bonobo44 14.07.03, 16:14 Тривожне літо 43-го fakty - relacje - wspomnienia Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
bonobo44 Maja Narbutt - Nie czekaj, nie wypatruj 14.07.03, 22:29 Najwcześniejsze wspomnienie: strzały, mama zalana krwią pada na nią. Długo leży pod jej nieruchomym ciałem. Mijają godziny, zapada zmrok. Gdy zaczyna płonąć na niej ubranie, wyczołguje się i biegnie przed siebie. Wpada na znajome podwórko, gdzie zawsze przychodziła się bawić. Ukraińscy sąsiedzi zanurzają ją w korycie, gaszą ogień. I obmywają z krwi matki. Janina Kalinowska nie wie, ile ma lat. Ale ludzie, którzy znali jej rodzinę, mówili, że wtedy miała osiem. I jeszcze, że miała młodsze rodzeństwo. Janina tego też nie pamięta. W jednej chwili w jej głowie zapadła ciemność i wymazała wszystko: - Mama chyba była piękna, a tata miał czarne wąsy. Bo tak mi się śnili dwa razy, wkrótce po śmierci. - Nasze mamy na zawsze zostaną piękne, a ojcowie młodzi - mówi Zofia Szwal. Ona zapamiętała każdy szczegół. Nawet świąteczną marynarkę ojca, którą ją przykrył, wsadzając na furmankę. Pamięta, jak ściskała go mocno za szyję i płakała, że chce zostać z rodzicami. A oni wiedzieli już, że widzą ją po raz ostatni. I tylko mogli wierzyć, że furmanka wywiezie ją ku życiu. Również Teresa Radziszewska pamięta wszystko tak, jakby było to wczoraj. - Ty może zostaniesz z babcią? - powiedział ojciec, a ona, wówczas dziewięcioletnia, kiwnęła głową. Pomyślała, że tak rodzicom będzie łatwiej. Patrzyła, jak odchodzą w deszczu, i z rozpaczy tłukła głową w drzwi stodoły. Tata niósł jej trzyletnią siostrę, mama półtorarocznego brata. Na końcu, ze spuszczoną głową, szedł starszy brat. Miał pięć lat. Niedługo potem usłyszała strzały. - To już nasze dzieci giną - powiedziała babcia i kazała jej zapamiętać ten dzień. Na domostwach tych, którzy zdołali uciec z Wołynia, Podola, rośnie trawa. Tam, gdzie spoczywają ich bliscy, rozciągają się pokołchozowe pola i ugory. Coraz mniej osób pamięta, gdzie były wsie, których nazwy zapisane są na przedwojennych mapach. Czasem wiosenne deszcze wypłukują płytko zakopane kości. - Nie ma tematu. O czym w ogóle pani mówi? To nie było w Polsce - usłyszała Zofia w czasach PRL. W szkole, w której była nauczycielką, prelegent mówił o tragedii dzieci Zamojszczyzny. Na przerwie podeszła do niego, by porozmawiać o dzieciach z Kresów. Przez wiele lat nikt nie chciał nic słyszeć, więc nie mówiły. Rozmawiały wtedy ze sobą. Bo one rozumiały wszystko, nawet miały takie same sny, po których budziły się z krzykiem. Ale dziś chcą mówić. Może dlatego niektórzy musieli przeżyć, by każda zbrodnia miała swego świadka. FOT. (C) ARCHIWUM RODZINNE / REPRODUKCJA MACIEJ KACZANOWSKI http://www.rzeczpospolita.pl/teksty/specjal_030712/specjal_a_1-3.jpg Takie czasy były - mówią Zofii Szwal w jej rodzinnych stronach, gdy pyta, dlaczego zginęli jej bliscy. Wróciła tam po raz pierwszy jeszcze w latach sześćdziesiątych. Odłączyła się od wycieczki. Szła drogą z Sokala w kierunku swojego Orzeszyna. Na polu zobaczyła pracujących Ukraińców. Mieli kosy i widły. Przestraszyła się, że i jej dzieci zostaną bez matki. Zawróciła. Drugi raz pojechała taksówką. Weszła za żywopłot, który kiedyś okalał jej dom, zobaczyła stary wiąz. Uklękła, wzięła grudkę ziemi. Kiedy przybiegli dawni sąsiedzi, ciekawi, jaki to obcy przyjechał, zaczęła mówić po ukraińsku. Nie poznali jej. Dopiero gdy ona zaczęła im mówić po imieniu, zawołali: - Zosia Antków do nas z drugiego świata przyszła. Obejmowali ją, cieszyli się i zapraszali, by została na noc, bo przecież mają tyle do opowiadania. Ale powiedziała: - Nie, bo mnie zabijecie. - Co ty mówisz Zosiu, nikt cię nie zabije! W końcu zgodziła się przyjechać w następnym roku, jeśli przyślą jej zaproszenia. Pomyślała, że gdy władze będą wiedziały, gdzie jest, to może nic się jej nie stanie. Od tej pory wraca stale. Tak bardzo chciałaby wiedzieć, gdzie leżą rodzice. Czasem ktoś obieca, że ją zaprowadzi, ale żeby nikomu nie mówiła. Powie, żeby czekała koło lasu, to weźmie konie i pojadą. Ale potem nie przyjdzie i jakoś się wymówi. Na początku chciała też wiedzieć, co by się stało, gdyby wtedy, gdy rozpoczęła się rzeź, pobiegła do ukraińskich sąsiadów. - My byśmy cię nie zabili, tylko kazali iść precz. - A to przecież byłoby to samo - powiedziała. Gdzie by się ukryła? Zginęłaby, jak nie tego dnia, to następnego. Sami opowiadali jej, że te dzieci, które ocalały z rzezi, zostały potem zabite. Błąkały się koło domostw, na polach, żywiąc kłosami zboża. Kiedy nad ranem zmęczone płaczem zasypiały, niektórzy szli ich szukać. Nie wszyscy. Byli tacy, co pytali: A gdzie się wybieracie? Przecież one i tak pomrą. - Jak wy możecie jeść chleb z tych pól? Czy nie czujecie w nim krwi? Dlaczego zabijaliście swych sąsiadów, przecież zgodnie żyliśmy! - wykrzyczała im pewnego razu. A oni tylko, że takie czasy były. Gdy Teresa Radziszewska po latach przyjechała w rodzinne strony, też przyjęto ją serdecznie. - A czemuś ty wcześniej do nas nie przyjechała? - spytała Prokopicha z sąsiedniej ukraińskiej wioski Ośmigowicz, w której stodole Teresa ukrywała się po rzezi. - Bałam się - odpowiedziała. Bała się tego, co będzie czuła, gdy zobaczy te miejsca; jak ten powrót w ogóle zdoła przeżyć. Po czterdziestu siedmiu latach dowiedziała się, jak zginęli rodzice i rodzeństwo. W drodze za Bug zatrzymali się u ukraińskich znajomych, by się ogrzać i wysuszyć, bo dzieci były małe, a mama brzemienna. Przyszedł tam także znany im Ukrainiec. Kazał zaprzęgać konie, wywiózł ich na bagna. Rodzice uklękli i modlili się. Prosili, by zabić najpierw ich. Nie chcieli patrzeć na śmierć swych dzieci. Tak jakoś dziwnie się złożyło, że na miejscu, gdzie ich wszystkich zakopano, wyrosła dzika róża. Pod różą Teresa znalazła kości, zabrała je za Bug, do rodzinnego grobu. Nie chciała, by pozostały na tej ziemi. Chociaż kiedyś tak kochała te olchowe lasy, zielone łąki nad rzeką Stochód. Ale nie ma już kolonii Aleksandrówka, w której mieszkały dwadzieścia cztery polskie rodziny. Jednego dnia, 16 lipca 1943 roku, upowcy zamordowali tu siedemdziesiąt cztery osoby. Tego dnia, kilka godzin wcześniej, do rodziny Teresy przyszedł Paweł Kyc, Ukrainiec. - Lepiej nie śpijcie w swym domu, uzbrojeni ludzie są w lesie. Przyjdźcie do mnie. Ukryci w jego komorze, starając się głośniej nie oddychać, słyszeli krzyki i strzały. Niedaleko figury Matki Boskiej, którą zawsze razem z innymi dziewczynkami ozdabiała kwiatkami, upowcy spędzili wszystkich, kto się nie ukrył. Po paru dniach, gdy niektórzy cudem ocaleni wrócili z kryjówek do domów, mordercy zjawili się znowu. Od tej pory Teresa i jej rodzina spały w kopach zboża. Aż do czasu, gdy rodzice postanowili iść za Bug, a ona została u Prokopichy z babcią. Pamięta, jak potem razem z babcią wędrowała. - Masz nie pokazywać, że się boisz - powtarzała ciągle babcia. Nie bała się, bo niczego nie czuła, była odrętwiała. Po co ma żyć - myślała - jak wszyscy nie żyją. Najpierw szły przez znajome wsie. Babcię znali tu wszyscy, bo odbierała porody. Napotkane Ukrainki tylko smutno kiwały głowami. Potem zaczęły spotykać ludzi uzbrojonych w widły, siekiery i kosy. Jechali na furach, byli weseli, śpiewali, zawinięte rękawy ubrań zachlapane były krwią. Kilka razy je zatrzymano. Babcia ubrana w ukraiński fartuch pożyczony przez Prokopichę mówiła, że idą do Kupiczyna do Hawryły - wiedziała, że mieszka tam taki Ukrainiec. Doszły do polskiej wsi. - Nie patrz, nie rozglądaj się - mówiła babcia. Teresa jednak widziała. Porąbane ciała przy drodze, dzieci powbijane na sztachety, przybite do drzwi na krzyż. Nigdzie żywego człowieka, tylko wyjące psy, wałęsające się koty, ryczące krowy. I tak dotarły do miasteczka, a potem po wielu przejściach polscy kolejarze załadowali je do lokomotywy pociągu towarowego, który jechał do centralnej Polski. REPRODUKCJA MACIEJ KACZANOWSKI http://www.rzeczpospolita.pl/teksty/specjal_030712/specjal_a_1-2.jpg Bardzo długo nie chciałam Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Maja Narbutt - Bardzo długo nie chciałam żyć 14.07.03, 22:30 Bardzo długo nie chciałam żyć. Co wieczór modliłam się, by już się nie obudzić. I co rano czułam żal: Panie Boże, tak Cię prosiłam. Teraz znowu muszę szukać mamy i taty, i znów ich nie znajdę - opowiada Zofia Szwal. Jej życie zmieniło się 11 lipca 1943 roku. W Orzeszynie w powiecie poryckim rozległy się strzały. Na podwórku jej rodzinnego domu pojawili się mężczyźni w mundurach ukraińskiej policji. Powiedzieli, że trzeba wychodzić, nie można zostać, bo zaraz zacznie się walka z Niemcami. - Co was obchodzimy? Będziemy troszczyć się o siebie - powiedział ojciec. Dziesięcioletnia Zosia nie rozumiała, co się dzieje. Czuła narastającą atmosferę zagrożenia. Myślała jednak, że chyba nie może się stać nic złego. Przecież wśród mężczyzn, którzy przyszli, są ojcowie jej szkolnych koleżanek. Zdziwiła się, dlaczego kuzyn, który wraz z żoną przyjechał ich odwiedzić, nagle mówi, że jest Ukraińcem. I czemu każą mu zaprzęgać konie i wyjeżdżać. Patrzyła zdumiona, jak ojciec podchodzi do znajomego Ukraińca i o coś bardzo go prosi. Nie ustępuje, chwyta za ubranie, i ten w końcu macha ręką. A ojciec wsadza ją i trzyletniego braciszka na furmankę kuzyna, bo Ukrainiec powiedział, że można dzieci zostawić przy krzyżu stojącym pośrodku wsi. Dlaczego kuzyn się nie zatrzymuje przy krzyżu? Zosia krzyczy, że musi czekać na rodziców, ale on tylko mocniej zacina konie. A one pędzą tak, jakby coś czuły. I nagle zatrzymują ich uzbrojeni Ukraińcy. Każą wyprzęgać. Na podwórku jednego z gospodarstw jest pełno ludzi. Kuzyn znowu mówi, że jest Ukraińcem, że jedzie do sąsiedniej wsi. - A czemu ta dziewczyna tak płacze? - pyta upowiec, wskazując na Zosię. - A zmęczona, głodna, to i płacze - odpowiada kuzyn. Częstuje upowców papierosami, podaje ogień. - Coś ci się bardzo ręce trzęsą - mówi Ukrainiec i zaczyna go rewidować. Zosia widzi, jak kuzyn niepostrzeżenie wyjmuje swoje dokumenty i przydeptuje butem. I w końcu mogą jechać. Ze środka wsi, tam gdzie stoi krzyż, bucha nagle niesamowity krzyk kilkudziesięciu ludzi, słychać strzały. Żona kuzyna zatyka jej uszy i jadą coraz szybciej. Udaje im się minąć kolejny posterunek. Dojeżdżają do miasteczka, do Sokala. Potem codziennie Zosia wychodzi na drogę. Czeka na rodziców. Każdego dnia kilka razy idzie do budynku, gdzie zakwaterowano Polaków, którym udało się uciec z rzezi. Przemierza wszystkie piętra. Ale ich nie ma i nie ma. Któregoś dnia chwyta ją w objęcia kobieta: - Zosiu, ty żyjesz! A moich sześcioro dzieci zamordowano! To bratowa pani Muniakowej, z Chorokowa. Podchodzi do niej też pani Muniakowa, sąsiadka: - Twój tata zabity, ale nie płacz tak strasznie, bo może twoja mama żyje. I tej nadziei się uczepiła. Namówiła inną dziewczynkę, w tym samym wieku, i polami powędrowały do Orzeszyna. Nie doszła. Wyczerpana, zatrzymała się w sąsiedniej wsi u swojej nauczycielki. W malignie przeleżała kilka dni. Tam znalazła ją ciocia. Razem ruszyły w drogę. Z daleka zobaczyła dym unoszący się z komina rodzinnego domu. - Twojej mamy tam nie ma - powiedziała ciotka - nie wiadomo, kto tam mieszka, ale na pewno nie ona. Więc do domu już nie pójdziemy. A ty nie czekaj na nią, nie wypatruj. Bo jej już nie zobaczysz. Nigdy do ciebie nie przyjdzie. Kiedy Janina Kalinowska przyjeżdża na Wołyń, nie oddala się od samochodu dalej niż na pięć kroków. Zapewnia sobie drogę ucieczki. - Mam tylko jedno marzenie - wykopać kości rodziców. Zabrać. Wtedy nawet nie spojrzałabym już na wschód. Teresa Radziszewska będzie nadal przyjeżdżać, choć przecież już kilka lat temu schyliła się i podniosła czaszkę mamy, na której były jeszcze włosy. Obok leżały kości taty, a w ich nogach ciśniętych troje rodzeństwa. Ale Teresa przyjeżdża, bo myśli, że to obowiązek - znajdować miejsca, gdzie leżą Polacy i stawiać krzyże. Zofia Szwal chce jak najwięcej rozmawiać z Ukraińcami na Wołyniu, bo może się czegoś dowie. Chociaż już wie, jak zginęła mama. Ranna, stojąc nad jamą, do której rzucano ciała, przekonała upowców, że jest tylko ukraińską służącą u Polaków. Już odchodziła, wspierając się na kiju, gdy jeden z upowców powiedział do drugiego: - A coś ty, żony Antka nie poznał? Niektórzy w wołyńskich wsiach patrzą na nich wilkiem, że tak przyjeżdżają. Bo później czasem ich dzieci cisną im w twarz: Byliście mordercami. Zdarza się, że ktoś powie, że ci, co zabijali kobiety i dzieci, nie byli ludźmi. Nie byli nawet zwierzętami, bo one zabijają z głodu. Miejsca, w których zakopano pomordowanych Polaków, w nocy się omija. Jak mówią starsi, tam włosy dęba stają i czapka się podnosi. Młodsi też w nocy czuliby się tam nieswojo - nawet jak idą do panien w sąsiedniej wsi, wolą tamtędy nie przechodzić. I może nawet niektórzy z tych, co zabijali, po latach czują wyrzuty sumienia. Tak chce wierzyć Zofia, z której koleżanki się śmieją, że naiwna. Ale ona wie, że tak może się zdarzyć. - Pewna stara Ukrainka powiedziała mi, że kiedyś rozmawiała z banderowcem. Opowiadał, że nie chciał iść do oddziału, ale go przekonano. I kiedy stał na czatach przed polskim gospodarstwem, czekając tylko na sygnał, wyszła kobieta z dziećmi. Dała mu chleb. I coś się w nim przełamało. Pomyślał: "Co oni mi zawinili?". A potem pomyślał też: "Jak ich nie zabiję, to moi koledzy zabiją mnie". Więc zabił. Najtrudniej zabić pierwszego człowieka, potem to łatwiej przychodzi. Ale teraz w swoich wnukach widzi tamte dzieci, a w każdej kromce chleba tamten chleb. Teresa Radziszewska długo nie chciała mieć dzieci. Bo jak umrze - a myślała, że umrze młodo - to będą cierpiały. Kiedy już urodziła córkę, z początku była dla niej oschła. Nie chciała, by się dziecko przywiązało. - Idź do taty - mówiła do niej. Janina Kalinowska zawsze myślała, że jak będzie wojna, to nie trzeba dzieci zasłaniać przed kulami. Niech pierwsze zginą. Bo ona chyba by z grobu wstała, gdyby jej dzieci bez matki poniewierały się po świecie. Zofia Szwal bez przerwy bała się o dzieci. Nie chciała ich spuścić z oka. Kiedy wyjeżdżała na parę dni z domu, myślała o niebezpieczeństwach, które mogą im grozić. Nawet w najradośniejszych momentach życia gdzieś w głębi czaił się ból. Janinę dopiero niedawno przestał prześladować zapach krwi. Nawet, gdy spociły jej się ręce, czuła krew: - Ale i teraz nie pogardziłabym pomocą psychologa. Nie czują już nienawiści. - Kiedy byłam w gimnazjum, marzyłam, by mieć karabin. I wrócić - mówi Janina. - Takie myśli bezsilnego dziecka. A teraz nie potrafiłabym strzelić nawet do mordercy rodziców. Ale to nie znaczy, że mogą mówić o przebaczeniu: - Przebaczyć? A kto w ogóle nas prosił o przebaczenie? Oglądały kiedyś reportaż w telewizji. O podróży sentymentalnej pewnego Ukraińca w Bieszczady. Z nostalgią wspominał rodzinną wieś, z której go wysiedlono w ramach akcji "Wisła". Tu stała chata, tu cerkiew. Ale one nie potrafiły mu współczuć. Nie tylko dlatego, że ich znajomi rozpoznali, że był w UPA. - Czemu nas nie wypędzono z Wołynia? Dlaczego nie pognano nas, nawet w jednej koszuli, za Bug? Czemu zabijano Polaków, gdy uciekali? Od wspomnień i takich myśli nie uwolnią się już nigdy. - Ból umrze razem z nami. Maja Narbutt Zrodlo: "Rzeczpospolita" www.rzeczpospolita.pl/dodatki/specjal_030712/index.html Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Aniela Dębska - KISIELIN, 11 LIPCA 1943 ROKU 14.07.03, 22:34 KISIELIN, 11 LIPCA 1943 ROKU Jeszcze chce się wam śpiewać? Aniela Dębska przed obrazem męża, przedstawiającym atak UPA na Kisielin http://www.rzeczpospolita.pl/teksty/specjal_030712/specjal_a_2-1.jpg FOT. MACIEJ KACZANOWSKI TOMASZ STAŃCZYK Codziennie ma przed oczyma tamten straszny dzień, 11 lipca 1943 roku. W mieszkaniu Anieli Dębskiej wisi obraz przedstawiający płonącą obórkę, ostrzeliwaną plebanię i scenę śmierci krewnej - jednej z około 90 ofiar mordu dokonanego przez upowców w Kisielinie, podczas wołyńskiej "krwawej niedzieli". Śnieg pokrywa dachy kilkudziesięciu domów. Góruje nad nimi bryła kościoła. Obok mniejsza sylwetka cerkwi. Koło niej grupa wysokich drzew - park dworski. Tak wygląda Kisielin, miasteczko na Wołyniu, u źródeł Stochodu, w powiecie horochowskim, na obrazie namalowanym przez Włodzimierza Sławosza (Sławka) Dębskiego, nieżyjącego już męża Anieli Dębskiej. Przed wojną Kisielin zamieszkany był przez prawie równą liczbę rodzin polskich, żydowskich i ukraińskich. - Jak żyliśmy wtedy? Tak jak tu - pani Dębska pokazuje wzrokiem bloki na jednym z lubelskich osiedli - normalnie. Do jej ojca Antoniego Sławińskiego przychodzili sąsiedzi Ukraińcy, by pomóc przy młóceniu. A ona szła pomagać im. Ukraińskich nacjonalistów przed wojną w Kisielinie nie było. Za to działali komuniści, których pilnował i sadzał do aresztu komendant posterunku Jan Piwnik, późniejszy sławny partyzant "Ponury". Nie zabrakło ich jednak we wrześniu 1939 r., by powitać Armię Czerwoną. Zbudowali ozdobną bramę z wieńcami, ale krasnoarmiejcy przyszli nocą i rozłożyli się na łąkach, więc rano nie było kogo fetować. Tamtego dnia Aniela poszła na rynek i zmartwiała. Był cały w czerwieni flag wywieszonych przez żydowskich sklepikarzy. Entuzjazm dla nowej władzy minął im wraz z rekwizycją towarów przez sowieckiego komisarza. Kisielińscy Żydzi zostali zabici w sierpniu 1942 r. przez Niemców i ukraińskich policjantów. Niespełna rok później miała przyjść kolej na Polaków. To tylko manewry... - Nikt się nie spodziewał, że będą masowe mordy. Ale słyszeliśmy o przypadkach zabójstw - opowiada Dębska. W maju 1943 roku przyjechał spod Łucka stryjeczny brat mojego późniejszego męża z wiadomością, że zamordowali jego rodziców i wrzucili ciała do studni. Matka już wtedy chciała uciekać do miasta, gdzie było bezpieczniej. Ojciec mówił jednak: jak tu wszystko zostawić, nic przecież nikomu nie zrobiliśmy. Tamtego dnia zaszła do nas na śniadanie Nastia, Ukrainka, której syn pracował w naszym gospodarstwie. "Didki, jeszczo wam choczetsa spiwaty?" - zapytała mnie i siostrę. W jej głosie, jak teraz myślę, było współczucie, lecz nic więcej nie powiedziała. Dwie kolumny upowców zbliżyły się do kościoła, gdy zakończyła się msza. Ludzie instynktownie cofnęli się w mury świątyni. Włodzimierz Dębski zaczął zamykać drzwi. Ktoś powiedział, żeby tego nie robił, widać kogoś szukają, wezmą go, a resztę zostawią w spokoju. Około 80 osób zabarykadowało się na pierwszym piętrze plebanii. Ci, co pozostali na zewnątrz - zostali zamordowani. - Gdy rozległy się strzały wokół kościoła, zaniepokojony ojciec, który został w domu, spytał sąsiada: "Ulian, co się dzieje?". Odpowiedział uspokajająco: "To nic, to tylko manewry..." - wspomina Dębska. Upowcy zaczęli rąbać siekierami drzwi. Ksiądz udzielał rozgrzeszenia w obliczu śmierci. Ale i na plebanii znalazła się siekiera. Jeden z oblężonych, Krupiński, chwycił ją. "Nim mnie zabiją, przynajmniej rozwalę jednemu głowę" - krzyknął. Ostrza siekier spotkały się w rozwalanych drzwiach. To ostudziło na chwilę napastników. Za chwilę krzyki: "Wychodte, a to budemo pałyty". Dym wypełnił pomieszczenie, oblężeni zaczęli się dusić. Włodzimierz Dębski, jeden z organizatorów obrony, w której brało udział niespełna 20 osób, rozkazał "siusiać do wiadra". Uzbierały się dwa. Przez okna wpadały granaty. Stanisław Ziółkowski odrzucił dwa, ale trzeci go zabił. Był jednym z czterech poległych w obronie. Na napastników leciały znalezione na strychu cegły, a gdy ich zabrakło - kafle z pieca, który rozbierały Teresa Masłowska i Teresa Świderska z Zapustu. Jeden z napastników zaczął wchodzić po drabinie. Obrzucany połówkami cegieł, zeskoczył. - Siedziałam z innymi na strychu. "Anielka, Sławek ranny, woła cię". Zajęłam się nim, jak umiałam. Był ranny w nogę. Wtedy poczułam, że jest mój. To były nasze prawdziwe zaręczyny - mówi Aniela Dębska. Gdy zapadł zmrok, napastnicy podpalili obórkę, chcąc oświetlić sobie pole walki, jednak przed północą wycofali się z Kisielina. Rannego Włodzimierza Dębskiego pomagał przenieść na wóz Ukrainiec Wiktor Padlewski, żonaty z Polką. Jego ojciec i brat byli upowcami. Po tej krwawej niedzieli Polacy zaczęli uciekać z Kisielina, przenosząc się głównie do bezpieczniejszych miast: Włodzimierza, Łucka i Torczyna. - Sawka Kołtoniuk poszedł do lasu sprawdzić, czy nie ma tam upowców. Upiekł nam chleb. Poszliśmy niemal tak, jak staliśmy, bo napastnicy zabrali wszystko z domu. Ojciec wziął do kieszeni tylko kilka łyżek. Zatrzymaliśmy się w majątku w Zaturcach, był tam pluton Niemców, co dawało pewną gwarancję bezpieczeństwa. Matka wróciła do Kisielina, chcąc namówić rodziców mojego przyszłego męża do wyjazdu. Mieszkali wtedy u zaprzyjaźnionych Ukraińców. Do stodoły, w której nocowała, przyszedł Ukrainiec: "Stasiu, uciekaj, bo Dębskich wzięli". Ślad po porwanych zaginął. Rodzinę Romanowskich ostrzegła matka upowca Maciuka. Przyszedł pijany. Zanim rzucił się na łóżko, powiedział: "Jak Romanowscy są w stodole, to niech idą, bo jak wstanę, będzie nieszczęście". Moje ciotki wyprowadzał z Kisielina Petro Parfeniuk, żonaty z Polką. Za pomoc Polakom zabili mu rodzinę. Pamięć na obrazie Trzydzieści lat później Włodzimierz Dębski patrzył z górki na Kisielin. Błoto było takie, że taksówkarz nie chciał ryzykować jazdy do samej wsi. A on z protezą nogi - stracił ją po tamtym zranieniu - nie mógł iść dalej. - Kiedy wrócił, był zdruzgotany, myślałam, że się rozchoruje. Pytał: "Jak oni mogą tam żyć i mieszkać?". Niedługo potem zaczął malować obraz przedstawiający tamten dzień w Kisielinie - jeden z upowców strzela do kobiety. To moja stryjeczna siostra Alfreda Sławińska. Zbrodnia w Kisielinie i obrona plebanii ma też swój obraz literacki, nieomal wierny rzeczywistości, w powieści Włodzimierza Odojewskiego "Zasypie wszystko, zawieje...". Pisarz najpewniej zetknął się z publikowanym wspomnieniem Włodzimierza Dębskiego. "Aż wreszcie ta chwila nadeszła. Ta pierwsza, zaciskająca krtań jakby kleszczami wprost do bólu chwila grozy. Gdy wyjrzała przez okienko, słysząc wrzaski i strzały, i gdy nagle zobaczyła tych czarnosecinnych, rojących się niby robactwo wokół bramy przykościelnej, wskakujących do środka kościoła, wywlekających za włosy te biedne kobiety, które zdecydowały się nie ukrywać, ale zdać się na ich łaskę, i pod murem je strzałem pistoletu mordujących. Gdy zobaczyła, jak jednego z nich znęciła widać bluzka wyprowadzonej dziewczyny, więc strzelił jej w brzuch i jeszcze z kopiącej nogami ziemię tą bluzkę ostrożnie, żeby nie zabrudzić, ściągnął". Włodzimierz Dębski zapamiętał taneczny krok upowca odchodzącego z bluzką od konającej. Po kilku dniach Ukraińcy pozwolili przenieść ciała zamordowanych na teren przykościelny i tam pochować. Z zeznań jednej z niedoszłych ofiar: "Gdy klęczałam nad ciałem siostry (siedem ran kłutych), płakałam i złorzeczyłam. Podszedł Jefrem Padlewski: ÇNie krzyczy! Zaraz tobie te samo bude!Č". Śledztwo po latach Tamtego dnia dokonano napadów i dopuszczono się zbrodni na Polakach w osiemdziesięciu miejscowościach powiatów Horochów i Włodzimierz Wołyński. To ważna data. Według prokuratora Piotra Zająca z Oddziałowej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu w Lublinie, gdzie prowadzone jest śledztwo w s Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Aniela Dębska - Wygasający ból 14.07.03, 22:38 Aniela Dębska przed obrazem męża, przedstawiającym atak UPA na Kisielin www.rzeczpospolita.pl/teksty/specjal_030712/specjal_a_2-1.jpg Śledztwo po latach Tamtego dnia dokonano napadów i dopuszczono się zbrodni na Polakach w osiemdziesięciu miejscowościach powiatów Horochów i Włodzimierz Wołyński. To ważna data. Według prokuratora Piotra Zająca z Oddziałowej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu w Lublinie, gdzie prowadzone jest śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych na Polakach na Wołyniu, dzień 11 lipca 1943 roku potwierdza wersję śledczą o zbrodni ludobójstwa. - Cała akcja ze względu na swój zasięg, rozmiary, precyzyjność uderzeń oraz zaskoczenie Polaków musiała być wcześniej zaplanowana i przygotowana. Nie mógł być to zwykły zbieg okoliczności. Ofiarami działań podjętych przez ukraińskich nacjonalistów byli w równej mierze zdolni do noszenia broni mężczyźni, co kobiety, dzieci i osoby starsze. W czasie pacyfikacji polskich wsi ginęli wszyscy, bez wyjątku - twierdzi prokurator Zając. W lipcu 1943 roku zabijano Polaków w wielu innych miejscowościach gminy Kisielin. W dzień po zbrodni w Kisielinie swoich polskich sąsiadów mordowali Ukraińcy z Twerdyni. Tego samego dnia zabitych zostało 80 Polaków z Wólki Sadowskiej i około 140 z Rudni. 15 lipca upowcy zamknęli około 20 Polaków z kolonii Żurawiec w stodole i podpalili ją. W trzy dni później w kolonii Zabara wymordowano 35 Polaków. Władysława Gniota uratowała wtedy jego szkolna koleżanka Ukrainka, córka sołtysa Romaniuka, biorącego udział w zabójstwach. Władysław i Ewa Siemaszkowie, którzy opublikowali dokumentację tych zbrodni, podają, że w lipcu 1943 roku w powiecie horochowskim zginęło co najmniej 2569 Polaków, na całym zaś Wołyniu było co najmniej 10,5 tys. ofiar. Liczba ofiar zbrodni dokonanych na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu w latach wojny szacowana jest na 50 - 60 tys. I znajduje, jak stwierdza prokurator Piotr Zając, odzwierciedlenie w materiałach śledztwa. Między tymi, co zabijali, byli zapewne Ukraińcy z Kisielina. A w każdym razie pomagali tym, co zabijali. Z Kisielina byli ci, którzy zawracali ludzi do kościoła. - Moja koleżanka Miłka Miszczuk stała tamtego dnia przy wozie, na który kładziono ubrania ściągnięte z zabitych - mówi Aniela Dębska. Nie mam pretensji, że była w UPA. Ja służyłam w 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Można było walczyć przeciw sobie. Ale dlaczego oni mordowali? Kto z mieszkańców Kisielina mordował - tylko oni wiedzą. To ich sprawa. Ja nie będę ich sądzić . Z zeznań złożonych w śledztwie w sprawie mordów na Wołyniu wynika, że w Kisielinie niektórzy miejscowi Ukraińcy wyłapywali i konwojowali polskich sąsiadów w kierunku kościoła, gdzie dokonywano zabójstw. Wygasający ból Kiedy w 1975 roku Aniela Dębska przyjechała po raz pierwszy po wojnie do Kisielina, pod same ruiny kościoła podchodziło kartoflisko. Gdzieś pod nim był zbiorowy grób. W dwa lata potem mieszkańcy Kisielina odnaleźli i ogrodzili mogiłę, usypali kopczyk. Pojawiła się tablica z napisem upamiętniającym zabitych przez "faszystów". W 50-lecie zbrodni z inicjatywy Włodzimierza Dębskiego postawiono krzyż z nazwiskami pomordowanych i poległych w obronie. Była msza w ruinach kościoła. Brali w niej udział także Ukraińcy. - Za każdym razem, gdy przyjeżdżałam do Kisielina, czułam strach. Taki sam jak wtedy, gdy zaraz po tamtej niedzieli natknęłam się w lesie na dwóch upowców. Minęliśmy się. Bałam się, że strzelą mi w plecy. Inny strach towarzyszy dziś Ukraińcom. Jedna z mieszkanek Kisielina powiedziała Anieli Dębskiej: "O tym, co się wtedy stało, my nie możemy nic mówić, nam zabronili". A Włodzimierz Dębski usłyszał słowa: "No cóż, mordowali - źle zrobili, ale walczyli o Ukrainę". Syn Anieli i Włodzimierza Krzesimir skomponował muzykę do filmu "Ogniem i mieczem". Złagodzono w nim okrutny obraz wojny polsko-kozackiej. Pozostały jednak słowa, którymi kończy się książka Henryka Sienkiewicza: "Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą". Aniela Dębska patrzy na obraz: - Nigdy nie miałam w sobie nienawiści. Był we mnie strach, ból, żal. Ale to już wygasa, powoli odchodzi. - www.rzeczpospolita.pl/dodatki/specjal_030712/specjal_a_2.html Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Najkrwawsza niedziela w dziejach polskiego narodu 14.07.03, 23:26 11 lipca 1943 Jak doniosły ostatnio media prezydent Kwaśniewski zapowiedział, że w dniu 10 lipca 2001,w czasie uroczystości upamiętniającej 60 lecie mordu w Jedwabnem , przeprosi Żydów za tę zbrodnie, jak zwykle zresztą "w imieniu narodu polskiego". Podkreślając całkowitą bezzasadność takich "przeprosin" można dodatkowo stwierdzić, że od razu znalazły się spore środki finansowe na projekt i budowę nowego pomnika, przeprowadzenie licznych ekspertyz, nagłośnienie całej sprawy w środkach masowego przekazu i zorganizowanie odpowiednich urczystości. Warto wspomnieć, że akurat następnego dnia, bo 11 lipca, mija inna tragiczna rocznica, o której od wielu już lat panuje głuche milczenie we wszelkich oficjalnych mediach i podręcznikach. Rocznica ta jest związana z ludobójstwem jakiego dopuściłi się nacjonaliści ukraińscy z OUN-UPA na ludności polskiej. Tylko na Wołyniu w 1943 r. wymordowali oni ponad 60 000 osób, głównie dzieci , kobiet i starców. W 1944 masowe rzezie objęły następne województwa: tarnopolskie, stanisławowskie i lwowskie oraz wschodnie powiaty województw : lubelskiego i rzeszowskiego. Wedle szacunków całkowite straty ludności polskiej poniesione na Kresach Wschodnich na skutek ludobójczej działalności nacjonalistów ukraińskich wyniosły 500 000 osób. Apogeum tych zbrodni przypadło właśnie na dzień 11 lipca 1943. Jak pisze F.Budzisz - "w latach 1943-1944 trudno jest znaleźć dzień w którym by nie dokonano mordów na ludności polskiej , a były to dni w których zabito tysiące np. 10, 11, 12 lipca i 30 sierpnia 1943 r. Na 11 lipca 1943 przypada apogeum zbrodni ludobójstwa. Była to NAJKRWAWSZA NIEDZIELA w historii polskiego narodu. Pod względem zasięgu terytorialnego , ilości ofiar i barbarzyństwa oprawców - zbrodnie dokonane w tę niedzielę przewyższają wszystkie inne, dokonane kiedykolwiek na ludności polskiej w ciągu jednego dnia. W blisko 100 miejscowościach Wołynia, wsiach i osadach, w tę niedzielę najbardziej bestialskimi metodami wymordowano ponad 10 000 osób ." W siedmiu wołyńskich kościołach nacjonaliści ukraińscy z OUN-UPA zabili ponad 1000 wiernych, nie oszczędzając dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii św. ani księży. Rozległość obszaru na którym dokonano tych zbrodni i wybór momentu ich dokonania (niedziela) świadczy o tym, że była to starannie zaplanowana i skoodrynowana, przez kierownictwo OUN, akcja. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=50&w=6923417&a=6924623 Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Najkrwawsza niedziela - kilka przykładów 14.07.03, 23:29 A oto jedynie kilka przykładów: 11 lipca 1943 r. W okolicach RADZIWIŁŁÓW, pow. dubieński, spalono kilkanaście osiedli polskich oraz wymordowano ich mieszkańców. 11 lipca 1943 r. JEZIORANY SZLACHECKIE, pow. dubieński, nacjonaliści ukraińscy wymordowali 43 osoby narodowości polskiej . 11 lipca. 1943 r. LINIÓW, wieś, gm. Świniuchy, pow. horochowski nacjonaliści ukraińscy wymordowali całą wieś... 11 lipca 1943 r. KISIELIN, siedziba gminy, pow. horochowski. Duża liczebnie banda nacjonalistów ukraińskich otoczyła zgromadzoną w tamtejszym kościele ludność polską... Cześć ludzi wyszła z kościoła, wówczas zamordowane zostały 62 osoby. Pozostali — około 200 osób — przeszli na plebanię... podjęli na piętrze desperacką obronę... Po północy napastnicy wycofali się... Pomocy rannym udzielili miejscowi Ukraińcy, przeciwnicy UPA. 11 lipca 1943 r. RUDNIA, wieś, gm. Kisielin, pow. horochowski, ludność polska napadnięta przez ukraińskich nacjonalistów... cała wieś została doszczętnie spalona. Zginęło około 100 osób. 11 lipca 1943 r. ZAMLICZE, wieś, folwark, gm. Chórów, pow. horochowski... Ukraińcy wymordowali 118 osób narodowości polskiej. 11 lipca 1943 r. GUCIN, kolonia polska, gm. Grzybowica, pow. włodzimierski, kilkusetosobowa grupa nacjonalistów ukraińskich dokonała o świcie napadu na kolonię. Wszystkich mieszkańców około 140 osób (35 rodzin) oprawcy spędzili do starej, nie używanej kuźni, którą zaryglowano, oblano obficie benzyną i podpalono. Pośród dantejskich scen w palącej się kuźni, kilku mężczyzn zdołało zrobić wyłom w ścianie i część ludzi uciekła... Większość jednak zginęła w płomieniach. Troje dzieci Jana Krzysztonia uratowała stara Ukrainka. Następnego dnia dzieci zostały siłą zabrane i żywcem utopione w studni... 11 lipca 1943 r. KALUSÓW, kolonia polska, gm. Grzybowica, pow. włodzimierski. Grupa upowców spędziła do stodoły gospodarza Grabowskiego wszystkie kobiety, mężczyzn zaś do stodoły Urbaniaka, gdzie wszyscy zostali wymordowani. Ogółem wymordowano 107 osób... Podczas rzezi... kilku oprawców wpadło do domu Józefa Fili, gdzie zamordowali jego żonę lat 23, paromiesięczne dziecko rozerwali za nóżki, a szczątki położyli na stole. 11 lipca 1943 r. MIKULICZE, siedziba gminy, pow. włodzimierski, przyjechał tam na ponad 80 furmankach oddział UPA (około 600 ludzi)... Kolejno mordowali ludzi w poszczególnych domach, bądź wyprowadzali całe rodziny do lasu i tam je zabijali. W ten sposób wymordowana została cała osada... 11 lipca 1943 r. BISKUPICZE, wieś, gm. Mikulczyce, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy dokonali masowego mordu ludności spędzonej do budynku szkolnego... 11 lipca 1943 r. OKTAWIN, kolonia, gm. Mikulicze, pow. włodzimierski... grupa oprawców (UPA) dokonała mordu w oktawińskim kościele. Po rzezi wewnątrz kościoła podpalono go granatami... 11 lipca 1943 r. DOMINOPOL, wieś, gm. Werba, pow. włodzimierski, upowcy wymordowali całą ludność Dominopola liczącą około 60 rodzin (około 490 osób)... Mordowali nożami, siekierami, widłami itp... 11 lipca 1943 r. TERESIN, gm. Werba, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy wymordowali w kolonii Teresin 88 osób dorosłych i 28 dzieci narodowości polskiej, razem 116 osób... 11 lipca 1943 r. KRYWNO, wieś, gm. Krymno, pow. kowelski, nacjonaliści ukraińscy wymordowali ludność polską zgromadzoną w kościele na niedzielnym nabożeństwie. 11 lipca 1943 r. TURÓWKA, kolonia, gm. Korytnica, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy wymordowali 49 osób ludności polskiej. 22 osoby wrzucono do studni. 11 lipca 1943 r. ORZESZYN, kolonia, gm. Poryck, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy wymordowali 306 osób narodowości polskiej... 11 lipca 1943 r. WYDRANKA, wieś, gm. Korytnica, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy wymordowali kilkadziesiąt osób narodowości polskiej. 11 lipca 1943 r. ZYGMUNTÓWKA, kolonia, gm. Mikulicze, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy wymordowali sto kilkadziesiąt osób narodowości polskiej... 11 lipca 1943 r. WITOLDÓWKA, kolonia, gm. Poryck, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy wymordowali kilkadziesiąt osób narodowości polskiej. 11 lipca 1943 r. CHRYNÓW, wieś, gm. Grzybowica, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy zaatakowali w czasie nabożeństwa rzymskokatolicki kościoł-kaplicę. Księdza Jana Kotwickiego zabili przy ołtarzu... W innym miejscu Chrynowa, w dwóch stodołach oprawcy wymordowali około 200 osób. 11 lipca 1943 r. NOWINY, wieś, gm. Korytnica, pow. włodzimierski... Tego dnia (z rąk UPA) zginęło w Nowinach 66 osób narodowości polskiej. 11 lipca 1943 r. STĘZARZYCE, wieś, gm. Korytnica, pow. wtodzimierski, oddział UPA dowodzony przez „Krwawego Potapa" zamordował 80 Polaków. 11 lipca 1943 r. SMOŁOWA, wieś, gm. Mikulicze, pow. włodzimierski, nacjonaliści ukraińscy dokonali zbiorowego mordu na Polakach. Pośród ofiar była rodzina Jana Wargackiego... żonie w ciąży rozcięto brzuch, aby „pomóc | urodzić proklatoho Lacha"... Ogółem wymordowano 19 osób. 11 lipca 1943 r. PORYCK, miasteczko, siedziba gminy, pow. włodzimierski. Podczas nabożeństwa niedzielnego o godz. 11.30 banderowcy napadli na ludność polską zgromadzoną w miejscowym kościele. Nawę kościelną obrzucili granatami, a do ludzi otworzyli ogień z broni ręcznej i maszynowej... www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=50&w=6923417&a=6946478 Odpowiedz Link Zgłoś