aand
30.07.05, 10:00
Równo 25 lat temu Władysław Kozakiewicz został mistrzem olimpijskim
ustanawiając jednocześnie nowy rekord świata i... pokazując wała
szowinistycznej publiczności stał się - czy bohaterem narodowym? Medialnym na
pewno. Odwaga i spontaniczność mogą się wydawać bardzo polskie.
A dlaczego nie nosimy w pamięci biegu Bronisława Malinowskiego, w którym
Tańzańczyk Bayi oddalił się od naszego biegacza w imponującym tempie, na
półmetku miał pół okrązenia przewagi, wydawało się że jest już po herbacie...
A Malinowski biegł swoim tempem i rytmem, wiedział o rywalu wszystko, że nie
wytrzyma. Metr po metrze niwelował przewagę, aż wyprzedził Afrykanina z
uśmiechem na ustach. Perfekcyjny bieg, perfekcyjne przygotowanie. Nie podoba
nam się to?
I jeszcze trzeci złoty medalista medalista - chyba najmniej pamiętany, a
mający bodaj najpiękniejszą historię startów. Starszy chorązy Jan Kowalczyk -
starty w Meksyku i Montrealu nie udały z powodu śmierci konia oraz zbyt
wysokich kosztów transportu konia do Kanady. Jak podaje portal olimpijski:
"Także trzecie ""podejście olimpijskie" Kowalczyka (Moskwa 80) o mało nie
zakończyło się fiaskiem. W Szczecinie kilka tygodni przed igrzyskami spadł z
konia i złamał obojczyk (nie pierwszy zresztą raz). Gips, niepełna sprawność,
bolesność i znów niepewność. Do ostatniej chwili. Na domiar złego Artemor
(następca Drobnicy i Roncevala, które odeszły do hodowli) podczas treningów w
Moskwie zaczął marudzić (niechętny, nieufny) i odmawiać posłuszeństwa. Dopiero
zmiana stroju jeźdźca (z fraka na normalny wojskowy mundur, na co na szczęście
zezwalał regulamin i był jeszcze czas na przysłanie go z Warszawy)["misja
specjalna" skoczka wzwyż Janusza Trzepizura] wyraźnie poprawiły humor i
samopoczucie Artemora, który walczył z wyjątkowym zaangażowaniem. Pisano,
nawet, że fruwał nad przeszkodami) mając tylko w końcowej fazie przejazdu
jedną, jedyną zrzutkę. Mistrz olimpijski, podczas konferencji prasowej wziął
jednak w obronę swą "drugą połowę". - Ostatnią przeszkodę przejazdu -
powiedział - strącił nie Artemor, a ja. Gdy wydawało się, że już cały przejazd
mam czysty, dałem koniowi odetchnąć. On pomyślał, że to już po zawodach i
dotknął drąga kopytem. Ale stało się. Wieloletnia praca i gotowość zawodnicza
do wielkiego wyczynu dała wreszcie podczas IO sukces, o którym tylko marzyły
całe pokolenia polskich jeźdźców. Panuje dość powszechna opinia, że tego nie
może osłabić absencja w Moskwie wielu światowych znakomitości (bojkot
igrzysk). Kowalczyk nie był przecież zawodnikiem znikąd, znajdował się w
znakomitej formie (przed igrzyskami wygrywał konkursy w Akwizgranie, Rzymie,
Rotterdamie i Londynie) i jego zwycięstwa można się było spodziewać na każdych
wielkich zawodach."
Polski żołnierz triumfujący w Moskwie - elegancki salut do rogatywki, piękny i
mądry konik, kontynuacja polskiej szkoły jazdy i tradycji naszych dziejów.
Symbol naszej dumy narodowej. A my wolimy "gest Kozakiewicza"?