bojownik_hamasu
15.09.04, 14:15
Niektórzy publicyści uzurpują sobie prawo do orzekania, które kraje mają
prawo do niepodległości
Koszty walki o wolność
RYS. MIROSŁAW OWCZAREK
PIOTR SKWIECIŃSKI
Wojna czeczeńska - której najokrutniejszym jak dotąd epizodem jest tragedia w
Biesłanie - zaowocowała już wieloma komentarzami w polskich mediach. Niektóre
z nich pisane są w tonie, z którym trudno się zgodzić. Bardzo częstym
założeniem polskich publicystów jest przekonanie o zupełnej egzotyczności
postaw broniących swej niepodległości Czeczenów i broniących - we własnym
rozumieniu - całości swego państwa Rosjan.
"Walczący o niepodległość Polacy nigdy, nawet w najtragiczniejszej sytuacji,
nie posuwali się do aktów terroru, skierowanych przeciw ludności
cywilnej". "AK nie zabijała niemieckich cywili" - takie zdania wielokrotnie
czytaliśmy w polskiej prasie przy okazji wielu przedbiesłańskich aktów
terroru. Jest to ewidentna nieprawda.
Polacy jak Czeczeni
13 lutego 1943 roku, Berlin, stacja metra Friedrichstrasse. "Wczesnym
wieczorem, w okresie największego nasilenia ruchu, na zatłoczonym
berlińczykami podziemnym peronie rozległa się straszliwa eksplozja. Tłum
ogarnęła panika" - pisze dowódca wywiadu Kedywu Armii Krajowej, kpt.
Aleksander Kunicki "Rayski". Początek kwietnia 1943 - kolejna eksplozja przy
Friedrichstrasse, kilkanaście trupów (oczywiście cywili), kilkudziesięciu
rannych. 10 maja - bomba na Dworcu Śląskim w Berlinie, dwa dni później - na
dworcu w niemieckim wówczas Wrocławiu. Po kilkanaście trupów.
Nie były to działania jakiejś zdesperowanej i przez nikogo niekontrolowanej
grupki. Były to akcje specjalnej, akowskiej komórki o kryptonimie "Zagra-
lin", dowodzonej przez kapitana Bernarda Drzyzgę. Oczywiście zatwierdzane
przez wyższe dowództwo - ze względu na wagę operacji w stolicy wroga można
przypuszczać, że osobiście przez generała "Grota". Kapitan Drzyzga, kawaler
wielu orderów, zmarł w Londynie w latach 80.
Gdy w ramach realizacji "Generalplan Ost" Niemcy zaczęli wysiedlać Polaków z
rejonów Zamojszczyzny, które miały zostać zniemczone (przy okazji część
wysiedlanych mordując i rabując przeznaczone do germanizacji "nordyckie"
dzieci), polska partyzantka - bynajmniej nie komunistyczna, tylko akowska i
bechowska - odpowiedziała atakami na zaludnione już przez kolonistów wsie. W
ich trakcie, rzecz jasna, wycinano w pień ludność cywilną. W dodatku - co
podkreślano ostatnio niejednokrotnie przy okazji opisywania biografii
urodzonego na Zamojszczyźnie nowego prezydenta RFN - bynajmniej nie w całości
przybyłą tam w charakterze dyszących nazistowską ideologią kolonizatorów. W
sporej części byli to niemieccy chłopi z Besarabii, dwa lata wcześniej
przeniesieni do wielkich Niemiec na mocy porozumienia Hitlera ze Stalinem.
Te mało pamiętane historie z II wojny przypominam nie po to, aby zgodnie z
polityczną poprawnością wzywać Polaków do pokuty i proszenia o przebaczenie.
Chodzi mi o to, byśmy uświadomili sobie, że robiliśmy mniej więcej to samo,
co - do czasu Biesłanu, który jednak stanowi nową jakość - robili Czeczeni. I
że do prowadzenia takich działań nie była nam potrzebna inspiracja Al-Kaidy,
arabscy ochotnicy czy muzułmański fanatyzm. Wystarczyła desperacja i chęć
odwetu.
Polacy jak Rosjanie
Rosjanie brutalną siłą utrzymują w składzie swego państwa ziemię zasiedloną w
większości przez nie-Rosjan. Ziemię, której mieszkańcy, gdyby umożliwić im
wybór, w większości opowiedzieliby się za niepodległością. Polacy w XX wieku
nie osiągnęli - na szczęście - poziomu codziennego okrucieństwa,
charakteryzującego rosyjską pacyfikację Czeczenii. Natomiast co do
politycznego meritum konfliktu, stanowisko rosyjskie nie powinno być dla nas
aż tak dziwne. Bo i my brutalnie utrzymywaliśmy w składzie naszego państwa
ziemie zamieszkane w większości przez nie-Polaków, którzy, gdyby umożliwić im
wybór, w większości opowiedzieliby się za odejściem z tego państwa.
Pomińmy już nawet operację "Wisła", jako zarządzoną przez niesuwerenne
władze. Przypomnijmy sobie natomiast stłumienie białoruskiej komunistycznej
partyzantki na Kresach Północno-Wschodnich w latach 20. Wtedy właśnie powstał
Korpus Ochrony Pogranicza. Wojskowa jednostka, która w pamięci Polaków
zapisała się złotymi zgłoskami ze względu na bohaterską postawę we wrześniu
1939, natomiast w pamięci zamieszkujących II RP Ukraińców i Białorusinów
odegrała rolę mniej więcej taką, jaką wobec ludności niepokornych rejonów PRL
odegrał w drugiej połowie lat 40. Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Chyba
nawet gorszą, bo trwającą dłużej i związaną nie tylko z okazjonalnym
terrorem, ale i z długotrwałym, świadomym upokarzaniem "wichrzycielskich
elementów".
Przypomnijmy sobie wojskowo-policyjną pacyfikację Małopolski Wschodniej z lat
30., polskich żołnierzy okupujących wsie, masowo niszczących dobytek i
bijących ukraińskich chłopów. Przypomnijmy sobie wreszcie
akcję "rekatolizacyjną", zamykanie przez wojsko i policję prawosławnych
cerkwi. Znów przypomnijmy sobie te historie nie po to, aby wzywać Polaków do
pokuty czy proszenia o przebaczenie.
Chodzi natomiast o to, byśmy uświadomili sobie, że robiliśmy rzeczy
kierunkowo tożsame (choć z mniejszym nasileniem brutalności) z tym, co w
Czeczenii robią Rosjanie. I że do prowadzenia takich działań nie był nam
potrzebny żaden obłędny szowinizm. Wystarczyło poczucie zagrożenia własnego
państwa.
Porównaniu można rzecz jasna zarzucić nieadekwatność, bo malutka Czeczenia to
drobny ułamek Federacji Rosyjskiej, a Kresy to była prawie połowa II
Rzeczypospolitej i ich posiadanie stanowiło w istocie o być albo nie być
państwa polskiego.
Tylko że zarazem wielu polskich obserwatorów wyraża przekonanie, że odejście
Czeczenii zadziałałoby jak przewrócenie pierwszej kostki domina, która obali
następne. Że od Rosji oderwałby się cały północny Kaukaz, a potem inne
obszary etnicznie nierosyjskie. A wreszcie spełniłyby się prognozy, w myśl
których również i oddalone rejony etnicznie rosyjskie rozluźnią więzy z
Moskwą, aż do praktycznego zerwania.
Wątpię, by powyższy scenariusz miałby szanse na urzeczywistnienie. Ale
rozumiem, że skoro tego rodzaju prognozy bywają publikowane, również poza
granicami Rosji, to rządzący tym krajem mają obowiązek traktowania ich serio.
Co ma wystarczyć człowiekowi
Jeszcze inny, ale co najmniej równie trudny do zaakceptowania ton zadźwięczał
w artykule Marka Ostrowskiego i Adama Szostkiewicza ("Polityka",
37/2004). "Czy nie za duży jest koszt niepodległości?" - pytają
autorzy "Polityki". "Czy nie lepiej kolaborować z Rosjanami? Rozumujemy dziś
w świecie bardziej w kategoriach praw człowieka niż w kategoriach
suwerenności narodu. Jeśli człowiek ma prawo modlić się do swego Boga, uczyć
się swego języka w szkole, jeśli ma prawo do wyboru władzy i do własności -
to powinno mu to wystarczyć".
Oto ktoś - nie do końca wiadomo kto, jak rozumiem, postępowa opinia
cywilizowanego świata - ma uzurpować sobie prawo do uznania politycznej mapy
kuli ziemskiej za ostateczną. Innymi słowy - do orzekania, które narody mają
prawo do formalnej niepodległości, a które muszą się zadowolić
funkcjonowaniem w warunkach systemu demokratycznego. Nawet niekoniecznie mają
mieć prawo do autonomii. Bo choć Szostkiewicz i Ostrowski piszą o "prawie do
wyboru władzy", to nie precyzują, jakiej - a więc można to rozumieć jako
wyłącznie prawo do wyboru władzy centralnej, a nie lokalnej.
Uderza pycha takiego założenia. Szczęśliwsi i "lepsi" mają mieć prawo do
odmawiania mniej szczęśliwym i "gorszym" prawa do tego, czym sami cieszą się
od pokoleń, jeśli nie "od zawsze". Zauważmy przy tym, że nie chodzi tu o
stwierdzenie oczywistego skądinąd faktu, że nikt - czy to Polacy, czy Zachód -
nie ma obowiązku aktywnego wspierania walki takich na przykład Czeczenów.
Szostkiewicz i Ostrowski wydają się i