ignorant11
27.08.04, 23:33
Sława!
Polnisch verboten!
Sobota, 07 sierpnia 2004 - 13:00 CEST (11:00 GMT)
www.wprost.pl/ar/?O=64576
Cóż to byłby za skandal, gdyby Niemcom na Śląsku zabroniono rozmawiać z
dziećmi po niemiecku
Prawo do "swobodnego posługiwania się językiem ojczystym w życiu prywatnym i
publicznym", zapisane w traktacie polsko-niemieckim z 1991 r., jest w
Republice Federalnej Niemiec - w odniesieniu do Polaków - nagminnie łamane. -
Przyjechałem do Niemiec z nadzieją na lepszą przyszłość - mówi "Wprost"
Wojciech Pomorski, który był jednym z ostatnich emigrantów z PRL. Gdy 12
lipca 1989 r. wsiadł do pociągu w Bytowie, miał w kieszeni bilet w jedną
stronę. Na początku wszystko układało się dobrze. Państwo niemieckie
zapewniło mu dach nad głową i utrzymanie, zaczął chodzić na kursy
dokształcające. Wtedy poznał Niemkę Tanję. Zamieszkali razem w trzypokojowym
mieszkaniu w Hamburgu. Ona opanowała język polski, on skończył zaocznie
germanistykę na Uniwersytecie Śląskim. Pracował jako menedżer w firmie
budowlanej. W 1997 r. na świat przyszła ich pierwsza córka Justyna, a dwa
lata później - Iwona Polonia. Pomorski zadbał, by obie miały podwójne
obywatelstwo. Jak sądzi, to właśnie jego polskie pochodzenie stało się
głównym powodem rozpadu małżeństwa i utraty dzieci.
- Rodzina Tani nigdy mnie nie akceptowała. Pobraliśmy się wbrew jej woli.
Najbliżsi krewni Tani służyli w SS, a babka pochodzi z dawnych Prus. Dla nich
druga wojna jeszcze się nie skończyła - mówi Pomorski. - Określenie Polacken
(Polaczki) należało do najłagodniejszych, jakie padało podczas naszych
spotkań. Był okres, że nawet żona nie mogła tego znieść i zrywała z nimi
kontakty. Z czasem zaczęło się jednak między nami psuć. Gdy w lipcu ubiegłego
roku wróciłem do domu, Tani i naszych córek już nie było. Żona uciekła do
matki.
Polski - zakazany
Po czterech miesiącach całkowitego braku kontaktu ojca z dziećmi hamburski
sąd rodzinny zezwolił Pomorskiemu na spotkania z córkami raz na dwa tygodnie
przez dwie godziny, ale tylko pod nadzorem osoby delegowanej przez Urząd ds.
Młodzieży (Jugendamt) i pod warunkiem, że nie będzie rozmawiał z córkami po
polsku. - Gdy się temu sprzeciwiłem, urzędnik Martin Schroeder zwymyślał
mnie, zaznaczając, że jeśli będę się upierał, mogę w ogóle nie zobaczyć
córek. Nie zgodził się nawet na rozwiązanie połowiczne: żeby rozmowy odbywały
się w obu językach. Sprawa Pomorskiego znalazła się na biurku adwokata. Mimo
jego interwencji Jugendamt podtrzymał decyzję. W uzasadnieniu
napisano: "Wymóg języka niemieckiego może być dla dzieci jedynie korzystny,
gdyż wyrastają w tym kraju i tu chodzą do szkół".
- To jakiś absurd - mówi Amelia Barrera, doświadczony psycholog Iaf (Verband
Binationaler Familien und Partnerschaften), związku zajmującego się
problemami rodzin mieszanych. - Do takiego postępowania nie ma podstaw
prawnych i nie może być mowy o "dobru dziecka", jak napisał Jugendamt.
Badania naukowe dowodzą, że dzieci z rodzin dwujęzycznych szybciej się uczą i
lepiej rozwijają, mają szersze horyzonty niż ich rówieśnicy wychowywani w
jednym języku i w jednej kulturze - argumentuje Barrera. Iaf zaproponował
wsparcie tłumacza, który pomógłby pracownikowi Jugendamt w sporządzaniu
raportów ze spotkań Pomorskiego z córkami. I ta oferta została odrzucona. Jak
poinformowała ostatnio hamburska prasa, "z powodu oszczędności" filia Iaf
zostanie wkrótce zamknięta. A organizacja ta jest jedyną, która pomaga
mieszanym rodzinom w załatwianiu urzędowych czy sądowych spraw. Na porady
czterech specjalistów Iaf czeka kolejka zainteresowanych - najbliższy wolny
termin jest za miesiąc. - Jak widać, nasza działalność jest niewygodna, bo z
pewnością nie można mówić o braku zapotrzebowania na nią czy o wielkich
wydatkach - uważa Barrera.
Polak Polakowi Niemcem
Dr Piotr Borowiec pracował w szpitalu w Schwedt. Był ordynatorem. Kilka
miesięcy temu zrezygnował i wyjechał do Francji. - Miałem wrażenie, że tam
historia zatrzymała się w 1933 r. Niemcom trzeba zmiany kilku pokoleń, by
zyskali stopień tolerancji innych narodów - komentuje. Już po wyjeździe
Borowca z RFN administracja jego szpitala dała polskim lekarzom do podpisania
nakaz rozmawiania wyłącznie po niemiecku. Jak przypomniano, "klinika jest
niemiecka", "językiem obowiązującym jest niemiecki", a "wszystkich
pracowników zobowiązuje się do meldowania kierownictwu o ewentualnych
wykroczeniach". "Zarządzenie ma również moc obowiązującą wobec kontaktów
między pracownikami. Niezależnie od ich języka ojczystego również podczas
nieobecności pacjentów zobowiązani są rozmawiać między sobą po niemiecku".
Wybuchł skandal. Dr Janusz Rudziński, szef Kliniki Ginekologii w Schwedt,
gdzie sześciu z siedmiu pracujących lekarzy to Polacy, "dla dobra szpitala"
nie chce o tym mówić. W chwili przygotowywania tego tekstu do druku dyrekcja
uznała swe rozporządzenie za niebyłe. Nie zmienia to jednak faktu, że zapis
polsko-niemieckiego traktatu, zakazujący "jakiejkolwiek próby asymilacji
wbrew woli", jest w wielu wypadkach martwą literą.
Piotr Cywiński. Berlin
Pełny tekst ukaże się w najnowszym numerze tygodnika "Wprost". W sprzedaży od
poniedziałku, 9 sierpnia.
Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie