gyubal_wahazar
24.10.11, 22:32
Nachodzi mnie czasem jakiś taki dziwny niepokój (Was pewnie nie, bo nihilisty i inne nergalce serca przecież nie majo). Odruchowo - wzorem pokoleń mych męskich przodków - macam się nerwowo po górnych kieszonkach i już-już mam jego źródło, gdy oto se uświadamiam, że od przecież podstawówki nie palę.
To potem abarot mi przedsionki zamigoco. Roztrącając więc w amoku po drodze na boki paprotki, lecę sprawdzić czy to w końcu sosna (musi płacząca) czy jednak ruskie widłami. Po chwili upewniam się na szczęście, że to spisek obu i ukojony tą dobrą nowiną czuję, że zasłużyłem na grzdyla płynnego chleba.
Jeszcze tylko rutynowy rzut oka, czy fuckturkę za neta znów zasponsorował wielkoduszny provident i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, zapadam w przytulne pielesze
Działało jak złoto. Do wczoraj. Bo dziś encore - cierpienia młodego vadera. Kwadrans babrania się w trzewiach jaźni i jestestwa wg najlepszych receptur nlp, ale w końcu jest ścierwo : czuję mus ratowania planety.
Kamień z serca. Przynajmniej znam wroga, a gdy się zna wroga, to już łatwo - jak mawiał nieodżałowany sun tzu - zatopić mu kły w pośladkach. Brak mi tylko ostatniego pucla : przed czym ?!
Jedno co przychodzi mi do łba, to - przed całą resztą czubów którzy wpadli na to wcześniej, ale głosy mówią mi, że próbuję się zbyt tanio wyłgać ze szponów tej rozterki
Jakieś pomysły, umiłowani ?