krystek.fabuloso
06.08.12, 19:27
Dłuższy już czas nie zaglądał Chłystek do swojego Kalejdoskopu Zdarzeń, a nawet traktował go po macoszemu, gdyż wcale nie przejmował się, że leżąc na ziemi, tuż obok jego wygodnej ławeczki, powoli stawał się niewidzialny, tak bardzo oplatał go już powój i otulały polne bratki. Rzeczywistość tak pełna była zdarzeń, że chwilami zdawało się być ich więcej niż możliwości w Kalejdoskopie. Tego jednak dnia bukłak z miodnym napitkiem zaświecił dnem, chłodniejszy wiatr skierował zapach akacji w inną stronę, Miasto w dolinie rozhuczało się, zapewne nową aferą, i nie dziwota, że w takiej sytuacji opanowało Chłystka dziwaczne zniechęcenie. Rozejrzał się po swoim zakątku tak, jakby się go uczył od nowa, jeszcze raz spojrzał na bukłak, w którym zaaferowana osa starała się skorzystać ze śladu ostatniej, złotej kropli i ociągając się nieco sięgnął po Kalejdoskop Zdarzeń. Ten aż zadżal w jego dłoni z radości, zadźwięczały kolorowe kryształki, a gdy spojrzał w jego wnętrze zdarzenia zaczęły się układać tak szybko, tak niecierpliwie, że nie był w stanie ani ich policzyć, ani tym bardziej zrozumieć. Chłystek począł kolebać Kalejdoskopem łagodnie, a ten uspokoił się natychmiast i rozpoczął pokazywanie zdarzeń tak jak się należy; powoli i z rozmysłem.
Jako pierwsze pokazała się olbrzymia kanapa, skakały po niej jakieś dziwaczne, bezsensownie jazgotliwe stworki, jeden z nich kleił słowa przy pomocy przeterminowanej, renesansowej zaprawy, drugi kłaniał się ustawicznie na wszystkie strony, a chwilami poklepywał po grzbiecie wyświechtaną książkę, która, to wyskakiwała z Niczego, to chowała się za plecy jednego ze stworków, wyraźnie, acz nieudolnie bawiąc się ze wszystkimi w ciuciubabkę. Stworki biły jej bezmyślnie brawo, lecz zdecydowanie wolały wierzgać nóżętami udając w ten sposób jednolity zaprzęg nędrców. Chłystek potrząsnął Kalejdoskopem niecierpliwie, zupełnie tak samo, jak niegdyś pilotem, gdy zmieniał nudny odcinek Muppet Show na wiadomości ze świata lub interesujący program medyczny.
Tym razem zobaczył Półpałka -Zapałka, który wisiał zaczepiony prawą nogą na gałęzi przed swoją dziuplą, pochrapywał głośno, a chwilami recytował skomplikowane algorytmy Chwil Które Dopiero Nadejdą. Te chwile zainteresowały Chłystka najbardziej, gdyż jako jeszcze nienarodzone kryły w sobie jak największy potencjał rozwiązań. Dlatego tez, gdy ujrzał samego siebie kroczącego znajomą ścieżką w kierunku pobliskiego strumyka, szybko odsunął od siebie Kalejdoskop i nie pozwolił mu tym samym na przedwczesne wyjaśnienie celu własnej wędrówki.
Postanowił wyjaśnić ją sam.
Ścieżka była tuż, tuż, a strumyk zupełnie niedaleko, zaledwie kilkadziesiąt metrów od jego akacji. Już na miejscu przekonał się, iż upały i susza spowodowali, że dość szeroki strumyk prezentował się teraz jak srebrzysta nitka wijąca się wśród traw. Nie wydawał nawet typowo strumykowych odgłosów i był w wyraźnie apatycznym nastroju. Chłystek zaczął się już zastanawiać, dlaczego to wszystko ma należeć do jego zdarzeń, gdy nagle usłyszał cichy głos, tak cichy i nierealny, iż wydawał się być z innej bajki. Postąpił krok do przodu i dopiero wtedy ujrzał, zaplątaną w trawy, mocno już osłabioną brakiem wody, Złotą Rybkę. Machnęła na niego maleńką płetwą i rzekła z lekka znudzonym głosem
- Tak, tak, wiem, powinnam teraz wygłosić to, co w takich okolicznościach mówią wszystkie Złote Rybki, ale oboje doskonale wiemy w czym rzecz, wiec zaczynaj szybko z życzeniami, nie mam czasu i okrutnie mnie suszy.
- Chciałbym...- rozpoczął Chłystek
Rybka przerwała mu gniewnym ruchem ogonka
- Tylko daj sobie spokój z tymi oklepanymi życzeniami. Co drugi prosi mnie o pokój na ziemi, albo o zdrowie dla wszystkich ludzi tego świata. Kompletnie bez wyobraźni, do tego myśli taki, że punktuje u mnie swoją dobrocią na pokaz i zasługuje w ten sposób na spełnienie drugiego życzenia, a to jest identyczne u wszystkich
- Bogactwo - bąknął Chłystek
- Ha! - krzyknęła Rybka triumfalnym glosę – Wiedziałam! Ale jakem Złota, nie nabiorę się, nie dam nawet złamanego dukata....nie dam!
Zniecierpliwiony Chłystek najpierw zatkał jej pyszczek palcem, bo wyraźnie miała ochotę się rozkrzyczeć, czego przede wszystkim właśnie u rybek nie znosił, a potem delikatnie zanurzył ja w chłodnej wodzie strumyka.
- Nie chciałem od ciebie nic wielkiego, w każdym bądź razie nie dla mnie. Myślałem, że może zechcesz tak zaczarować Stworki z Kanapy, że przestana jazgotać. Co prawda mało mnie to obchodzi, bo na szczęście ich zdarzenia nigdy nie będą moimi, ale lubię uczłowieczać.
Złota Rybka wywinęła ponad wodą popiątne salto i zaśmiała się tak gromko jakby była przynajmniej wielorybem. I tyle z ją widział. Złote Rybki też mają granice swoich możliwości.