Dodaj do ulubionych

Polityka polska ala Chirac...

12.03.06, 03:42
Sława!
Linia Chiraca
Tygodnik "Wprost", Nr 1213 (12 marca 2006)
www.wprost.pl/ar/?O=87543

W Unii Europejskiej obowiązuje zasada: tak dla wolnego rynku, ale dla naszych
firm w waszych krajach

Aleksander Piński
Jan Piński

Troska o swoje miejsca pracy to niezbywalne prawo Europejczyków" - zagrzmiał
20 lutego tego roku Jacques Chirac. W ten sposób francuski prezydent wyraził
dezaprobatę dla planów przejęcia luksemburskiej spółki Arcelor (we Francji
zatrudnia 26 tys. osób) przez hinduski koncern stalowy Mittal Steel. Kilka
dni później Chirac poszedł o krok dalej i zablokował przejęcie przez włoski
koncern energetyczny Enel francuskiego koncernu Suez, ogłaszając fuzję Suezu
z państwowym Gaz de France. Działania te wywołały burzę we Włoszech. Minister
przemysłu Claudio Scajola odwołał wizytę w Paryżu, a minister gospodarki
Giulio Tremonti ogłosił, że francuski protekcjonizm oznacza powrót do
czasów "carów i kajzerów". Włoskie media pisały o "francuskim policzku"
i "zatrzaśnięciu drzwi przed nosem". Tak naprawdę działania francuskiego
rządu doskonale wpisują się w politykę nacjonalizmu gospodarczego,
charakterystyczną dla kontynentalnych państw Unii Europejskiej, stosowaną
także przez Włochów. Kiedy w 2001 r. francuski koncern EDF (Electricite de
France) przejął 20 proc. akcji dystrybutora energii elektrycznej Montedison,
rząd włoski natychmiast wydał dekret ograniczający tej firmie prawo głosu do
2Ęproc. akcji. W jeszcze większym stopniu protekcjonizm stosują Niemcy, gdzie
największe firmy albo zgodnie z prawem nie mogą przejść pod kontrolę
zagranicznego kapitału (tak jest m.in. w wypadku Volkswagena), albo nie
pozwala im się na to za pomocą politycznych nacisków. - W większości państw
Unii Europejskiej obowiązuje zasada: tak dla wolnego rynku, ale dla naszych
firm w waszych krajach - komentuje Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum
im. Adama Smitha. Hipokryzja bije w oczy: kraje unii otwarcie deklarują
poparcie dla wolnego rynku, a po cichu dotują własne firmy z budżetu tak, aby
zyskały przewagę nad zagraniczną konkurencją. W pierwszych miesiącach 2006 r.
najwięcej (57 mld euro) wydały na zagraniczne zakupy właśnie niemieckie
firmy.

Francusko-niemiecka choroba
Francuskie rządy słyną z filozofii, że firmy istnieją po to, aby tworzyć
miejsca pracy, a nie po to, by zarabiać pieniądze dla właścicieli. Dlatego
kolejne rządy nie szczędzą pieniędzy podatników, aby chronić "narodowe
srebra" przed barbarzyńcami, a także nie wahają się tworzyć specjalnych aktów
prawnych. W 2004 r. francuski rząd uratował upadający francuski koncern
Alstom (produkuje m.in. wagony do warszawskiego metra i tramwaje) przed
przejęciem go przez niemieckiego Siemensa. W zamian za 2,2 mld euro pomocy
państwo przejęło 31 proc. akcji Alstomu. W lipcu 2005 r. we Francji pojawiły
się informacje, że amerykański koncern Pepsi planuje przejęcie Danone'a,
francuski "skarb narodowy", a Wal-Mart chce kupić Carrefoura. Francuski
parlament natychmiast uchwalił ustawę określającą dziesięć branż
strategicznych, w których fuzje i przejęcia mogą być blokowane przez władze.
Do strategicznych części francuskiej gospodarki od ubiegłego roku należą
m.in. branża biotechnologiczna, telekomunikacja i kasyna.
Na palcach ręki można policzyć niemieckie koncerny przejęte w ostatnich 50
latach przez obce podmioty gospodarcze. W 2002 r. karykaturzysta "Die Zeit"
przedstawił Niemcy jako warowną twierdzę, którą zdobi napis: "Nic na
sprzedaż!". Francusko-niemiecka choroba jest zaraźliwa. Socjalistyczny
premier Hiszpanii Jose Luis Zapatero oświadczył niedawno, że "skoro Niemcy
chcą mieć wielkie narodowe koncerny, to nie ma powodu, by takich koncernów
nie miała Hiszpania", nawiązując w ten sposób do próby przejęcia
hiszpańskiego koncernu Endesa przez niemiecki koncern energetyczny E.ON na
początku 2006 r. Hiszpański rząd, aby nie dopuścić do tej transakcji,
wykorzystał tzw. złotą akcję, czyli prawo do wetowania strategicznych decyzji
spółki. Mimo że wcześniej europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu
uznał stosowanie "złotej akcji" za niezgodne z prawem Unii Europejskiej i go
zakazał.

Histeria demokratów
Marazm w europejskiej gospodarce to m.in. skutek absurdalnej polityki
hodowania narodowych czempionów. Nie zagrożone przez krajową konkurencję
molochy (zwykle monopoliści) nie są w stanie sprostać globalnej konkurencji.
W krajach anglosaskich blokowanie przejęć jest bardzo rzadkie i ma na celu
zwykle zapobieżenie powstaniu monopolu, a nie decydują o tym względy
polityczne. W lutym tego roku spółka Dubai Ports World ze Zjednoczonych
Emiratów Arabskich kupiła sześć amerykańskich portów od brytyjskiej spółki
Peninsular and Oriental Steam Navigation Co. Na nic zdała się próba
wzniecenia histerii przez opozycyjną Partię Demokratyczną. Jej politycy
posunęli się nieomal do szantażu, sugerując, że zgoda na przejęcie może
ułatwić działania terrorystom. Prezydent George W. Bush oświadczył, że nie ma
powodu, by legalnie działająca arabska firma była inaczej traktowana niż
brytyjska, i zapowiedział zawetowanie prób zablokowania transakcji przez
Kongres.
Oporów przeciwko przejmowaniu przez zagraniczne firmy "narodowych sreber" nie
mają także Brytyjczycy. W ostatnich latach hiszpański bank Banco Santander
przejął brytyjski Abbey National, hiszpańska Telefónica kupiła brytyjskiego
operatora telefonii komórkowej O2, a kontrolowana przez Francuzów giełda
papierów wartościowych Euronext przejęła brytyjską giełdę instrumentów
pochodnych Liffe (handluje się tam m.in. prawami zakupu akcji). Obecnie
niemiecki koncern gazowy Linde AG jest w trakcie przejmowania brytyjskiego
dostawcy gazu ziemnego BOC. Rząd brytyjski bez wahania pozwolił upaść
przemysłowi motoryzacyjnemu (m.in. koncernowi Rover), który nie radził sobie
z rynkową konkurencją, a premier Tony Blair oświadczył wręcz, że nie będzie
marnował pieniędzy polityków na ratowanie bankrutujących spółek. Efekt? To
właśnie Wielka Brytania jest jednym z najszybciej rozwijających się krajów
UE, z pięcioprocentowym bezrobociem, dwa razy niższym niż na przykład we
Francji.

Kasy i posad
W Polsce, niestety, dominuje podejście bliższe francuskiemu i niemieckiemu
niż anglosaskiemu. "Bogate spółki skarbu państwa powinny dokładać do
kiepskich firm i biednych obywateli" - stwierdził ostatnio w parlamencie
minister skarbu Wojciech Jasiński. W Polsce trudno mówić nawet o rywatyzacji.
Od lat mamy do czynienia z chaotycznym wyprzedawaniem mniejszościowych
pakietów akcji w spółkach. Skutek jest taki, że skarb państwa nie otrzymuje
należnych premii za oddanie kontroli i wikła się w spory z mniejszościowymi
akcjonariuszami. Działania polityków, choć z pozoru bezsensowne, mają swoją
logikę. W 2005 r. NIK opublikowała raport, w którym stwierdziła, że
Ministerstwo Skarbu utrzymuje mniejszościowe udziały w tysiącu spółek tylko
po to, by mieć prawo do obsadzania setek dobrze płatnych stanowisk. Jak
napisali kontrolerzy, "kolejni ministrowie skarbu państwa w większości
prywatyzacji nie określili celu zatrzymania akcji i udziałów skarbu państwa
ani terminów i sposobów zakończenia prywatyzacji". Z raportu NIK wynika
także, że przedstawiciele skarbu państwa nie orientują się, jakie firmy i w
jakim stopniu należą do państwa (sic!). O dwóch firmach należących do państwa
w ogóle nie wiedziano w żadnym departamencie Ministerstwa Skarbu.

Słowacki patent
To, jak rezygnacja z "hodowli czempionów" pozytywnie wpływa na gospodarkę,
pokazuje przykład Słowacji. Jeszcze kilka lat temu kraj ten miał podobnie jak
Polska niski wzrost gospodarczy (mniej więcej 3Ęproc. rocznie) i bezrobocie
sięgające 18 proc. W czterech ostatnich latach bezrobocie spadło do 11 proc.,
a gospodarka zaczęła rozwijać się w tempie 5-7 proc. rocznie.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka