herbatazcytryna
30.01.06, 12:17
Jak juz wcześniej gdzieś pisałam, nie jestem osobą nieszczęśliwą. W sumie
akceptuję siebie, po tych wszystkich latach walki. Mam pracę, chłopaka,
przyjaciół..Ale jem. Dziś weszłam na to znienawidzone urządzenie jakim jest
waga. !02 kg! Mój rekord życiowy..Przeraża mnie to, ale oczywiście zjadłam z
tej okazji dmuchanego batonika. Myślałam,że jak skończę z dietami, to
przynajmniej nie przytyję, ale się pomyliłam.Martwię się o swoje zdrowie,
sprawność itp. Ale to martwienie nie jest tak wielkie jak apetyt. Po prostu,
kiedy mam na coś ochotę chyba bym wyjęła to nawet ze śmietnika. No,ale
postanowiłam zacząć się inaczej odżywiać i zmienić tryb życia na mniej
siedzący.Nie chcę nazywac tego dietą, by nie wpaść znowu w pułapkę i nie
rzucić się na żarcie póżniej ze zdwojonym apetytem. Najgorsze, że rozsądek
mówi "powinnaś schudnąć", a ja w gruncie rzeczy średnio mam na to ochotę tzn
nie zrozumcie mnie źle - mam ochotę byc lżejsza, ale nie wierzę w sukces.
Boję się kolejnej porażki chyba. Nie umiem godnie znosic niepowodzeń i chyba
tylko dzięki Bogu poza jedzeniem i niestety walce z nim, napotykam ich mało w
swoim życiu.Chcę mieć kontrolę, ale boję się podjąć to wyzwanie czując,że nie
sprostem. Ale coż, od dziś, od 12:15 zaczynam to zmieniać. Na pomoc
dziewczyny...Może Wy mi dodacie siły,bo sama jej nie mam?