ignorant11
15.09.04, 13:20
Sława!
Arogancja Francji
Tygodnik "Wprost", Nr 1137 (12 września 2004)
http://www.wprost.pl/ar/?O=66176
Czy Paryż popełnia polityczne samobójstwo?
Francja stała się problemem dla siebie i dla Europy" - zauważył niedawno
Mario Monti, unijny komisarz ds. konkurencji. "Przez własną arogancję Francja
traci swą wielkość" - pokajał się Michel Barnier, francuski minister spraw
zagranicznych. "Musimy bardziej zaangażować się w pracę w Unii Europejskiej.
Musimy słuchać naszych partnerów i pilnować, abyśmy sami byli słyszani" -
samokrytycznie przyznał Jean-Pierre Raffarin, premier Francji.
Przeświadczony o własnej doskonałości Paryż do tej pory niespecjalnie liczył
się ze swymi europejskimi partnerami. Dopiero policzek, którym było
powierzenie mu podrzędnego resortu w Komisji Europejskiej powołanej przez
Jos? Manuela Barroso, sprawił, że we Francji rozpętała się
burza. "Znaleźliśmy się na marginesie Europy" - uderzył na alarm Jean-Pierre
Chevenement, były minister obrony i spraw wewnętrznych, w wywiadzie dla "Le
Figaro". "Nasza pozycja w nowej Komisji Europejskiej to wyraźny przykład
marginalizacji Francji w Europie" - wtórował mu Fran÷ois Bayrou,
przewodniczący centrowej Nowej Unii na rzecz Demokracji Francuskiej, w
rozmowie z dziennikarzem "Lib?ration". "Chirac swą arogancją wzbudza w
Europie irytację. Za upokarzanie naszych partnerów i obcesowe traktowanie
Komisji Europejskiej Francja JacquesŐa Chiraca została ukarana" - dodał w
wywiadzie dla "Le Monde" Pierre Moscovici, były socjalistyczny minister ds.
europejskich. - Od dawna było oczywiste, że po rozszerzeniu UE rola Francji
we wspólnocie w naturalny sposób zmaleje. Niestety, Francuzi dopiero teraz to
zauważają - mówi "Wprost" Simon Serfaty, do niedawna szef programu
europejskiego w waszyngtońskim Centrum Studiów Strategicznych i
Międzynarodowych (CSIS).
Leń Europy
Francuskiego wkładu w stworzenie współnoty europejskiej nie sposób pominąć.
To Francuzi wpadli na pomysł integracji państw na kontynencie, wielu
tamtejszych polityków (Robert Schuman, Jean Monnet, Jacques Delors) złotymi
literami zapisało się w historii wspólnoty. - Każdy jest świadom, że bez
Francji nie byłoby dzisiejszej UE - mówi Bronisław Geremek.
Francja - jako jeden z najludniejszych, najbogatszych i najsilniejszych
krajów Europy - zawsze miała bardzo ważny głos w sprawach europejskich. Tu
zdaje się tkwić źródło jej poczucia wyższości wobec europejskich partnerów.
Jej arogancję w pełni pokazał raport ogłoszony w maju przez parlament
Francji. W ubiegłym roku ten kraj nie ratyfikował 54 unijnych dyrektyw -
najwięcej wśród wszystkich państw unii. Do końca października 2003 r. złamał
135 przepisów UE - bijąc w ten sposób rekord, który do tej pory należał do
Włoch. Podczas zakończonej właśnie kadencji Parlamentu Europejskiego Francuzi
przewodniczyli zaledwie dwóm komisjom (Włosi - czterem, Brytyjczycy i Niemcy -
trzem). W latach 1999-2004 powstało około 1300 raportów przygotowanych przez
europarlament. Niemcy przygotowali ich 299, Brytyjczycy - 238, Hiszpanie -
192, Włosi - 150, a Francuzi - zaledwie 119. Aż 38 z 87 francuskich
eurodeputowanych nie opracowało ani jednego raportu!
Francuski rząd ma jeden z najwyższych wskaźników nieobecności na
posiedzeniach unijnych rad ministerialnych - na 79 ubiegłorocznych spotkań
Francuzi opuścili 15. Dwaj ministrowie najczęściej nie pojawiający się na
posiedzeniach to Francuzi: Dominique Perben (minister sprawiedliwości) i
Nicolas Sarkozy (ówczesny minister spraw wewnętrznych). Nic dziwnego, że
tygodnik "Le Nouvel Observateur" artykuł poświęcony raportowi parlamentu
zatytułował "Francja - leń Europy".
Chirac pozorant
W arogancki sposób Francja pomija UE na światowej scenie politycznej.
Wymownym przykładem jest właśnie zakończony szczyt w Soczi, gdzie Jacques
Chirac, Gerhard Schršder i Władimir Putin spotkali się po raz czwarty w ciągu
półtora roku. - To spotkanie na marginesie polityki światowej, które niczego
nie przyniesie Europie. Nie rozumiem tylko, czemu Paryż uprawia taką politykę
pozorów - zastanawia się nigdy nie ukrywający francuskich sympatii Geremek.
Według niego, Francja powinna się skoncentrować na tak ważnych dla unii
sprawach, jak strategia lizbońska, konstytucja europejska i referendum w jej
sprawie. Zamiast tego Paryż wraz z Berlinem załatwiają swoje interesy za
plecami 23 innych członków UE. - Nasuwa się więc pytanie, czy Francji
rzeczywiście chodzi o silną Europę - zauważa Geremek.
"Europejski" szczyt w Soczi to nie pierwszy przejaw egoistycznej postawy
Francji.
- Chirac nawet nie próbował swej polityki wobec Iraku zsynchronizować z
Brukselą - mówi "Wprost" Fran÷ois Bafoil, politolog z paryskiego Centrum
Międzynarodowych Studiów i Badań (CERI). W ubiegłym roku francuski prezydent
niemal obiecał Moskwie zniesienie wiz dla Rosjan podróżujących do
Kaliningradu. I to bez wcześniejszych konsultacji z Brukselą, a przede
wszystkim z Polską, którą wcześniej zbeształ za poparcie interwencji w Iraku.
Warszawa, która wedle sławetnych słów "powinna milczeć", miała więc obowiązek
uprzedzić Paryż o swoich amerykańskich preferencjach, ale tenże Paryż nawet
nie pomyślał o telefonie do Warszawy w sprawie jej dotyczącej.
- To oczywiste, że nasz głos w rozmowach z Rosją liczy się dużo bardziej
aniżeli wasz w rozmowach ze Stanami Zjednoczonymi. Co w tym złego, ze Javier
Solana dowiaduje się od nas, jak wyglądają stosunki unii z Moskwą? -
cynicznie komentuje dla "Wprost" Marc Paolini, korespondent francuskiej "La
Tribune" w Brukseli.
Zakładniczka imperialnej przeszłości
- Francja silną pozycję w UE ma niemal z urzędu. Stąd ta arogancja i poczucie
wyższości wobec pozostałych państw unii - mówi "Wprost" Guillaume Durand,
politolog z brukselskiego Europejskiego Centrum Politycznego (EPC). Po
rozszerzeniu unii o dziesięć nowych krajów Paryż będzie się musiał jednak
bardziej liczyć z pozostałymi członkami wspólnoty. Z prostego powodu - w
większym gronie jego zdanie będzie proporcjonalnie mniej ważne. Widać to
chociażby po liczbie francuskich reprezentantów w unijnych instytucjach. W
liczącym 626 mandatów europarlamencie Francja miała 87 deputowanych. Po
rozszerzeniu liczba miejsc w PE wzrosła do 732, ale jednocześnie Francuzi
mają w nim o dziewięciu deputowanych mniej. Podobnie jest w Komisji
Europejskiej. W starej 20-osobowej komisji pięć największych państw unii (w
tym Francja) miało po dwa miejsca. W nowej 25-resortowej KE każde państwo
otrzymało jedną tekę.
Spadek znaczenia Francji w UE można było już zauważyć w czasie dyskusji na
temat nowego przewodniczącego KE. Paryż i Berlin wysunęły kandydaturę
belgijskiego premiera Guya Verhofstadta. Wcześniej nie było w Brukseli siły,
która doprowadziłaby do odrzucenia propozycji złożonej przez ten tandem.
Udało się to unii po rozszerzeniu - szefem komisji został proatlantycki
Barroso. Francja nie wyciągnęła wniosków z tej lekcji. Jako swego
przedstawiciela do KE wysunęła drugorzędnego polityka JacquesŐa Barrota,
którego jedyną zaletą jest bezwarunkowa lojalność wobec Chiraca. Barroso
zareagował odpowiednio - zamiast wymarzonej przez Francję komisji ds.
konkurencji Barrot objął drugoplanowy resort transportu. Widząc malejący
wpływ Paryża, komisja poszła za ciosem i w połowie lipca ogłosiła nowe zasady
przyznawania pomocy publicznej na ratowanie przedsiębiorstw przed
bankructwem. Do tej pory rząd francuski szczodrą ręką dotował upadające
przedsiębiorstwa (Alstom otrzymał 2,5 mld euro, France T?l?com połowę tej
sumy), a zablokowana KE nie mogła temu zapobiec. Po roku przepychanek włoski
komisarz ds. konkurencji Mario Monti zdołał przekonać resztę komisji, że
francuski niedźwiedź traci siły i można go wreszcie ukarać za dawne
przewinienia.
Dopiero te ciosy zabolały Francję i sprawiły, że zaczęła przywiązywać większą
wagę do kwestii