martika2002
03.10.12, 18:09
Witam!
Piszę na forum, bo chyba muszę się wygadać, wyżalić, a po tym co mnie ponownie spotkało mam problem z rozmową z kimkolwiek. Moja historia zaczęła się we wrześniu 2009 r. kiedy okazało się, że jestem po raz pierwszy w ciąży. Jej finał był taki, że mój synek urodził się w maju 2010 r. w 38 tc poprzez cc i zmarł po 70 minutach. Był chory: wodogłowie, wada serca, hipotrofia... Szok ogromny, cios od losu straszny. Rozpoczęliśmy badania, które nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Po 18 miesiącach od śmierci synka ponownie zaszłam w ciążę. Niestety serduszko dziecka nigdy nie zabiło, skończyło się łyżeczkowaniem tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 2011 r. Kolejne badania, które także wyszły ok. Po 8 miesiącach kolejna, trzecia już ciąża. Miałam cichą nadzieję, że tym razem będzie dobrze. Już na pierwszej wizycie biło serduszko, wszystko było ok. Druga wizyta też potwierdziła, że dzidziuś dobrze rośnie. Od początku brałam duphaston oraz fragmin w zastrzykach tak na wszelki wypadek. Dwa tygodnie po ostatniej wizycie coś mnie tknęło, że piersi nie bolą, że stały się miękkie. Wystraszyłam się bo przy drugiej ciąży też tak było. W szpitalu okazało się, że serce maluszka już nie bije... Szok, rozpacz, niedowierzanie. W sobotę miałam zabieg.
Jestem zrozpaczona, zdruzgotana, bardzo to przeżywam. Nie wiem jaki jest powód naszych niepowodzeń. Każda ciąża była inna. Pierwsza donoszona, druga w ogóle źle się zaczęła, a trzecia była moją nadzieją bo było wszystko dobrze.
Nie potrafię sobie z tym poradzić. Śmierć synka, dwa poronienia... czuję się okropnie.