Dodaj do ulubionych

mój Pies nie żyje

18.05.05, 01:58
muszę się gdzieś wypłakać.
W niedzielę o 12.20 przestało bić jego serduszko, po dwóch - ostatnich
zastrzykach.
Miał 14 i pół roku. Malutki, zawsze przyjazny i uśmiechnięty, za młodu
bronił mnie przed Mamą, która przychodziła mnie rano budzić /ma gdzieś
rozerwaną koszulę nocną na pamiątkę/ i łasił się do wiejskich pijaków.
Jednemu zabrał raz banknot z ręki - ówczesne 10.000. Pozostawiony na 1 noc
pod domem na działce /lato, otwarta weranda/ przeleżał całą noc pod bramą
w rzęsistym deszczu, szczekając. Niepoprawny smakosz, skłonny wyrwać
przechodniowi parkowemu kanapkę, będącą w zasięgu pyszczka /mały psiak, 40cm
wysokości, 14 kg wagi/. Pomrukiwanie i postękiwanie przy
spożywaniu 'zdobyczy, przy przewalaniu się po dywanie. Ogromne, ciemne
oczy /przypominały mi wielkie, przejrzałe, 'czarne' czereśnie/ wpatrzone z
wiarą, ufnością i nadzieją, jednocześnie pewnością siebie. Wzbudzał ludzki
zachwyt - 'jaki piekny futrzak, jak on się śmieje'... nawet w ostatni dzień...
Jako dziecko, kiedy był jeszcze mały, parę razy strasznie go zbiłam i
nastraszyłam. Nie mogę sobie tego darować; gdyby wiedział, że to nie jego
wina, że powinien mnie za to conajmniej ugryźć w podły tyłek... tak
strasznie mi żal każdego momentu, kiedy spiesząc się na jakieś durnowate
spotkanie, skracałam mu spacer do minimum. Że nie pozwalałam powąchać
wszystkich miejsc na ulicy. Że czasem prosił nawet godzinę, zanim
pozbierałam się do wyjścia... Że pozwoliłam Tacie z nim wychodzić, a on go
zgubił, aż w końcu malec spędził dzień w schronisku, gdzie złapał
nosówkę. /wyleczył go wspaniały weterynarz, to 2 lata temu/.Tak strasznie
żal mi jego milczącego cierpienia, kiedy nowotwór ekspresowo tworzył kolonie
w innych organach... i nawet tego, że męczył się o jedną noc za długo...
Miał tak mięciutką sierść... noszenie go na rękach - po schodach, do
weterynarza itp - było mimo zakwasów tak naprawdę samą przyjemnością, choć
żal mi, że było ostatnio coraz bardziej konieczne. Zanurzałam wtedy nos w
jego sierść - za uszkiem, przy szyi i w ciągałam z lubością ten zapach...
Uwielbiał suki większe od siebie, zwłaszcza bokserki i ONki. One jakoś za
nim też przepadały, choć dla nich był wielkości zabawki. Nigdy nie uciekał
również w obliczu ataku nawet wielkiego psa. I zawsze takiemu wygarnął... co
myślał.
Nie wiem, do czego to porównać - ból jest przeszywający, podstępnie
wkradający się przez pustkę.
Wczoraj schowałam Micha w nowym mieszkanku, gdzie nikt mu już nie zakłóci
drzemki, na działce, nad nim sosny, świerki i koniczyna...
Nie mogłam uwierzyć, że już się nie obudzi
Przecież zdarzało mu się, że tak mocno spał; przecież już nie słyszał,
niewiele widział... może jednak? Przecież był zawsze taki dzielny... Ani
pisnął, gdy pitbul rozszarpał mu powiekę... Przecież wtedy, obudził się,
po narkozie, dlaczego teraz nie??
Biedny mały Michu, obyś biegał po nagrzanych łąkach, wśród lekkiego wiatru
i koniczyny, gdzie nikt już nie każe Ci iść, gdzie nie chcesz i nie musisz
przyjmować absurdów ludzkiego świata... i gdzie wolno do woli rozszarpywać
nogawki, jeśli jakieś się trafią... Gdzie będziesz jeść pyszne nadpsute
mięsko i co Ci się jeszcze żywnie spodoba...
Żegnaj Michu
Liczę, że kiedyś Cię gdzieś spotkam...
Obserwuj wątek
    • wiesia.and.company Re: mój Pies nie żyje 18.05.05, 08:45
      Wiem, co to znaczy ten ból i te wspomnienia i żal do siebie za to czy tamto.
      Napisałaś bardzo, bardzo piękne epitafium. Pomimo paru Twoich występków Twój
      Michu naprawdę wiedział, że go kochasz, czuł się dobrze w rodzinie, miał swoje
      miejsce. Drobne niesnaski zawsze się zdarzają, ale pojednania też są wspaniałe.
      Zapewniłaś mu opiekę lekarską, nosiłaś na rękach, pieściłaś, nie był sam. Miał
      Ciebie i mógł na Ciebie liczyć. Wiedział to.
      Trzymaj się!
    • ludvika Re: mój Pies nie żyje 18.05.05, 08:50
      Bardzo Ci współczuję. Rozumiem Twój ból i pustkę - kilka lat temu też
      przegraliśmy z raczyskiem. I tak jak Ty rozpamiętuję często jaka byłam czasem
      niedobra.
      Ale pomyśl, że to były tylko złe momenty, na pewno więcej było tych
      szczęśliwych i Twój Malutki czuł, że był kochany. Tak pięknie o nim napisałaś...

      Też mam nadzieję, że ci, którzy tęsknią i nigdy nie zapomnieli będą kiedyś
      mogli spotkać swoich małych przyjaciół.

      Pozdrawiam Cię ciepło i trzymaj się.
      • bialamamba Re: mój Pies nie żyje 18.05.05, 09:45
        Ja też cię doskonale rozumiem, dwa tygodnie temu odeszła moja sunia po 16
        latach życia z nami, gdzieś tu na forum jest nawet mój post na ten temat,
        płaczemy do tej pory, mimo że zdecydowaliśmy się w sobotę spróbować kuracji
        drugim psem. Wzięliśmy ze schroniska Maszę i nie mamy czasu się nad sobą
        rozczulać, bo Masza wymaga teraz naszej opieki. Ale moja ukochana sunia na
        zawsze będzie w moim sercu, nigdy jej nie zapomnę i tego jak ją usypialismy
        trzymając za łapkę. Zasadź mu wirtualnego kwiatka w ogrodzie psiej
        szczęśliwości - mi to trochę pomogło, to takie swoiste pożegnanie:
        www.dognet.pl/ogrod/ogrod.cgi
    • rezurekcja Re: mój Pies nie żyje 18.05.05, 09:47
      kvin_n napisała:

      > muszę się gdzieś wypłakać.

      Placzemy z Toba. Bol po stracie domownika zawsze jset wielki.
      Wspolczuwam z Toba.
      • ontarian [...] 18.05.05, 12:52
        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • kvin_n dzięki 18.05.05, 13:33
      Dziękuję Wam wszystkim ogromnie za pobycie myślami ze mną / Psiakiem. Trochę
      lepiej wtedy... sporo lepiej.
      Dzięki białamambo za linka - zaraz się tam umieszczam. Masza jest śliczna :)
    • begietka Re: mój Pies nie żyje 18.05.05, 13:54
      Tak pięknie napisałeś to wszystko, co ja czuję do tej pory, choć minął już rok
      i trzy miesiące odkąd Dudka nie ma....Tak jak Ty, najbardziej żałuję mojego
      pośpiechu i niecierpliwości...ŻAl mi teraz każdej chwili, którą mogłam spędzić
      z nim, a nie spędziłam...Współczuję,ściskam, wiem jak to jest.....
      • naise Re: mój Pies nie żyje 18.05.05, 14:02
        Bardzo Ci wpsółczuję, niedawno przeżywałam to samo. Trzymaj się jakoś.
    • przedziwna Współczuję 18.05.05, 14:21
      Widzę, że jest nas wielu. Te nasze cudne stworzonka żyją zwykle krócej od nas.
      Jak my tu wszyscy przeżywałam taką samą stratę. Na kupno nowego stworzonka
      zdecydowałam się dopiero po kilku latach. Wtedy, kiedy... sama zaczęłam
      cierpień na raka. Dziś mój nowy pies to terapeuta. A tak na marginesie, trudno
      mi pisać, bo jak czytałam Twój post łzy mi zakrywały oczy. Bądź dzielna.
    • umfana Re: mój Pies nie żyje 18.05.05, 20:22
      Piękne wspomnienie o Michu, który jest już wolny od cierpienia i biega sobie za
      Tęczowym Mostem.
      Pozdrawiam serdecznie! Umfi

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka