Gość: Donosiciel
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
03.02.05, 09:56
Ja, znany plagiator
Redaktor Paweł Wroński z "Gazety Wyborczej", występując wczoraj w Radio TOK
FM w obronie Lesława Maleszki, "Gazety Wyborczej" i zachowania akt SB w
najściślejszej tajemnicy, nazwał mnie plagiatorem. Dosłownie powiedział, że w
czasie, kiedy byłem korespondentem "Rzeczpospolitej" w Niemczech, trudniłem
się plagiatem i zostałem zdemaskowany po protestach gazet niemieckich.
Cała ta wypowiedź była dość typowa dla metod, jakimi "Gazeta Wyborcza" walczy
ze swoimi przeciwnikami. Po pierwsze, nigdy nie byłem
korespondentem "Rzeczpospolitej" w Niemczech. Byłem korespondentem BBC World
Service w Bonn. Z "Rzeczpospolitą" tylko współpracowałem. Po drugie, żadna
niemiecka gazeta nigdy nie zarzuciła mi plagiatu, ani nie protestowała
przeciwko temu, co pisałem. Zarzuty postawił mi redaktor naczelny "Gazety
Wyborczej" Adam Michnik. Chodziło o jeden artykuł ekonomiczny z "Frankfurter
Allgemeine Zeitung", z którego przepisałem dane statystyczne dotyczące
gospodarki. Ani autor tego artykułu, z którym rozmawiałem, ani redaktor
naczelny FAZ nie uznali tego za plagiat. Naczelny niemieckiej gazety
powiedział mi, że jedynym moim grzechem w jego oczach było to, że nie
sprawdziłem, czy dane są prawdziwe. Redaktor Michnik był wtedy jednak równie
skuteczny, jak "Gazeta Wyborcza" dziś. "Rzeczpospolita" zerwała ze mną, nie
dając mi możliwości wytłumaczenia się przed czytelnikami. Rozstanie ze mną
ówczesny naczelny "Rz" Piotr Aleksandrowicz ogłosił nie na łamach własnego
dziennika, ale w "Gazecie Wyborczej".
Natomiast mój ówczesny chlebodawca, Eugeniusz Smolar z BBC, z daleka od
autorytetów, salonów i ośrodka zarządzania narodowym sumieniem uznał, że nie
złamałem etyki zawodowej i nie ma żadnych powodów, aby dokonywać mojej
egzekucji tylko dlatego, że "Gazeta Wyborcza" wydała wyrok.
Paweł Wroński zapamiętał to wszystko inaczej. Tak, żeby mu pasowało do
potrzeb. Dzięki temu mógł polemizować nie z tym, co mówię i piszę, tylko z
tym, jaki jestem. Parę miesięcy temu inny autorytet moralny i strażnik
jedynie słusznej linii Jacek Żakowski nazwał mnie w tym samym TOK FM, z
którego wyrzucono mnie niedawno po ponadrocznej współpracy, peerelowskim
propagandzistą. Mam oczywiście pełną świadomość tego, że gdybym się trzymał
norm i granic osądu świata wyznaczonych przez "Gazetę Wyborczą", byłbym
pupilem i Wrońskiego, i Żakowskiego. A tak, jutro mogę zostać nazwany
gwałcicielem, a pojutrze masowym mordercą.
Wroński powiedział, że jest mu przykro, iż Bronisław Wildstein musiał odejść
z "Rzeczpospolitej", a plagiator Rybiński pracuje tam nadal. No to zajmijcie
się teraz na poważnie moim odejściem. Znacie przecież skuteczne sposoby. •
MACIEJ RYBIŃSKI