Dodaj do ulubionych

Unia z Kremlem

21.05.04, 01:16
Sława!
Unia z Kremlem
Tygodnik "Wprost", Nr 1121 (23 maja 2004)
www.wprost.pl/ar/?O=60290

Moskwę zmuszono, by dostrzegła Brukselę

Witold Laskowski
Szef radiowej Trójki, były wieloletni korespondent TVP i "Wprost" z Moskwy

Guliwer musiał się czuć podobnie. Gdzie wzrokiem sięgnąć - odległy horyzont,
szeroka perspektywa, poczucie siły i nieograniczonej przestrzeni. A wkoło
liliputy. Przez długie lata Rosja nie traktowała Unii Europejskiej poważnie.
Przywódcy zasiadający w pałacowych gabinetach na kremlowskim wzgórzu
postrzegali ją jako zgromadzenie "sympatycznych krasnoludków", wśród których
tylko najwięksi osobnicy zasługują na uwagę. "Moskwa starała się podtrzymywać
konstruktywne stosunki z Berlinem, Paryżem, Londynem i Rzymem, ale nie
przyjmowała do wiadomości, że jej głównym partnerem może być Unia Europejska
jako taka" - tłumaczy Timofiej Bordaczow z moskiewskiego centrum Carnegie.
Partyjni przywódcy Związku Radzieckiego traktowali Wspólnotę Europejską jak
coś w rodzaju gospodarczego dodatku do NATO. Borys Jelcyn też nie rozumiał
konieczności dogadywania się z niemal nierzeczywistymi dla niego urzędnikami
z Brukseli. "Car Borys" rządził u siebie w sposób niepodzielny i wierzył w
moc osobistych ustaleń zawieranych z równymi sobie. Kanclerz Helmut Kohl
chętnie i często wpadał do podmoskiewskiego Zawidowa na krótkie wspólne
polowanie. Jacques Chirac upodobał sobie kuchnię restauracji Carskaja Ochota
na skraju Moskwy. Przywódcy największych krajów Europy bez oporów dawali się
kokietować Kremlowi. Wrażenie dobrych bilateralnych stosunków z Rosją zawsze
wzmacniało autorytet wśród własnych wyborców i podnosiło międzynarodowy
prestiż. No, a poza tym załatwiali naprawdę ważne sprawy. Rosyjskim
prezydentom wydawało się, że tworzą skomplikowane geopolityczne konstrukcje,
a tymczasem zachodni przywódcy torowali drogę wielkim narodowym korporacjom
na rosyjski rynek. Robili to, co było naprawdę realne i możliwe.

Rosja nie do strawienia
Rosjanie lekceważyli Unię Europejską. Wierzyli w polityczną przyszłość
instytucji z natury rzeczy fasadowych i tymczasowych. W budowaniu
europejskiej stabilności i bezpieczeństwa stawiali na OBWE. Kto dzisiaj
wspomina jeszcze tę organizację? A Europa dwudziestu pięciu stała się
rzeczywistością. I już nie 40 proc., ale połowa rosyjskiej wymiany
gospodarczej przypada na zjednoczoną Europę. W najważniejszych sprawach,
takich jak ograniczenia antydumpingowe, wizy itp., niewiele, jeśli w ogóle
cokolwiek da się załatwić bilateralnie. Jedynym partnerem stała się Bruksela.
Władimir Putin wprawił w zdumienie cały świat, kiedy mówił całkiem
niedawno: "Wkrótce Rosja może się stać członkiem NATO". Coś, co jeszcze 20
lat temu zostałoby potraktowane jeśli nie jako prowokacja, to w najlepszym
wypadku jako niepoważna polityczna fantastyka, dzisiaj nie wydaje się
nierealne. Najpoważniejsi nawet politycy nie widzą jednak Rosji w Unii
Europejskiej. "Oni nigdy nie przetrawią Rosji. Potrzebny byłby wielki
żołądek" - stwierdził Michaił Gorbaczow, który sam roztaczał kiedyś
wizję "wspólnego europejskiego domu". Teraz precyzuje, że możliwa jest co
najwyżej koncepcja "stowarzyszenia Rosji i Unii Europejskiej": "Tak jak jest
z NATO. Najważniejsze decyzje nie są podejmowane bez naszego udziału, ale
obie strony rządzą się swoimi prawami".
"W zjednoczonej Europie nie ma miejsca dla supermocarstwa. Unia jest próbą
układania swoich dalszych losów, podjętą przez niewielkie i średnie państwa.
Wspólny europejski dom nie zostanie zbudowany według projektu Gorbaczowa.
Zostanie wzniesiony na zachód od rozpadającego się imperium i jego
spadkobierców" - Ralf Darendorf, filozof i socjolog, pisał te słowa w 1990 r.
Wtedy istniał jeszcze Związek Radziecki. Co prawda, dwa lata temu premier
Włoch Silvio Berlusconi obiecywał Putinowi ni mniej, ni więcej tylko
członkostwo w Unii Europejskiej. Ale do politycznego chałupnictwa szefa
włoskiego rządu wszyscy się już dawno przyzwyczaili i nikt nie bierze jego
wypowiedzi poważnie. Zwłaszcza że są całkowicie odosobnione i trudno je
traktować inaczej niż jako próbę koniunkturalnego przypodobania się
rosyjskiemu prezydentowi.




Państwo eurazjatyckie
Jest wiele fundamentalnych przyczyn, które sprawiają, że Rosja w
przewidywalnej przyszłości nie wstąpi do unii i nikt jej tam specjalnie nie
zaprasza. Państwo rosyjskie, zwłaszcza to, które przy pełnym poparciu
społeczeństwa buduje Władimir Putin, nie zechce się z nikim dzielić
suwerennością, a to przecież jeden z fundamentów europejskiej wspólnoty.
Trudno też przewidywać, że w najbliższej przyszłości Rosjanie uczynią
priorytet z przestrzegania u siebie praw człowieka i demokratycznych procedur
w europejskim rozumieniu tych pojęć. Poza tym Rosja graniczy ze strefami
największej niestabilności, a zarazem źródłami międzynarodowego terroryzmu,
krajami dostarczającymi lwią część sprzedawanych na Zachodzie narkotyków.
Rosyjskie granice trudno nazwać szczelnymi.
Rosja jest i pozostanie częścią Europy ze względu na swój cywilizacyjny wybór
i korzenie. Ale to państwo jest też integralną częścią Azji. Nie tylko
geograficznie. Na ulicach Władywostoku niełatwo trafić na wołgę czy ładę. 90
proc. poruszających się tam samochodów to przeważnie białe i nie znane w
Europie modele toyot, nissanów, isuzu i innych aut z kierownicami po prawej
stronie. Rosjanie ściągają je z Japonii kutrami, po kilka. Piją piwo warzone
w Chinach i Korei Południowej. W oczy częściej rzucają im się azjatyckie
hieroglify niż ojczysta cyrylica. Tylko surowy reżim wizowy sprawia, że w
Chabarowsku i kilku innych miastach Dalekiego Wschodu stosunkowo mało jest
jeszcze chińskich restauracji i skośnookich twarzy. Na początku lat 90.
ówczesny minister spraw zagranicznych Andriej Kozyriew wprowadził ułatwienia
w ruchu przygranicznym. Moskwa szybko się jednak z tego wycofała.
Dlaczego? "To proste - przedstawiciele lokalnych władz podają suche fakty.
- Od Irkucka do Władywostoku jest kilka tysięcy kilometrów, gigantyczne
przestrzenie do zagospodarowania i niespełna 8 mln mieszkańców. W samej
strefie przygranicznej mieszka 300 mln Chińczyków, głodnych i pracowitych.
Gdyby ta fala ruszyła przez otwartą granicę, na ulicach rosyjskich miast
trudno byłoby znaleźć białe twarze."

Nowe zasady gry
W stosunkach z Unią Europejską Moskwa jest skazana na przyjmowanie
europejskich zasad gry. "Rosjanie zaczynają rozumieć, że integracja wymaga
rezygnacji z niektórych interesów narodowych w zamian za jeszcze większe
korzyści. Rosji nie podoba się, jak biurokraci z Brukseli albo Genewy
zaczynają dyktować warunki współpracy i zasady wymiany gospodarczej, ale
jeśli Moskwa chce przyciągnąć inwestycje, musi zrozumieć, że nie ma innego
wyboru niż maksymalnie możliwa integracja z Europą" - komentator wpływowego
na Zachodzie "Financial Timesa" oznajmia prawdy, z których rosyjskie elity od
dawna zdają sobie sprawę. Cała historia tego kraju od rozpadu Związku
Radzieckiego jest dowodem świadomego, choć wymuszonego prozachodniego wyboru.
Rosja, jeśli chce się rozwijać cywilizacyjnie, musi współpracować z Ameryką,
a zwłaszcza z Europą.
Przywódcom totalitarnego Związku Radzieckiego na pewno łatwiej było rządzić w
dwubiegunowym, nie przenikającym się świecie. Jasno wytyczone strefy wpływów
określały granice kompromisu. Teraz jest inaczej. Trochę pomaga rosyjska
zdolność do adaptacji. Zwerbalizowana przez weterana obwieszonego medalami
brzmi mniej więcej tak: "Bez komunizmu żyć można, ale jest trudno".


Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
www.pajacyk.pl
Ignorant
+++
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka