jej melancholia zmieniła się w lekką alkoholową agresję.
                - Wiedzieliście o tym od początku.
                Pitt żałośnie uniósł ramiona i wskazał na Jürgena, ten odpowiedział podobnym gestem.
                - No to już, mówcie.
                - Miriam, to było życzenie twojej mamy, odezwał się Pitt.
                - Nie rozumiem tego, co mamusia sobie przy tym myślała, dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana.
                Pitt zdjął rękę z ramienia Jürgena.
                - Tego my także nie wiemy, Miriam.
                - Ja się dowiem. W jej oczach błysnęło zdecydowanie.
                - Obiecuję wam to, a wtedy oczyścimy atmosferę.
                - Oczyścimy atmosferę? głos Jürgena zabrzmiał energiczniej niż zwykle.
                - Jasne, dlaczego nie? Przecież chcę mieć jednego ojca. Skoro już mam, wreszcie, po osiemnastu latach. My jesteśmy tylko pseudorodziną. Fajną ale pseudo. Mogę mieć prawdziwą.
                Kiedy wymawiała ostatnie słowa, była już wyraźnie mniej pewna niż na początku. Łzy uskrzydlone alkoholem spływały po jej policzkach .
                - Cały czas mogłam mieć prawdziwą. Dlaczego ona mi tego nie dała? Dlaczego mamusia to zrobiła?
                - Nad tym i my długo żeśmy się zastanawiali.
                Miriam wytarła twarz rękawem.
                - Chce jeszcze jedną wódkę.
                - Miriam...Pitt postąpił krok do przodu. Jej błyszczące oczy pełne łez iskrzyły.
                - Nie masz mi nic do powiedzenia. Kto wie, czy jesteś moim ojcem. Chcę podwójną wódkę i to już.
                Obaj mężczyźni skonsternowani usiedli przy stoliku. Jürgen zawołał kelnera.
                - Proszę przynieść trzy podwójne wódki...cdn...
                • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (7) 23.05.11, 23:03
                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                  (97)

                  Miriam nawet nie pamiętała, kiedy po raz pierwszy usłyszała o wyspie. To miejsce wydało jej się teraz jedynym rozwiązaniem. Od dnia jej osiemnastych urodzin, już nic nie było takie jak dawniej. Sprawiła to wszystko jej mama.
                  Nagle Miriam przestała rozumieć własną matkę. A przecież zawsze jej się wydawało, że ją dobrze zna. Kim była? Nagle stała się kimś obcym. Sprawiało jej to ogromny ból i znowu przyszedł czas, kiedy Miriam spoglądając przez narożne okno na gwiazdy, płakała.
                  Co mamusia myślała, podejmując takie decyzje? Przecież to nie było problemem, odkryć prawdę: potrzebowali tylko wykonać próbę krwi. Dlaczego nie chciała żeby Miriam dowiedziała się kim jest jej ojciec? Dlaczego nie wyszła za niego za mąż i nie mieszkała z nim?
                  Oczyścić atmosferę. Co miała na myśli? Wiedzieć kim jest jej ojciec? Czy poznać przyczyny dla których jej matka wybrała właśnie takie rozwiązanie? Jeśli chciałaby być uczciwa wobec siebie, musiała przyznać, że chciała właśnie tego się dowiedzieć.
                  Wyspa. To było rozwiązanie! Opowiedziała Pittowi i Jürgenowi o tym. Na początku obaj byli sceptyczni. Potem zgodzili się, by Miriam pojechała. W końcu uparli się, by jej towarzyszyć. W gruncie rzeczy, była z tego zadowolona.
                  Pewnego deszczowego dnia, wsiedli do samolotu i odlecieli. Elke stała za szklaną ścianą budynku odlotów i machała im na pożegnanie.
                  Nawet nie wiem, kogo będzie mi najbardziej brakowało, zastanawiała się Miriam, kiedy maszyna zaczynała kołować na pas startowy, Jürgena, Pitta czy Elke. Jej oczy były pełne łez, kiedy samolot wreszcie uniósł się w powietrze.

                  - Witamy na wyspie, powiedzial Sartori.
                  Miriam, Pitt i Jürgen znowu poczuli twardy grunt pod stopami. Miriam spojrzała jeszcze w stronę łodzi, z której właśnie zeszli na ląd: fascynowała ją. Dziewczyna za sterem była sympatyczna i radosna. Od pierwszego momentu pojawiła się między nimi nić porozumienia. Obecność Sandry ułatwiała Miriam to, po co tutaj przybyła. Była normalna, jak Miriam, wcale nie jak córka człowieka, którego należałoby się obawiać. Teraz kiedy stanęła naprzeciw Sartori, reszta niepewności też minęła. Chwyciła wyciągniętą na powitanie dłoń i odwzajemniła uśmiech.
                  - Jestem Miriam, a ci tutaj, to moi obaj ojcowie, Jürgen i Pitt.

                  Teraz siedzieli razem na tarasie, Sandra podała wino w którym pływały drobne kawałki owoców. Pitt i Jürgen byli wyraźnie niespokojni, ale w końcu było to zrozumiałe. Miriam opowiedziała całą swoją historię, Sartori słuchał. Potem, obaj ojcowie prawie jednocześnie powstali, żeby Miriam i Sartori mogli w spokoju porozmawiać. To było typowe, obaj wiedzieli, czego oczekiwała. Naprawdę, trudno byłoby o lepszych ojców, niż ci dwaj. Właściwie było jej żal, że nie może pozostać tak jak dotychczas było. Spoglądała za nimi, kiedy powoli szli łąką w stronę pagórka. Na szczycie, w słońcu, połyskiwał krzyż. Miriam chętnie poszłaby z nimi, by móc zobaczyć go z bliska. Jednak była tutaj, by oczyścić atmosferę, a nie po to by wchodzić na romantyczne pagórki.
                  Sandra uprzątnęła stół i wraz z ogromnym czarnym ptakiem zniknęła za narożnikiem domu. Miriam siedząca w wiklinowym fotelu, zbyt swobodnie, po turecku, nie pomyślała nawet, że nie jest to zbyt eleganckie, zważywszy powagę rozmowy. Sartori sięgnął po fajkę, wziął zapałki. Od zatoki dobiegał krzyk mew. Słońce znajdowało się w zenicie.
                  - Miriam, czego ode mnie oczekujesz?
                  To było trudne pytanie. Sama je sobie już wiele razy stawiała. To czego oczekiwała, to nie było takie zwykłe, codzienne.
                  Przyglądała się jego spokojnym ruchom, kiedy zapalał zapałkę. W słońcu jej płomień był niemal niewidoczny.
                  - Nie chciałam o to pytać Sandry. Czy jej mama nie żyje?
                  - Od ponad dziesięciu lat. Spadła w górach norweskich podczas akcji ratunkowej.
                  - I od tej pory mieszka tutaj z panem?
                  - Tak.
                  Fajka paliła się. Miriam podciągnęła kolana i wsparła na nich podbródek .
                  - To dziwne: wydaje mi się, że przez pewien czas, niczego nie brakuje. We dwójkę można wieść wspaniałe życie. Dopiero kiedy się coś zmienia, następują trudności. Myślę, że lepiej jest stracić matkę wcześniej niż później.
                  - To jest zawsze trudne, zauważył Sartori.
                  - Kiedy nagle umarła, myślałam, że byłoby lepiej, gdybym jej nigdy nie poznała. Nie wiedziałabym czego mi brakuje.
                  Tuż pod dachem, krótko i gwałtownie zaszeleściło w gałęziach, między liśćmi ukazała się mała twarzyczka. Przyglądała się Miriam bardzo poważnie, przez chwilę, po czym zmarszczyła czoło i zniknęła wśród obelkowania poddasza. Dziewczyna spojrzała przerażona w górę.
                  - Neela, mała małpia matka, która straciła rodzinę. Prawo dżungli jest brutalne. Neela przeprowadziła się do nas, ale jest jeszcze nieco strachliwa, odpowiedział Sartori na jej nieme pytanie.
                  - To straszne, stwierdziła Miriam.
                  W listowiu znowu zapanował spokój. Dobiegał do nich tylko krzyk mew znad zatoki.
                  - Nie wiem czy potrafiłabym żyć mając tę świadomość.
                  - Sandra miała początkowo trudności. Jednak logika w tych sprawach jest równie bezsporna jak okrutna: zabijać, żeby przeżyć. Być może jest to wyższy stopień równowagi.
                  Miriam podniosła szklankę z pływającymi kawałkami owoców. Płyn był chłodny, trochę ostry i przy każdym łyku przedostawał się jak delikatny lek do obiegu krwi. Czuła w skroniach lekki szum.
                  - Hoppla, w głowie mi szumi.
                  - Niezupełnie, to twoja świadomość. Czego oczekujesz ode mnie?
                  - Mam dwóch ojców...
                  - I?
                  - To się musi zmienić. Przecież tak nie może być.
                  - Jeśli tak uważasz.
                  - Słyszałam, że tutaj na wyspie nie ma rzeczy niemożliwych.
                  - Takie krążą wieści.
                  Sartori pochylił się nieco do przodu. Niewielka biała chmura dymu z jego fajki, na kilka sekund zawisła w powietrzu...cdn...
                  • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (8) 24.05.11, 01:04
                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                    (98)

                    - Jeśli nie wiem, kim jest mój ojciec, nie wiem też kim ja jestem.
                    - Ty jesteś sobą
                    - Ale kim była moja mama?
                    Te słowa wypowiedziała już niemal piskliwym głosem.
                    - Nagle i tego nie wiem. Wydawało mi się, że ją znam. Teraz stała się dla mnie kimś obcym.
                    - To bolesne. Rozumiem cię, odpowiedział Sartori.
                    - Chciałabym porozmawiać z mamą.
                    Pośród chmury dymu wydobywającego się z fajki, rysy twarzy Sartori były niewyraźne, w przeciwnym wypadku zapewne dostrzegłaby przerażenie na jego twarzy. Odwrócił twarz w bok.
                    - Z twoją mamą...?
                    - Tak, jedynie ona może mi teraz pomóc.
                    - Ale to nie takie proste.
                    Dym trochę się przerzedził i Miriam widziała oczy Sartori. Wydało jej się że dojrzała w nich obawę. Czyżby zwlekał? Dlaczego?
                    - Moje pragnienie, czy jest w tym coś niezwykłego?
                    - To normalne, kiedy straciło się matkę. Jednak może tak być, że Bóg Wyspy nie wyrazi na to zgody.
                    - Bóg Wyspy?
                    - Bóg Południa i Śmierci. Nazywa się Taaora i wyspa jest jego własnością. Nie lubi kiedy wprowadza się niepokój do jego Krainy Cienia.
                    - Nie chcę wprowadzać niepokoju, poprawiła się w fotelu.
                    - Chcę tę krainę tylko odwiedzić i znowu opuścić. Nie uczynię nic, co mogłoby go zranić.
                    - Trudno przejrzeć jego zamierzenia, zauważył Sartori.
                    - Nie boję się.
                    - Nie. Ktoś taki jak ty, nie ma obaw.
                    Spokojnie przyglądał się jej twarzy, była otwarta i szczera.
                    - Jeśli chcesz, możemy jutro spróbować. Ale muszę ci uczciwie powiedzieć, że nie wiem, czy to się powiedzie. Obiecaj mi, że przyjmiesz każdą decyzję Taaora. W przeciwnym wypadku, mogłoby być niebezpiecznie.
                    - Obiecuję.
                    Uśmiechnęli się do siebie.
                    - Chodź. Wyjdziemy naprzeciw twoim obu ojcom. Na pewno już się za tobą stęsknili.

                    http://i56.tinypic.com/x1lhy1.jpg

                    Laguna roztaczała bajkowy obraz, w delikatnych popielatych oparach mgiełki, unoszącej się w górę razem z zachodzącym słońcem i tylko chwilami, na grzbiecie niewielkiej fali, odbijało się światło księżyca. Miriam wsłuchiwała się w ciemność. Wydawało jej się, że słyszy jakiś szelest. Może to Neela? A może ten czarny ptak przeszedł po tarasie z rozpostartymi skrzydłami? Uklęknęła na parapecie, wychyliła się przez okno i próbowała przebić wzrokiem ciemność. Coś hałasowało w krzakach. Chmura przysłaniająca księżyc, przesunęła się. Znowu wszystko tonęło w niebieskiej poświacie księżyca: Sandra pod żywopłotem zbierała opadłe gałęzie.
                    - Hej, Sandra.
                    - Miriam? Odłożyła gałęzie na trawę i podeszła bliżej pod okno.
                    - Stało się coś?
                    - Nie mogę spać, wyszeptała Miriam
                    - Mam do ciebie przyjść?
                    - Nie chcę, żeby moi ojcowie mnie słyszeli. Lepiej będzie, jak ja zejdę do ciebie.
                    - Ale schody skrzypią.
                    Miriam wychyliła się i oceniła wzrokiem szpaler.
                    - Myślisz, że wytrzyma?
                    - Na pewno.
                    Przełożyła nogi na drugą stronę, odbiła się i jednym skokiem wylądowała na trawniku.
                    - Super, szepnęła Sandra
                    - W gimnastyce jestem dobra. Mam ocenę popisową.
                    Obie cicho się roześmiały.
                    - Dlaczego jeszcze nie śpisz?
                    - To co jest do zrobienia w ogrodzie, najchętniej robię późnym wieczorem. Nie jest już tak gorąco. Chodź pójdziemy w dół, nad wodę.
                    Sandra chwyciła za rękę Miriam i pociągnęła ją za sobą przez zarośla. Wyszły na piaszczystą ścieżkę. Po jednej stronie zatoki wyrosła przed nimi niewielka grupa skał. Woda była płytka, przejrzysta, światło księżyca oświetlało małe kamyki rozrzucone na dnie.
                    Usiadły na małej półce skalnej, wciąż promieniującej żarem odchodzącego dnia.
                    - To moje ulubione miejsce. Tutaj przesiaduję, kiedy ojciec pracuje, albo kiedy ma odwiedziny.
                    - Twoja mama nie żyje?
                    - Już od dawna. Już nawet nie potrafię jej sobie przypomnieć. Tylko kilka rzeczy i to bardzo słabo.
                    - Jakich?
                    Sandra zastanawiała się przez chwilę.
                    - Jej głos. Jej perfumy, kiedy pochylała się nade mną, żeby mnie pocałować na dobranoc.
                    - Moja mama zmarła dopiero dwa lata temu. Pamiętam wszystko. Każde słowo, każdy gest...
                    Miriam zająknęła się,
                    - Ale masz rację: jej twarzy nie potrafię sobie przypomnieć. Czy to nie dziwne, że najpierw zapomina się twarz?
                    - Myślę, że właśnie tak musi być, inaczej nie trudno byłoby dalej żyć, szepnęła Sandra
                    - Pewnie masz rację, Miriam spoglądała na wodę w zamyśleniu.
                    - Co jest Miriam?
                    - Zdarzyło ci się coś takiego, że ktoś komu zawsze ufałaś, nagle go przestajesz rozumieć?
                    - Nie sądzę, odpowiedziała Sandra
                    - Między mną i moim ojcem, wszystko jest jasne.
                    - Ale właśnie tak myślałam też o mojej mamie. Ale...
                    - Co ale...?
                    - Kiedy już było za późno.. kiedy już jej nie mogłam zapytać, dowiedziałam się, że przez te wszystkie lata mnie okłamywała.
                    - Okłamywała?
                    - Tak, i to potwornie boli.
                    - Być może miała ku temu powody.
                    - Możliwe...Miriam odwróciła się.
                    - I dlatego jesteś tutaj?
                    - Tak. Nie wiem czy mnie rozumiesz...
                    - Lepiej niż ci się wydaje.
                    Sandra położyła dłonie na kolanach. Było w jej głosie coś co Miriam zainteresowało.
                    - Co masz na myśli?
                    - Tylko to, że cię rozumiem, na twoim miejscu postąpiłabym tak samo.
                    - Naprawdę?
                    Sandra uśmiechnęła się, ale jej oczy pozostały poważne.
                    - Mam nadzieję, że się uda i że mój ojciec będzie mógł ci pomóc.
                    Odwróciła się w stronę domu, stał na pagórku, wyraźnie widoczny w świetle księżyca. Wszystkie okna były ciemne.
                    - Już późno. Musimy wracać. Twoi obaj ojcowie już śpią.
                    - To mogę do pokoju wracać po schodach.
                    Kiedy w cieniu zarośli wracały do domu, Miriam nawet nie zauważyła, kiedy chwyciła dłoń Sandry. ...cdn...
                    • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (9) 24.05.11, 01:12
                      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                      (99)

                      - Jak spałeś? zapytał Pitt.
                      Jürgen wykrzywił twarz.
                      - Nędznie. A ty?
                      - Też.
                      Obaj właściwie nie tknęli śniadania.
                      -Nie jestem głodny, odezwał się Pitt.
                      -Ani ja.
                      Jürgen pocieszająco poklepał go po ramieniu.
                      -To jest Null-Bock-Syndrom*, pojawia się wraz ze stresem.
                      -Ty w wielu dziedzinach jesteś partacz, ale w psychologii, przechodzisz już samego siebie, zauważył Pitt.
                      Miriam zanim ruszyła w drogę z Sartorim, przytuliła się na pożegnanie do każdego z nich.
                      - Cześć Pitt, cześć Jürgen, jej oczy były błyszczące od łez.
                      Kiedy wróci, być może będzie już wszystko inaczej. Miriam i Sartori zniknęli między drzewami. Jürgen stanął przed Pittem i zapytał:
                      - A co my teraz będziemy robić?
                      - Nie wiem. Wydaje mi się, że zaraziłeś mnie tym swoim Null-Bock-Syndromem.
                      - Wiesz, najlepszym lekarstwem na to, jest samotność.
                      Jürgen zamyślony rozejrzał się..
                      - Ja idę w kierunku północno-wschodnim.
                      - Dobrze, w takim razie ja pójdę na południe.

                      Sandra weszła na taras, tuż przy niej kroczył, po cichu gadający Sokrates. Właśnie w tej samej chwili mężczyźni rozeszli się w różnych kierunkach. Zatrzymała się przy balustradzie i odprowadzała ich wzrokiem, Sokrates dziobem pociągał jej sarong.
                      - Cicho bądź Sokrates, nie złość się. Nie spuszczając z oczu obu mężczyzn, delikatnie pogłaskała ptaka po głowie.
                      - Nie zrozumiesz tego.

                      Słyszała szum wodospadu. Krawędź skały połyskiwała niczym lustro.
                      - Spróbuj przypomnieć sobie waszą ostatnią rozmowę. Jej słowa, brzmienie jej głosu, mówił Sartori.
                      Stał tuż za Miriam, gotowy by ją powstrzymać, gdyby zrobiła choć jeden nieostrożny krok. Słońce znajdowało się w zenicie i oświetlało cały labirynt zbłąkanych ścieżek. Jezioro znajdujące się przed nimi błyszczało czarno-zielono. Kiedy zbliżyli się, Sartori niespokojnym wzrokiem obszukał całą powierzchnię: była gładka, nieruchoma. Jeśli Bóg Południa schował się pod postacią wodnego węża, to dobrze się ukrył.
                      - Spójrz na wodę Miriam.
                      Czuła jak gdyby jakiś welon opadł na wszystkie jej zmysły. Podniosła wzrok.
                      - Znajdziesz odpowiedź na którą czekasz. Twój sen oczekuje na ciebie.

                      https://i54.tinypic.com/20lifq.jpg

                      Biały, tryskający i chłodny, welon wody, zbliżył się tak, że mogła go przeniknąć. Nie słyszała własnych kroków, a jednak poruszała się. Jej oczom ukazał się jasny pokój.
                      Pokój Karin. Pokój jej matki w domu, w którym przez wiele lat razem mieszkały, w Rotterdamie. Za oknem żółtawobiałe niebo, sypało śniegiem. Jasne drewniane meble. W narożniku kanapy z podciągniętymi nogami z książką w dłoni siedziała kobieta. Ubrana była w białą bawełnianą sukienkę, na stopach białe skórzane klapki. Miała tak jak Miriam, kręcone włosy. Żółtawe, jakieś nierzeczywiste, światło oświetlało pokój. Miriam zatrzymała się:
                      Szczupłe ramiona, biała sukienka. Rozrzucone w nieładzie loki. Dłonie trzymające książkę. Twarz.
                      - Mamusiu, odezwała się cicho.
                      Wydawało się, że Karin nie usłyszała. Miriam podeszła bliżej.
                      - Mamusiu. Właśnie tak widziałam cię po raz ostatni. To było na dzień przed twoją operacją.
                      Kobieta uniosła głowę i spojrzała.
                      - Miriam
                      - Mamusia, moja mamusia!
                      W jej oczach błyszczały łzy.
                      - Tak bardzo bałam się tej chwili.
                      - Przecież nie jest aż tak źle. Karin opuściła książkę.
                      - Zapomniałam twoją twarz mamusiu. Czasami tak okropnie za tobą tęsknię. Wtedy oglądam twoje zdjęcia przez lupę. Próbuję sobie wyobrazić jak się śmiejesz. Jak czeszesz włosy albo wycierasz nos.
                      - Jestem w twoim sercu i w twoich myślach. To wystarczy.
                      - Jesteś mamusiu.
                      Miriam pomimo ogromnego niepokoju starała się odnajdywać właściwe słowa.
                      - Jest jednak coś, z czym nie potrafię sobie poradzić.
                      - Porozmawiajmy o tym. Usiądź obok mnie, jak dawniej. Pamiętasz? Trzymałyśmy się zawsze za ręce.
                      Miriam niepewnie postąpiła krok do przodu.
                      - Czy to możliwe?
                      - Dlaczego nie? Karin odłożyła książkę i wyciągnęła dłoń do Miriam. Była miękka i ciepła, taka właśnie jaką Miriam znała.
                      - Nigdy nie było takich rzeczy o których nie mogłybyśmy rozmawiać, a teraz ta historia...powiedziała Miriam
                      - Jaka historia?
                      - No jak to? Pitt i Jürgen. Dlaczego mnie okłamałaś, mamusiu? Zawsze mówiłaś, że mój ojciec nie żyje. Przecież żyje. Przecież to jeden z nich.
                      - Tak. To jeden z nich.
                      -Dlaczego mi nie powiedziałaś? Byłabym szczęśliwa, że mam rodzinę.
                      Uścisk dłoni Karin stał się odrobinę silniejszy.
                      - Przecież bez tego byłyśmy rodziną. Zawsze tak mówiłaś.
                      - Wiem. Miriam spoglądała w oślepiające światło bijące poprzez okno pomalowane mroźnymi kwiatami.
                      - Ale każda dziewczyna, chciałaby mieć ojca. Dlaczego ja miałam się dowiedzieć o nim dopiero w moje osiemnaste urodziny?
                      - Ponieważ wcześniej wydawałaś mi się na to zbyt niedojrzała. Ponieważ trochę się obawiałam, jak zareagujesz na te wiadomość.
                      - Teraz jestem dorosła, mamusiu. Który z nich jest moim ojcem? Powiedz mi prawdę. cdn...

                      Null-Bock-Syndrom* - brak ochoty na cokolwiek
                      • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (10) 26.05.11, 02:14
                        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                        (100)

                        https://i51.tinypic.com/168u2ch.jpg

                        - Prawdą jest... Karin obiema dłońmi objęła dłoń Miriam, mówiła spokojnie, powoli, bez większych przerw
                        - że sama tego nie wiem, Miriam.
                        - Co ty mówisz?
                        - Dobrze słyszałaś.
                        Miriam wstała.
                        - Tego nie mówisz poważnie.
                        Odsunęła się od Karin.
                        - Czy to oznacza, że ty z obu w tym samym czasie...?
                        Karin podniosła się także. Spływające fałdy jej białej sukni sprawiały że wyglądała niezmiernie krucho.
                        - Miriam, teraz spokojnie mnie wysłuchaj, mówiąc nie patrzała na Miriam.
                        - Byłam w tym samym wieku co ty teraz, kiedy poznałam na uniwersytecie Pitta. Był wówczas asystentem, cudowny człowiek i wspaniały fizyk. Był inteligentny, spokojny, delikatny – miał wszystko, czego kobieta może pragnąć od mężczyzny. Zakochaliśmy się w sobie i podjęliśmy decyzję, że będziemy razem.
                        Miriam podeszła do okna. Odwrócona tyłem słuchała Karin i spoglądała na mroźne kwiaty na szybach.
                        - Wtedy dostał możliwość wyjazdu na Cap Kennedy. To był czas pierwszych załogowych lotów kosmicznych. Powołano Pitta do zespołu inżyniera Wernhera von Braun. To była dla niego niesłychana szansa. Musiał z niej skorzystać. Nie wiedzieliśmy czy wróci i kiedy wróci.
                        - Dlaczego nie pojechałaś z nim? nie odwracając się zapytała Miriam.
                        - Na Cap Kennedy, był niemal skoszarowany. Nie widywalibyśmy się. Namawiałam go by pojechał i pojechał. Potem, chyba po około pół roku poznałam na jakimś festynie na akademii, Jürgena. Był radosny, zawsze pełen pomysłów i bardzo się starał żebym i ja się śmiała. Listy od Pitta przychodziły coraz rzadziej. Pisał że pracują dzień i noc. I Jürgen... w końcu zakochałam się w nim. Znasz go, potrafi każdego rozruszać.
                        Miriam przytaknęła ruchem głowy.
                        - Poprosił mnie bym za niego wyszła. Obiecałam, że się zastanowię. Zdecydowałam, że napiszę do Pitta i wyjaśnię mu wszystko. Mieszkałam jeszcze wtedy w akademiku. I wtedy, pewnego dnia, nagle stanął Pitt przed drzwiami i wziął mnie w ramiona i było to tak jakby w ogóle nigdy nie wyjeżdżał. Zrozumiałam, że nadal go kocham. Jürgen w tym czasie wyjechał na wernisaż gdzieś w północnych Niemczech. Kiedy po kilku tygodniach wrócił... Karin zająknęła się.
                        Miriam odwróciła się do niej.
                        - Tak?
                        - Pewnego poranka, było mi nagle niedobrze i następnego znowu...
                        Miriam opuściła ręce, które skrzyżowała na plecach, odwróciła się i spojrzała w oczy matki
                        - To byłam ja.
                        - To byłaś ty.
                        - I co zrobiłaś?
                        - Co zrobiłam?
                        Karin powoli przeszła przez pokój i usiadła na kanapie.
                        - Spakowałam walizki i wyjechałam do Rotterdamu.
                        - Do rodziców?
                        - Tak, tutaj, do domu moich rodziców.
                        - Nic nie mówiąc żadnemu z nich?
                        - Tak.
                        -Ale to było...to było w pewnym sensie nie fair. Nie przeciwko mnie i nie przeciwko mojemu ojcu, ale podjęłaś decyzję, że się nie spotkamy.
                        - Nie na zawsze.
                        - Na osiemnaście lat. Całe długie dzieciństwo. Dlaczego nie zrobiłaś badań, żeby stwierdzić, który z nich?
                        - Nie wiem czy mnie zrozumiesz. Jednak w tej rozmowie nie ma miejsca na kłamstwa...po krótkiej przerwie Karin mówiła dalej.
                        - Nie zrobiłam badań, bo wcale nie chciałam tego wiedzieć.
                        - Ty nie chciałaś tego wiedzieć? Miriam znowu odwróciła się do matki.
                        - Nie, Miriam, odpowiedziała spokojnie Karin.
                        - A dlaczego nie?
                        - Bo ich obu kochałam.
                        - Ty...można kochać dwóch mężczyzn jednocześnie?
                        - A ty? Nie kochasz ich obu?
                        - Ale to jest różnica.
                        - To wyjaśnij mi Miriam, na czym ona polega...zapytała Karin łagodnie.
                        Miriam wyraźnie zdezorientowana potrząsnęła głową.
                        - Musi być różnica.
                        - Zapewne większość ludzi będzie tak twierdzić, ale przecież nie wybieramy sobie swoich odczuć.
                        Dziewczyna milczała.
                        - Świat dzieli uczucia na dozwolone i niedozwolone, ale granica między nimi jest niekiedy niedostrzegalna. Niedozwolone uczucia nie są mniej bolesne, niż te dozwolone. Nie potrafiłam się zdecydować na żadnego z nich.
                        Spoglądała na zdezorientowany wyraz twarz swojej córki i po krótkiej przerwie z niemal niezauważalnym uśmiechem, ciągnęła dalej...
                        - Ale teraz, ty to możesz zrobić za mnie.
                        - Co masz na myśli?
                        - Sama zdecydujesz, którego z nich obu chcesz mieć jako ojca i powiesz mu, że nim jest.
                        Miriam potrząsnęła stanowczo głową.
                        - Ale to jest niemożliwe. Tym sposobem jednego z nich wykreślę z mojego życia.
                        Karin wytrzymała wzrok córki. Spokojnym głosem odpowiedziała jej:
                        - Tak samo byłoby to dla mnie.
                        Słowa na kilka sekund jakby zawisły w powietrzu. Miriam uniosła nieco głowę, na jej bladą, ściągniętą skupieniem twarz powoli powracały kolory.
                        - Rozumiem cię. Nie potrafiłaś zrezygnować z jednego na korzyść drugiego. Wolałaś zrezygnować z obu.
                        - To było najczystsze rozwiązanie.
                        - Ale najtrudniejsze.
                        Miriam zbliżyła się nieco.
                        - Skąd znalazłaś w sobie tyle siły?
                        - Miałam ciebie.
                        - Mnie?
                        Znowu usiadła obok Karin.
                        - Byłaś wszystkim czego pragnęłam. Być może było to z mojej strony egoistyczne, ale moje zegary tykały inaczej niż innych.
                        - Dlaczego mamusiu?
                        - Bo byłam chora. Już od urodzenia...cdn...
                        • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (11) 26.05.11, 02:22
                          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                          (101)

                          Oczywiście. Miriam wiedziała o tym. Karin miała zwężenie aorty. Wiedziała, że nie będzie długo żyła, musiała swoje życie zaplanować. Koniecznie chciała pracować w swoim zawodzie. A kiedy dowiedziała się, że oczekuje dziecka – zapragnęła je mieć, za wszelką cenę.
                          - Przecież nie musiałaś mnie urodzić. To było dla ciebie niebezpieczne.
                          - Wiedziałam, że mi się to uda. Ukończyłam studia i podjęłam pracę w instytucie.
                          - A Jürgen i Pitt?
                          - Dowiedziałam się gdzie mieszkają. Decyzję podjęłam już wcześniej.
                          - Jaką decyzję?
                          - Że prawdę o twoim ojcu zatrzymam dla siebie. Kiedy patrzy się w oczy śmierci, tak jak ja, myśli się w innych wymiarach. Prawda nie jest tak istotna jak miłość.
                          Po krótkiej przerwie mówiła dalej.
                          - Jeden z nich mógł przecież wyemigrować, gdzieś, gdzie zgubiłabym jego ślad. Jednemu z nich mogło się coś przytrafić. Wtedy pozostałby ten drugi, nie byłabyś mimo wszystko sama.
                          Miriam odwróciła się. Co za plan! Jak niezwykły. Kto kiedykolwiek pomyślałby w taki sposób i tak postępował! A ona miała pretensje do matki.
                          - Chciałaś, żebym miała ojca, obojętnie co się wydarzy. Gdyby Jürgen był nieosiągalny, miałabym Pitta i odwrotnie.
                          - Właśnie tak było.
                          Nieco zmienionym tonem dodała:
                          - Przecież musiałam ci wiele wynagrodzić.
                          Miriam uniosła głowę:
                          - Co?
                          - W twoim dzieciństwie nie było ojca, czasami miałam z tego powodu wyrzuty sumienia.
                          - Nie potrzebowałaś mamusiu. Z tobą było cudownie. A poza tym wynagrodziłaś mi od razu podwójnie.
                          Roześmiały się. Karin chwyciła dłoń Miriam.
                          - Cieszę się, że się śmiejesz. Pożegnajmy się teraz, kiedy jeszcze jesteśmy radosne.
                          Miriam niedostrzegalnie skinęła głową. Karin delikatnie pogłaskała jej dłoń.
                          - I Miriam, obiecaj mi coś...
                          - Tak mamusiu?
                          - Kiedy będziesz musiała teraz odejść, nie będziesz płakała. Masz ludzi, dla których jesteś ważna. Życie przed tobą.
                          Delikatnie wyjęła dłoń z palców Miriam. Dziewczyna wstała.
                          - Spróbuję mamusiu.
                          Uśmiechnęła się, jej oczy były pełne łez.
                          - Już nie będę oglądać twoich zdjęć przez lupę.
                          - Obiecujesz?
                          - Obiecuję.
                          Postać Karin siedząca na kanapie stała się niewyraźna. Kontury rozpływały się w żółtawobiałym świetle wpadającym przez okno pomalowane kwiatami mrozu.
                          - Dziękuję ci, że tu byłaś. Cieszę się, teraz wiem jak to wtedy było.
                          Postać stała się niewidoczna. Światło wypełniło cały pokój.
                          - Chciałabym być taka jak ty. Tak odważna i taka silna i taka mądra. Pomożesz mi?
                          - Zawsze Miriam, usłyszała głos Karin szepczący jej wprost do ucha.
                          - Kocham cię mamusiu.
                          Głos Karin był już ledwie słyszalny.
                          - Kocham cię Miriam.

                          Pokój zaczął znikać. Ściany odsuwały się, ustępowały miejsca światłu, przed jej oczami pojawił się połyskliwy słup wody. Szmer dudnił jej w uszach, nagle coś jej się przypomniało, boleśnie...
                          - Nie przytuliłam jej...
                          Chciała zrobić krok do przodu. Poczuła jak ktoś chwycił ją żelaznym uściskiem za ramię. Sartori stał obok niej, usłyszała jego spokojny głos.
                          - Nie, Miriam!
                          Odetchnęła. Wyraźnie się odprężyła. W dole pod wodospadem ześliznął się z półki skalnej, srebrzyście połyskujący, wąż. Bezszelestnie przebił się przez zielone lustro i zniknął nurkując niemal pionowo w głębinie. Sartori puścił ramię Miriam.

                          https://i51.tinypic.com/6t3cxk.jpg

                          - Nie przytuliłam jej. Chciałam ją przytulić.
                          - Tak jest lepiej, Miriam.
                          - Wiem.
                          - To chodź. Nie oglądaj się za siebie.
                          W oczach Sartori było coś czego nie rozumiała. Puścił ją przodem i szedł tuż za nią, jakby chciał udaremnić, gdyby chciała się raz jeszcze obejrzeć.
                          Jej serce biło głucho, miarowo. Przez moment walczyła z pragnieniem, by poprosić Sartori, by tam wrócili i raz jeszcze przywołali cień matki. Ale on nie zgodziłby się. Spieszył się, by się oddalić od wodospadu.
                          Liściaste sklepienie nad ich głowami przerzedziło się, droga którą szli zbliżyła się do laguny. Miriam nie potrafiła zrozumieć uczucia, tlącego się wśród jej smutku, narastającego z każdym krokiem. Pitt, pomyślała, Jürgen i Pitt. I Elke. Teraz niczego nie potrzebowała zmieniać. Mama miała we wszystkim rację, we wszystkim co zrobiła. Jak cudowne jest życie, jeśli się tylko znajdzie odwagę, by przekroczyć granice i stworzyć sobie swoje własne prawa. Zatrzymała się.
                          - Mamusia mówi...
                          - Tak? zapytał Sartori.
                          - Że prawda nie jest tak ważna, jak miłość.
                          - A więc, zdecydowałaś się?
                          - Na co?
                          - Na to, że wcale nie chcesz poznać prawdy, że wszystko ma pozostać tak jak jest. ...cdn...
                          • m.maska MIEĆ DWÓCH OJCÓW (12) 26.05.11, 02:30
                            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                            (102)

                            - Skąd...Miriam była zbyt zaskoczona, żeby mówić dalej.
                            - To jest właśnie to, czego od początku chciałaś. Tylko sama o tym nie wiedziałaś.
                            Poczuła się nagle dziwnie lekka. Jej policzki się zaróżowiły: była zadowolona ze swojego życia. Wydawało jej się tylko, że musi coś zrobić, bo inaczej nikt nic nie zrobi. Prawda była taka, że miała rodzinę i że nikt z nich nie chciał niczego zmieniać. Tylko...
                            - Tylko... odezwała się.
                            - Co?
                            - ...w takim razie mam od teraz dwóch ojców.
                            - To wspaniale. Kto tak ma?
                            - A jeśli ktoś będzie się dziwił?
                            - Powiesz, że jeden jest twoim ojcem a drugi ojczymem. I nie zdradzisz który jest który, ponieważ obu kochasz tak samo.
                            - Super.
                            W podnieceniu zaczęła przed Sartorim podskakiwać.
                            - Super. To świetny pomysł, na który najpierw trzeba wpaść!
                            - Cieszę się, że ci się podoba. Nie powinnaś o tym powiedzieć im obu?
                            Zatrzymała się.
                            - Oczywiście, odpowiedziała jeszcze bez tchu.
                            - Nie wiem jak mam panu dziękować.
                            - Ależ proszę bardzo. Cieszę się, że się udało.
                            - A to nie było pewne?
                            - Absolutnie nie. Kiedyś próbowałem czegoś podobnego i prawie źle się skończyło.
                            - Czy to miało coś wspólnego z Bogiem Wyspy? Bogiem Południa i Śmierci?
                            - Tak. Jak widać był dla ciebie łaskawy. Możesz mu dzisiaj wystawić miseczkę koziego mleka przed drzwi domu.
                            - Koziego mleka? spytała zaskoczona
                            - Czasami zamienia się w węża, odpowiedział Sartori
                            - A teraz biegnij, inaczej twoi obaj ojcowie wpadną w załamanie nerwowe i to nie bez powodu.

                            Pitt i Jürgen wrócili do domu i weszli na taras z różnych kierunków. Obaj wyglądali jakby byli myślami nieobecni. Usiedli naprzeciw siebie w wiklinowych fotelach, niedbale pozdrowili się wzajemnie i czekali w milczeniu.

                            Miriam z rozwianymi włosami, łapiąc oddech stała naprzeciw dwóch ponuro spoglądających postaci.
                            - Hallo tatusiu.
                            Pitt spojrzał na nią
                            - Hej papciu!
                            Jürgen uniósł głowę
                            - Widzicie? Reagujecie właściwie.
                            - Dlaczego mówisz tatusiu?
                            - I papciu?
                            - No bo nimi jesteście.
                            Chciała żeby wypadło to zupełnie swobodnie, chłodno... chciała zobaczyć jak obaj zareagują. Ale promieniała szczęściem a głos jej się załamywał.
                            - My jesteśmy twoimi...
                            Jürgen podniósł się, Pitt także.
                            - Coś takiego jest biologicznie niemożliwe…
                            Jürgen dał kuksańca Pittowi.
                            - Skończ z tymi swoimi naukowymi teoriami! Jeśli Miriam tak mówi, to znaczy, że tak jest.
                            Wziął Miriam w ramiona.
                            - Jesteśmy obaj twoimi ojcami, tak?
                            Miriam skinęła głową, jednym ramieniem objęła Pitta, drugim Jürgena. Ni stąd ni zowąd popłynęły z jej oczu łzy. T-shirt Pitta był równie wilgotny jak sportowa koszula tego drugiego. Obaj sięgnęli po chusteczki. Sandra wychodząc z domu zatrzymała się przerażona.
                            - Czy coś się stało?
                            Miriam odwróciła się do Sandry.
                            - Witaj... to jest mój tatuś, a to jest mój papcio. Co o nich sądzisz?
                            Sandra zbliżyła się do niej i spontanicznie chwyciła jej dłonie.
                            - Od samego początku, właśnie tego pragnęłam dla ciebie.
                            Jürgen swoją wilgotną chusteczkę suszył wymachując nią na wietrze.
                            - A jeśli ktoś będzie się dziwił, że masz dwóch ojców? spytała Sandra.
                            - Wtedy powiem, że jeden jest moim ojcem a drugi ojczymem. I nie zdradzę, który jest którym, ponieważ obu tak bardzo kocham.
                            Pitt wilgotną chusteczką zaczął przecierać szkła okularów.
                            - To jest genialne! Moja córka jest genialna!
                            Jürgen zaczął spontanicznie tańczyć na tarasie. Pitt wydał z siebie okrzyk Tarzana, który powrócił echem, odbity przez korony palm. Także i on zaczął tańczyć. Para papużek siedzących dotąd w liściach winorośli nad przejściem, przerażona wzleciała w górę. Sokrates spędzający swoją sjestę w cieniu arkady prowadzącej do piwnicy, pojawił się na tarasie i z rozpostartymi skrzydłami zataczał kręgi.
                            Sartori, właśnie doszedł do brzegu łąki, zatrzymał się i spoglądał, kręcąc głową, na pląsające na tarasie postaci. Sięgnął po fajkę, zapalił ją i wypuścił dym, głęboko oddychając.

                            Sandra przygotowywała łódź. Jürgen, Pitt i Miriam żegnali się z Sartorim.
                            - Wszystkiego dobrego Miriam.
                            Dziewczyna spontanicznie go objęła.
                            - Dziękuję panu. Sprezentował mi pan dwóch ojców i oddał moją mamusię.
                            - Do widzenia, odezwał się Jürgen.
                            - Do widzenia i wielkie dzięki. Pitt poprawił sobie okulary.
                            Sartori obserwował, jak cała trójka zmierzała w kierunku łodzi. Obaj ojcowie nagle chwycili Miriam za ręce, unieśli w górę jak małe dziecko a na koniec postawili na deskach pokładu. Wszyscy się śmiali, mężczyźni opierając się o balustradę pomostu kolejno wskakiwali do łodzi. Sandra stojąc na skarpie obok ojca, z uśmiechem obserwowała całą tę akcję.
                            - Zwariowana rodzina.
                            - Cieszę się wraz z Miriam.
                            Spojrzała na ojca i nieco zniżyła głos.
                            - Taaora? nie miał nic przeciwko temu?
                            Sartori potrząsnął głową.
                            - Tym razem nie. To był przypadek, jak każdy inny. Dotyczył kogoś z zewnątrz, nie ciebie, nie mnie, mieszkańców krainy Taaora.
                            Sartori spoglądał w kierunku łodzi w której obaj ojcowie zaczęli wraz z Miriam swoje wygłupy.
                            - Uważajcie żebyście dopłynęli cali i zdrowi, jesteście gotowi wywrócić łódź!
                            Sandra roześmiała się.
                            - Wrócę przed zachodem słońca.
                            Sartori skinął głową i sięgnął po fajkę.
                            - Pomyśl tylko, nie chciałabyś też mieć tatusia i papcia?
                            Sandra chwyciła jego dłoń, spojrzała mu w oczy z uśmiechem i poważnie, bardzo czule powiedziała:
                            - Ja mam jednego ojca i to wszystko czego pragnę.
                            Zbiegła po skarpie i wskoczyła do łodzi. Julian patrzał, jak podchodziła do steru, jak zapalała motor.
                            Cała trójka pasażerów odwróciła się do niego i machała. Sandra kierowała łódź ku środkowi laguny. ...cdn...
                    • sakral Re: MIEĆ DWÓCH OJCÓW (8) 26.05.11, 07:59
                      jesteś słodką sadystką...........ale przeczytałem,dobre !

                      całuję rączki

                      Sakral
                      • m.maska Re: MIEĆ DWÓCH OJCÓW (8) 26.05.11, 11:13
                        smilesmilesmile
    • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 30.05.11, 20:36
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (103)

      - Nie wiem czy mnie potrafisz zrozumieć, odezwał się Julian
      - Czy będziesz mnie oceniać, a może mnie nawet wyśmiejesz: Ale w ciągu następnych pięciu lat, nie chcę już widzieć żadnych frangipani.
      - Zgadzam się. W ostatnich tygodniach było już za dużo frangipani. A co stanie się z drzewkami umieszczonymi w biotopie? Wydaje mi się, że można z nich już pozdejmować klosze.
      - Tak, są już wyrośnięte, można usunąć to zabezpieczenie. Sokrates nie będzie się już do nich dobierał, są zbyt gorzkie.
      Julian przeszedł przez taras w kierunku ogrodowego ogrodzenia i zaczął odwiązywać bambusowe ogrodzenie.
      - Pomożesz mi?
      Sandra poprawiła wiązanie swojego sarongu i zaczęła wraz z Julianem zwijać bambusową matę. Neela huśtająca się na pędach winorośli, przeskoczyła na murek i biegała po nim w te i z powrotem wykrzywiając pyszczek.
      - Zobacz jak bezczelna się zrobiła, Julian spojrzał na małpkę
      - To znak, że dobrze się tutaj czuje. Ma już wielbiciela, widziałaś go?
      - Wczoraj wieczorem. Przyniósł jej orzech kokosowy. Ładny chłopczyk w srebrzystym kaftaniku, jak książątko. Mam nadzieję, że będzie z nim szczęśliwa.
      Związał zrolowaną matę i niósł ją w kierunku schodów do piwnicy. Przeszedł przez taras i zatrzymał się w połowie drogi.
      - Czy Amanda nie dostała jeszcze mleka?
      - Owszem. Dlaczego pytasz?
      - Wygląda na to, że czeka właśnie na mleko.
      Sandra zdjęła Neelę która usiadła na jej ramieniu, posadziła ją na murku i podeszła bliżej. Skalna żmija Amanda, zwinięta zgrabnie w stalowo-szary krąg leżała na płytkach obok drzwi wejściowych do domu, wąską główkę oparła wyczekująco o brzeg miseczki.
      - Ależ to... Sandra schyliła się i sięgnęła po miseczkę.
      - Zostaw Amanda, przyniosę ci mleko.
      Żmija uniosła główkę i odsunęła się nieznacznie od miseczki. Leżała teraz płasko na płytach tarasu, kiedy Sandra weszła do domu.
      Julian ustawił matę w piwnicy i znowu usiadł za swoim biurkiem. Sandra wróciła z pełną miseczką i przyglądała się jak Amanda z gracją uniosła główkę i niezachłannie ale widocznie spragniona zaczęła chłeptać mleko. Włożyła ręce w kieszenie saronga i powoli podeszła do krzesła. Julian spojrzał na nią z zainteresowaniem.
      - Co jest?
      - Byłam pewna, że Amanda dzisiaj dostała już swoje mleko.
      - Dlaczego tak sądzisz?
      - Kiedy rano wyszłam z domu, miseczka była pusta. To było krótko przed wschodem słońca. Przypominam sobie tak dokładnie, ponieważ mnie to zdziwiło.
      - Ależ Amanda nigdy nie przychodzi przed wschodem słońca.
      - Ale ja ją widziałam, ojcze. Nocna chmura wisiała jeszcze nad domem, ale widziałam ją wyraźnie, jak po łące oddalała się od domu. Zdziwiło mnie tylko, że kierowała się w stronę laguny.
      Julian oparł się w fotelu.
      - Skąd wiesz, że to była Amanda?
      - A kto miałby to... Sandra zająknęła się
      - Kiedy postawiłaś miseczkę?
      -To nie ja, to Miriam. Wczoraj, zanim we trójkę odpłynęli. Powiedziała mi, że ty... znowu się zająknęła.
      - Chciałam cię już ojcze zapytać: dlaczego Miriam miała postawić mleko dla Amandy?
      - Nie dla Amandy, odparł Julian.
      Sandrze nagle zrobiło się zimno. Musiała oprzeć się o mur przed którym stała. Kamienie pod jej dłońmi były ciepłe.
      - Myślisz, że to Taaora był tutaj?
      Julian zaciągnął się fajką.
      - Wyspa ma swoje tajemnice. My wątpimy i wierzymy i znowu wątpimy. Jednak lepiej poddać się tym tajemnicom, aniżeli się im sprzeciwiać. Tak twierdził Sun Dai, służący milionera, który był poprzednim właścicielem domu. Jego pan, odmówił Bogu miseczki mleka, którą był mu winien: jeszcze tej samej nocy wodne węże zabrały jego duszę.
      Sandra dostała dreszczy.
      - Dlaczego odmówił mu tej miseczki mleka?
      - Być może z bezmyślności. Ponieważ nie wziął poważnie ostrzeżeń Sun Dai. Być może też chciał Boga sprowokować i udowodnić, że on nie wierzy w przesądy tubylców.
      - I przypłacił to własnym życiem. Myślisz, że to naprawdę ma związek?
      - Tego nie da się udowodnić. Spokojnym ruchem przepędził chmurę dymu, która zawisła, w nieruchomym powietrzu, przed jego oczami.
      - Miriam tego samego pragnęła co ja, prawda?
      - Tak.
      - I jej się udało, ona rozmawiała ze swoją mamą.
      - Nie pytałem jej o to. Ale tak przypuszczam, ponieważ podjęła decyzję zgodną z życzeniem matki.
      - Dlatego była winna podziękowanie Taaora. Wkroczyła do jego królestwa.
      - Pozwolił jej na to, jest dla niego obca.
      - I dla ciebie.
      Sandra odsunęła się od muru i uśmiechnęła się do niego.
      - Tego się spodziewałam i bardzo pragnęłam, żeby się udało.
      - W takim razie, też jesteś Taaora winna miseczkę mleka, z uśmiechem zauważył Julian.
      Sandra pochyliła się szybko do ojca i pocałowała w policzek.
      - To prawda i to nie tylko z tego powodu. Postawię mu rano przed wschodem słońca, przed drzwiami...cdn...
      • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 30.05.11, 20:41
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (104)

        - Przyjdziesz ojcze? spytała Sandra, w jej glosie zabrzmiało lekkie zniecierpliwienie.
        Julian właśnie zasadził kilka księżycowych drzewek, tym razem o okrągłych nieco mięsistych listkach. Teraz był zajęty ustawianiem ich w rzędzie na brzegu tarasu.
        - Spójrz, wydaje mi się że łódź Avahanni zbliża się do nas.
        - Wiesz coś o tym, żeby chciał nas odwiedzić?
        - Nie, Sandra próbowała, patrząc pod światło, rozpoznać kto siedział w łodzi.
        - W takim razie, to nie jest on. Nigdy nie przypłynąłby bez zapowiedzi.
        Julian podniósł się, podszedł do Sandry i wraz z nią spoglądał na morze.
        - Naprawdę zmierza na naszą wyspę. Myślę, że masz racje, to jego łódź.
        Julian wziął lornetkę.
        - Ależ to jest… podał lornetkę córce
        - Spójrz, kto przybywa z wizytą.
        - Wujek Mario!
        Jej zaskoczenie było równie duże jak Juliana.
        - Wspominał ci, że tak szybko do nas wróci?
        - Ani słowa.
        Julian jeszcze raz podniósł do oczu lornetkę.
        - Jest sam. Czy nie zarzekał się, że nigdy więcej nie weźmie łodzi od Avahanni?
        - Owszem, ale jak widzisz, pewnie zapomniał. Być może chciał potrenować swoje zdolności w żeglowaniu po głębokich wodach.
        - Albo chodzi o coś niesłychanie ważnego, powiedział Julian.
        Zauważyła skupione spojrzenie ojca.
        - Masz jakieś przypuszczenia?
        - To za dużo powiedziane, Julian sięgnął po fajkę, ale poprzestał tylko na jej dotknięciu.
        - Przypominam sobie pewne wydarzenie w labiryncie poplątanych ścieżek. Pokazałem mu wodospad, wpadł wtedy w pewien rodzaj transu. Wypowiedział jakieś imię....
        Zająknął się i szukał w pamięci:
        - Lisa. Tak to było to imię. Miałem wrażenie, że widział ją przed sobą.
        - Nie sądzę, żeby w jego życiu była jakaś kobieta.
        Sandra powoli w zamyśleniu przeszła po rozgrzanych przez słońce płytach tarasu z powrotem do stołu.
        - Do mnie powiedział: moja willa ma czternaście pokoi i trzynaście z nich stoi pustych.
        - Ale to nie znaczy, że nie ma nikogo, kto byłby dla niego istotny. Mario był zawsze powściągliwy, zbyt wrażliwy, by do pewnych spraw podchodzić zbyt lekko. Jednak jeśli zdecydował się na przyjaźń, to na całe życie.
        - To widać chociażby po was dwóch, Sandra uśmiechnęła się.
        - Ani czas, ani odległość niczego nie zmieniły.
        - I tak być powinno.
        Julian sięgnął jednak po fajkę.
        - Wyjdę mu naprzeciw. Będziesz na nas czekać ze swoim specjalnym napojem? Tutaj na zewnątrz robi się nieznośnie gorąco.
        - Oczywiście ojcze.
        Przechodząc zabrała ze stołu popielniczkę.
        - Przywitam się z wujkiem Mario, zabiorę Sokratesa i pójdziemy łowić ryby. Tak będzie najlepiej, byście mogli zostać sami...cdn...
    • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (1) 30.05.11, 21:59
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (105)

      Nieustające brawa, niosły się echem po całej sali, docierały do szczupłej postaci stojącej w światłach jupiterów. Stała nieruchomo, po chwili skłoniła się nisko i uniosła głowę: wąska twarz, wysokie kości policzkowe, ogromne, błyszczące ciemne oczy, płomiennie rude włosy. W fioletowym trykocie, jej szczupła postać sprawiała wrażenie niesłychanie kruchej. Wokół ramion i talii, przerzucony srebrny welon. Ukłon. Kurtyna, Ukłon. Za pełną skupienia koncentracją, na bladej uszminkowanej twarzy, widać było radość. Znowu kurtyna. Kobieta dała znak...
      - Dosyć jak na przerwę.
      Inspicjent skinął głową.
      Na zewnątrz słychać było powoli cichnące oklaski. Drzwi otworzyły się. Tłum elegancko ubranych widzów płynął w kierunku foyer.

      Na dworze od wielu godzin padał deszcz, od asfaltu odbijały się świetliste barwne reklamy. Nad wejściem do teatru ogromny napis:

      Sukces w czternastu miastach
      Lisa Rostow
      i balet Beer-Rostow

      „Taniec w masce”
      muzyka: Sergej Rachmaninow
      choreografia: Wilfried Beer

      W końcu dotarła do garderoby. Kilka par rąk przyjęło ją, zdjęły welon, masowały kark i plecy i okryły drżące z wysiłku ramiona.
      - Dziękuję ci Tonia...
      - Może filiżankę herbaty, madame?
      Lisa wzięła kamionkową miseczkę, którą Tonia napełniła herbatą z samowaru. Dłońmi otuliła naczynie, jego ciepło rozchodziło się spokojnie po jej ciele. Piła powoli, małymi łykami.
      - Wielki sukces, madame. Wspaniała publiczność. Wymasować kostki, madame?
      - Zostaw Tonia. Wszystko w porządku.
      Na korytarzu słychać było szybkie lekkie kroki. Ktoś zapukał do drzwi.
      - To ja mamusiu.
      - Wejdź Natasza.
      Dziewczyna która weszła i czule objęła Lisę, mogłaby być jej lustrzanym odbiciem: ta sama wąska twarz, te same delikatne rysy, wysokie kości policzkowe, ten sam ciepły wyraz ciemnych oczu. Na taneczny trykot narzuciła pikowany płaszcz, włosy upięła wysoko w koczek.
      - Jesteś wspaniała mamusiu. Przyszłam trochę później, próba się przedłużyła, ale widziałam jeszcze scenę przy studni.
      - Dziękuję, maleńka. Lisa pogładziła rękę córki.
      - Chcesz filiżankę herbaty?
      - Może później. Muszę jeszcze na krótko wpaść do garderoby Michaiła.
      - Naturalnie.
      Kiedy Natasza podniosła się, Lisa przytrzymała jej dłoń.
      - De Witt jest w teatrze. Widziałaś go?
      - Siedzi w loży dyrektora, przy proscenium.
      - I? Myślisz, że mu się podoba?
      - Klaskał do samego końca.
      - Chce tę sztukę sfilmować. Wiedziałaś o tym?
      - Michaił mi o tym powiedział. Teraz już wszyscy o tym mówią.
      - To moja wielka szansa, Natasza. Te czasy dają takie możliwości: kiedyś tancerz w całym swoim życiu nie był w stanie zdobyć tak szerokiej publiczności, jaką dzisiaj może mieć dzięki jednemu tylko filmowi. Pomyśl Natasza: rola, której oprawę przygotował twój ojciec specjalnie dla mnie, znajdzie się w filmie, który zrobi De Witt, to byłby szczytowy punkt mojej kariery.
      - Dlaczego miałoby do tego nie dojść?
      Uścisnęła dłoń matki, nim ją wypuściła.
      - De Witt osiągnie wszystko czego tylko chce. Jest najlepszym reżyserem filmów baletowych. Tak jak ty jesteś największą primabaleriną.
      Znowu pochyliła się do matki i pocałowała ją w policzek.
      - Do zobaczenia mamusiu. I trzymam kciuki za drugi akt.
      - Dziękuję maleńka. Tonia! Podaj mi kostium.
      Właśnie zmieniła kostium, odstawiła pustą filiżankę kiedy już słychać było dzwonki obwieszczające koniec przerwy.
      - Okrutne, Tonia pokręciła głową.
      - Nie ma nawet czasu na rozprostowanie nóg. To najokrutniejszy zawód na świecie, jaki pani sobie wybrała, madame.
      - Najpiękniejszy, odpowiedziała Lisa.

      Kiedy dyrygent zbliżył się do pulpitu, głosy na widowni umilkły. Na jego znak orkiestra powstała. Oklaski. Kurtyna.
      Scena przeistoczyła się w cudowny ogród. Dziwny, nierzeczywisty, romantyczny: drzewa wykonane z drutu i odłamków błyszczących luster, brzeg sceny ubrano srebrzyście połyskującymi maskami, śmiejące się, płaczące, stare, młode twarze. Spoglądały w różnych kierunkach, jedne na scenę, inne na widownię.
      Muzyka: Lisa stała na scenie w kręgu światła. Ubrana teraz była w zwiewny zielony kostium czarownicy. Jej rude włosy opadały kosmykami na ramiona. Jej twarz ukryta była za porcelanową interesująco wykrzywioną białą maską o kobiecych rysach twarzy. Ogromne, nieco skośne oczy o długich rzęsach, ciemnoczerwone duże usta. Przypominała wenecką maskę karnawałową. Obróciła kilka piruetów. Jej ruchy były pełne gracji i chłodnego erotyzmu. Mężczyzna siedzący w loży proscenium był wyraźnie poruszony. Niespokojnie zwrócił się do swojego towarzysza.
      - Cudowne. Ona musi być już nieźle po czterdziestce.
      - Nie widać tego po niej, skinął mu głową w odpowiedzi jego sąsiad.
      - Absolutnie nie.
      De Witt oparł się o balustradę. Lisa wykonała całą serię trudnych skoków i zakończyła piruetem w zawrotnym tempie. Zerwały się spontaniczne oklaski. Dyrektor pochylił się do De Witt’a.
      - Naprawdę chce pan się podjąć sfilmowania?
      - Koniecznie. Balet który w czternastu miastach, miał setki wysprzedanych spektakli, przetrzyma też wersję filmową.
      - Myśli pan, że filmy baletowe mają rację bytu?
      - Postaram się uzupełnić go akcją. ...cdn...
      • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (2) 30.05.11, 22:10
        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

        (106)

        De Witt znowu odwrócił się w stronę sceny. Pojawił się na niej tancerz, stał przy rampie w świetlnym kręgu. Miał na sobie kostium błazna, jego twarz także osłaniała wenecka maska o wielkich oczach i szerokich ustach. Kostium kolorem i fasonem zbliżony był do kostiumu czarownicy. Przy czapeczce dźwięczały dzwoneczki.
        Dyrygent zaintonował muzykę. Jednym skokiem tancerz znalazł się na środku sceny. Widownia zareagowała owacją. Lisa odwróciła się w jego stronę. Mogło się wydawać, że obie postaci znieruchomiały otulone zielonym kręgiem światła.
        De Witt zwrócił się szeptem do dyrektora.
        - Kim jest ten chłopak?
        - Karonin
        Dyrektor podsunął mu program. De Witt przytrzymywał go tak, by oświetlenie loży padło na obydwa wpisy:
        Czarownica Baba Jaga...Lisa Rostow
        Arlekin...Michaił Karonin
        - Wywodzi się ze szkoły Madame Rostow, wyszeptał dyrektor.
        Baba Jaga i Arlekin tańczyli właśnie na proscenium taniec miłości: ona przed nim uciekała, on ja gonił, kilka kroków tańczyli razem. Potem ona znowu uciekała przed nim w stronę drucianych drzew. Oświetlenie się zmieniło, jej postać zatopiła się w delikatnym błękicie. Obie dłonie podniosła do maski i powoli ją zdjęła. Także Arlekin po drugiej stronie stojących drzew, sięgnął po swoją maskę.. Muzyka stała się miękka, melodyjna. Oboje bez masek wyłonili się z cienia drzew. Zbliżyli się do proscenium. Muzyka wzniosła się i przeszła w crescendo. Nastąpił akord końcowy, oboje zwrócili się do siebie.
        Ciepłe światło sprawiało, że ten dziwaczny krajobraz wyglądał jak wyjęty wprost z romantycznej idylli. Wydawało się że są sobą oczarowani. Jednocześnie wypuścili maski z dłoni.
        Rozpoczęła się druga część, romantyczna. Szczupła postać Lisy wzlatywała w rękach Arlekina jak piórko. W końcowym momencie tańca, uniósł ją i okręcił się wraz z nią. Ona jak gwiazda wirowała nad jego głową.
        Zabrzmiała burza oklasków, falą napłynęły nad scenę, słychać było zawołania: brawo. Standing ovation.

        Dyrektor prowadził swojego gościa korytarzem do biura.
        - Powiedział pan, że postara się o scenariusz i akcję?
        - Tak właśnie. Dlatego potrzebuję wykonawców, którzy zarówno potrafią tańczyć jak i zagrać swoje role.
        - Weźmie pan kogoś z obsady teatralnej?
        - Częściowo. Zabrzmiało to jakby nie chciał się jasno wypowiadać.
        - Zrobię próbne zdjęcia. Na jutro zamówiłem dwanaście osób, na próbne zdjęcia.
        - Oczywiście rolę Baba Jagi zaproponuje pan pani Rostow.
        Dyrektor puścił przodem De Witta, kiedy wchodzili do biura.
        - Ona tę rolę rozsławiła na międzynarodowej scenie.
        - Rozmawiamy z panią Rostow. Ona przecież posiada prawa do choreografii, która jest niezbędna do sfilmowania. Ale... usiadł w fotelu.
        - Właściwie to chciałem z panem rozmawiać o Karoninie. Ma wspaniałą technikę.
        Dyrektor usiadł w fotelu naprzeciw i sięgnął po papierosa.
        - To prawda.
        - Od jak dawna Karonin jest w pańskim zespole?
        - Od pięciu miesięcy. Partner pani Rostow wypadł z powodu urazu kolana. To było ryzykowne, ale ten chłopak sprawdził się po mistrzowsku. Jeśli ma pan pytania w związku z nim...
        - Mam kilka pytań, odparł De Witt.

        Natasza prowadziła samochód niezbyt szybko po jasno oświetlonych ulicach. Ville stojące w głębi ogrodów, skrywały się w cieniu. Tylko niekiedy pojedyncze żelazne latarnie oświetlały żwirowe dróżki albo schody. Żelazne parkany lśniły w deszczu, mury osłonięte pnącą się po nich zielonością wychylały się z ciemności. Wycieraczki miarowo poruszały się po szybie. Lisa w białym futrze siedziała obok Nataszy, jej rude włosy spływały na ramiona. Otuliła się mocniej futrzanym kołnierzem.
        - Prosiłam Mario, żeby przyjechał. Muszę z nim porozmawiać. Mam nadzieję, że już będzie jak dojedziemy.
        Natasza zdziwiona uniosła głowę.
        - On specjalnie przyjechał, żeby z tobą rozmawiać?
        Lisa uniosła nieco ramiona, jakby nie było w tym nic dziwnego.
        - Tak.
        Dziewczyna spojrzała na nią przelotnie, zanim znowu skierowała wzrok na ulicę.
        - Bardzo cię lubi.
        - Wiem co chcesz powiedzieć. Ja go też bardzo lubię. Ale twój ojciec i ja, to było coś wyjątkowego. Nie potrafię sobie wyobrazić, że ktoś mógłby zająć jego miejsce.
        - Mario zrobi dla ciebie wszystko. Jest kimś dużo więcej niż menadżerem.
        - Wiem. Jest zawsze, kiedy go potrzebuję. Ale myślałam także o tobie.
        - Co myślałaś o mnie?
        - Bardzo kochałaś ojca.
        - I będę go zawsze kochać. I też nie potrafię sobie wyobrazić, że ktokolwiek inny mógłby zająć jego miejsce. Ale on nie żyje, a ty żyjesz.
        Spojrzała bokiem na córkę.
        - Jesteś wyjątkową dziewczyną.
        - Jestem normalna.
        Uścisnęła dłoń matki. Przez chwilę obie milczały.
        - Jutro jestem umówiona z De Wittem, na kolację.
        - W związku z filmem?
        - Tak. Między brwiami Lisy ukazała się niewielka zmarszczka.
        - A ja mam jutro u niego próbę tańca i próbne zdjęcia, odezwała się Natasza.
        - Weź nowe buty i zielony trykot.
        - Czym powinnam zacząć?
        - Najlepiej solo z „Giselle”. Gdyby chciał coś nowoczesnego, wtedy zatańcz Cassy z „Chorus Line”. Z tego co słyszałam, ten film ma mieć też akcję. A jeśli chcą coś zobaczyć, to w końcu masz też Baba Jagę.
        - Myślisz, że już sobie z tym poradzę?
        - Oczywiście. W końcu widziałaś to już ponad pięćset razy. Obie roześmiały się cicho.
        - Właściwie, to jesteś zbyt dobra do tej grupy. Porozmawiam z De Wittem o tym.
        - Mamo, proszę nie, broniła się Natasza.
        - No dobrze, wiem. Ale wspomnij przynajmniej że jesteś moją córką.
        - I tak przecież wszyscy o tym wiedzą.
        W głosie Nataszy zabrzmiała niemal nieuchwytna nuta rezygnacji. Przez żelazną bramę podjeżdżała do obrośniętej dzikim winem willi. Okna na pierwszym piętrze były jasno oświetlone. Lisa była nieco zdenerwowana.
        - Mario jest już na górze. Wprowadzisz samochód do garażu?
        - Jestem jeszcze umówiona z Michaiłem. Pocałowała matkę w policzek.
        - Do zobaczenie, mamusiu, pozdrów ode mnie wujka Mario.
        Lisa zatrzasnęła drzwiczki samochodu i pomachała jeszcze raz córce na pożegnanie. Przeszła kilka kroków przez ogród i weszła do domu. . ...cdn...
        • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (3) 30.05.11, 22:40
          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

          (107)

          -Mario!
          Ciepłe światło rzucało delikatne cienie, był to luksusowo urządzony salon. Mario podniósł się z kanapy i podszedł do Lisy.
          - Lisa, kochanie!
          Pocałował ją w policzek i przytrzymał przez chwilę jej dłonie. Spojrzała na niego.
          - Jestem ci tak bardzo wdzięczna że przyjechałeś. Byłeś daleko, prawda?
          - Na pewnej wyspie na Pacyfiku, odwiedzałem przyjaciela. Twoja wiadomość dotarła do mnie, gdy byłem w Rzymie. Ale i bez tego, miałem zamiar przyjechać do ciebie.
          - Siadaj Mario. Mam tysiące spraw do uregulowania i bez ciebie sobie nie poradzę.
          - No to proponuję żebyśmy zaczęli od początku.
          Uśmiechnął się i wskazał na stół, na stojącą butelkę wódki i dwa kieliszki.
          - Wszystko jest przygotowane.
          - To wspaniale, Lisa usiadła na kanapie.
          - Już przedtem mówiłam Nataszy..
          - Co jej mówiłaś?
          Usiadł naprzeciw niej i nalał wódkę. Wzięła kieliszek.
          - ...że zawsze jesteś, kiedy cię potrzebuję.
          - Doprawdy?
          Uniósł kieliszek i spojrzał jej prosto w oczy. Kilka sekund wytrzymała jego spojrzenie, ale po chwili, siłą woli odwróciła wzrok.
          - Tak, tak właśnie jest. Na zdarowje, Mario.
          - Na zdarowje.
          Wypiła, oparła się i głęboko odetchnęła.
          - De Witt chce sfilmować „Taniec w masce” słyszałeś o tym?
          - W rozmowie.
          - I co sądzisz o tym pomyśle?
          Wyraźnie zwlekał z odpowiedzią, próbował czytać w jej oczach.
          - Nieźle. Jest do tego odpowiedni.
          - Mario, nie możemy popełnić błędu.
          - Co masz na myśli?
          - De Witt to perfekcjonista. Musimy wszystko w najdrobniejszych szczegółach omówić. Potrzebuję charakteryzatora z Opéra Comique.
          - Przypominam sobie.
          - Myślisz, że uda ci się go dla mnie zaangażować? Muszę wyglądać dwadzieścia lat młodziej. Potrzebuję też specjalisty od oświetlenia. Mieliśmy takiego na włoskiej gali.
          - Lisa... Mario zająknął się
          - ...czy ty się za bardzo nie spieszysz?
          - Co masz na myśli?
          - Czy już się zastanowiłaś...zwlekał jakby szukał słów.
          - Myślę...tańczysz Baba Jagę już od piętnastu lat. Myślałem, że może nadszedł czas oddać się czemuś innemu.
          Lisa spoglądała na niego jakby nie rozumiała.
          - Mario, ale przecież nie teraz. Całe życie czekałam na taką szansę.
          Wydawała się poirytowana.
          - Nie rozumiem. Chcesz mi wyperswadować, że nie powinnam?
          - Naturalnie, że nie. Wiem ile ta rola dla ciebie znaczy, odpowiedział pospiesznie.
          - Ona jest moim życiem!, sięgnęła po papierosa.
          - To moje drugie ja, część mnie. Potem będę miała jeszcze dużo czasu, by oddać się innym sprawom.
          - Oczywiście, Lisa, odparł uspokajająco
          - Tylko czasami lepiej nie skakać na głęboką wodę. Taka okazja jak ta, jest odpowiednia do tego, żeby się powstrzymać.
          - Powstrzymać?
          -Zrobić bilans. Rozejrzeć się, zastanowić się co jest tak naprawdę ważne. Skonfrontować z własnymi wyobrażeniami. Po prostu raz się zastanowić.
          - Ależ robię to, była niespokojna.
          - Od wielu dni nie robię niczego innego. Myślę o tym jakie propozycje mogę mu wysunąć. Przecież to także w jego interesie żebym wypadła jak najlepiej. W Monachium jest pewien chirurg.
          Odłożyła papierosa i sięgnęła po lusterko. Dwoma palcami rozciągnęła zmarszczkę na czole.
          - Potem mała poprawka przy oczach.
          Dotknęła środkowym palcem kąta oka.
          - ...i tutaj oczywiście. Zmarszczki wokół ust.
          - Lisa, te zmarszczki masz od śmiechu.
          Udała że nie usłyszała tej uwagi.
          - Wszystko zależy od tego, jak pada światło.
          - Twoja twarz jest piękna, twoja publiczność, kocha cię taką jaka jesteś.
          - Na scenie, Mario. Jeśli ujęcie będzie en face, to ujdzie. Z boku wygląda fatalnie. Muszę porozmawiać z kamerzystą...
          Mario odstawił kieliszek na stół.
          - Lisa czy De Witt wysunął ci propozycję?
          - Propozycję? Oczywiście. Jutro spotkam się z nim na kolacji. Dlatego przedtem chciałam z tobą wszystko omówić.
          Odłożyła lusterko i znowu sięgnęła po papierosa.
          - Rozmowy na temat gaży, pozostawiam tobie, jak zwykle. Co jeszcze chciałam powiedzieć: musimy zrobić dwie oddzielne umowy, jedna na rolę a druga na choreografię. Mógłbyś zostać tutaj kilka dni, czy znowu musisz gdzieś jechać?
          - Mogę zostać, ale nie sądzę, że to coś da.
          Ton jego głosu, zaniepokoił Lisę.
          - Co masz na myśli?
          - Lisa, Mario starał się tonem głosu nie nadawać zbyt dużej wagi słowom...
          - ... czy zechcesz mnie, swojemu staremu przyjacielowi spełnić bardzo ważne pragnienie?
          - Jeśli będę mogła.
          - Możesz.
          Spoglądał z troską w jej piękną twarz, była skupiona.
          - To co masz przed sobą, to wielkie i trudne zadanie. Przedtem powinnaś zrobić kilka dni urlopu. W tym wypadku byłoby to dla mnie ważne, Lisa.
          - Ale ja i tak muszę... przerwał jej.
          - Nie, nie w klinice. To nie jest odpowiednie miejsce teraz. Ścisnął lekko jej dłoń.
          - Przecież masz do mnie zaufanie.
          - Oczywiście.
          - Chciałbym, żebyś z kimś porozmawiała.
          - Kim on jest?
          - Człowiek o którym ci przedtem mówiłem, mieszka na własnej wyspie na Pacyfiku. Jeśli tam pojedziesz i z nim porozmawiasz, znajdziesz siłę na to, by zrobić to co należy.
          - Mario, ależ ja nie jestem słaba, w tonie jej głosu zabrzmiał bunt.
          - Nie, jesteś silna. Tylko czasami potrzeba pomocy z zewnątrz, jeśli stoi się przed szczególnie wielkim zadaniem.
          Zwlekała z odpowiedzią.
          - Nie wiem. Jeśli tak bardzo ci na tym zależy. Zastanowię się.
          Wypuścił jej dłoń. Spoglądała na niego, z uśmiechem, nieco kokieteryjnie.
          - Chcesz mnie wysłać do obcego mężczyzny, na wyspę? Co mam o tym myśleć?
          Wstał obszedł stół i zatrzymał się przed nią. W jego głosie słychać było ulgę, kiedy się odezwał:
          - On jest jedynym, o którego nie jestem zazdrosny. . ...cdn...
          • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (4) 30.05.11, 22:47
            Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

            (108)

            Nad drzwiami jaskrawo świecący napis obwieszczał: nie wchodzić, nagranie. W korytarzu było ciemno. Przez uchylone wahadłowe drzwi słychać było twardy kobiecy głos:
            - Pirouette, Pliée. Pas-de-basque, Jeté - Pirouette, Pliée. Pas-de-basque, Jeté…

            Sala taneczna miała wysokie do połowy zasłonięte okna, była nieco zaniedbana, tak jakby niezbyt często z niej korzystano. W rogu koścista kobieta w stroju baletowym ćwiczyła z grupą baletnic. Sześć może siedem dziewcząt także w strojach baletowych ćwiczyło przy drążku. Trzy a może cztery stały albo siedziały masując sobie łydki i kostki. Na wąskiej drewnianej ławeczce przy drzwiach siedziała Natasza. Pochylona do przodu lekko wznosiła i opuszczała ramiona. Był to dla niej najlepszy sposób na odprężenie. Zamknęła oczy i stopniowo się koncentrowała. Zmęczona tancerka weszła do sali. Wszystkie zwróciły się do niej.
            - Jak było?
            - Meczące...ufff
            Przysiadła na ławeczce obok Nataszy.
            - Co powiedział De Witt?
            - Wszystkie kawałki musiałaś tańczyć?
            - Nie wszystkie. Ale te najtrudniejsze, po dwa razy. Przy tym musiałam liczyć do trzydziestu tak by głos mi nie zadrżał.
            Odsunęła opadający na czoło kosmyk włosów i próbowała miarowo oddychać.
            - Jest okropnie wymagający. Nie wiesz skąd brać na to oddech. A potem Pirouette po Pliée. Do diabła.
            Odetchnęła gwałtownie. Natasza zwróciła się ku niej. Jej spokojny, odprężony wyraz twarzy zdradzał, że nie uważała wymagań, które stawiał De Witt za wygórowane. W drzwiach pojawiła się sekretarka z listą w ręce.
            - Panna Rostow.
            Nie zareagowała od razu i sekretarka powtórzyła jej nazwisko. Dopiero teraz Natasza spojrzała.
            - Tak,
            Podniosła się i ruszyła w ślad za sekretarką. W tej samej chwili obok sekretarki przecisnął się młody mężczyzna i podszedł do Nataszy. Był szczupły, opalony, na baletowy trykot narzucił jasny trenchcoat, na bosych stopach miał sportowe buty. Włosy opadały mu na czoło, szarymi oczami spoglądał z zafascynowaniem na dziewczynę.
            - Natasza, mam wspaniałą wiadomość.
            Chwycił jej dłonie...spojrzała na niego.
            - Michaił...
            Odprowadził ją na bok. Jego głos drżał z radości i podniecenia.
            - Udało mi się, Natasza. Będę tańczył Arlekina.
            - Co?
            - De Witt zaangażował mnie. Da mi tę role! Chciałem żebyś o tym wiedziała, zanim tam pójdziesz.
            - Ależ to fantastyczne.
            Próbowała szeptać, ale głos odmawiał jej posłuszeństwa.
            - To fantastycznie, Michaił. I to pewne?
            - W przerwie obiadowej podpisałem już umowę.
            Sekretarka niecierpliwie machała swoją listą.
            - Panno Rostow, bardzo proszę!
            - Już idę.
            Sekretarka podeszła do Michaiła.
            - Dobrze że i pan jest tutaj, panie Karonin. Pan De Witt prosi, by pan usiadł z nim w audytorium.
            - Oczywiście, bardzo chętnie.
            Przepuścił w drzwiach Nataszę i zdążył jej jeszcze wyszeptać: - Powodzenia, Natasza.
            - Dziękuję Michaił.

            Atelier było oświetlone różnymi kolorami. Na ziemi leżały zwinięte kable. Na środku parkiet taneczny oświetlony jasnym kręgiem, na brzegu tego kręgu siedział pianista przy fortepianie. Obok wejścia ustawiono kilka krzeseł, przed nimi dwa monitory. De Witt siedzący tam wraz ze swoimi obydwoma asystentami, kiwnął w kierunku Michaiła i wskazał mu wolne miejsce obok siebie.
            Natasza weszła na scenę. Snop światła został skierowany na nią. Stojąc w tym świetlnym kręgu skłoniła się w kierunku niemal niewidocznych dla niej widzów.
            - Dzień Dobry.
            - Dzień Dobry panno Rostow, z ciemności pozdrowił ją De Witt.
            Poprawiła tylko delikatnie i grzecznie.
            - Beer, panie De Witt. Nazywam się Natasza Beer.
            - Ale jest pani córką Lisy Rostow.
            - Tak.
            - Kto panią uczył?
            - Moja mama.
            - Czym pani chce rozpocząć?
            - Giselle.
            - Kamera, polecił De Witt.
            - Klaps!
            - Proszę panno Rostow.
            Pianista był powolny i wydłużał. Natasza narzucała tempo. Dwa skoki, trzy. Pirouette, Jeté. Mimo wiadomości usłyszanej od Michaiła, nie utraciła nic z koncentracji. W końcu pianista dostosował się do jej tempa, dała się ponieść. Taniec Giselle dla księcia. Jej księciem byl Michaił. Czy matka o tym widziała? Zapewne się domyślała. Mamusia, pomyślała czule. Ile cierpliwości miała do niej, od samego początku. Ale opłaciło się. Jej kroki i skoki były tak pewne, jakby jej nogi były z gumy. Wysoko, jeszcze wyżej. Piroutte. I stanąć, znieruchomieć. Akord końcowy. Zatrzymała się na środku sceny, zwrócona do widzów. Po kilku sekundach dopiero dobiegł do niej głos.
            - Wyłączyć kamerę.
            - Tak jest panie De Witt.
            Znowu minęło kilka sekund. De Witt odezwał się dziwnym głosem:
            - To było niezwykłe, panno…eee….Beer. Co mógłbym jeszcze zobaczyć?
            - Mogę zatańczyć Cassy z „Chorus Line”, jeśli chciałby pan coś nowoczesnego.
            Umilkła, ponieważ Michaił szeptał coś do reżysera. De Witt odwrócił się do sceny.
            - Pani kolega właśnie mi powiedział, że studiowała pani też Baba Jagę. Mógłbym obejrzeć jakiś fragment?
            Natasza zwlekała moment z odpowiedzią.
            - Nie sądzę, że mam to na tyle opanowane.
            - Chciałbym tylko na próbę nakręcić fragment sceny z maską.
            Michaił wstał. Na wolnym fotelu położył swój trenchcoat i zawołał do Nataszy, przechodząc ostrożnie poprzez leżące kable:
            - Zatańczę to z tobą Natasza.
            - Wspaniale, odezwał się De Witt. ...cdn...
            • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (5) 30.05.11, 22:58
              Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

              (109)

              Kelnerzy stali w szeregu, szef lokalu skłonił się nisko a pianista nie zdejmując palców z klawiszy uniósł się ze swojego miejsca. Ściany restauracji obite były ciemnozielonymi tapetami, wieloramienne świeczniki, ciemnozielone obrusy i serwetki, aksamitne fotele w tym samym kolorze. De Witt oczekiwał na Lisę przy narożnym stoliku. Podniósł się na jej powitanie i powitał, całując jej dłoń.
              - Wodka, madame?
              - Poproszę.
              Z szacunku dla niej, pianista grał Czajkowskiego Pas-de-deux z „Tańca w masce”. Starała się nie okazywać zdenerwowania. Czyżby miała tremę? To śmieszne. Oparła się w fotelu, rozmawiała, patrzała w oczy swojego rozmówcy. Zupełnie swobodnie odpowiadała na pytania które zadawał, lekkim niezobowiązującym tonem: jak często balet był wystawiany w różnych miastach, o choreografię, mitologiczny pierwowzór Baba Jagi w rosyjskiej baśni.
              De Witt uniósł kieliszek z wódką.
              - Na zdarowje.
              - Na zdarowje.
              Było jej zimno. Jej czarną wąską sukienkę z głębokim wycięciem na plecach, okrywała futrzana stola. Kieliszek w jej dłoni wydawał się jak zamrożony. Odwróciła się na krześle tak, by światło z kinkietu padało na jej twarz. To było dla niej istotne, by dobrze wyglądać i sprawiać spokojne pewne siebie wrażenie.
              - Wie pani, że będę kręcił film „Taniec w masce”? to mój czwarty film baletowy.
              - Wiem. Widziałam wszystkie pańskie filmy.
              - W takim razie wie pani także, jak wielką wagę przywiązuję do kontynuacji.
              Przytaknęła ruchem głowy. Jego ujęcia były już legendarne. Nakręcał dwudziestominutowe sekwencje z czterech kamer, absolutnie bez cięć.
              - No więc, obracał w długich zgrabnych palcach serwetkę...
              - ...do tego potrzebuję perfekcyjnej i dominującej choreografii.
              Lisa spoglądała na przystojną twarz swojego rozmówcy.
              - Ma pan już choreografa?
              - Myśleliśmy o pani, madame Rostow.
              - O mnie?
              W skroniach poczuła napływającą falę gorąca. To było za wiele. „Nie jestem słaba” mówiła do Mario, ale on wiedział lepiej.
              - Zna pani tę sztukę, jak nikt inny. O ile się nie mylę, przygotowywała pani choreografię razem ze swoim zmarłym mężem, panem Wilfriedem Beer.
              - To prawda. Lisa pochwyciła koniec etoli i przeciągnęła puszyste futerko przez ramię.
              - Ale to będzie prawie niewykonalne. Jak mam tańczyć Baba Jagę jednocześnie robiąc choreografię?
              Zauważyła, że zwlekał z odpowiedzią, jeśli się nie myliła, to jego oczy jakby pociemniały.
              - Właściwie, o takim rozwiązaniu nie myśleliśmy.
              - Słucham?
              - Mówiłem o choreografii, Madame Rostow.
              Lisa nie rozumiejąc pokręciła głową.
              - Ale rola? Tę rolę muszę przecież...
              Przerwała. Poczuła jak w panice skurczyło jej się serce. Odczuwała tępy ból, a jednak wzbraniała się przed zrozumieniem. Nie spoglądając na swego rozmówcę, zapytała:
              - Pan myśli tylko o choreografii?
              - Tak sobie to wyobrażaliśmy.
              De Witt wydał jej się nagle odległy, ten cios trafił ją zbyt mocno. Futro znowu zsunęło się z jej ramion, zacisnęła dłoń przytrzymując etolę.
              - A rola? wymówiła z wysiłkiem...
              - Co z Baba Jagą?
              - Poszukujemy baletnicy, która będzie odpowiednia do wykonawcy Arlekina. Dzisiaj kogoś znalazłem, ale nie mam jeszcze zgody.
              O czym on mówił? O kimś, komu zaproponował rolę? Jej rolę, Baba Jagi?
              -Nie ma pan zgody?
              Jego twarz nie drgnęła nawet, palcami przesunął po serwetce leżącej na stoliku.
              - To młoda tancerka, która zwleka z odpowiedzią, daliśmy jej czas na zastanowienie.
              Młoda tancerka. Jakaś, której chciano dać jej rolę! Oczywiście, że zwleka! Co za głupota, dla młodej tancerki wejść w ślady jej, Lisy Rostow. Czas na zastanowienie! To był absurd!
              - Rozumiem, że zwleka, powiedziała nieco głośniej niż zamierzała
              - Ona wie, że nie da rady. Nikt nie potrafi zatańczyć Baba Jagi. Przez piętnaście lat, stała się moim drugim „ja”, niuans po niuansie, piętnaście długich lat.
              Przerwała.To długi czas na jedną rolę. Być może zbyt długi. De Witt taktownie milczał. Poszukujemy baletnicy, która będzie odpowiednia do wykonawcy Arlekina.. Kim był ten tancerz? Jeśli był dobry, musiałaby go znać.
              - A tancerz? Kto to?
              - Karonin, odpowiedział De Witt.
              - Świetny jest, słyszałem, że wyszedł z pani szkoły.
              - Michaił?
              Sięgnęła po stojący przed nią kieliszek, był pusty. De Witt zareagował natychmiast przywołując kelnera.
              - Jeszcze dwa razy wódkę z tonikiem, poproszę.
              Zwrócił się ponownie do Lisy.
              - Tak jak pani mówi, Michaił Karonin, ma wielką przyszłość przed sobą.
              Michaił był świetny o tym sama wiedziała.
              - Wzięłam go z grupy, zacisnęła palce na etoli.
              - Ja go stworzyłam, był moim uczniem. I pan chce powiedzieć, że weźmie jego do filmu a mnie nie?
              Twarz De Witta pozostała nieruchoma.
              - Być może to zabrzmi banalnie, Madame, ale każdy kto uczy, kiedyś tego doświadcza.
              Miał rację. Lisa o tym wiedziała. Uczniowie dojrzewają, nauczyciele się starzeją. W końcu nadchodzi dzień, że wchodzi ktoś przez drzwi i kradnie ci show. Kto to powiedział? Paul Ziegler, a może to był Maurice Chevalier? ...cdn...
              • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (6) 30.05.11, 23:17
                Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                (110)

                - Ja rozsławiłam tę sztukę w Europie, jest ściśle związana z moim nazwiskiem, odezwała się.
                De Witt trzymał spokojnie ręce na serwetce.
                - Dlatego prosimy panią o przejęcie choreografii.
                Tak. Tak. Ale to niemożliwe. Kelner podał wódkę, Lisa natychmiast sięgnęła po kieliszek.
                - Musze się nad tym zastanowić. Rozumiem to, ale nie sądzę, że będę mogla to zaakceptować.
                De Witt także wziął kieliszek, jego głos zabrzmiał bezosobowo.
                - W takim razie byłoby nam bardzo przykro.
                Wypiła wódkę jednym haustem. W gardle czuła duszący ból, oczy ją piekły. Byle się nie rozpłakać, nie teraz, nie przed tym mężczyzną. Ona, Lisa Rostow miałaby się dać wymanewrować? Nie w ten sposób.
                Palenie w gardle stawało się nieznośne. Wstała.
                - Lepiej jeśli już pójdę. Mógłby mi pan wezwać taksówkę?
                - Ależ odwiozę panią do domu, Madame Rostow.
                - Nie, dziękuję. Proszę wezwać mi taksówkę.
                De Witt przywołał kelnera.
                - Taksówkę.
                Stał przed Lisą i pochylał się do jej dłoni.
                - Pozwolę sobie zadzwonić do pani za kilka dni, Madame...
                Przyzwalająco skinęła głową. W popłochu jakby uciekała szła w kierunku wyjścia. W połowie drogi, nie mogła już powstrzymać łez. Kilku gości obejrzało się za nią. Pianista uniósł się, nie zdejmując dłoni z klawiszy.
                De Witt stojąc przy stoliku spoglądał za nią, jego twarz wyrażała smutek i współczucie.

                Mario jeszcze nie spał. Pokój hotelowy był przesadnie czysty, ale wygodny. Wyłączył górne światło i siedział w skórzanym fotelu z książką, w kręgu stojącej lampy, kiedy zadzwonił telefon.
                - Tak, słucham?
                Głos Lisy był daleki, wyczuwał w nim strach małej dziewczynki.
                - Przeszkadzam może?
                - Naturalnie, że nie.
                - Mario, musiał mocniej przycisnąć słuchawkę by ją zrozumieć
                - Przemyślałam to sobie. Przypuszczalnie znasz mnie lepiej niż ja samą siebie: mógłbyś powiadomić swojego przyjaciela na wyspie, że przyjadę?

                - Ta łódź, odezwała się Lisa
                - Spójrz Natasza, jaka piękna. Jak z teatralnej dekoracji.
                - Jak mały parowiec z Missisipi, odezwała się Natasza.
                Dziewczyna ubrana w biały sarong roześmiała się.
                - Ciesze się, że wam się podoba. Chodźcie, pomogę wam wsiąść.
                Łódź ślizgała się po ciemnym błękicie wody. Po obu stronach dziobu powstawały spienione fale. Powietrze było łagodne. Tak jakby to był inny świat, pomyślała Lisa, przyjazna, obca rzeczywistość. Natasza stała obok, to było jedynie realne i ta biało odziana dziewczyna za sterem, która przedstawiła się imieniem Sandra.
                - Kim on jest, spytała Natasza, ten do którego jedziesz? Psychiatra?
                - Coś w tym rodzaju, Mario mi doradził. Muszę z kimś porozmawiać. Wydaje mi się, że mam kryzys.
                - Czy to ma coś wspólnego ze mną?
                - Z tobą? Skąd ci to przyszło do głowy?
                Dziewczyna za sterem odwróciła się.
                - Tam, przed nami, jest już wyspa.
                Lisa nieświadomie napięła plecy: wyspa, cel jej podróży. Nie opuści jej, jeśli nie będzie wiedziała jak postąpić. Przyjaciel Mario musi jej pomóc. Tylko ten kto zrezygnował, ten stracił. Wciąż jeszcze miała wszystkie trumfy w ręce: De Witt bez niej nie mógł nakręcić filmu. Chodziło tylko o to, żeby nie stracić nerwów. Przedstawić mu swoje warunki jasno i precyzyjnie.Wtedy nie będzie miał wyboru.
                Nie zauważyła, kiedy łódź skręciła w stronę laguny. Przemyślała wszystko konsekwentnie i wyciągnęła wnioski. Była silna, mimo że się bała. Nie, odwrotnie: bała się, a jednak była silna. Dopiero kiedy dopłynęli do pomostu, podniosła wzrok: wysoki, szczupły mężczyzna z siwą czupryną i siwą brodą, stał na skarpie. Jej wszystkie myśli umknęły, kiedy przy pomocy Sandry opuszczała łódź. Mężczyzna przyglądał im się. Jego oczy były barwy stalowoniebieskiej, spokojne, zdecydowane.
                Mario tak chciał, pomyślała. On zawsze wiedział, co jest dla mnie właściwe. Zaufam temu mężczyźnie, niech się dzieje co ma być.
                Dwie papugi wzbiły się, z zarośli rosnących przy brzegu drogi, w powietrze i z krzykiem odleciały nad lagunę. Białe ubranie mężczyzny połyskiwało w słońcu, w oczach czuła pieczenie, które nie bolało, ale działało kojąco.
                - Witamy na wyspie, odezwał się Sartori. ? ...cdn...
                • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (7) 30.05.11, 23:33
                  Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                  (111)

                  - Ty i twoja mama, rozumiecie się dobrze? zapytała Sandra.
                  Natasza zaofiarowała jej swoją pomoc przy obieraniu i krojeniu papai, Sandra chętnie się zgodziła. Poprzedniego dnia razem kąpały się w zatoce, Sandra pokazała Nataszy kolorowe odłamki skał leżące na białym przybrzeżnym piasku. Wieczorem siedzieli w czwórkę na tarasie i Sartori wspominał, że mieszkając jeszcze w Europie oglądał Lisę kilkakrotnie na scenie i podziwiał za rolę Baba Jagi.
                  - To sam pan widzi, jak długo już tę rolę tańczę, zabrzmiało to trochę cynicznie.

                  Teraz obie dziewczyny siedziały w cieniu rzucanym przez wachlarzowatą palmę, przy balustradzie oddzielającej taras od ogrodu, między nimi znajdowała się salaterka pełna zielonych owalnych owoców. Od czasu do czasu na skraju palmowych gałęzi ukazywała się maleńka główka Neeli.
                  - Mamusia i ja, świetnie się rozumiemy. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze wszystko robiłyśmy wspólnie.
                  - To tak, jak ja z moim ojcem, od śmierci mamy.
                  - Czasami się zastanawiałam, jak to jest, jeśli ma się tylko ojca. To niby to samo, a jednak niezupełnie zauważyła Natasza.
                  - Jest fajnie. Ma się kogoś, kto jest mądry, wielki i spokojny i kto cię chroni. Tak odczuwałam kiedy byłam małą dziewczynką. Oczywiście brakowało mi też mamy.
                  - Tak jak mnie mojego ojca.
                  - A wujek Mario? spytała Sandra.
                  - Wujek Mario? Natasza opuściła do połowy obrany owoc na kolana.
                  - Skąd ci to przyszło...?co wiesz o...?
                  Zająknęła się. Lekko klepnęła się dłonią w czoło.
                  - Mój Boże, ależ głupio pytam! Wujek Mario, oczywiście, znasz go. Był tutaj, jest przyjacielem twojego ojca. Czy jesteście spokrewnieni?
                  - Nie, ale nazywam go tak już od bardzo dawna, odpowiedziała Sandra.
                  Natasza roześmiała się.
                  - Ja też! Chociaż też nie jesteśmy krewnymi. Czy to nie dziwne?
                  - Ponieważ ma on coś szczególnie wzbudzającego zaufanie. Daje się lubić i chciałoby się, żeby był wujkiem.
                  - To prawda, przyświadczyła Natasza
                  - Ale pomyśl Sandra: czy to nie dziwne, że podróżuje się przez całą półkulę, po to by spotkać kogoś kto ma tego samego wujka z wyboru?
                  - To prawda, Sandra uśmiechnęła się do Nataszy.
                  Po chwili spojrzała na pagórek, gdzie słońce czerwonymi jaskrawymi promieniami oświetlało drewniany krzyż.
                  - Być może jest w tym sens. Mój Ojciec uważa, że w życiu nie ma przypadków.
                  - Też nie wierzę w przypadki, odezwała się Natasza.
                  Jej oczy pociemniały, a na czole pojawiła się niewielka zmarszczka.
                  - Martwi cie coś? spytała Sandra.
                  - Tak.
                  - Wujek Mario darzy twoją mamę sympatią.
                  - Skąd ci to przyszło do głowy?
                  - Martwił się o nią, Sandra sięgnęła po kolejną papaję i zaczęła ją obierać.
                  - Mamusia, jak wiesz, odezwała się Natasza po krótkim milczeniu..
                  - Jest wielką primabaleriną. Samodzielna i silna, znana i odważna. Jednak tam w środku, w sercu jest bardzo wrażliwa. Potrzebowała kogoś, kto... spojrzała na Sandrę i świadomie powtórzyła jej słowa: kogoś, kto jest mądry, wielki i spokojny i kto ją ochroni.
                  - Takiego jak wujek Mario, podpowiedziała Sandra.
                  - Tak, jak wujek Mario.

                  Lisa w swojej czarnej sukience wyglądała delikatnie i krucho. Jej twarz pobladła, kiedy mówiła. Jej dłonie niespokojnie poszukiwały jakiegoś wsparcia. Jednak nieustannie ich ruchy towarzyszyły jej słowom. Jakby chciała powstrzymać pędzące myśli. Sartori słuchał, nie przerywając jej. Kiedy skończyła, wstał i przeszedł kilka kroków po tarasie. W osłoniętym od wiatru zakątku wśród opadających winorośli, zapalił fajkę.
                  - Wiem, odezwała się znowu Lisa
                  - Dla każdego nadchodzi taki dzień, kiedy musi ustąpić. Ale dla mnie to za wcześnie. Mogę tę rolę zagrać. Wiem, że mogę.
                  - Przecież nikt temu nie przeczy.
                  Przez otwarte okno dobiegały głosy Sandry i Nataszy. Dziewczęta odkąd przybyły na wyspę, nie rozstawały się ani na chwilę. Sartori powrócił do stołu.
                  - Również De Witt nigdy temu nie zaprzeczy, ale być może ma on swoje wyobrażenie o tej roli. To jego film.
                  Jego film? Jak to możliwe? Kto mu dał prawo, żeby „Taniec w masce” stał się jego filmem? Przecież nie miał w tym żadnego udziału.
                  - Ja posiadam licencję na choreografię. On tego beze mnie nie może sfilmować.
                  - Chce mu pani postawić ultimatum?
                  - Dlaczego nie?
                  - De Witt zaproponował pani choreografię.
                  - Ale rola. To jest moja rola. Ja jestem Baba Jagą. Nikt poza mną nie może jej zatańczyć.
                  Nie mogla się poddać. De Witt nie zdawał sobie sprawy z kim ma do czynienia.
                  - To śmieszne wziąć jakąś początkującą tancerkę, niemającą pojęcia o tej roli. Na takie coś nie poświecę mojej choreografii.
                  - Czy takie ultimatum, nie zaszkodzi pani karierze?
                  Nic nie rozumiejąc, potrząsnęła głową..
                  - Mojej karierze zaszkodzi, jeśli nie zatańczę Baba Jagi. Wszyscy będą sobie zadawać pytanie: czy może nie jestem już w formie.
                  Zamilkła na chwilę, zanim po cichu dodała:
                  - Albo może jestem za stara...
                  Sartori odsunął krzesło i usiadł naprzeciw niej. Nie patrząc na nią, powiedział:
                  - Czy to właśnie nie jest tajemnicą nieprzemijającego sukcesu? odejść w odpowiednim momencie? Czy to nie błąd, jeśli się ten moment przegapi?
                  - Oczywiście. Wiem o tym, widziałam to u moich kolegów, ale...
                  - Jeśli dotyka nas to osobiście, widzi się to inaczej, powiedział Sartori.
                  On jej nie rozumiał: to jej nie dotyczyło. Oczywiście, że się wycofa. Pewnego dnia, może już wkrótce, ale nie teraz. Nie, jeśli właśnie teraz miała szansę, na jaką czekała całe życie.
                  - Przecież to Mario doradził pani żeby przyjechała pani na wyspę, stwierdził Sartori.
                  - Powiedział mi: że po pobycie na wyspie, znajdę siły by zrobić to co właściwe.
                  - W takim razie ze względu na niego, muszę panią poprosić, by przeszła pani tę drogę do końca. Mario chciał, żeby zyskała pani jasność. Jeśli jest to także pani życzeniem, na pewno nie rozczaruje się pani.
                  - Jasność?
                  - O pani planach, pragnieniach. O wszystkim, co przed panią teraz i w przyszłości. Na wypadek, jeśli podejmie pani walkę z De Wittem. Jak pani myśli, jak on zareaguje? co zrobi?
                  - On... Lisa zająknęła się, w jej głosie zabrzmiała niepewność.
                  - Zrobi ze mną próbne nagranie. W masce i w kostiumie. Na to jestem przygotowana. Mam świetnego charakteryzatora z Opéra Comique i specjalistę od oświetlenia, który doskonale wie jak ma moją twarz oświetlać. To wykluczone, żeby De Witt na korzyść urody obniżył swoje wymagania co do zdolności tanecznych. Chodzi tylko o to, by go do tego przekonać.
                  - Przejdzie się pani ze mną kawałek? Tylko wzdłuż laguny, do lasu. To niedaleko. Zaproponował Sartori.
                  - Dokąd?
                  - Pokażę pani pewien ogród! Wygląda podobnie jak czarodziejski ogród Baba Jagi.
                  Wstał.
                  - Czy Mario tego chciał?
                  - Myślę, że tak, odpowiedział Sartori.
                  Opróżnił fajkę w popielniczce i schował ją do kieszonki w marynarce. Lisa chwyciła podaną jej dłoń. Jej palce były zimne.
                  - Jest pani silna. Nie potrzebuje się pani niczego obawiać. Chodźmy. ...cdn...
                  • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (8) 30.05.11, 23:44
                    Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                    (112)

                    Z oddali słychać już było szum spadających strumieni wody. Światło przebijało przez utworzony z liści dach. W górze wysoko nad nimi u zwieńczenia skały w świetle słonecznym widniała tęcza.
                    - Czarodziejski Ogród Klingsora
                    - To samo powiedzial Mario, odezwał się Sartori.
                    - On był tutaj? W tym ogrodzie?
                    - Nie podczas swojej ostatniej wizyty, ale kiedy był tutaj po raz pierwszy, przed około rokiem. Odnalazł mnie na wyspie, po tym, jak bardzo długo nie mieliśmy żadnego kontaktu.
                    - Był tutaj.
                    Rozejrzała się wokół. Ogromne kielichy czerwonych kwiatów na krzewach, świeciły dziwnym światłem. Lilie zwisające wprost do stawu z obumarłego drzewa, roztaczały słodkawy zapach zgnilizny. Wypełniał jej wnętrze słodkim nieznanym odczuciem. Postąpiła kilka kroków w kierunku szmaragdowej wody stawu. Podłoże było grząskie.
                    - Gdzie jestem? Czy to jest tajemnica wyspy? Narkotyk rozjaśniający myśli, pobudzający zmysły? Powietrze nasiąknięte wilgocią sprawiło, że jej skóra tężała, pojedyncze okrzyki ptaków przedostawały się do jej serca i brzmiały jak fanfary: fanfary tęsknoty, bólu, pragnienia? Co to było, to upragnione: kariera? Cóż innego...
                    - Proszę wejść w swój sen, usłyszała jeszcze oddalający się głos...

                    https://i56.tinypic.com/rwkozn.jpg

                    Wydawało jej się, że wodospad znieruchomiał, jego powierzchnia stała się tak gładka jak szkło. Widziała w nim swoje odbicie, najpierw tylko sylwetkę, po chwili kontury stały się wyraźniejsze. Poruszała się. Widziała siebie jak w lustrze. Przed nią na stoliku leżały ołówki do charakteryzacji, pudełka z pudrem, szczotki do włosów, serwetki do ścierania makijażu. Charakteryzator stał tuż za nią.
                    - Czy życzy pani sobie jeszcze czegoś, madame Rostow?
                    - Nie, proszę powiedzieć panu De Witt, że jestem gotowa.
                    Charakteryzator opuścił garderobę. Stojąc za krzesłem uczyniła ostatni skłon, rzuciła jeszcze okiem na swoje odbicie. Czarnym ołówkiem podkreśliła linię oczu, przeciągnęła je tak daleko na zewnątrz, że czarne kreski sięgały skroni: duże, wyraziste oczy, były ważne, odwracały uwagę od nie tak okrągłych już policzków. Sięgnęła jeszcze po szminkę, i pociągnęła nią po wargach, teraz jej karminowo-czerwone usta, na blado wymalowanej twarzy, wydawały się jeszcze większe. Charakteryzator stał w drzwiach:
                    - Pan De Witt, oczekuje na panią, madame.
                    - Już idę.
                    Sceneria była niemal identyczna jak sytuacja: udziwnione drzewa z drutu, wielobarwne światła. Dwie kamery były ustawione na tylnej ścianie. Przed rzędem foteli, ustawiono monitory.
                    Nagle oślepiona blaskiem świateł, zatrzymała się w drzwiach.
                    De Witt podniósł się z fotela, przeszedł przez scenę i powitał Lisę, całując jej dłoń. Jego twarz nie wyrażała nic, nie powiedział ani słowa o tym, że został zmuszony ustąpić: choreografia i rola, albo nic z tego, dała mu to jasno do zrozumienia. Chciał zrobić ten film, dlatego musiał zaakceptować jej warunki. Próbne nagranie było pomyślane tylko jako test charakteryzacji, to była zwykła procedura.
                    De Witt podał jej dłoń, kiedy przechodziła wśród leżących na scenie skłębionych kabli. Po chwili wrócił na swoje miejsce za monitorem.
                    - Czy mamy maskę?
                    Asystent reżysera, podbiegł do niej i podał jej maskę. Założyła ją i weszła w krąg światła. W zwiewnym, zielonym kostiumie czarownicy, sprawiała wrażenie giętkiej i wiotkiej, jej rude włosy spływały na ramiona. W białej, nieruchomej karnawałowej masce, jej czerwone usta przeświecały jak otwarta rana, kreski oczu ciągnęły się poza maskę na skronie.
                    - Światło gotowe? zapytał De Witt.
                    - Tak. Asystent reżysera zajął ponownie swoje miejsce, za monitorami.
                    - Kamera?
                    - Gotowe, panie De Witt.
                    Zmieniła pozę, wyglądała teraz wyzywająco i nieco lubieżnie, była jednak spięta. De Witt spojrzał przez moment na monitor, widać było, że był pod wrażeniem. Przywołał stojącego nieco z boku kamerzystę.
                    - Jürgen, proszę zrobić takie same zbliżenia, jak przy pozostałych próbach. Druga kamera, niech bierze całość. Pan zrobi na koniec powiększenie.
                    - Tak jest, odpowiedział mężczyzna w niebieskim overallu.
                    - Jest pani gotowa, madame Rostow?
                    Potaknęła skinieniem głowy. De Witt uniósł dłoń.
                    - Dźwięk.
                    - Dźwięk już, panie De Witt.
                    - Kamera.
                    - Kamera klaps.
                    Była to muzyka w wykonaniu orkiestry do pas-de-deux z przedstawienia. Lisa poruszyła się ze swojej pozycji wyjściowej i przygotowała się do pierwszych kroków.
                    Muzyka unosiła ją. Kroki, tysiące razy trenowane, tysiące razy tańczone stały się już częścią jej samej. Każdy centymetr jej ciała, był jej posłuszny, każdy nerw, skoki były wysokie, piruety precyzyjne.
                    - Świetne, wyszeptał De Witt do swojego asystenta, nie odrywając oczu od monitora.
                    Woal powiewał. Światło połyskiwało. Taniec zbliżał się do końca. Lisę pochłonęły krzewy i znalazła się poza kręgiem światła. Na znak De Witta, światło zaczęło migotać. Ukazała się ponownie z tyłu, na brzegu oświetlonego kręgu i wraz z kołyszącą ją muzyką odwróciła się twarzą do widowni.
                    Na kolejny sygnał De Witta, światło zmieniło barwę. Teraz było ciepłe, żółtawe. Zatrzymała się na środku parkietu, dłonie trzymając na plecach, stała zwrócona do kamery.
                    - Teraz, wyszeptał De Witt do stojącego tuż obok kamerzysty.
                    - Bliżej!
                    Kamerzysta przybliżył.
                    - Jeszcze bliżej!
                    Drugi asystent reżysera, nagle pochylił się w swoim fotelu do przodu.
                    - Maska.
                    Oderwał wzrok od monitora i zawołał do Lisy stojącej nieruchomo w pozycji końcowej.
                    - W tym miejscu musi pani zdjąć maskę, madame Rostow.
                    Nie zrozumiała od razu. Spoza pleców wysunęła dłoń w której trzymała maskę, uniosła ją w górę.
                    - Zdjęłam...
                    Jej głos zamarł kiedy zrozumiała. Pobladła. Nieruchomym wzrokiem spoglądała na trzymaną w dłoni maskę.
                    - Idiota, wysyczał De Witt do swojego asystenta.
                    Sparaliżowana z przerażenia Lisa stała nieruchomo na parkiecie. De Witt spojrzał na monitor, na którym nadal znajdował się jej obraz jakby przymarzł do szyby: pomyłka asystenta była zrozumiała. Między twarzą, którą pokazywał monitor, a maską którą przedtem miała na twarzy prawie nie było różnicy. De Witt podniósł się.
                    - Wyłączyć kamery!
                    Obraz z monitora zniknął. Muzyka umilkła. Przez kilka sekund panowała przerażająca cisza. Lisa w końcu poruszyła się, Maska wyśliznęła się z jej dłoni i upadła na parkiet. Bez słowa odwróciła się i skierowała w stronę garderoby.
                    - Madame Rostow, głos De Witta był bez wyrazu.
                    Lisa pokręciła głową, nie odwracając się do niego. Szła powoli, oszołomiona w kierunku żelaznych drzwi, zatrzasnęła je za sobą i zniknęła.
                    Asystent zrozpaczony odezwał się:
                    - Tak mi przykro, panie De Witt.
                    Muzyka z taśmy zabrzmiała znowu na krótko i umilkła ponownie, kiedy drugi asystent reżysera nacisnął przełącznik.
                    - Wyłączyć światła, powiedzial De Witt. ...cdn...
                    • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (9) 30.05.11, 23:56
                      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                      (113)

                      Charakteryzator wyłączył neonówkę znajdującą się nad lustrem w garderobie. Tylko pojedyncza matowa żarówka zawieszona pod sufitem, oświetlała niewielki krąg na podłodze. Lisa przebrana do wyjścia siedziała przed lustrem i spoglądała na swoje odbicie. W końcu podniosła się, odgarnęła dłonią rozpuszczone rude włosy, zarzuciła na ramiona płaszcz i wyszła.
                      W studio paliło się jeszcze kilka świateł awaryjnych. Omijając kłębowisko kabli, powoli okrążyła scenę i skierowała się w stronę wyjścia. Z ciemności wyszedł młody człowiek. Spojrzała na niego przelotnie: był to asystent reżysera. Zatrzymała się.
                      - Pani Rostow, spoglądał na nią z nieszczęśliwą miną, szarymi oczami ukrytymi za niklowymi okularami.
                      - Chciałem pani powiedzieć, że jest mi przykro, jest mi naprawdę bardzo przykro.
                      Uniosła lekko ramiona.
                      - Już w porządku.
                      - Gdybym wiedział, odezwał się cicho.
                      Zauważyła, że zatrzymali się tuż obok monitora. Spontanicznie chciała się odwrócić i odejść. Nagle zatrzymała się i zwróciła się do mężczyzny.
                      - Potrafi pan obsługiwać kamerę?
                      - Tę, którą robione były nagrania?
                      - Tak.
                      - To zwykłe kamery video. Obraz się tnie i umieszcza na monitorze.
                      - Mogłabym obejrzeć moje nagranie?
                      - Muszę tylko włożyć kasetę.
                      Wydawał się cokolwiek niepewny.
                      - Ale....
                      - Chciałabym to obejrzeć. Pokaże mi pan?
                      - Jeśli pani sobie tego życzy.
                      Rozejrzała się za wolnym krzesłem. Wokół panowała cisza. Przypuszczalnie poza nią i asystentem, nikogo już w budynku nie było.
                      - Możemy zaczynać, odezwał się asystent siadając obok Lisy.
                      Film zaczął się przesuwać po ekranie. Skoki, piruety, zielony powiewający welon.
                      - Wspaniale, odezwał się mężczyzna.
                      Wyraźnie starał się odrobić swoje faux-pas.
                      - Wspaniale, madame Rostow, ta lekkość.
                      Lisa nauczyła się patrzeć na siebie krytycznie. Jednak to co widziała, było dobre.
                      Jej rude włosy połyskiwały, De Witt włączył żółte światło wodzące, które podkreślało kolory jednocześnie dodając im ciepła. Perfekt, pomyślała. To co on robi, jest prefekt.
                      - Może ja teraz...odezwał się mężczyzna.
                      Chciał wstać, ale powstrzymała go kładąc dłoń na jego ramieniu.
                      - Nie, chcę to obejrzeć, do końca.
                      Teraz kamera pokazała twarz Lisy w zbliżeniu. Przybliżała się coraz bardziej. Spoglądała uważnie na monitor, była spokojna. Po kilku sekundach odezwała się:
                      - Jak się to wyłącza?
                      - Tutaj.
                      Mężczyzna dotknął przycisku, obraz zniknął. W dłoniach przesuwała pasek torebki. Asystent reżysera stał częściowo odwrócony do niej i majstrował coś przy monitorze.
                      - Mister De Witt wspominał, że robiliście próbne zdjęcia młodej tancerce, odezwała się.
                      - Robiliśmy wiele próbnych ujęć.
                      - Ale myślę o dziewczynie, której zaproponował tę rolę.
                      - Dziewczynie, której...
                      Młody człowiek był wyraźnie zaskoczony.
                      - Ale...pan De Witt, nie mówił pani nic o tym?
                      - Wspominał tylko, że znalazł odtwórczynię roli Baba Jagi. Chciałabym to obejrzeć. Ma pan jeszcze tutaj tę kasetę?
                      - Jest tutaj, ale nie wiem, czy mister De Witt...
                      - Na moją odpowiedzialność.
                      - Jak pani sobie życzy, madame Rostow.
                      Szukając przesuwał palcami po etykietach kaset, znajdujących się na stojącym w pobliżu regale. W końcu wyjął jedną z nich.
                      - Muszę włączyć inny monitor, ten po prawej.
                      Lisa spojrzała na prawy monitor. Na ekranie pojawił się nagle wyraźnie obraz uśmiechniętej Nataszy.
                      Uniosła się lekko i stłumiła okrzyk zdziwienia.
                      - Natasza.
                      Spoglądała w uśmiechniętą buzię swojej córki, w jej oczach było rozczulenie.
                      - Natasza. ...cdn...
                      • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (10) 31.05.11, 00:04
                        Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                        (114)

                        - Musze przewinąć z powrotem, chwileczkę...
                        - Co tańczyła? Baba Jagę? dopytywała Lisa.
                        - Między innymi.
                        - Chciałabym to obejrzeć.
                        Czuła przyspieszone bicie serca.
                        - Całą scenę. Czy to możliwe?
                        - Oczywiście madame Rostow.
                        Podszedł i nacisnął przełącznik. Lisa zafascynowana wpatrywała się w ekran.
                        Każdy ruch, każdy krok – można by wymienić, gdyby skopiowano jej i Nataszy zdjęcia, jedne na drugie, kontury nawet by się nie rozpłynęły. Znowu zacisnęła palce na pasku skórzanej torebki. O! Ten skok. Sekwencja piruetów. Poczuła jak przepływa przez nią gorąca fala radości i dumy. To była jej szkoła. Jej uczennica. Jej córka.
                        Z zapartym tchem obserwowała występ Michaiła Karonina, w pas-de-deux. Muzyka była już głośniejsza, bardziej akcentująca. Po burzy świateł oboje wyłonili się z półcienia zbliżyli do widowni i wraz z ostatnim akordem jednocześnie zdjęli maski: dwie promieniejące twarze, zwrócone do siebie, w uśmiechu, szczęśliwi, młodzi.
                        Odetchnęła głęboko. Jeszcze jak w transie po tym co obejrzała, nie spuszczając wzroku z monitora, odezwała się:
                        - Ona wspaniale tańczy. Oboje są wspaniali.
                        - To samo powiedział mister De Witt.
                        Asystent reżysera podszedł do drugiego monitora. Nadal widoczne było na nim zbliżenie twarzy Nataszy. Lisa nacisnęła przycisk pierwszego monitora, ukazała się jej własna twarz: jak maska, uszminkowana, nie do rozpoznania. Przez kilka sekund spoglądała na oba ekrany: po lewej jej własna twarz z czarnymi kreskami oczu i karminowoczerwoną szminką na ustach jak portret maski, po prawej młoda uśmiechnięta twarz Nataszy. Natasza i Michaił: wiedziała o tym? Być może, nie zdając sobie z tego sprawy. Natasza była naprawdę szczęśliwa. Była naprawdę wspaniałą baletnicą.
                        Wstała. Serce biło przyspieszonym rytmem, czuła ciepło i czuła jak krew pulsuje w jej żyłach jej oddech, po tylu tygodniach strachu, niepokoju i napięcia był znowu spokojny i miarowy.
                        - Dziękuję. Dziękuję panu.

                        - Na zewnątrz, na ulicy, było jasno, nie... to nie była ulica. Światło padało przez plątaninę gałęzi i liści. Podłoże na którym stała było grząskie. Ktoś był tuż obok. Asystent? Nie, to mężczyzna, który ją tutaj przyprowadził i powiedział, że tutaj znajdzie odpowiedzi.
                        - Co się stało? Co się ze mną działo? spytała cicho.
                        - Śniła pani
                        - Śniłam?
                        To tajemnica wyspy. Próbowała uporządkować myśli:
                        To przyjaciel Mario. Przyjechała tutaj z Nataszą. Natasza – powróciło wspomnienie tego co widziała: próbne nagrania. Natasza i Michaił jako Baba Jaga i Arlekin: Natasza i jej rola.
                        Czyja rola? Rola Nataszy, od dzisiaj. I to wcale nie bolało, ani trochę.
                        - Miał pan rację. Znalazłam odpowiedzi.
                        - Miałem taką nadzieję, odpowiedział Sartori.
                        Lisa nie była pewna, ale wydawało jej się, że w jego głosie wyczuła ulgę.
                        - To nie był zwykły sen. To była prawda, czyż nie?
                        - To możliwe.
                        Zrozumiała: to było to, co Mario chciał jej powiedzieć.
                        - Nie potrafiłam zrozumieć, byłam uwięziona w moich ambicjach, jak w klatce.
                        - To nie jest złe porównanie. Każdy kto tutaj przybywa, jest w jakiś sposób niewolnikiem swoich pragnień.
                        - I pan pomaga się z tego uwolnić.
                        - Nie ja. Każdy musi zrobić to sam, wysyłając własną duszę w podróż.
                        - I odnajduje prawdę.
                        Lisa spojrzała w górę, wielobarwna korona tęczy unosiła się nad skałą. To było właśnie to: przejść drogę do końca.
                        Zwróciła się w stronę Sartori:
                        - Czy to wyspa prawdy?
                        - Nazywa się ją Wyspą Marzeń, ja jednak nazwałbym ją Wyspą Wyśnionych Prawd i Przesiewania Myśli.
                        Przeprowadził Lisę z powrotem na drogę, którą przyszli. Grunt był tu stabilniejszy.
                        - Nikt tutaj nie dowiaduje się niczego, czego by i tak już nie wiedział. Zwykle jest tak, że nie ma się odwagi i siły by się z tym zmierzyć.
                        - Dziękuję panu. Wiele się nauczyłam. O sobie, o mojej córce, ale także o Mario.
                        Jej oczy znowu nabrały blasku, na policzki powrócił rumieniec.
                        - Mam nadzieję, że potrafię to wykorzystać jak należy.
                        Kiedy wyszli z labiryntu, powitał ich ciepły, jasny dzień. Ptaki nad brzegiem laguny, w poszukiwaniu pożywienia, prowadziły melodyjne radosne pogwarki. Niewielka skalna żmija przecięła ich drogę pozostawiając falisty ślad na piasku.
                        - Potrafi pani. Tego jestem pewien...cdn...
                        • m.maska W KOŃCU NADEJDZIE TAKI DZIEŃ (11) 31.05.11, 00:10
                          Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

                          (115)

                          - Natasza, dlaczego mi nie powiedziałaś? Lisa bardzo miękko wypowiedziała te słowa.
                          - O czym, mamo?
                          - O tym, że De Witt chce ci dać rolę w swoim filmie? Powinnaś już dawno ze mną o tym porozmawiać.
                          - Ale ja... Natasza wyglądała na zdezorientowaną.
                          - Nie chciałam, żebyś się kiedykolwiek o tym dowiedziała. Prosiłam go, żeby ci o tym nie mówił.
                          - Ale dlaczego?
                          - Ponieważ ja tę propozycję odrzuciłam. Przecież nie zabiorę ci twojej roli.
                          Lisa rozejrzała się po pokoju. Walizki były już spakowane. Natasza gotowa do podróży stała przy oknie.
                          Za oknem widać było zbierające się nad morzem chmury. Pocięte promieniami słońca stosy puchu, połyskujące ciemną szarością. Zbliżała się jesień, będzie potrząsała koronami palm, tropikalne burze będą przechodzić ciepłymi ulewnymi deszczami nad wyspą.
                          - To było fair z twojej strony. Ale rola nie jest własnością.
                          Podeszła do okna i opierając się o parapet odwróciła się do córki.
                          - To rola, która wiele dla mnie znaczyła. Tańczyłam ją i żyłam nią. Tylko, że pewnego dnia, czas zmusza nas... umilkła na chwilę i przypomniała sobie słowa Mario: „zatrzymać się, wyciągnąć wnioski, podsumować, po prostu się zastanowić”.
                          - Co to znaczy mamo?
                          - To znaczy, że będziesz tańczyć Baba Jagę. Byłam nią piętnaście długich lat. Nadszedł czas, by otrzymała nową twarz. Młodą twarz. Będziesz najpiękniejszą i najbardziej emocjonującą Baba Jagą. I najlepszą. O to sama się postaram.
                          - Ty mamo?
                          - Obejmę choreografię.
                          Czuła, że już sama myśl o tym, ją uszczęśliwia.
                          - Będziemy razem pracować, tak by ta rola stalą się twoją.
                          W oczach Nataszy pojawił się blask.
                          - Naprawdę tego chcesz, mamo?
                          - Oczywiście, że chcę i już się cieszę.
                          Natasza spontanicznie przytuliła matkę. Chwilę stały bez ruchu.
                          - Wciąż nie mogę uwierzyć, oczy Nataszy promieniały radością.
                          - Michaił będzie się cieszył.
                          - Mario też, dodała Lisa.
                          - I nie będziesz żałowała, mamo?
                          Lisa pokręciła głową.
                          - To wspaniały moment, żeby przejść na choreografię. W ostatnim czasie miewałam bóle w kostkach. Moja stara kontuzja...
                          - Nikt tego nie zauważył, mamo.
                          - Nikt, oprócz ciebie, uśmiechnęła się do córki.

                          - Łódź Avahanni, wyraźnie rozpoznaję. Wiesz może co to znaczy?
                          Sandra stała obok Juliana przy balustradzie.
                          - Myślę... nie powinniśmy jednak snuć domysłów. Gdzie są Lisa i Natasza?
                          - Słyszę je na schodach. Bagaż zaniosłam już na pomost.
                          - Więc nie zdradzaj im nic. Być może ma to być niespodzianka.
                          Szli razem łąką w stronę laguny: Sandra i Natasza, z tyłu za nimi Lisa i Sartori.
                          Biała jedwabna suknia Lisy powiewała w podmuchach ciągnącego od morza wzmagającego się wiatru.
                          - Nie potrzebuje się pani niczego obawiać. Pogoda utrzyma się jeszcze trzy albo nawet cztery dni. To tylko pierwsze oznaki nadchodzącej jesieni. Będzie pani miała spokojną drogę powrotną.
                          - To było zbyt krótko, odezwała się Natasza do Sandry.
                          - Mam wrażenie, jakbyśmy dopiero przyjechały. Miałybyśmy jeszcze tyle do pogadania. Być może kiedyś znowu tu przyjadę.
                          - Byłoby miło, uśmiechnęła się Sandra.
                          Właśnie zbliżali się do pomostu, kiedy płaska łódź z terkoczącym motorem wpłynęła do zatoki. Sartori pochylił się właśnie by złożyć pocałunek na dłoni Lisy. Po chwili wyprostował się i spoglądał na łódź. Lisa powiodła wzrok także w tamtym kierunku.
                          - Ależ to jest...chwyciła córkę za ramię.
                          W łodzi stał Mario. Uniósł rękę w pozdrowieniu i eleganckim łukiem podprowadził łódź do pomostu. Przyjaciele wymienili krótkie spojrzenia. Julian przytaknął, niemal niedostrzegalnym ruchem głowy. Oczy Mario promieniały. Stojąc w łodzi podał Lisie rękę, by mogła wejść na pokład. Nadal nie mogła otrząsnąć się z zaskoczenia.
                          - Mario...co tu robisz?
                          - Chciałem tylko podtrzymać opinię o sobie.
                          - Opinię?
                          - Być, kiedy mnie potrzebujesz.
                          I aby powagę tego momentu, który odbijał się na uszczęśliwionej twarzy Lisy na moment zatrzymać, dodał nieco żartobliwie:
                          - No chodź, wsiadaj. ...cdn...
    • m.maska Wyspa wyśnionych prawd - zakończenie 31.05.11, 00:25
      Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli

      (116)

      Deszcz padał teraz już także w ciągu dnia, najczęściej rankiem, kiedy słońce połyskując matowo wyłaniało się z głębin. Jeszcze przed pojawieniem się pierwszych monsunów, Neela opuściła gościnny dom i wspólnie ze swoim atrakcyjnym księciem, który przynosił jej codziennie prezenty, aż w końcu uległa jego zalotom, powróciła do swojego lasu. Pasiaste wiewiórki, zbudowały sobie gniazdko w koronie wachlarzowatej palmy i skakały cały dzień to tu to tam, znosząc ze wszystkich stron orzechy. Mimo złych doświadczeń, wyraźnie było widać, że zdecydowały się znowu na powiększenie rodziny. Młode zobaczy się dopiero na krótko przedtem zanim opuszczą gniazdo na zawsze, by w pobliskim lesie założyć własne domostwo. Sokrates wałęsał się nieustannie, jak zawsze, a pozostały czas przesypiał pod sklepieniem piwnicy, które chroniło go nie tylko przed słońcem ale także przed deszczem.
      Jedyną, która rytmu swojego życia nie zmieniała przez całe lata, była mała szara skalna żmija, Amanda. Pojawiała się punktualnie o świcie, by wypić swoją miseczkę mleka. Spędzała dzień na skalnym kawałku pagórka a kiedy słońce zachodziło, kryła się w szczelinie u podstawy balustrady tarasu, nieopodal bramy wejściowej.
      - Chciałeś ze mną pójść na pagórek, zauważyła Sandra pewnego poranka, po deszczowej nocy
      - Zanim ziemia na drodze stanie się grząska. Jeszcze kilka nocy, jak ta ostatnia i będziemy z tym musieli zaczekać do wiosny.
      Julian spojrzał na nią znad swoich notatek.
      - Masz rację. Jesteśmy to winni naszemu poprzednikowi. Jeśli się nie mylę, to dzisiaj albo jutro jest święto „głodnych duchów”.
      - Jutro, odparła Sandra.

      Wyruszyli przed południem. Znowu całą noc, deszcz bębnił po dachu. Około południa, między kłębowiskiem chmur i powierzchnią morza przebiło się kilka słonecznych promieni i otoczyło dom delikatną żółtawą poświatą.
      Pory roku tutaj, nie były tym, czym były w ich dawnej ojczyźnie. Jednak jeśli się dokładnie obserwowało, można było zauważyć niewielkie zmiany. Dziewanna rosnąca u stóp wachlarzowatej palmy obsypana latem żółtymi kwiatami, zafarbowała się w tych dniach świetlistym odcieniem pomarańczy. Lejkowate czerwone orchidee zamykały się teraz na długo przed zachodem słońca i otwierały następnego ranka późno, zaledwie na kilka godzin. Sokrates zaprzestał wędrówek i najczęściej w ciągu dnia przebywał w pobliżu domu, towarzysząc Sandrze w jej codziennych pracach, głośno przy tym skrzecząc.
      Droga była stroma. Na szczęście nie było upalnie. Łagodny wiatr od nabrzeża, przedsmak monsunu, ciągnął w porywach nad kras. Sandra wypełniła kosz owocami przywiezionymi przed południem z sąsiedniej wyspy: avocado, papaje, parę kokosowych orzechów i niewielki zielono-nakrapiany melon.
      Minęli krzew amaryllisu, w którym Julian latem odnalazł ślady tragedii, po tym jak drapieżny ptak zmasakrował rodzinę Neeli: miejsce zarosło już świeżą stepową trawą. Nie było śladów minionej tragedii a Neela rozpoczęła nowe życie ze swoim księciem w srebrnym futerku. Natura była okrutna i dobrotliwa jednocześnie.
      Po przybyciu na szczyt pagórka, Sandra ustawiła kosz na wzgórku usypanym przez Sun Dai nad ciałem jego zmarłego pana.
      - Wierzysz, że „głodne duchy” przybędą po swój posiłek? zapytała głaskając, czerwono połyskujący w słońcu, miedziany krzyż.
      - Myślę, że tak, w końcu Neela ma całą masę krewniaków w tej okolicy. Dowiemy się, jak przyjdziemy następnym razem pod koniec okresu deszczowego.
      Usiadł na kamiennej płycie, poniżej miejsca, które Sun Dai z czułością wyłożył otoczakami wielkości pięści i spoglądał na szaro-zielone wody laguny. Z tego miejsca wyglądały jak gładkie nieruchome lustro. Sandra przysiadła obok niego.
      - To było długie lato.
      - Długie i pełne wrażeń. Mieliśmy kilku pacjentów, więcej niż w poprzednich latach, zauważył.
      - I wszystkim pomogłeś.
      - Sami to zrobili.
      - Którego najbardziej polubiłeś?
      Sartori potrząsnął głową.
      - Trudno powiedzieć, każdego na swój sposób.
      - Polubiłeś ogrodnika z Berlina. Wtedy nawet się do tego przyznałeś. Był wspaniałym mężczyzną, na swój sposób. Mam nadzieję że jest szczęśliwy.
      - A ty? Kogo najchętniej wspominasz?
      - Miriam, odpowiedziała spontanicznie.
      - Stała się moją przyjaciółką. Ale i z Nataszą świetnie się rozumiałam. I z tym chłopcem, który przyjechał ze swoją matką z Hamburga.
      -Pani Kiesler, Sartori uśmiechnął się.
      - I jej kochająca swobodę rywalka, która, jak się okazało przy bliższym poznaniu, wcale tak znowu tej swobody nie kochała.
      - Przypominasz sobie Christine? Tę małą, kolekcjonującą kaktusy, której matka nie mogła się otrząsnąć z tego, że zabrano jej pierwszą córkę podczas rozwodu?
      - Oczywiscie. I Greyhound, to był niezwykły człowiek. Myślałam, że serce przestanie mi bić, kiedy policja zbliżała się do wyspy wodolotem. Uspokoiłam się dopiero kiedy obaj weszli na trap Molly.
      Roześmiali się oboje.
      - Teraz nadszedł czas spokoju. Ale musimy przygotować się do wiosny. Do tej pory definitywnie zakończę eksperymenty z plamistą lilią. W przyszłym tygodniu przyleci helikopter i weźmie biotopowe drzewka na Cap Kennedy.
      Nie spuszczając wzroku z lustrzanej powierzchni morza, położył lekko dłoń na ramieniu Sandry.
      - Jak myślisz, nie powinniśmy naszych eksperymentów opublikować w książce? Byłaby to trzecia, którą wspólnie napiszemy.
      Przytaknęła ruchem głowy.
      - To byłoby wspaniałe zajęcie na okres zimowy.
      - W takim razie jutro zacznę przydział poszczególnych tematów.

      Dolne kontury wiszących nad morzem chmur zafarbowały się na czerwono. Powiewy wiatru dolatujące od wybrzeża były coraz częstsze i ostrzejsze. Miedziany krzyż wznosił się wysoko na tle szarzejącego wieczornego nieba. Sandra chwyciła dłoń ojca.
      - Jestem szczęśliwa, że jestem z tobą ojcze.
      - Ja także jestem szczęśliwy, że jesteś przy mnie. Tak długo jak tylko to możliwe.
      Dwa dzikie jastrzębie wzbiły się w górę. Z przeraźliwym krzykiem opadły na korony drzew i lotem nurkowym poszybowały w dół. Czerwone obramowanie chmur stało się szersze i przechodziło środkiem w ciemną szarość.
      - Chodź, Julian delikatnie wyjął dłoń z objęcia Sandry...
      -Do domu.

      (tłum.własne z oryginału w jęz.niemieckim)



      http://i55.tinypic.com/rubksj.jpg
    • m.maska Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 24.02.18, 21:39
      A tak, podciagne, dla przypomnienia a moze przeczytania dopiero - tyle lat minelo...
      • al-szamanka Re: Wyspa wyśnionych prawd B.Ferolli 25.02.18, 05:28
        Ha, z przyjemnością wrócę i poczytam... jak wtedy smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka