Właśnie obserwujemy koniec porządku światowego a szczególnie europejskiego, który ukształtował się po 1945 roku i triumfalnie rozszerzył po 1989. Projekt Schumana - europejskiej wspólnoty - wydawał się przez długie dziesięciolecia nieprawdopodobnym sukcesem. Może byłoby tak i dalej - pod amerykańskim prasolem obronnym zaczęto tworzyć wspólnotę o cechach unikalnych w dotyczczasowej europejskij historii. Niestety nic nie trwa wiecznie - do głosu w polityce i społeczeństwach doszło "pokolenie roku 1968". Pokolenie Cohn-Bedita (Bandyty Kon - jak mawiał pewien mój znajomy...

), które przekształciło "Projekt Europa" w projekt lewicowy a właściwie lewacki, gdzie źródłem wszelkiego zła miała być europejska "biała" cywilizacja "skażona" grzechem pierworodnym chrześcijaństwa...
Polityczna poprawność miała zamknąć usta wszelkim krytykom - robiła to, jeszcze robi (wystarczy spojrzeć na Niemcy czy Francę) bardzo skutecznie. Kulturowa wspólnota, która stanowiła o sile i atrakcyjności Europy została rozbita ideologią "multikulti". Takie rozbite, zatomizowane "różnokulturowe" jednostki miały tworzyć "społeczeństwo", wolne, zindywidualizowane i różnorodne zarazem. Wyszła z tego alienacja, frustracja, rozpad struktur i kulturowy terror zmieniający sie na naszych oczach w prawdziwy...
Europy jaką znaliśmy, jaką odkrywało i zachwycało się w jej najgłębszych kulturowych pokładach jeszcze moje pokolenie już właściwie nie ma... Ginie na naszych oczach. Takiej Europy już nie ma. Gwóźdż do trumny na naszych oczach wbiła Frau Merkel.
Ironia losu. Pan Bóg ma wyjątkowe poczucie humoru...