ignorant11
14.10.06, 03:44
Sława!
Lekcja gruzińskiego
Tygodnik "Wprost", Nr 1243 (08 października 2006)
www.wprost.pl/ar/?O=95652
Kreml nie chce się pogodzić z tym, że wolna Gruzja jedzie na Zachód
Grzegorz Ślubowski
Polskie Radio SA
Pasażerowie poniedziałkowego lotu Moskwa - Tbilisi przecierali oczy ze
zdumienia. Najpierw obsługa moskiewskiego lotniska Szeremietiewo II
zakomunikowała, że "z powodów technicznych lot odwołano". Kilka minut później
dowiedzieli się, że polecą, choć nie chodzi o niesprawny samolot, ale o zakaz
lotów do Gruzji nałożony przez rosyjski rząd. Lot ostatecznie odwołano, a
jego pasażerowie stali się pierwszymi ofiarami rosyjsko-gruzińskiej wojny.
Wojny ekonomicznej, przynajmniej na razie.
Zemsta za oficerów
Eksperci szacują, że 10 proc. dochodu narodowego Gruzji to pieniądze
przesyłane przez Gruzinów pracujących w Rosji. Teraz rosyjska Duma szykuje
wprowadzenie zakazu dokonywania przelewów bankowych między Rosją a Gruzją.
Milion mieszkających w Rosji Gruzinów coraz bardziej czuje się zakładnikami w
kraju, który do niedawna uważali za swój. Są powody do niepokoju. Ludmiła
Aleksiejewa, przewodnicząca Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, ogłosiła, że
obywatele Gruzji są w Rosji prześladowani. Dochodzi do osobistych tragedii,
takich jak wyrzucanie ze szkół podległych Ministerstwu Obrony dzieci
narodowości gruzińskiej, ale i sytuacji kuriozalnych, jak ogłoszenie
deportacji dziewięciu Gruzinów nielegalnie pracujących na budowie w Moskwie.
Nie bardzo jednak wiadomo, jak deportację zorganizować. Tym bardziej że
rosyjskie władze zablokowały wszystkie połączenia z Gruzją. Rosyjska poczta
nie przesyła do Gruzji żadnych przesyłek. Wszystko to ma być zemstą za
aresztowanie w Tbilisi czterech rosyjskich oficerów.
Choć oskarżonych o szpiegostwo żołnierzy przekazano Rosji, w wypowiedziach
prezydenta Władimira Putina i ministra obrony Siergieja Iwanowa padają
groźby, które można odczytać tylko jako zapowiedź akcji zbrojnej.
Aresztowanie rosyjskich oficerów, którzy, jak wszystko na to wskazuje,
pracowali dla wywiadu wojskowego GRU, było jedynie pretekstem w konflikcie
Gruzji z Rosją. Władze w Tbilisi zatrzymały kilkanaście osób: polityków,
biznesmenów i wojskowych. Oskarżono ich o przygotowywanie aktów
terrorystycznych. Z nagrywanych rozmów między nimi wynika, że rosyjscy
oficerowie interesowali się bazami wojskowymi i składami amunicji. Gruzińskie
władze sugerowały nawet, że przygotowywali zamach stanu. - Wszystkie nitki
mają prowadzić do mieszkającego w Moskwie byłego szefa gruzińskiej Rady
Bezpieczeństwa Igora Giorgadzego - mówi "Wprost" moskiewski dziennikarz Oleg
Panfiłow. - Giorgadze i jego ludzie kilka razy próbowali nawiązać ze mną
kontakt, wiem także, że rosyjskie służby specjalne przeznaczają na niego
ogromne sumy.
Igor Giorgadze przypomina bohaterów filmów szpiegowskich. Kiedyś najbliższy
współpracownik prezydenta Eduarda Szewardnadzego, musiał uciekać z Gruzji po
oskarżeniach, że organizował na niego zamach. Długo mieszkał w Libanie.
Zdaniem Panfiłowa, jest on inspirowany i wspierany przez rosyjskie służby
specjalne. Przez rosyjskie media jest kreowany na męża opatrznościowego
Gruzji. W Gruzji powszechnie uważa się go za zdrajcę.
Bliska zagranica
Jeśli była to nieudana próba zamachu stanu, tym bardziej zadziwia reakcja
rosyjskich polityków. - Zwykle w takich sytuacjach nasi mocodawcy nabierają
wody w usta. Tym razem było inaczej - zauważa Julia Łatanina z rozgłośni Echo
Moskwy. Rzeczywiście w rosyjskich mediach rozpętała się histeria. Dziennikarz
Konstantin Sołowiow wzywał w telewizji NTW do zbombardowania Tibilisi,
deputowany i dyrektor Instytutu Wspólnoty Niepodległych Państw Konstantin
Zatulin mówił, że odpowiedź na aresztowanie Rosjan musi być twarda i
adekwatna. Bo tak naprawdę główna przyczyna konfliktu jest inna. - Rosyjskie
elity władzy nie mogą się pogodzić z tym, że Gruzja jest wolnym krajem -
mówi "Wprost" redaktor naczelny "Georgia Today" Giorgij Szaraszidze. Władze
Gruzji jasno określiły, że chcą wstąpić do NATO i UE. Dla rosyjskiej elity
władzy jest to wybór niedopuszczalny. Państwa Wspólnoty Niepodległych Państw
to tzw. bliska zagranica, która pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów.
Konflikt gruzińsko-rosyjski trwa od rozpadu ZSRR. Przybrał na sile
po "rewolucji róż", kiedy władzę przejęli młodzi reformatorzy: Micheil
Saakaszwili, Nino Burdżanadze i Zurab Żwanija. Od tego czasu Gruzję
wyniszczają sankcje gospodarcze, embargo na import wina, wody mineralnej i
owoców, a nawet czasowe wstrzymanie dostaw gazu. Nowe władze oprócz
euroatlantyckich aspiracji zapowiedziały wycofanie z Gruzji rosyjskich wojsk.
Dotychczas się to jednak nie udało. W Batumi i Achałkałaki stacjonuje 3,5
tys. rosyjskich żołnierzy. Teoretycznie Moskwa zgodziła się na wycofanie
kontyngentu do końca 2008 r. Kolejne 2,5 tys. Rosjan pełni służbę pokojową w
Abchazji i Osetii Południowej. Tutaj sytuacja jest jeszcze bardziej
skomplikowana. Separatystyczne gruzińskie prowincje nie istniałyby bez pomocy
Rosji. 80 proc. mieszkańców Abchazji i ponad 50 proc. mieszkańców Osetii
Południowej ma rosyjskie paszporty. Ogromna większość z nich została wydana w
ostatnich pięciu latach. "Tym samym Moskwa dała sobie moralne prawo do
interweniowania w obronie swoich obywateli" - uważa Awtandil Jokhadze, szef
Kaukaskiego Instytutu Pokoju w Tbilisi. Władze Abchazji i Osetii Południowej
co jakiś czas składają wnioski o przystąpienie do Federacji Rosyjskiej. Na
razie Moskwa nie reaguje. Traktuje jednak obie prowincje jako najważniejsze
punkty swoich wpływów na Kaukazie. Nic dziwnego, że konflikt z władzami w
Tbilisi, które zapowiadają zjednoczenie kraju, jest nieunikniony.
Umierać za Cchinwali
Rosyjska telewizja państwowa kilka razy pokazywała reportaż z obozu dla
gruzińskich uchodźców z Osetii Południowej. Wszyscy mężczyźni byli
nieogoleni. Słowo "wojna" nie padło ani razu, ale wiadomo, że zgodnie z
kaukaskim zwyczajem mężczyźni nie golą się, gdy przygotowują się do wojny.
Osetia Południowa to prawdziwa czarna dziura - quasi-państwo nie uznawane
przez nikogo na świecie. Republika utrzymuje się z przemytu, głównie
spirytusu z Rosji do Gruzji i Turcji. Zajmują się tym zorganizowane grupy
przestępcze, dla których narodowość nie ma znaczenia. Są w nich Gruzini,
Osetyńcy, Azerowie i Czeczeni. Nad wszystkim opiekę sprawują rosyjscy dowódcy
sił pokojowych, którzy o całym procederze wiedzą wszystko, ale przymykają na
to oczy.
Osetia Południowa jest mieszanką narodowościową. W miastach mieszkają
Osetyńcy, ale wiele wiosek jest gruzińskich. Gruzińskie wojsko często wkracza
do Osetii Południowej, ponieważ gruzińskie wioski są ostrzeliwane
przez 'nieznanych sprawców'. Taki incydent to tylko krok do regularnej wojny.
Dlatego jeśli między Gruzją a Rosją dojdzie do konfrontacji, jej miejscem
będzie właśnie Osetia Południowa. Rozmówcy "Wprost" są jednak przekonani, że
nawet wówczas Moskwa nie zaangażuje się bezpośrednio w konflikt. Będzie
najwyżej wspierać osetyńskich separatystów. - Ani w Moskwie, ani w Tbilisi
czy Cchinwali [stolica zbuntowanej Osetii Południowej] nikt nie chce otwartej
wojny - przekonuje Jokhadze. Jeśli nawet tak jest, konflikt może wybuchnąć
pod byle pretekstem. Tym bardziej że "gorących głów" nie brakuje także w
Tbilisi. Minister obrony Iraklij Okruaszwili zapowiedział, że zrobi wszystko,
by Nowy Rok świętować w "wolnym" Cchinwali.
Gruzińscy komentatorzy przekonują, że młodego polityka poniosła fantazja.
Nikt, nawet opozycja, nie wierzy w wariant ataku wojskowego na Cchinwali.
Prezydent Micheil Saakaszwili słynie raczej z tego, że osiąga cele drogą
pokojową. Tak było w czasie "rewolucji róż", gdy za pomocą pokojowych
demonstracji obalił reżim Szewardnadzego. Tak było, gdy zmusił do ucieczki
władcę Adżarii Asłana Aba