ignorant11 Re: Jak być bogatym (2) 05.12.03, 01:44 Irlandia: przede wszystkim finanse Jeszcze w drugiej połowie lat 70. sytuacja gospodarcza Irlandii była beznadziejna. Jedna trzecia ludności żyła poniżej minimum socjalnego, zagraniczne długi sięgnęły 560 mln funtów, bezrobocie było najwyższe od 1940 r., deficyt budżetowy ogłoszono długiem wszechczasów, a inflacja wynosiła 18 proc. Strajkowali niemal wszyscy: bankowcy, pracownicy komunikacji i telekomunikacji oraz emeryci. Ludzie żądali wyższych płac – i dostali je w prezencie od przerażonego rządu. Pocztowcom dano niemal 40 proc. podwyżki, emerytury podniesiono o 16 proc., zwiększono zasiłki socjalne, 40 tys. osób zwolniono od wszelkich podatków, innym zaś zwiększono kwotę wolną od opodatkowania. Ta kontynuowana przez następne lata polityka rozdawnictwa państwowych pieniędzy doprowadziła do wielkiego kryzysu. W 1987 r. deficyt budżetowy sięgnął 11 proc. PKB (w Polsce przekracza obecnie 5 proc.), dług publiczny przekroczył 120 proc. PKB (w Polsce szacuje się go na blisko 50 proc.), a bezrobocie – niemal 20 proc. (tak jak dziś w Polsce). Wtedy wybory parlamentarne wygrała republikańska partia Fianna Fail, a na czele nowo utworzonego rządu stanął Charles Haughey, który za główny cel postawił sobie przeprowadzenie kompleksowej reformy finansów publicznych. Jej najważniejszym elementem było ograniczenie wysokości płac w sektorze budżetowym – ustalono, że przez pierwsze trzy lata reformy wzrost płac będzie niższy od oczekiwanej stopy inflacji (spodziewano się wzrostu cen o 4-4,5 proc., a umowny wzrost płac ustalono na 3 proc.). W ten sposób unieszkodliwiono związki zawodowe, które już kilka razy wcześniej nie dopuściły do reform, właśnie żądając podwyżek i organizując radykalne protesty. Rząd zapowiedział też obniżkę podatków w przyszłości, co w połączeniu z konsekwentną realizacją zapowiedzianej reformy finansów publicznych sprawiło, że przedsiębiorcy odważyli się na inwestycje. Po rozprawieniu się ze związkami zawodowymi zabrano się do ograniczania wydatków socjalnych. Mimo że cięcia były tak znaczne, iż ówczesnego ministra finansów Raya MacSharry’ego nazywano Mac the Knife (Mackie nóż), cieszył się poparciem wśród zdesperowanych Irlandczyków. Kolejnym krokiem było wprowadzenie niskiego 12,5 proc. podatku dla przedsiębiorstw (CIT). Przepisy dotyczące inwestorów zagranicznych zmieniono tak, żeby przyciągać zachodni kapitał, zwłaszcza amerykańskie firmy z przyszłościowych branż: informatycznej i elektronicznej. Chile: chłopcy z Chicago Dobrze prosperującą w latach 60. gospodarkę chilijską wykończył eksperyment, który przeprowadzili na niej socjaliści pod przewodnictwem Salwadora Allende. W 1970 r. Allende, kandydat lewicowej partii Jedność Ludowa, wygrał wybory prezydenckie. W kampanii wyborczej obiecał nacjonalizację „strategicznych gałęzi gospodarki”, czyli bogactw naturalnych, banków i przemysłu, reformę rolną, ostateczne rozwiązanie kwestii bezrobocia i bezdomności oraz powszechną, bezpłatną opiekę lekarską. Jak powiedział, tak zrobił. Za jego prezydentury znacjonalizowano złoża i kopalnie miedzi. Pięć największych kopalń, należących do firm amerykańskich Anaconda Copper Corporation, Kennecott Copper Corp. i Cerro Corp., stało się własnością państwa. Amerykanom nie dano żadnego odszkodowania za zabrany majątek. Przeciwnie – ogłoszono, że to firmy z USA winne są Chile kilkaset milionów dolarów za to, iż „osiągały nadmierne zyski”. Ekipa Allende zrealizowała też ustawę o reformie rolnej z 1967 r., która pozwalała wywłaszczać majątki o powierzchni większej niż 80 ha. Zgodnie z nią dotychczasowi właściciele mogli zachować tylko maszyny i inwentarz. Wywłaszczanie zaczęło się już za Eduardo Frei, poprzedniego prezydenta, jednak to podczas prezydentury Allende ochotnicy z Ruchu Lewicy Rewolucyjnej i Rewolucyjnego Ruchu Chłopskiego, nie oglądając się na decyzje urzędników, łamali prawo i wyrzucali właścicieli z ich majątków. Również mniejszych niż 80 ha. Kiedy Allende obejmował urząd prezydenta, ceny miedzi były korzystne, wskaźnik bezrobocia spadł właśnie poniżej 5 proc., eksport był większy od importu i rósł, podobnie zresztą jak produkcja, a rezerwy dewizowe kraju wynosiły kilkaset mln dolarów. Po dwóch latach jego rządów sytuacja wyglądała o wiele gorzej. Przyspieszenie reformy rolnej spowodowało zmniejszenie dostaw żywności na rynek, bo przejęte przez lud gospodarstwa w większości zostały doprowadzone do ruiny. W kraju zaczęło brakować najpierw artykułów spożywczych, później niemal wszystkiego. Ludzie umierali z głodu, a nie było pieniędzy na import żywności. Rezerwy dewizowe stopniały z kilkuset do kilkudziesięciu mln dolarów, a zadłużenie zagraniczne sięgnęło prawie 4 mld dolarów. Produkcja miedzi w upaństwowionych kopalniach spadła o jedną czwartą, a inflacja wzrosła z 22 do 500 proc. Wtedy generał Augusto Pinochet dokonał zamachu stanu. Admirał Jose Toribio Merino w ekipie Pinocheta odpowiedzialny za uleczenie gospodarki zatrudnił zespół młodych liberałów, wykształconych w USA, znanych jako „Chicago boys”, którzy reformy rozpoczęli od zlikwidowania państwowych nierentownych molochów. Zaprosili także amerykańskie koncerny do ponownego zarabiania pieniądze w Chile i wypłacili odszkodowania firmom – ofiarom nacjonalizacji przeprowadzonej przez Allende. Np. firma Kennecott dostała od chilijskiego rządu 68 mln dolarów odszkodowania za znacjonalizowaną kopalnię miedzi w El Teniente. Wstrzymali także przejmowanie majątków i zwrócili dawnym właścicielom nielegalnie odebraną ziemię. Ich dewizą było: „to rynek, nie państwo, ma określać ceny oraz wpływać na wytwarzanie i zbyt towarów”; uwolnili więc ceny i cofnęli wszystkie dopłaty. Pierwszym efektem tych zmian był bolesny wstrząs. Chleb kosztował trzy razy więcej niż dawniej, a wiele państwowych przedsiębiorstw państwowych upadło. Niebawem jednak pojawiły się pierwsze wyniki zachęcające do dalszych reform. Za Allende średni wskaźnik wzrostu gospodarczego wynosił 0,8 proc., dziesięć razy mniej niż w innych krajach południowoamerykańskich. Natomiast w pierwszych ośmiu latach rządów junty średni wskaźnik wzrostu wzrósł w Chile do 3,85 proc. Chłopcy z Chicago wydali również wojnę biurokracji. Z 6,2 tys. urzędników państwowych admirał Merino pozostawił 1,6 tys. Rozwiązano urzędy powołane do kontroli handlu i rozdziału żywności. Przestępstwa gospodarcze i spekulację zaczęto karać zgodnie z prawem wojennym. Gospodarka chilijska stała się tak stabilna, że przetrzymała recesję i kryzys gospodarczy z lat 80. Czas pokazał, że rządy liberałów bardzo się Chile opłaciły. Dziś jest to kraj o ustabilizowanej gospodarce, nie wstrząsany – nie licząc wywołanych recesją protestów właśnie z lat 80. – protestami społecznymi. Dochód narodowy na głowę mieszkańca zwiększył się tam z 1,4 tys. dolarów w 1986 r. do ok. 5 tys. dolarów obecnie, a inflacja waha się między 3 a 4 proc. Chile nie sprowadza już żywności, przeciwnie – zaczęło ją eksportować. Oprócz tego, że jest największym na świecie wytwórcą miedzi, stało się także jednym z ważniejszych dostawców celulozy, mączki rybnej, łososia i wina. Co kazałby nam zrobić Ronald Reagan Pewnego dnia umarło trzech ludzi: chirurg, inżynier i ekonomista. Wszyscy spotkali się przed bramą Nieba. Święty Piotr wyszedł do nich i oznajmił, że przyjmie tego, kto udowodni, że reprezentuje najstarszą profesję świata. – To ja! – ucieszył się chirurg. – Pan Bóg stworzył Ewę z żebra Adama i to była pierwsza operacja chirurgiczna. – Nic podobnego – oburzył się inżynier. – Zanim Pan Bóg stworzył Adama i Ewę, stworzył przecież Ziemię z Chaosu. W tym momencie odzywa się ekonomista: – A jak myślicie, kto stworzył Chaos? Tak Ronald Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Jak być bogatym (3) 05.12.03, 01:45 Co kazałby nam zrobić Ronald Reagan Pewnego dnia umarło trzech ludzi: chirurg, inżynier i ekonomista. Wszyscy spotkali się przed bramą Nieba. Święty Piotr wyszedł do nich i oznajmił, że przyjmie tego, kto udowodni, że reprezentuje najstarszą profesję świata. – To ja! – ucieszył się chirurg. – Pan Bóg stworzył Ewę z żebra Adama i to była pierwsza operacja chirurgiczna. – Nic podobnego – oburzył się inżynier. – Zanim Pan Bóg stworzył Adama i Ewę, stworzył przecież Ziemię z Chaosu. W tym momencie odzywa się ekonomista: – A jak myślicie, kto stworzył Chaos? Tak Ronald Reagan kpił w 1964 r. ze zwolenników ekonomii Johna Maynarda Keynesa (Keynes, angielski ekonomista z Cambridge w 1936 r. sformułował teorię ekonomiczną, zgodnie z którą gospodarka nie może sprawnie funkcjonować bez ingerencji państwa). W latach 70. jego doktryna doprowadziła Amerykę do jednego z najpoważniejszych kryzysów gospodarczych w jej dziejach. Regulowanie gospodarki za pomocą ogromnej ilości produkowanych przez Kongres przepisów, nakazów i zakazów oraz poprawianie jej stymulowanym przez rząd popytem doprowadziło Stany Zjednoczone do trzech recesji, zakończonych w 1980 r. niemal 14-procentową i wciąż rosnącą inflacją, 7-procentowym bezrobociem, spadkiem wzrostu gospodarczego, wzrostem wydatków państwowych i podatków. Ameryka Reagana bardzo różni się od dzisiejszej Polski. Nie mamy, tak jak USA w latach 80., sprawnie funkcjonującego sądownictwa, policji i prokuratury, mamy za to ogromną korupcję. Jednak ekonomiści z Centrum im. Adama Smitha zwracają uwagę, że problemy gospodarcze, z którymi boryka się Polska, są identyczne jak te, z którymi kiedyś musiała uporać się Ameryka. Naszymi największymi chorobami są również: wysokie bezrobocie, niski wzrost gospodarczy i rosnąca ilość niezrozumiałych, często wzajemnie sprzecznych przepisów. Badania opinii społecznej pokazują, że z Ameryką Reagana łączy nas coś jeszcze: Polacy, tak jak Amerykanie 20 lat temu, są przekonani, że bez naprawdę głębokich reform, nic się nie zmieni na lepsze. Podczas swojej kampanii wyborczej w 1980 r. Reagan, jako pierwszy polityk od początku lat 50., odważył się powiedzieć swoim rodakom: „państwo wam nie pomoże, jeśli nie pomożecie sobie sami”. Prezydenturę zaczął od obniżenia o połowę najwyższej, 70-procentowej stawki podatku dochodowego, co pociągnęło za sobą obniżenie wszystkich innych podatków. Jego następnym posunięciem było zmniejszenie ilości regulacji prawnych i ograniczenie wydatków z budżetu. To jednak nie wystarczyło, by przedsiębiorcy zaczęli z powrotem przyjmować ludzi do pracy. Aby zmniejszyć bezrobocie, Reagan wprowadził więc przepisy ...ułatwiające wyrzucanie ludzi z pracy. Przedsiębiorcy, mając świadomość, że mogą łatwo kogoś zwolnić, przestali obawiać się zatrudniania nowych pracowników. Pracownicy z kolei, wiedząc, że nie mogą pozwolić sobie na niedbałość i nierzetelność, pracowali efektywniej. W bardzo krótkim czasie (1981-83 r.) wydajność pracy bardzo wzrosła. Kolejnym ruchem Reagana było zwolnienie niemal połowy urzędników administracji publicznej. Pozytywne skutki reform przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych w latach 80. były widoczne przez następnych 20 lat. Od czasów Reagana Ameryka przeżyła tylko dwie niewielkie recesje, a gospodarka rosła średnio 4 proc. rocznie. Od 1982 r. bezrobocie w USA spada bez przerwy – dziś wynosi ok. 4 proc. Na wyjątkowo niskim poziomie (2 proc.) utrzymują się tam również stopy procentowe banku centralnego. Wielka Brytania, czyli jak rozprawić się ze związkami Niemal w tym samym czasie, gdy Reagan reformował gospodarkę amerykańską, w Wielkiej Brytanii to samo robiła Margaret Thatcher. Po 30 latach rządów socjaldemokratów gospodarka angielska stała bowiem nad brzegiem przepaści. Zaraz po II wojnie światowej władzę na Wyspach objęła socjaldemokratyczna Partia Pracy, której polityka polegała na nacjonalizowaniu wszystkiego, co się dało. W 1946 r. upaństwowiono kopalnie węgla, huty przejął państwowy British Steel, z czasem również największe koncerny samochodowe jeden po drugim przeszły na garnuszek państwa. Stale zwiększała się rola związków zawodowych, które – zdaniem wielu ekonomistów – w latach 60. nie były parterem rządu, ale w praktyce same rządziły. Związki korzystały z politycznego wsparcia Partii Pracy: pracownikom-członkom związków składkę ściągano przy wypłacie, a później jej część zasilała kasę Labour Party, nawet jeżeli pracownik był sympatykiem konserwatystów. Efekt: Wielka Brytania – w XIX w. lider wśród krajów uprzemysłowionych – zaczęła przesuwać się w dół na liście najbogatszych państw. W drugiej połowie lat 70. inflacja przekroczyła 25 proc., a wśród Anglików powszechne stało się przekonanie, że socjaliści nie bronią interesów pracowników, tylko kliki związkowców. I tak nie najlepsze nastroje społeczne pogarszało dodatkowo zbiurokratyzowanie oraz przerost zatrudnienia w administracji państwowej. Niekończące się strajki i rosnące, obciążające wszystkich podatników dotacje dla znacjonalizowanych przedsiębiorstw zmęczyły społeczeństwo i stworzyły klimat, który umożliwił konserwatystom wyborczy sukces w 1979 r. Premierem została Margaret Thatcher, która przedstawiła realizowany później konsekwentnie plan liberalnych reform gospodarczych. W 1981 r. zdecydowała się na budzący wówczas wiele kontrowersji ruch: sprzedała większościowy pakiet udziałów państwowego przedsiębiorstwa lotniczego British Aerospace i zaczęła wyprzedawać rządowe udziały państwowej firmy telekomunikacyjnej Cable & Wireless. Od 1984 r. sprywatyzowała po kolei British Telecommunications, British Gas, British Airways, Rolls-Royce’a, British Steel oraz komunalne zakłady dystrybucji wody i energii elektrycznej. W rezultacie nierentowne państwowe molochy zatrudniające zbyt wielu pracowników, które w 1981 r. kosztowały podatników 50 mln funtów (80 mln dolarów) tygodniowo, zaczęły co tydzień zasilać skarb państwa 55 mln funtów w postaci podatków i dywidend. Thatcher nie tylko prywatyzowała, co się dało, mocno ograniczyła także wszechwładzę związków zawodowych. Krok po kroku parlament zaakceptował kilka skierowanych przeciwko nim ustaw, a między nimi tę, likwidującą automatyczne przekazywanie składek związkowych dla Labour Party. Zdelegalizowano wiele form protestów, zwłaszcza tzw. „ruchomych”, które przenosiły ogień strajkowy z jednego miejsca na drugie. Równocześnie Thatcher wprowadziła tańsze nawet niż w USA kredyty mieszkaniowe. Przez następnych 18 lat swoich rządów konserwatyści doprowadzili angielską gospodarkę do rozkwitu. Wielu komentatorów politycznych twierdzi nawet, że laburzystom nie udałoby się przejąć władzy w 1997 r., gdyby nie lekcja udzielona im przez torysów: w kampanii wyborczej przekonywali, że podobnie jak oni, potrafią rozsądnie gospodarować pieniędzmi i nie będą żyć ponad stan. Wyślij ten link znajomemu Pozdrawiam i zapraszam na: Forum Słowiańskie nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ: www.pajacyk.pl Ignorant +++ Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Dziesięć mitów.(2) 05.12.03, 01:50 Szwedzki Departament Informacji Gospodarczej zapowiedział już zresztą, że w tym roku znowu podatki znowu zostaną obniżone. Podobnie jest z Danią, której gospodarka wyhamowała na początku lat 90. (tak jak w Szwecji powodem był nadmiernie rozbudowany system opieki społecznej). W listopadzie 2001 r. po raz pierwszy od wielu lat wybory parlamentarne wygrali tam nie socjaldemokraci, lecz liberałowie, pod przywództwem Fogha Rasmussena. Rasmussen jest autorem publikacji "Od społeczeństwa opiekuńczego do społeczeństwa minimalistycznego", którą magazyn "The Economist" uznał za manifest wolnego rynku. Duńscy liberałowie za główny cel swoich rządów uznali dążenie do zreformowania systemu podatkowego (imigranci mają prawo do świadczeń socjalnych niemal bezpośrednio po przyjeździe) i obniżenia podatków (najwyższa stawka podatku dochodowego wynosi 59 proc.). Międzynarodowe organizacje badające stan wolności gospodarczej w różnych krajach są zgodne, że liberalne reformy, jeśli tylko będą gruntowne i konsekwentnie przeprowadzane, doprowadzą do tego, że Szwecja i Dania mogą stać się motorem rozwoju gospodarczego Europy. Sprzyja temu ich stabilizacja polityczna, głęboko zakorzenione rządy prawa oraz ochrona praw własności. Mit czwarty: Nigdzie nie udowodniono, że liberalizm może uzdrowić gospodarkę Jeszcze ponad 10 lat temu Estonia miała galopującą inflację, ogromny deficyt budżetowy i ponad 30-procentowe bezrobocie. We wrześniu 1992 r. w wyniku pierwszych wolnych wyborów powstał tam antykomunistyczny centroprawicowy gabinet. Premierem został Mart Laar, który na kierowniczych stanowiskach w najważniejszych dla gospodarki resortach zatrudnił młodych liberałów, absolwentów wyższych uczelni ekonomicznych. Rząd Laara uprościł system podatkowy, przeprowadził prywatyzację, wprowadził restrykcyjne przepisy, które nie dopuszczały dotowania przez państwo bankrutujących państwowych molochów oraz zniósł większość ceł. Reformy przyniosły widoczny efekt: od początku lat 90. Estonia notuje ponad 5-procentowy wzrost gospodarczy (w 1997 r. było to 11,5 proc.), bezrobocie spadło tam do 12 proc., dzięki jasnemu prawu niemal nie ma korupcji, a administracja publiczna należy do najsprawniejszych w Europie. Gospodarka irlandzka znalazła się w stanie głębokiego kryzysu gospodarczego w 1987 r. Deficyt budżetowy sięgał wówczas 11 proc. PKB (w Polsce przekracza dziś 11 proc. PKB), dług publiczny przekroczył 120 proc. PKB (w Polsce szacuje się go na niemal 50 proc.), a bezrobocie prawie 20 proc. (tak jak obecnie w Polsce). Wtedy wybory do parlamentu wygrała republikańska partia Fianna Fail, która za główny cel postawiła sobie zreformowanie finansów publicznych i przyciągnięcie zagranicznego kapitału. Liberałowie kolejno ograniczyli płace w sektorze budżetowym, zmniejszyli uprawnienia związków zawodowych i obniżyli podatek dla przedsiębiorstw (CIT). Znacznie usprawnili też administrację państwową, co z czasem umożliwiło im wykorzystanie 99 proc. środków z pomocy unijnej. Dziś Irlandia należy do ścisłej czołówki krajów rozwijających się. Liberałowie pomogli nawet znanym z niechęci do nich Francuzom. W 1981 r. wybory we Francji wygrał Franuois Mitterand i władzę objęli socjaliści. Lewicowy rząd zaczął realizować swój program wyborczy: podwyższył świadczenia socjalne oraz płace minimalne i zwiększył zatrudnienie w instytucjach państwowych. Przeprowadził też nie zrealizowany od 1946 r. program nacjonalizacji przedsiębiorstw - upaństwowił 39 banków, 2 towarzystwa finansowe oraz 5 potężnych grup przemysłowych, czołowych producentów w branży elektrycznej, elektronicznej, informatyce, chemii i metalurgii. Na początku Francuzom żyło się lepiej - mieli wyższe pensje i zasiłki, obniżono wiek emerytalny do 60 lat, rolnicy dostali państwowe dotacje, a państwo stworzyło 110 tys. nowych miejsc pracy. Jednak minęły dwa lata i gospodarka zaczęła kuleć. Państwowe molochy pożerały coraz większe dotacje budżetowe, deficyt budżetowy był coraz większy (samo tylko utworzenie nowych miejsc pracy kosztowało budżet w 1981 i 1982 r. ponad 1,5 mld franków), a bezrobocie wzrosło do 40 proc. Wreszcie, w 1984 r., kiedy spadek poziomu życia powodował coraz większe niezadowolenie społeczne, Mitterand zdymisjonował rząd. Nowym premierem został Laurent Fabius, dotychczasowy minister gospodarki, który zaczął realizować liberalny "program odbudowy zaufania społecznego": z powrotem sprywatyzował wiele państwowych przedsiębiorstw, ograniczył liczbę państwowych urzędników i uprościł przepisy. Taka konsekwentna polityka ponownie skierowała Francję na drogę powolnego wzrostu gospodarczego. Powolnego, bo skutki rządów socjalistów były odczuwalne do końca 14-letniej prezydentury Mitteranda. Rządy liberałów pomogły wyjść z kryzysu także gospodarce Chile w latach 70., Ameryce i Wielkiej Brytanii w latach 80. (szczegółowo opisaliśmy to w "GP" z 12 listopada br.), Portugalii (pod koniec lat 80.) czy Hiszpanii za rządów Jose Marii Aznara. Mit piąty: Liberałowie nie są wrażliwi społecznie Wrażliwość społeczna w wydaniu socjalistycznym (czyli za duże i zbyt łatwo przyznawane zasiłki socjalne) prowadzi do tego, że ludzie przestają brać za siebie odpowiedzialność: Sztokholm, stolica Szwecji, rok 1976. Do zatłoczonego autobusu miejskiego wsiada starowina. Głośno oddycha i wygląda, jakby miała zaraz zemdleć. Nikt nie ustępuje jej miejsca. Jeden z pasażerów nie wytrzymuje i zwraca uwagę zajmującemu siedzące miejsce chłopakowi: - Jak panu nie wstyd, przecież ta kobieta jest stara i chora. - Widzę i bardzo mi przykro, ale proszę mieć pretensje do gminy. To przecież wina gminy, że miejsc siedzących w autobusach jest za mało. Wrażliwość społeczna w wydaniu socjalistycznym pozbawia motywacji do pracy. Pokazuje to przykład opisany przez Jacka Ewinga, reportera tygodnika "Business Week". Pewien 48-latek z Offenbach k. Frankfurtu nad Menem (Niemcy) był kierowcą ciężarówki. Dziesięć lat temu zrezygnował z pracy z powodu uniemożliwiającej kierowanie pojazdem choroby stawów kolanowych. Od tamtej pory utrzymywał się z dorywczych zasiłków, by w końcu wystarać się o orzeczenie trwałej niezdolności do pracy. Teraz do końca życia pozostanie na garnuszku państwa. Mógłby pracować - po specjalnym przeszkoleniu znalazłoby się wiele odpowiednich dla niego zajęć - tylko po co, skoro zasiłek nie jest wcale niższy od pensji, a czasem nawet od niej wyższy. Praktyka pokazuje, że los biednych obchodzi liberałów dużo bardziej niż socjalistów. To właśnie w krajach z gospodarką wolnorynkową są najefektywniejsze systemy opieki społecznej: bo tylko bogate społeczeństwo stać na to, żeby naprawdę pomagać swoim najsłabszym (chorym, samotnym, wykolejonym) jednostkom. W Wielkiej Brytanii, Portugalii, Hiszpanii, Chile, Irlandii czy Estonii, a od niedawna także w Stanach Zjednoczonych, pomoc trafia do naprawdę potrzebujących. W Polsce, Szwecji, Danii, Holandii Niemczech czy Francji, czyli krajach, gdzie rządzi "wrażliwa społecznie" lewica, pomoc socjalna jest trwoniona. System opieki społecznej jest tam jak sito z dużymi dziurami - przedostaje się przezeń wielu symulantów, żyjących na koszt reszty podatników. W efekcie - ci, którzy mogliby pracować, nie robią nic. Liberalny wyścig szczurów do pieniędzy w socjalizmie zamienia się w wyścig do lepszego miejsca w kolejce do opieki społecznej. Mit szósty: Liberalizm z powodzeniem może zastąpić "społeczna gospodarka rynkowa", np. taka jak w Niemczech Niemcy, niegdyś motor rozwoju Unii Europejskiej i autor fiskalnych kryteriów z Maastricht, dziś same ich nie przestrzegają. Z danych niemieckiego Federalnego Urzędu Statystycznego wynika, że od przejęcia władzy przez lewicową koalicję SPD i Zielonych liczba bankructw wzrosła w Niemczech aż o 14 proc. - z 27.800 w 1998 r., do 32.300 w 2001 r. W 2002 r. splajtowało dalszych 4 Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Dziesięć mitów.(3) 05.12.03, 01:53 Mit szósty: Liberalizm z powodzeniem może zastąpić "społeczna gospodarka rynkowa", np. taka jak w Niemczech Niemcy, niegdyś motor rozwoju Unii Europejskiej i autor fiskalnych kryteriów z Maastricht, dziś same ich nie przestrzegają. Z danych niemieckiego Federalnego Urzędu Statystycznego wynika, że od przejęcia władzy przez lewicową koalicję SPD i Zielonych liczba bankructw wzrosła w Niemczech aż o 14 proc. - z 27.800 w 1998 r., do 32.300 w 2001 r. W 2002 r. splajtowało dalszych 40 tys. firm. Bezrobocie i deficyt budżetowy stale rosną, a wielu ekonomistów otwarcie mówi o krachu niemieckiej "społecznej gospodarki rynkowej", spowodowanym zbytnim zwiększeniem liczby przywilejów pracowniczych i socjalnych. Doświadczenie uczy, że każda społeczna gospodarka rynkowa z biegiem czasu jest coraz bardziej społeczna, a coraz mniej rynkowa - prof. Leszek Balcerowicz prezes NBP. Mit siódmy: Liberalizm jest nieetyczny - dopuszcza nieuczciwą konkurencję Liberalizm gospodarczy nie istnieje bez jasnego i prostego prawa. Uczciwa konkurencja jest łamana wtedy, gdy są różne prawa dla różnych podmiotów na rynku i gdy państwo wspiera jednych, a przeszkadza drugim. Z taką sytuacją mamy do czynienia w krajach rządzonych przez socjalistów. Zdobycie fortuny zależy w nich nie od pomysłowości i pracowitości ludzi, a od zamówień rządowych i zwolnień podatkowych, udzielanych w zależności od widzimisię urzędników. Najbardziej znani polscy biznesmeni, np. Ryszard Krauze i Jan Kulczyk, dorobili się fortun dzięki intratnym kontraktom rządowym. To nie socjaliści, lecz liberałowie tworzą instytucje antymonopolowe chroniące rzetelną konkurencję. W Stanach Zjednoczonych obowiązuje całkowity zakaz działań, które mogłyby w nieuczciwy sposób doprowadzić do zdominowania jakiejś części rynku przez jedną korporację. Firmy nie mogą tam zawierać między sobą jawnych ani tajnych umów i porozumień dotyczących wielkości produkcji lub różnicowania cen, wykupywać akcji konkurentów czy tworzyć połączonych dyrekcji. Gospodarki Hiszpanii (za rządów Aznara), Irlandii, Estonii (w latach 90.), Portugalii (pod koniec lat 80.) oraz Chile czy Wielkiej Brytanii (w latach 70.) podźwignęły się z upadku właśnie dzięki liberalnym reformom, które umożliwiły prywatnym przedsiębiorcom uczciwe współzawodnictwo. Mit ósmy: Liberałowie dbają tylko o kapitał Biznesmeni z reguły wspierają polityków przewidywalnych, nie obiecujących gruszek na wierzbie i mających kompetencje w rządzeniu państwem. Tak bardzo potrzebny każdemu państwu kapitał ucieka z krajów, w których kwitnie korupcja, przepisy zmieniają się co kilka miesięcy i są niespójne, a kolejni ministrowie finansów składają sprzeczne ze sobą deklaracje. Tak stało się w przypadku Polski, która w rankingu badającym poziom inwestycji zagranicznych w krajach kandydujących do członkostwa w UE zajęła jedno z ostatnich miejsc. Wszystkie kraje, które zwycięsko wyszły z kryzysów gospodarczych (choćby Estonia, Irlandia, Chile, Portugalia), zmieniały przepisy tak, żeby przyciągać kapitał zagraniczny. Oprócz sprawnie funkcjonującej gospodarki, priorytetem każdej z liberalnych partii jest suwerenność i obronność państwa. Ronald Reagan, który w latach 80. przeprowadził w Ameryce szereg liberalnych reform, za priorytet - oprócz gospodarki - uznawał właśnie obronność. Zwiększył wydatki wojskowe Stanów Zjednoczonych tak, że możliwe stało się to, w co większość amerykańskich polityków nie wierzyła - upadek Związku Radzieckiego. Liberałowie wychodzą z założenia, że interesy jednostki są zbieżne z interesem państwa. Bogaci, zadowoleni ludzie tworzą bogate, przywiązane do swojego kraju społeczeństwo. Mit dziewiąty: Najlepiej żyć w kraju, gdzie są wolności polityczne, ale gospodarką steruje państwo Parafrazując Miltona Friedmana, amerykańskiego ekonomistę i laureata Nagrody Nobla (w 1976 r.): czy wolny jest człowiek, który pracuje od rana do wieczora, a połowę zarobionych pieniędzy musi oddawać państwu? Czy wolny jest człowiek, który przez miesiąc musi błagać kolejnych urzędników o coraz to nowe zezwolenia, żeby założyć firmę? Czy wolny jest człowiek, który potrzebuje licencji, żeby handlować warzywami? Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że władza, która ogranicza wolność gospodarczą, zaczyna z czasem ograniczać wolności polityczne i swobody obywatelskie. W 1970 r. wybory prezydenckie w Chile wygrał Salwador Allende, kandydat lewicowej partii Jedność Ludowa. Rząd Allende zaczął przekształcać gospodarkę Chile z kapitalistycznej w socjalistyczną. Znacjonalizował kopalnie i złoża miedzi, wywłaszczył chłopów z majątków większych niż 80 ha i podniósł zasiłki socjalne. Na początku Chilijczykom żyło się nawet lepiej - wzrosły płace, zasiłki socjalne i emerytury. Tyle, że kiedy skończyły się rezerwy walutowe, rozdawnictwo przestało być możliwe. W kraju zapanował głód (nie było pieniędzy nawet na import żywności) i zaczęły się protesty społeczne. Wtedy Allende coraz bardziej prześladował opozycję. Wszystkich, którzy krytykowali politykę gospodarczą Jedności Ludowej, zaczęto nazywać faszystami; wszystkich, którzy sprzeciwiali się nacjonalizacji, określano mianem spekulantów. Z czasem Allende porzucił wszelkie pozory demokracji - wprowadził cenzurę i zakazał demonstracji ulicznych. Każdy Chilijczyk zaczął się liczyć z tym, że może zostać aresztowany bez nakazu sądowego. W Polsce obecne rządy postkomunistów realizujących "lewicowy program gospodarczy" przebiegały w dużej części pod znakiem wojny z wolnością słowa. Gdyby nie determinacja prywatnych mediów i interwencje międzynarodowych instytucji monitorujących przestrzeganie wolności słowa, doszłoby do powstania ustawy o rtv ograniczającej możliwość rozwoju prywatnych mediów, a umacniającej monopolistyczną pozycję telewizji publicznej. "(...) Rząd nie może kontrolować ekonomii bez kontrolowania ludzi. (...) Kiedy próbuje to robić, musi używać siły, aby osiągnąć swój cel" - powiedział Ronald Reagan w 1964 r. przemawiając w czasie kampanii wyborczej Barry'ego Goldwatera, republikańskiego kandydata na prezydenta USA. Wiele lat później, kiedy sam został prezydentem, często przypominał krytykującym jego liberalne reformy demokratom to, co w 1937 r. powiedział Lew Trocki: "W kraju, gdzie jedynym przedsiębiorcą jest państwo, opozycja oznacza powolną śmierć z głodu. Stara zasada: kto nie pracuje, ten nie je, została zastąpiona nową: kto nie jest posłuszny, ten nie je". Tę regułę można zresztą odwrócić: liberalne reformy i otwarcie się gospodarki wcześniej czy później powodują wzrost swobód politycznych. To nie socjalistyczne, lecz pierwsze partie liberalne, które powstały w XIX w., zajmowały się promowaniem demokratycznych zasad gry politycznej oraz upowszechnianiem prawa wyborczego - w wielu krajach europejskich bowiem nie miały go kobiety. Podstawą programów wszystkich partii liberalnych - republikanów w USA i Włoszech, niemieckiej FDP, belgijskiej PW czy brytyjskich torysów - oprócz wspierania prywatnej przedsiębiorczości, jest zagwarantowanie obywatelom ich wszystkich praw i wolności. Mit dziesiąty: Liberałowie myślą tylko o tym, żeby bogaci byli jeszcze bogatsi Liberałowie tworzą warunki, w których człowiek może walczyć o lepszy byt, jemu pozostawiając decyzję, czy chce to robić. O wiele trudniej dorobić się za rządów socjalistów, którzy zabierają człowiekowi dużą część zarobionych pieniędzy. Socjalizm nie rujnuje multimilionerów, którzy zawsze znajdą dość furtek do unikania wyższych podatków i dość sposobów do korzystania z rządowych kontraktów. Socjalizm pozbawia za to biedaków nadziei na to, że staną się bogatsi. Odpowiedz Link