Dodaj do ulubionych

___________Zgadnij Manny-Jestem dlaczego?_______

18.06.10, 15:35

CytatW Rosji skazano pilotów helikoptera, w którym zginął gen.
Lebiedź
maw2004-01-06, ostatnia aktualizacja 2004-01-06 17:33 Na cztery lata
zsyłki został skazany pilot śmigłowca Mi-8, w którego katastrofie w
2002 r. zginął gubernator syberyjskiego kraju krasnojarskiego i
popularny polityk gen. Aleksander Lebiedź. Drugi pilot dostał trzy
lata w zawieszeniu. Oprócz Lebiedzia lecącego na otwarcie nowej
trasy narciarskiej na Ałtaju w katastrofie zginęło osiem osób. Z
powodu słabej widoczności helikopter zahaczył o linię wysokiego
napięcia. Maszyna runęła na ziemię i rozpadła się na drobne
kawałki....

.............sprawa ma związek z katastrofą w Somoleńsku...
Obserwuj wątek
    • hasz0 Re: ___________Zgadnij Manny-Jestem dlaczego?____ 18.06.10, 15:41

      Nieszczęścia wygnania zbliżyły naród Polski z innymi szczepami 
Słowian. 
Nie byłoby inaczej sposobu zbliżyć Polaków do Rosjan.
 Naród niepodległy, wolny, dumny ze swoich swobód, cóż mógł mieć 
wspólnego z narodem niewolniczym, uciśnionym, nawykłym do jarzma od 
wieków!
      Tyle Adam Mickiewicz w Szkicach z Literatury Słowiańskiej.
 Warto się zastanowić nad opinią poety i zdać sobie sprawę, 
że potomkowie kozaków z cała pewnością nie chcą być i nigdy się nie 
zgodzą na bycie narodem niewolniczym. 

Polską racją stanu było 
swego czasu dotrzymanie warunków 

Umowy Hadziackiej zawartej po 
wygranej 3 dniowej bitwie pod Beresteczkiem w 1651. 
Tak się niestety nie stało.
      • hasz0 _______najważniejsze dla ZROZUmienia!_______ 18.06.10, 15:46

        Już w starożytności było popularnym powiedzenie,
 historia magistra vitae est, Dlatego powinniśmy być teraz
 razem z Ukrainą i z Ukraińcami. Narodem najbliższym nam etnicznie 
i kulturowo. Warto aby wszyscy sobie uświadomili, 

że wschodni
 sąsiad Białorusi nakłada haracz na ceny gazu 
pozyskiwanego 
na terytorium syberyjskiej kolonii 
i krajów do niej przyległych, który ma niewiele wspólnego 
z realnymi kosztami jego wydobycia.
        [img]Moskwa zawsze miała znakomitych bajarzy.
        Takich jak ci co głoszą, że to Ukraińcy rzekomo kradną gaz.

        Gaz rzeczywiście jest kradziony, ale …

        przez

        G A Z PROM na Syberii
        .


        Bo jak inaczej można wytłumaczyć brak przy podpisywaniu kontraktów

        z importerami przedstawicieli narodów na których ziemiach jest
        wydobywany:

        Chantów, Mansów, Wotjaków, Samojedów, Baszkirów czy Tatarów.

        [color=red]
        Ta prawda musi dotrzeć do unijnych polityków. [/img][/color]
        • manny-jestem Re: _______najważniejsze dla ZROZUmienia!_______ 18.06.10, 15:48
          No zgadzam sie z Toba co do Ukrainy, ale wytlumacz mi tego Lebiedzia bo nie jarze.
          • hasz0 _______„moskoo"____ oznacza „dużo pijanych"_______ 18.06.10, 18:24
            CytatSłowo sabir i seber łączono z etnonimami,
            określającymi plemiona Hunów. Tunguskie sidur oznacza błoto, bagno,
            trzęsawisko, mongolskie sziber lub sziwir zarośla nad rzekami,
            buriackie zaś sibjer - groźnego psa, a sabr sibr lub subrmoskwa, to
            strumień płynący przez bagna. szarego wilka, darzonego szczególną
            estymą przez ludy tureckie i Czeczeńców. Po mongolsku


            W IV i III wieku p.n.e. sarmackie koczowiska znajdowały się na
            zachód od doliny rzeki Ural, stanowiącej umowną granicę Azji i
            Europy. Warto pamiętać, że zajmująca obszar, równy połowie Polski,
            część Kazachstanu leży jednak na naszym kontynencie. Coraz częściej,
            przy herbacianych rozmowach w tym kraju, można usłyszeć, że
            większość nazw syberyjskich miast i rzek ma tureckie korzenie.


            Omsk to „dużo śniegu", Orienburg „miasto, które leży niżej",
            Orzeł - „erjoł" to „droga w górę", Tiumeń-to „nizina", a Saratow, to
            Sar-at, czyli „żółty koń".


            Pod koniec naukowo-lingwinistycznej debaty zebrani dochodzą zwykle
            do zgodnego wniosku, że nazwę stolicy groźnego północnego sąsiada
            nadali po zdobyciu ich przodkowie, sojusznicy Czyngis-chana.

            Bo „moskoo", oznacza „dużo pijanych".


            • hasz0 Re: _______„moskoo"____ oznacza „dużo 18.06.10, 18:26

              Poddani Mikada pełni złych przeczuć nazwali miasto Władywostok
              pistoletem wymierzonym w serce Japoni W XIX w. głównym decydentem
              ekspansjonistycznej polityki carskiej Rosji był hrabia Siergiej
              Juliewicz Witte. Jego żona była spokrewniona z francuskimi
              Rothschildami. Za gigantyczną łapówkę, wynoszącą 3 mln rubli w
              złocie, carski minister zyskał „przychylność" chińskiego mandaryna
              Li Hung Czanga - faworyta cesarzowej Cy Si oraz koncesję na budowę
              przez terytorium chińskie eksterytorialnej linii kolejowej. W
              jej „połosie otczużdienija", czyli w blisko 30 km kilometrowej
              szerokości pasie, przez którego środek przechodziły tory,
              jurysdykcję sprawowali rosyjscy żołnierze w znacznej części
              pochodzący z zachodnich krańców Imperium W okresie Powstania
              Bokserów kozacy generała Liniewicza splądrowali Pekin, masowo
              mordując bezbronną ludność.


              Dzieje największego kolejowe przekrętu XIX wieku uderzają analogiami
              do nam współczesnej budowy Gazociągu Jamalskiego przez terytorium
              RP. O zdradzie interesów narodowych, przez ludzi odpowiedzialnych za
              negocjacje tzw. Porozumień gazowych z Rosją, przez co nasz podatnik
              traci ca 1.5 mld. USD rocznie z tytułu opłaty za tranzyt gazu,
              pisałem wielokrotnie (m.in. w książkach Tranzytowy przekręt
              stulecia, Skok na rurę, a ostatnio Tajne służby w rurach. Niestety
              bezskutecznie. Jest jednak godnym podkreślenia, że pierwszym który
              przyznał, że przy zawieraniu wspomnianych porozumień mieliśmy do
              czynienia z korupcją, był rosyjski premier Władimir Putin,
              udzielając wywiadu polskiej telewizji z okazji pobytu w naszym kraju
              1 września br.


              Jeszcze w początkach XIX wieku za Bajkałem, w krainie bujnych,
              soczystych traw, pokrywających łagodne stoki gór, sięgających
              krańców syberyjskich tajg, roli prawie nie uprawiano. Dumni panowie
              stepów pracę na niej uważali za hańbę. Plemiona Buriatów, Mongołów,
              Oroczenów od prawieków koczowały, hodowały konie, reny, owce.
              Zajmowały się łowiectwem. W Dacanie nad Gęsim Jeziorem rezydował
              czwarty w hierarchii, po tybetańskim Dalaj Lamie i Panczen Lamie
              oraz mongolskim Bogdo-Gegenie, dostojnik lamaizmu. Ziemię uważano za
              świętą. Kopać i kaleczyć jej nie było wolno. Nawet buty noszono z
              zadartymi do góry nosami, aby się przykazaniu nie sprzeniewierzyć.
              Za pług chwycili dopiero nasi bałtyccy sąsiedzi, zesłani tu w XVIII
              w. Masło mieszkańcy Czyty i Ułan Ude do dziś nazywają „czuchońskim".
              Pierwszą gramatykę języka buriackiego „Versuch einer buriatischen
              Sprachlehre" napisał Kastren - Szwed z Finlandii. Po latach
              Skandynawów zaliczono w stan kozaczy. Tak samo, jak osiedleńców z
              Ukrainy, Buriatów, rosyjskich sekciarzy, no i oczywiście Polaków.
              Tych na Zabajkalu trafiało się coraz więcej. Tylko w 1839 r., do
              pułku, utrzymującego straż na granicy z Mongolią, w dolinie rzeki
              Dzidy, zaliczono 140 byłych żołnierzy Powstania Listopadowego.
              Stłumienie powstania kosztowało Rosję więcej niż odparcie
              napoleońskiego najazdu. Buntownicy ciężką służbą odpłacali carowi
              darowanie im życia, wcześniejsze rozkucie od taczek, zmniejszenie
              ilości pałek, jaką by do śmierci musieli jeszcze otrzymać. Służyli
              wiernie. Do czasu, a raczej do pierwszej okazji. Wzięci do niewoli
              konfederaci barscy, na zesłaniu poparli powstanie, wywołane przez
              Jemieliana Pugaczowa w marcu 1774 r. Im pozostało tylko oczekiwanie.
              Z Europy sprowadzali nasiona nieznanych przedtem roślin, narzędzia
              rolnicze, lepsze odmiany zbóż, szczepy drzew owocowych. Ziemia
              rodziła hojnie. Żyło się dostatnio, znacznie lepiej niż nad Wisłą,
              czy Niemnem.
              Ci, których los i wyroki carskich sądów rzuciły za Bajkał, na
              mongolskie pogranicze, w większości reprezentowali poziom
              intelektualny znacznie wyższy niż przedstawiciele miejscowej
              administracji, sfer kupieckich i wojskowych. W Petersburgu uważano,
              że na Zabajkale można otrzymać lepsze wykształcenie niż na
              europejskich uniwersytetach, a zesłańcy, dopóki ukaz carski im tego
              nie zabronił, uzyskiwali pokaźne dochody, prowadząc prywatne szkoły.
              Pierwszą taką placówkę we wschodniej Syberii założył profesor
              filozofii w słowiańsko-grecko-łacińskiej Moskiewskiej Akademii
              Teologicznej Innocenty Kulczycki - biskup irkucki, żyjący w początku
              XVIII w. Po śmierci został uznany za świętego i ogłoszony patronem
              Syberii. W ukrainnych województwach Rzeczypospolitej, szlachecki ród
              Kulczyckich miał wielu przedstawicieli. Jeden z nich prowadził
              bibliotekę więzienną w Nerczyńsku. Liczyła parę tysięcy tomów. Przez
              lata była uważana za jedną z pierwszych i największych na Syberii.
              Powstała z darów przesyłanych przez rodziny zesłańców. Niektórzy z
              nich, po odbyciu kar, kontynuowali rozpoczęte prace naukowe,
              prowadzili badania, podróżowali, zbierali materiały przyrodnicze,
              etnograficzne. Filomata, Józef Kowalewski odwiedza parokrotnie
              Mongolię - wówczas prowincję cesarstwa chińskiego. Mimo niepewnego
              statusu politycznego, jako autor trzytomowego słownika mongolsko-
              francusko-rosyjskiego, otrzymał katedrę uniwersytecką. Dr Adamowi
              Wojciechowskiemu, twórcy pierwszego słownika rosyjsko-chińskiego,
              jeszcze za życia postawiono pomnik w Pekinie. Przedstawiciel
              następnego pokolenia zesłańców Władysław Kotwicz, przyszły profesor
              uniwersytetu lwowskiego, odkrywa na terenie Mongolii staro-tureckie
              inskrypcje. Jest znany jako autor stu kilkudziesięciu prac
              naukowych, cenionych wśród mongolistów
          • hasz0 _____dlaczego sie nie zgadzasz?...kiedy w HISTOrii 18.06.10, 18:51

            .........................PODAJ MI 1 istotny przykład.....
            jakikolwiek Zachodni Kraj .......wywiązał się nie tylko z umów
            o wzajemnej pomocy ...ale chociażby w malutkiej cząstce chocby w
            najmniejszej...symbolicznej chociaż.........

            ROZUMIESZ DO KARPHY NĘęDZzYy?...............namyśl sie i zastanów.
            sie głęboko!!!!!!......teraz....ok.............
            .
            ...... chociażby w malutkiej cząstce chocby w
            najmniejszej...symbolicznej chociaż.........TYLKO SYMBOLICZNEJ

            sie odwzieczył?..................co nic NIE KOSZTUJE!!!!!!
            ....w symbolicznej!

            ..........za wymieniać za co?.............?????????

            od Wiednia zacznij....
            nie nie nie!!!!!!!!!!!!!!!..nie tylkoza Narwik Tobru Monte Casino P W
            ...Enigme...V2 prof Janusza Groszkowskiego (teoria nieliniwoa
            generatora el. radar) schematy i rysunki zasada dzialania ...
            sterowanie..


            PRZECZYTAJ KONIECZNIE

            ->
            www.wprost.pl/ar/80051/Wojna-umyslow/?I=1186
            Tekst linka
            • rycho7 Re: _____dlaczego sie nie zgadzasz?...kiedy w HIS 19.06.10, 08:02
              hasz0 napisał:

              > .........................PODAJ MI 1 istotny przykład.....

              Nie dbasz o komunikatywnosc. Ja po prostu nie rozumiem tego belkotu.
        • hasz0 ________________TYLKO sp0jrz sp0jrz tylko!________ 18.06.10, 15:48

          --
          https://htmlimg2.scribdassets.com/96amj9ktu8e7ri8/images/1-
549e0b22d3/000.jpg
          • hasz0 _____STRACH doprowadza ich do paranoi PRarowej____ 18.06.10, 18:28

            CytatO zdradzie interesów narodowych, przez
            ludzi odpowiedzialnych za
            negocjacje tzw. Porozumień gazowych z Rosją, przez co nasz podatnik
            traci ca 1.5 mld. USD rocznie z tytułu opłaty za tranzyt gazu,
            pisałem wielokrotnie (m.in. w książkach Tranzytowy przekręt
            stulecia, Skok na rurę, a ostatnio Tajne służby w rurach. Niestety
            bezskutecznie. Jest jednak godnym podkreślenia, że pierwszym który
            przyznał, że przy zawieraniu wspomnianych porozumień mieliśmy do
            czynienia z korupcją, był rosyjski premier Władimir Putin,
            udzielając wywiadu polskiej telewizji z okazji pobytu w naszym kraju
            1 września br.
            • hasz0 _historia nauczycielką polityki_Bolek Cimosz Kwach 18.06.10, 18:33
              całe PO, PSL, SLD Wałęsa, Olechowski, WSI, Czempiński, Gromosłąw
              no po prostu cała komuna...i agentura...JEDNOCZY SIĘ KAŻDY BYLE

              NIE "STRASZNY KAczor"

              Od końca XIX w. na Syberię i Daleki Wschód Polacy często
              udawali się już dobrowolnie, mając bez porównania większe możliwości
              zajęcia intratnych stanowisk, rozwoju talentów, zdolności i energii,
              niż w ciemiężonym przez carat kraju rodzinnym. Wytyczali trasę
              mandżurskiej magistrali, budowali od podstaw miasta, porty, fabryki,
              cukrownie. Zadomowili się, wrośli. Założyli polskie szkoły, kluby,
              parafie. W każdym mieście na Syberii, był sklep
              warszawski.„Mukomolnego Obszczestwa" Eugeniusza Dynowskiego.
              Naczelnym inżynierem, budowy odcinka kolei był Seweryn Wachowski, a
              jego zastępcą inżynier Jugowicz. Pracami geodezyjnymi przy
              wytyczaniu trasy z Harbina do Port Artur kierował inżynier
              Włodzimierz Niklewicz, a jednym z mierniczych był Jan Hempel. Z
              Dalekiego Wschodu przyszły autor „Kazań polskich" i komunista uda
              się do Brazylii. Dalekowschodni epizod odnotował też Janusz Korczak.
              Generał Bronisław Grąbczewski, wybitny podróżnik i badacz kultury
              Azji, a później ataman Kozaków astrachańskich, był w 1896 r.
              komisarzem pogranicza nadamurskiego, a nieco później komisarzem
              generalnym Kwantungu (Mandżuria Płd.) Jako oficer carskiej armii
              pełnił w latach młodości szereg odpowiedzialnych misji w górach
              południowego pogranicza Rosji i na Dalekim Wschodzie, które dziś
              byłyby potraktowane, jako wywiadowcze. Podobnie, jak wyprawa w
              latach 1906-1908 carskiego oficera Karola Gustawa Mannerheima,
              przyszłego marszałka Finlandii, przez Turkiestan Wschodni do Pekinu.
              Inżynier Stanisław Kierbedź był swego czasu wiceprezesem zarządu
              Kolei Wschodnio Chińskiej. W 1898 r. inżynier Adam Szydłowski stał
              na czele ekspedycji, rozpoczynającej budowę Harbina i wytyczał zarys
              jego pierwszych ulic. Nad Sungari istniało już blisko stutysięczne
              miasto Fu Dzie Dzian. Harbin wzniesiono po sąsiedzku. W
              błyskawicznym tempie korzystając z taniej siły roboczej, rękami
              kulisów, kierowanych przez inżynierów i techników, w znacznej części
              Polaków, zbudowano wielkie dziś już blisko 4 milionowe miasto.
              Zachował się budynek Polskiego Gimnazjum. Wykładał w nim inż.
              Kazimierz Grochowski, ekspert poszukiwacz złota, przyjaciel Jacka
              Londona i archeolog-amator jednocześnie. Uczniami tego gimnazjum
              byli znani później pisarze Saliński i Parnicki. Na prezydenta
              Harbina wybrano naczelnego dyrektora tamtejszego


              Dauria, dla zesłańców z Europy rajem nie była na pewno. Cierpieli tu
              udręki, plagi, katusze, jakie tylko człowiek może bliźniemu
              zgotować. Rewolucja zmiotła porządki carów, zmiotła też większość
              śladów ich bytowania, męki, pracy i sukcesów. Po jej zwycięstwie
              Kraj Zabajkalski szybko pokrył się archipelagiem gułagów. Nie
              stosowano w nich kary śmierci - nawet za najcięższe przewinienie.
              Winny musiał tylko przesiedzieć przez noc w stalowej beczce po ropie
              naftowej. Nikomu to się nigdy nie udało. Na zewnątrz temperatura
              często spadała do 45 °C poniżej zera. Tubylcy do pracy w kopalniach
              nigdy się nie nadawali. Umierali zbyt szybko. Przed wybuchem
              rewolucji Rosja stawała się ojczyzną dla znaczącej części kolejnego
              pokolenia potomków dawnej warstwy szlacheckiej I Rzeczypospolitej.
              Takich rodzin jak Wyszyńscy, czy Jastrzębscy, były dziesiątki
              tysięcy. Losy wojny domowej prowadziły ich często na przeciwne
              strony barykad. Nosicieli polskich nazwisk wśród różnego rodzaju
              badaczy Syberii było dużo. Ci najbardziej znani: Czerski,
              Czekanowski, Dybowski, Godlewski, Przewalski, Bohdanowicz,
              Piekarski, Bronisław Piłsudskich i wielu innych niewątpliwie dużo
              uczynili dla nauki. Obecne pokolenia mieszkańców Syberii w
              przeważającej mierze uważają ich za Rosjan. Tego faktu nic nie jest
              w stanie zmienić. Służyli interesom kolonialnego imperium.


              Od 1708 do 1764 r. rządzili Syberią gubernatorzy, rezydujący w
              Tobolsku. Pierwszy, książę Gagarin - podejrzewany był nawet o chęć
              oderwania się od Rosji i sojusz z Japonią przeciwko Chinom. W 1875
              r., w Petersburgu został zawarty traktat. Rosja uzyskała Sachalin,
              Kuryle miały po wsze czasy należeć do Japonii. Yasumasa Fukushima
              (1852-1919), późniejszy generał i twórca wojskowej tajnej policji
              Kampetei, odbywa niezwykłą, półtoraroczną misję. Konno pokonał
              14.000 km z Berlina do Władywostoku, Głównym jego celem była
              kontrola postępu budowy transsyberyjskiej kolei i... utworzenie
              siatki wywiadowczej z prostytutek i prawosławnych duchownych.


              W czasie wojny rosyjsko-japońskiej na Dalekim Wschodzie przebywał
              Józef Piłsudski, starając się znaleźć sprzymierzeńców dla idei
              zorganizowania legionów, z wziętych do niewoli Polaków. Ważną rolę
              odgrywał w tych kontaktach Witold Jodko-Narkiewicz (1864-1924).
              Japończycy byli żywo zainteresowani współpracą wywiadowczą.
              Przekazali nawet na nią niezbędne środki. W okresie od kwietnia 1904
              r. do października 1905 r. było to 33 tys. funtów. Stanowiło to aż
              1/3 sumy, jaką przeznaczono dla wszystkich opozycyjnych organizacji
              działających w carskiej Rosji.


              Rola Japonii znacząco wzrosła wraz z upadkiem caratu i zwycięstwem
              Rewolucji Październikowej. Japończycy planowali zając cały Daleki
              Wschód aż po jezioro Bajkał. Wynegocjowali z Chinami umowę,
              pozwalającą na transport wojsk przez ich terytorium. W 1918 r. ponad
              70 000 japońskich żołnierzy dołączyło do sił Międzynarodowego
              Korpusu Interwencyjnego, wysłanych na Syberię. Japońska ekspedycja
              etnograficzna Torii Ryuzo z Uniwersytetu Tokijskiego, działała na
              terenach Burjacji i Jakucji, korzystając z wsparcia i pomocy atamana
              Grigorija Semionowa - pół krwi Buriata, Wspierał on ideologię
              nacjonalizmu, opartego na wierze buddyjskiej. Uważany był za agenta
              wpływu Japonii.
              • hasz0 ______________ _historia nauczycielką polityki_ 18.06.10, 18:36
                [color=green][b][i]Warto pamiętać, że w 1926 r. gdy eksterminacja
                prawosławnego duchowieństwa szła w państwie bolszewików pełna parą,
                Stalin zgodził się, aby w Kazaniu wzniesiono wspaniały Nakabanny
                Meczet - na pamiątkę tysiąclecia islamizacji Środkowego Powołża.


                Obywatele Rzeczpospolitej powinni sobie uświadomić, że interes
                ekonomiczny i genetyczne korzenie narodów wywodzących się z
                Wielkiego Stepu, zarażonych bakcylem sarmackiej wolności, są spoiwem
                dużo mocniejszym, niż deklaracje o rzekomym słowiańskim braterstwie
                z nacją, od której tak bardzo się mentalnie różnimy. Sarmaci
                przybyli z Północnego Iranu, wędrując Wielkim Stepem. Joachim
                Lelewel twierdził, że byli naszymi przodkami. Odziedziczyliśmy po
                nich nie tylko same wady. Dlatego też zakładając, że geopolityczne
                abecadło nie jest obce elitom politycznym RP, należy jak
                najserdeczniej wymościć gościniec do Unii Europejskiej dla ekswrogów
                spod Chocimia i Wiednia. Pamiętajmy, że jedynym krajem, który nie
                uznał rozbiorów Rzeczypospolitej, było Imperium Otomańskie.


                Rurociągowe magistrale przesyłowe ropy naftowej i gazu ziemnego,
                wydobywanego na terytorium syberyjskiej kolonii, w drodze na zachód
                muszą być prowadzone przez białoruski korytarz. Jeśli się uwzględni
                obszary poleskich bagien oraz tereny wojskowych baz i poligonów, ma
                on zaledwie kilkadziesiąt kilometrów szerokości. Zajmując centrum
                kontynentu, leżymy na lądowym, płaskim i nizinnym pomoście, pomiędzy
                energochłonnymi centrami przemysłowymi i aglomeracjami miejskimi
                Europy Zachodniej, a złożami płynnych i gazowych węglowodorów,
                znajdującymi się na Syberii oraz w basenach Morza Barentsa i Morza
                Kaspijskiego.


                Pomostowe, czy jak kto woli, tranzytowe położenie geograficzne
                naszego kraju powinno być jednym z kół zamachowych gospodarki RP. Od
                zarania dziejów prawo pobierania opłaty za przewożone przez czyjeś
                terytorium surowce i towary było niezbywalnym prawem każdego
                suwerennego władcy i znacząco rzutowało na stan jego finansów. W
                przypadku ropy naftowej i gazu ziemnego, międzynarodowe regulacje
                prawne, ze staro-górno-niemieckiego nazywane mytem, zastępuje opłata
                za tranzyt lub za usługę transportową, albo przesyłową. Opłaty za
                udostępnienie zdolności przepustowej magistrali rurociągowej, z
                całym jej wyposażeniem, stacjami pomp, tłoczniami gazu, parkami
                zbiorników, aparaturą pomiarowo-kontrolną etc. są przedmiotem
                różnego rodzaju negocjacji. Uwarunkowane tez są najczęściej również
                polityką. Jeśli uznamy za trafne porównanie gospodarki jakiegoś
                kraju do żywego organizmu, to znajdujące się na jego terytorium
                rurociągi ropy naftowej i gazu można porównać do układu zasilających
                go tętnic. Kontrolując je ma się przemożny wpływ nie tylko na
                gospodarkę energetyczną.


                Przestrzeń tranzytowa i rynek zbytu należą do dóbr narodowych.
                Wschodni sąsiad Białorusi nakłada obecnie haracz na ceny gazu
                pozyskiwanego na terytorium syberyjskiej kolonii i krajów do niej
                przyległych, który ma niewiele wspólnego z realnymi kosztami
                wydobycia tego surowca. Moskwa zawsze miała znakomitych bajarzy.
                Takich jak ci, którzy głoszą, że to Ukraińcy rzekomo kradną gaz. Gaz
                rzeczywiście jest kradziony, ale przez Gazprom na Syberii. Bo jak
                inaczej można wytłumaczyć brak przedstawicieli narodów, na których
                ziemiach jest wydobywany: Chantów, Mansów, Wotjaków, Samojedów,
                Baszkirów czy Tatarów przy podpisywaniu kontraktów. Ta prawda musi
                dotrzeć do unijnych polityków.


                Federacja Rosyjska posiada PKB zaledwie na poziomie Hiszpanii. Taka
                też powinna być jej ranga i znaczenie w świecie. Opanowanie Syberii
                było możliwe tylko dzięki udziałowi w nim mas chłopstwa i kozaków,
                pochodzących głównie ze wschodnich z obszarów dawnej
                Rzeczypospolitej. Jest zrozumiałe, że ich potomkowie odmawiają
                płacenia gazowego haraczu. Nie można wykluczyć, że już wkrótce
                zaproszą na rozjemców nie urzędników UE, zazdroszczących byłemu
                kanclerzowi Niemiec i premierowi Finlandii wysokich apanaży w
                służbie Gazpromu, ale ekspertów z Pekinu. Wcześniej czy później
                obszary na wschód od Uralu wyzwolą się z kolonialnego jarzma. O
                niezależnym od moskiewskiej biurokracji państwie myślał generał
                Aleksander Lebiedź, zanim nie nastąpiła, kolizja trasy jego
                helikoptera z linią wysokiego napięcia w Sajanach. Byłem następnego
                dnia razem z prof. Mirosławem Rybą na miejscu katastrofy. Przełęcz
                Barsove Uszczelie leży granicy republiki Tuwa. Stał tam, już
                przywieziony z magazynu w Minusińsku, prawosławny krzyż, gotowy od
                paru tygodni. U jego stóp piętrzyła się piramida z wieńców i
                kwiatów. W chłodniach czekały na to wydarzenie już od dłuższego
                czasu.


                Parę lat temu Ilhan Alijew, prezydent Azerbejdżanu, otwierając
                światowy kongres Azerów w Baku przypomniał, że narody tureckie
                powinny odzyskać należną im pozycję w świecie. Są przecież
                liczniejsze niż słowiańskie. Języki tureckie należące obok
                mandżurskiego i ałtajskiego do ałtajskiej grupy językowej dominują
                na Syberii, a łączna ilość jej mieszkańców władających językiem
                tureckim przewyższa i to dość znacznie ilość tych którzy język
                Puszkina uważają za ojczysty. Mieszkańcy krajów Unii Europejskiej
                mają moralny obowiązek wystąpienia do władców Kremla z apelem o
                przyznanie prawa do samostanowienia narodom Syberii, która jeszcze w
                XIX wieku była uważana za drugą ojczyznę wielu naszych przodków a
                dziś jest obszarem skąd otrzymujemy większość gazu i ropy naftowej.


                Zdumienie budzi brak zainteresowania unijnych ekspertów możliwością
                eksploatacji złóż hydratów metanu znajdujących się pod dnami mórz i
                oceanów oraz ignorowanie oświadczeń niektórych krajów, że uważają za
                należące tylko do nich złoża węglowodorów, znajdujące się pod lodową
                skorupą za kołem polarnym. Jeśli problem sekwestracji dwutlenku
                węgla dotyczy wszystkich mieszkańców Ziemi, to chyba jest
                oczywistym, że wspomniane złoża należą też do nas wszystkich.
                Niedawna inicjatywa położenia na oceanicznym dnie, w miejscu
                uważanym za oś bieguna północnego, rosyjskiej flagi, mającej
                wskazywać, że aż do tego miejsca sięga syberyjski lądolód, jest
                groźną prowokacją nie tylko wobec grupy państw, z którą się
                identyfikujemy, ale wobec wszystkich mieszkańców ziemskiego globu.


                Nie ulega wątpliwości, że na wschodzie naszego kontynentu istnieje
                państwo, którego elity rządzące będą posługiwały się do różnymi
                metodami aby odzyskać imperialny status. W gronie wpływowych
                doradców jego prezydenta coraz dobitniej są artykułowane poglądy, że
                zachodnią granicą imperium (po ostatecznym krachu UE, co ich zdaniem
                nastąpi do końca przyszłej dekady) będzie izoterma stycznia.
                Przebiega ona doliną Renu. Na Kremlu zawsze panowało dość
                specyficzne poczucie humoru. Nie można wykluczyć, że Federacyjna
                Republika Rosyjska podobnie, jak Związek Sowiecki, a wcześniej Rosja
                carska, ekspansję terytorialną uzna za główny cel swej polityki
                zagranicznej. Ekspansję, której geopolitycznym wymiarem będzie
                obrona postkolonialnego statusu Syberii i zagrabienie wielkich
                obszarów dna Oceanu Arktycznego wraz z znajdującym się pod nim
                pokładami gazu ziemnego, ropy naftowej i hydratów. Hasła dominujące
                wśród jego elit ulegały zmianie. Ongiś należało do nich „zbieranie
                ziem ruskich", „obrona prawosławia", „panslawizm",
                marksistowska „dbałość o interesy klasy robotniczej". Obecnie jest
                nim „walka z islamskim terroryzmem".


                Prezydent Władimir Putin postawił sprawę jasno i uczciwie. Tępi, i
                można mieć nadzieję, będzie nadal tępił mega oligarchicznych
                złodziei, a ludzie, którymi się otacza, pragną przywrócić temu
                krajowi status euroazjatyckiego imperium, ożywionego globalną misją.
                Czy zachodnią jego granicą będzie izoterma stycznia, czy też Wisła -
                dla nas, Polaków, nie jest oczywiście obojętne. Wiele wskazuje na
                to, że unijno-europejski eksperyment wcześniej, czy później dołączy
                do znanych w dziej
        • rycho7 demokracja to bardzo zly ustroj 18.06.10, 18:33
          hasz0 napisał:

          > przedstawicieli narodów na których ziemiach

          Narody te zazwyczaj stanowia 1% wyborcow/obywateli/mieszkancow. Wystarczy, ze
          zechcesz poznac fakty. Ty rytualnie nie chcesz.
          • hasz0 nie wsadzaj durnych uwag Rychu7 18.06.10, 18:37

            Parę lat temu Ilhan Alijew, prezydent Azerbejdżanu, otwierając
            światowy kongres Azerów w Baku przypomniał, że narody tureckie
            powinny odzyskać należną im pozycję w świecie. Są przecież
            liczniejsze niż słowiańskie. Języki tureckie należące obok
            mandżurskiego i ałtajskiego do ałtajskiej grupy językowej dominują
            na Syberii, a łączna ilość jej mieszkańców władających językiem
            tureckim przewyższa i to dość znacznie ilość tych którzy język
            Puszkina uważają za ojczysty. Mieszkańcy krajów Unii Europejskiej
            mają moralny obowiązek wystąpienia do władców Kremla z apelem o
            przyznanie prawa do samostanowienia narodom Syberii, która jeszcze w
            XIX wieku była uważana za drugą ojczyznę wielu naszych przodków a
            dziś jest obszarem skąd otrzymujemy większość gazu i ropy naftowej.


            Zdumienie budzi brak zainteresowania unijnych ekspertów możliwością
            eksploatacji złóż hydratów metanu znajdujących się pod dnami mórz i
            oceanów oraz ignorowanie oświadczeń niektórych krajów, że uważają za
            należące tylko do nich złoża węglowodorów, znajdujące się pod lodową
            skorupą za kołem polarnym. Jeśli problem sekwestracji dwutlenku
            węgla dotyczy wszystkich mieszkańców Ziemi, to chyba jest
            oczywistym, że wspomniane złoża należą też do nas wszystkich.
            Niedawna inicjatywa położenia na oceanicznym dnie, w miejscu
            uważanym za oś bieguna północnego, rosyjskiej flagi, mającej
            wskazywać, że aż do tego miejsca sięga syberyjski lądolód, jest
            groźną prowokacją nie tylko wobec grupy państw, z którą się
            identyfikujemy, ale wobec wszystkich mieszkańców ziemskiego globu.


            Nie ulega wątpliwości, że na wschodzie naszego kontynentu istnieje
            państwo, którego elity rządzące będą posługiwały się do różnymi
            metodami aby odzyskać imperialny status. W gronie wpływowych
            doradców jego prezydenta coraz dobitniej są artykułowane poglądy, że
            zachodnią granicą imperium (po ostatecznym krachu UE, co ich zdaniem
            nastąpi do końca przyszłej dekady) będzie izoterma stycznia.
            Przebiega ona doliną Renu. Na Kremlu zawsze panowało dość
            specyficzne poczucie humoru. Nie można wykluczyć, że Federacyjna
            Republika Rosyjska podobnie, jak Związek Sowiecki, a wcześniej Rosja
            carska, ekspansję terytorialną uzna za główny cel swej polityki
            zagranicznej. Ekspansję, której geopolitycznym wymiarem będzie
            obrona postkolonialnego statusu Syberii i zagrabienie wielkich
            obszarów dna Oceanu Arktycznego wraz z znajdującym się pod nim
            pokładami gazu ziemnego, ropy naftowej i hydratów. Hasła dominujące
            wśród jego elit ulegały zmianie. Ongiś należało do nich „zbieranie
            ziem ruskich", „obrona prawosławia", „panslawizm",
            marksistowska „dbałość o interesy klasy robotniczej". Obecnie jest
            nim „walka z islamskim terroryzmem".


            Prezydent Władimir Putin postawił sprawę jasno i uczciwie. Tępi, i
            można mieć nadzieję, będzie nadal tępił mega oligarchicznych
            złodziei, a ludzie, którymi się otacza, pragną przywrócić temu
            krajowi status euroazjatyckiego imperium, ożywionego globalną misją.
            Czy zachodnią jego granicą będzie izoterma stycznia, czy też Wisła -
            dla nas, Polaków, nie jest oczywiście obojętne. Wiele wskazuje na
            to, że unijno-europejski eksperyment wcześniej, czy później dołączy
            do znanych w dziejach powszechnych nieudanych prób integracji tego
            kontynentu. Było ich już co najmniej 7. W XIX w. cementowały je
            rozbiory Rzeczypospolitej


            W XXI wieku rozpadowi UE będzie towarzyszyła niestety chyba już
            nieuchronna katastrofa zachodnioeuropejskiego chrześcijaństwa. Może
            dlatego warto wrócić do najlepszych tradycji I Rzeczypospolitej -
            Rzeczpospolitej Wielu Narodów - państwa w którym Polacy, Rusini
            (Ukraińcy), Białorusini, Litwini, Żydzi, Niemcy, Ormianie, Tatarzy i
            Karaimi czuli się jak u siebie w domu. Państwa Międzymorza, jednego
            z największych w Europie, na którego systemie parlamentarnym w wielu
            demokratycznych rozwiązaniach, włącznie z niesłusznie zniesławianym
            liberum veto, wzoruje się obecna Unia Europejska.


            Polska dla krajów Unii Europejskiej miała w zasadzie tylko dwa
            atuty. Unikalne pomostowe, czy też jak kto woli - tranzytowe
            położenie geograficzne oraz blisko 40 mln rynek zbytu. Niestety nie
            umieliśmy tego faktu wykorzystać. Bez wyhodowania, a jest to proces
            dość długotrwały i wcale niełatwy, nieskażonych bakcylem
            służalczości wobec obcych interesów - zarówno tych ze wschodu, jak i
            tych z zachodu - nowych elit, najbliższe dekady mogą nam wszystkim
            przynieść tylko gorzkie rozczarowania. Byliśmy i jesteśmy od
            prawieków mieszkańcami Eurazji. Warto nadal o tym pamiętać.


            Obowiązująca doktryna wojenna w Rosji przewiduje prewencyjne użycie
            broni nuklearnej. Dlatego, nie tylko nasz, geopolityczny interes
            leży w maksymalnym przyśpieszeniu procesów przyjmowania do Unii nie
            tylko Ukrainy i Białorusi, ale również Turcji, Kazachstanu i
            Azerbejdżanu. Alternatywą dla takiego rozwiązania byłoby
            niewątpliwie korzystniejsze dla obecnych władców Kremla i kultury
            rosyjskiej utworzenie na Syberii 5 czy 6 niezależnych
            demokratycznych republik, które zostały by uznane na forum
            międzynarodowym i które by wspierały narody Rzeczpospolitej
            Międzymorza. Nie powinno też ulegać wątpliwości, że to Chiny, a nie
            Stany Zjednoczone, które wcześniej, czy później będą zmuszone
            zakończyć afgańską awanturę, staną się naszym najpoważniejszym,
            geopolitycznym sojusznikiem i że to właśnie one mogą przygarnąć z
            powrotem pod swoją opiekę ziemie naszej i wielu narodów Europy
            pierwotnej ojczyzny - Syberii.


            Autor jest redaktorem naczelnym czasopisma Rurociągi.
            Tekst zawiera, obszerne fragmenty referatu wygłoszonego na II
            Zjeździe Geopolityków Polskich w październiku 2009 r.
            Literatura:
            Heinberg R., The Party s Over: Oil, War and the Fate of Industrial
            Societies, British Columbia 2003.
            Kaliski M., Staśko D., Bezpieczeństwo energetyczne w gospodarce
            paliwowej, Kraków 2006
            Klare M. T., Krew i nafta, Warszawa 2006
            Lucas S., Jaksa, Sydney 1989;
            Michałowski W., Tajne służby w rurach, Warszawa 2007
            Mirzoev M. A., Perspektywy wykorzystania zasobów węglowodorów i
            niektóre problemy prawne statusu Morza Kaspijskiego, wyd. Fundacja
            Odysseum ( w przygotowaniu)
            Paradowski R., Eurazjatyckie imperium Rosji, Toruń 2001
            Putin W., Planowanie strategiczne odtwarzania bazy mineralno
            surowcowej regionu w warunkach kształtowania relacji rynkowych,
            praca doktorska (j. ros.), Uniwersytet w Sankt Petersburgu, Zeszyty
            Instytutu Górnictwa - styczeń 1999.
            Roberts P., The end of Oil. On the Edge of Perilous New World, Nowy
            Jork 2005;
            Stokłosa M., Chiny, Rosja: gra o ropę w Eurazji, Kraków 2005
            Wasilewski A,. Ropa naftowa w polityce Rosji, Kraków 2005.
            Wowczuk W., Największy przekręt XIX wieku. [w:] RUROCIAGI nr 2-
            3/16/99

            WSTECZ
            • hasz0 ____________no to RAZ jeszcze najważn______ 18.06.10, 18:42

              Cytat Wiele wskazuje na to, że unijno-
              europejski eksperyment wcześniej, czy później dołączy do znanych w
              dziejach powszechnych nieudanych prób integracji tego kontynentu.
              Było ich już co najmniej 7. W XIX w. cementowały je rozbiory
              Rzeczypospolitej


              W XXI wieku rozpadowi UE będzie towarzyszyła niestety chyba już
              nieuchronna katastrofa zachodnioeuropejskiego chrześcijaństwa. Może
              dlatego warto wrócić do najlepszych tradycji I Rzeczypospolitej -
              Rzeczpospolitej Wielu Narodów - państwa w którym Polacy, Rusini
              (Ukraińcy), Białorusini, Litwini, Żydzi, Niemcy, Ormianie, Tatarzy i
              Karaimi czuli się jak u siebie w domu. Państwa Międzymorza, jednego
              z największych w Europie, na którego systemie parlamentarnym w wielu
              demokratycznych rozwiązaniach, włącznie z niesłusznie zniesławianym
              liberum veto, wzoruje się obecna Unia Europejska.


              Polska dla krajów Unii Europejskiej miała w zasadzie tylko dwa
              atuty. Unikalne pomostowe, czy też jak kto woli - tranzytowe
              położenie geograficzne oraz blisko 40 mln rynek zbytu. Niestety nie
              umieliśmy tego faktu wykorzystać. Bez wyhodowania, a jest to proces
              dość długotrwały i wcale niełatwy, nieskażonych bakcylem
              służalczości wobec obcych interesów - zarówno tych ze wschodu, jak i
              tych z zachodu - nowych elit, najbliższe dekady mogą nam wszystkim
              przynieść tylko gorzkie rozczarowania. Byliśmy i jesteśmy od
              prawieków mieszkańcami Eurazji. Warto nadal o tym pamiętać.


              Obowiązująca doktryna wojenna w Rosji przewiduje prewencyjne użycie
              broni nuklearnej. Dlatego, nie tylko nasz, geopolityczny interes
              leży w maksymalnym przyśpieszeniu procesów przyjmowania do Unii nie
              tylko Ukrainy i Białorusi, ale również Turcji, Kazachstanu i
              Azerbejdżanu. Alternatywą dla takiego rozwiązania byłoby
              niewątpliwie korzystniejsze dla obecnych władców Kremla i kultury
              rosyjskiej utworzenie na Syberii 5 czy 6 niezależnych
              demokratycznych republik, które zostały by uznane na forum
              międzynarodowym i które by wspierały narody Rzeczpospolitej
              Międzymorza. Nie powinno też ulegać wątpliwości, że to Chiny, a nie
              Stany Zjednoczone, które wcześniej, czy później będą zmuszone
              zakończyć afgańską awanturę, staną się naszym najpoważniejszym,
              geopolitycznym sojusznikiem i że to właśnie one mogą przygarnąć z
              powrotem pod swoją opiekę ziemie naszej i wielu narodów Europy
              pierwotnej ojczyzny - Syberii.


              Autor jest redaktorem naczelnym czasopisma Rurociągi.
              Tekst zawiera, obszerne fragmenty referatu wygłoszonego na II
              Zjeździe Geopolityków Polskich w październiku 2009 r.
              Literatura:
              Heinberg R., The Party s Over: Oil, War and the Fate of Industrial
              Societies, British Columbia 2003.
              Kaliski M., Staśko D., Bezpieczeństwo energetyczne w gospodarce
              paliwowej, Kraków 2006
              Klare M. T., Krew i nafta, Warszawa 2006
              Lucas S., Jaksa, Sydney 1989;
              Michałowski W., Tajne służby w rurach, Warszawa 2007
              Mirzoev M. A., Perspektywy wykorzystania zasobów węglowodorów i
              niektóre problemy prawne statusu Morza Kaspijskiego, wyd. Fundacja
              Odysseum ( w przygotowaniu)
              Paradowski R., Eurazjatyckie imperium Rosji, Toruń 2001
              Putin W., Planowanie strategiczne odtwarzania bazy mineralno
              surowcowej regionu w warunkach kształtowania relacji rynkowych,
              praca doktorska (j. ros.), Uniwersytet w Sankt Petersburgu, Zeszyty
              Instytutu Górnictwa - styczeń 1999.
              Roberts P., The end of Oil. On the Edge of Perilous New World, Nowy
              Jork 2005;
              Stokłosa M., Chiny, Rosja: gra o ropę w Eurazji, Kraków 2005
              Wasilewski A,. Ropa naftowa w polityce Rosji, Kraków 2005.
              Wowczuk W., Największy przekręt XIX wieku. [w:] RUROCIAGI nr 2-
              3/16/99

              WSTECZ
              • hasz0 Nie szukasz w Int. Co Lebiedź miał Michałowskiemu? 18.06.10, 22:58

                ...Oj Manny Jestem

                .......Oj manny manny mann!

                .........zachowujesz sie podobnie jak wczesniejsi moi dyskutanci.....

                Wklep w Google spotkanie prof. Michałowskiego z gen. Lebiedziem
                na temat GAZPROMU.

                I poszukaj analogii z Katyniem
            • rycho7 Re: nie wsadzaj durnych uwag Rychu7 19.06.10, 07:48
              hasz0 napisał:

              > światowy kongres Azerów w Baku

              Zupelnie mnie nie zmartwilo nazwanie durnym przypominanie statystyk. Twoj swiat
              urojen nie potrzebuje kotwicy faktow.
              • hasz0 jasneeeee 19.06.10, 10:03
                Rzeczpospolitej” udało się dotrzeć do części zeznań Rosjan, na
                podstawie których ustalono prawdopodobny typ radaru, na którym
                pracowali. – Moim zdaniem Rosjanie mieli radar RSP-10 MN lub jego
                zmodyfikowaną wersję. Znam to urządzenie – powiedział Izydor Palka,
                emerytowany kontroler wojskowy z 37-letnim stażem
                Praca kontrolerów rodzi wiele pytań. Według ekspertów lotnicy
                popełnili błąd, bo sami powinni podawać kontrolerowi swoją wysokość.
                Dlaczego? Bo radar RSP-10, który prawdopodobnie Rosjanie mieli do
                dyspozycji, jest urządzeniem niedokładnym -
                informuje "Rzeczpospolita".
                • hasz0 _PO___zornie .bez związku dla małych iq_______ 19.06.10, 11:33
                  Cytatgdy poczułem się już zupełnie
                  przemoknięty, zacząłem czuć coraz większe zniechęcenie do dalszego
                  asystowania niezrozumiałym ceremoniom. Schowałem kamerę do pokrowca
                  i postanowiłem się rozgrzać zwiedzając otoczenie. Za czymś w rodzaju
                  drewnianej bramy, która stanowiły dwa wbite w ziemię pionowo pale z
                  poprzeczną żerdzią szamani złożyli swój ekwipunek i różnego rodzaju
                  wyposażenie. Uwagę przykuwał stary bęben. Wspaniały okaz. Takiego
                  jeszcze nie widziałem w żadnym ze zwiedzanych muzeów
                  etnograficznych. Postanowiłem go sfilmować. W tym celu musiałem go
                  wziąć do ręki, aby ustawić bardziej fotogenicznie. Nie zdążyłem
                  podnieść obiektywu kamery do oka gdy poczułem silny cios w kark.
                  Natychmiast bęben wypuściłem z ręki. Kątem oka dostrzegam, że
                  uderzającą była zupełnie młoda dziewczyna, prawdopodobnie dopiero
                  praktykująca szamańskie rzemiosło.

                  Nosiła niebieską, mongolskiego kroju jedwabną deli. Jej blada z
                  wściekłości słowiańska o dziwo twarz wyrażała coś, co można by
                  śmiało nazwać płomiennym oburzeniem. Przeprosiłem, ale chcąc
                  przywrócić bębnowi pierwotne położenie, gdy sięgnąłem w jego
                  kierunku ręką, zarobiłem jeszcze raz. Gołą ręką. Równie mocno. Z
                  jeszcze większą wściekłością. Incydent miał miejsce na otwartej
                  przestrzeni. Dosłownie o paręnaście kroków od płonącego ogniska,
                  tańczących wokół szamanów i garstki widzów. Nikt nie zareagował.
                  Tylko w oczach Ajczurek wydawało się, że dostrzegam groźny błysk.
                  Moją pogromczynię niespodziewanie uspokaja dźwięk języka polskiego.
                  Mówiła nim jej babka z domu Bazylewska. Była znachorką na Polesiu.
                  Dużo lepszą niż matka. Jej umiejętności niedawno
                  badał „trudopersonalnyj psychołog" Stanisław Grott z Kaliforni. Też
                  mówił po polsku.

                  Największym autorytetem w dziedzinie szamanizmu jest w Tuwie
                  posiadacz wyższego stopnia naukowego leningradzkiego uniwersytetu
                  profesor Mongusz Kenin Łobsan. Ma swój gabinet w gmachu Muzeum.
                  Każdy może się z nim zobaczyć pod warunkiem zapłacenia 10 dolarów za
                  konsultacje. Przepowiada przyszłość. Doradza w sprawach sercowych i
                  zdrowotnych. Biznesem się nie zajmuje. W wydanej parę lat temu
                  książce AŁGYSZI (Pieśni) TUWIŃSKICH SZAMANÓW zamieścił w angielskim
                  oryginale pismo Dr. Michaela Harnera, prezesa THE FOUNDATION FOR
                  SHAMANIC STUDIES, przyznające mu status ŻYWEGO SKARBU SZAMANIZMU i
                  roczne stypendium na pobyt w Stanach Zjednoczonych. Tego rodzaju
                  stypendiów upamiętniających pamięć Heimo Lappalainena, sądząc po
                  nazwisku Fina, który współpracował z rządem Republiki Tuwa w imieniu
                  Fundacji .

                  Zawsze odnosiłem się z dużym dystansem do zjawisk nadprzyrodzonych.
                  Do latania na miotłach, bębnach i pogrzebaczach, chodzenia po wodzie
                  czy operacji ślepej kiszki gołymi rękami bez rozcinania brzucha.
                  Relacjonując wydarzenie, w którym uczestniczyłem przeszło 7 tys.
                  kilometrów na wschód staram się eliminować wszelkiego rodzaju emocje
                  i przymiotniki.



                  www.racjonalista.pl/kk.php/s,4160
                  • hasz0 _____________________________na zachętę cd. 19.06.10, 11:36
                    Autor tekstu: Witold Stanisław Michałowski; Oryginał:
                    www.racjonalista.pl/kk.php/s,4160
                    Pod wieczór, gdy wróciłem do mieszkania znajomej redaktor naczelnej
                    tuwińskiej gazety INFORM PLUS, gdzie udzielono nam gościny, poczułem
                    się źle. Nawet bardzo źle. Do już prawie nieprzytomnego pogotowie
                    przyjechało po upływie doby. Wiadomo święto państwowe. Mało
                    brakowało, że za późno. Lekarki badając delikwenta na odległość
                    orzekły, że mam różę i to w wysoce groźnej i zaraźliwej odmianie.
                    Zaleciły końską dawkę antybiotyku i jakieś witaminy. Wypisały
                    recepty. Poradziły też, aby sprowadzić ...Ajczurek. Skądś wiedziały
                    o incydencie. Mój towarzysz sprawę potraktował poważnie. Udał się na
                    bulwar Kosmonautów. Ajczurek odmówiła. Stwierdziła tylko, że już
                    swoje odcierpiałem i żebym teraz tylko bał się o rodzinę. Było to 19
                    sierpnia. Tę datę zawierają recepty. O tym, co się stało tego samego
                    dnia w podwarszawskim Michalinie, gdzie została żona z córkami,
                    dowiedziałem się dopiero półtora miesiąca później, telefonując z
                    Moskwy. Nasz dom został spalony. Uderzył weń piorun kulisty. W akcji
                    ratowniczej uczestniczyło 7 jednostek straży pożarnej. Z Wawra,
                    Otwocka, Józefowa, które w rejestrze wyjazdów interwencyjnych
                    odnotowały datę...19 sierpnia. W tym miejscu muszę pozwolić sobie na
                    kolejną dygresję. Jeden z moich czeczeńskich przyjaciół, za którego
                    poręczałem u polskich władz, ponieważ miał trudności z uzyskaniem
                    statusu uchodźcy, jako były oficer MWD Federacji Rosyjskiej, gdy mu
                    relacjonowałem przebieg spotkania z szamanami, opowiedział pewne
                    wydarzenie.

                    Było to jeszcze za istnienia ZSRR, gdzieś za Sajanami, w rejonie,
                    który wówczas należał do zamkniętych, nie tylko dla zagranicznych
                    turystów, ale i dla większości radzieckich obywateli. Jako dowódca
                    oddziału wojsk wewnętrznych ochraniał i, jak się później sam
                    przyznał, „neutralizował" ekipy eksperymentatorów przeprowadzających
                    dziwaczne polowe doświadczenia. Dysponowali dostarczonym w
                    zamkniętych kontenerach terenowymi ułazami z zakładów w Ufie, bez
                    numerów rejestracyjnych. Technicy montowali na nich paraboliczne
                    metalowe anteny i podłączali je do generatorów urządzeń napędzanych
                    przez silniki pojazdów. Zadanie mieli dość trudne. Nocami
                    niezauważeni przez mieszkańców, dość rzadko rozrzuconych w tej
                    części Południowej Syberii wsi, musieli zając stanowiska odległe od
                    najbliższych domów co najmniej na strzał snajperskiej broni
                    przeciwpancernej. Na około dwa kilometry. Zarządzał wówczas
                    wycofanie do tyłu podkomendnych.

                    Technicy wówczas uruchamiali generator starając się nakierować
                    paraboliczną antenę mniej więcej na środek wsi czy aułu. Dalszy
                    przebieg wydarzeń obserwował w okularach wojskowej lornetki, leżąc z
                    resztą oddziału ochrony co najmniej pół kilometra z tyłu. Po mniej
                    więcej dwóch kwadransach w osadzie dawała się zaobserwować wyraźna
                    nerwowość poruszających się ludzi. Ich głosy nie dobiegały tak
                    daleko, ale można się było domyśleć, po gwałtownej gestykulacji i
                    szybkości ruchów, że coś ich bardzo zaniepokoiło

                    Po dalszym kwadransie pracy generatora sytuacja ulegała do pewnego
                    stopnia polaryzacji. Ludzkie figurki zaczynały ze sobą walczyć,
                    biegać dookoła domów gwałtownie wymachując rękami, podpalać
                    samochody. Były też takie, które oddawały się miłości. Jak
                    najbardziej dosłownie. Pary doskonale widoczne w 6 czy 8 krotnym
                    zbliżeniu lunet kładły się obok siebie i na sobie, kucały i klękały
                    w zupełnie jednoznacznych celach. Publicznie. W biały dzień, na
                    środku drogi, na podwórkach. Głośno ujadały i wyły psy. Gdy
                    wyłączano generator wszystko wracało do normy.

                    Najwięcej problemów dostarczał personel obsługujący urządzenia po
                    zakończeniu eksperymentów. Jako dowódca ochrony był odpowiedzialny
                    za dopilnowanie, aby wszyscy co do jednego wsiadali do wielkiego,
                    hermetycznego, ciemnozielonego kontenera bez okien i bez
                    wewnętrznych klamek, wożonego na trójosiowym kamazie. Miał go
                    wówczas plombować i przekazać innemu oddziałowi MWD, który po jakimś
                    czasie nadjeżdżał. I tu bywały problemy. Nie u wszystkich
                    obsługujących ułazy z parabolicznymi antenami wyposażenie kontenera
                    wzbudzało zaufanie. Szczególnie podłączone do niego zbiorniki z
                    jakimś gazem. Nie chcieli do niego wsiadać. Rozbiegali się. Musiał
                    ich likwidować. Zmobilizowani naukowcy z Moskwy czy Leningradu uciec
                    daleko w step czy tajgę szans nie mieli żadnych. Dlatego do tego
                    zadania skierowano właśnie mego rozmówcę. Miał bardzo piękną bojową
                    kartę z Afganistanu. Czeczeńcy zawsze wzorowo wykonują rozkazy.
                    Niektóre z przyjemnością.

                    Mój niezbyt odległy sąsiad z Anina, profesor Mirosław Dakowski,
                    zanim jeszcze stał się tropicielem sławetnej afery FOZZ studiował
                    fizykę w ZSRR. Tam uzyskał wyższy stopień naukowy i został
                    kandydatem na pierwszego polskiego kosmonautę. Poznał też wielu
                    uczonych z „jaszczyków" psychotronicznych. W pewnych warunkach
                    niektórzy z nich byli rozmowni. Profesor uważa, że coraz większa
                    część budżetów wojskowych światowych potęg przeznaczona jest na
                    doskonalenie już posiadanej wiedzy na temat nowych rodzajów broni.
                    Biologicznej, psychotronicznej i tektonicznej w pierwszej
                    kolejności. Przykładem może być ujawniony w USA na początku lat
                    dziewięćdziesiątych rządowy MIND CONTROL PROGRAM zwany Monarch
                    Projekt. Przykład świadka o nazwisku Paul Bonacci, któremu dano nie
                    mniej nie więcej tylko 14 nowych i odrębnych osobowości może być
                    jednym z wielu ujawnionych przez środki masowego przekazu. Nie jest
                    tajemnicą, że tajne laboratoria broni psychotronicznej, której
                    początki zastosowań sięgają w niewiarygodnie odległą przeszłość,
                    korzystają z doświadczeń kapłanów prastarej, panującej w Himalajach
                    religii bon, tybetańskich lamów i szamanów z Syberii. Ci ostatni zaś
                    uważają, że prakolebką, praźródłem i pramatką wszystkich religii
                    świata jest obszar Ałtaju i przyległej do niego żyznej kotliny
                    pomiędzy Sajanami, Ułan Tajgą i górami Tannu Oła, czyli terytorium
                    dzisiejszej Republiki Tuwa.

                    • hasz0 Re: _____________________________na zachętę cd. 19.06.10, 11:40
                      [i]Autor tekstu: Witold Stanisław Michałowski; Oryginał:
                      www.racjonalista.pl/kk.php/s,4160
                      „Latanie na bębnach" szamanów pod warunkiem, że się oczywiście nie
                      traktuje tego dosłownie jest równie, a może nawet bardziej dokładnie
                      dowiedzione, jak lewitacje w niektórych stanach świadomości czy
                      religijnej ekstazy. Na użycie sił szamanów i różnego rodzaju
                      indywiduów posługujących się „tajemnymi mocami", których dziś byśmy
                      prawdopodobnie nazywali psychotronikami przez kręgi władzy, tak
                      Rosji bolszewickiej jak i hitlerowskich Niemiec, wskazuje szereg
                      dokumentów i świadectw. Ich przeciwnicy też usiłowali nadrobić
                      zaległości w tych dziedzinach. Zainteresowanych kieruję do książki
                      A.K. Gurtowoj i J.W. Winokurowa: PSYCHOTRONNAJA WOJNA.

                      *

                      Wojciecha Grzelaka poznałem dzięki tragedii. Byłem ongiś prezesem
                      Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich z Warszawy. Musiałem
                      wówczas parokrotnie wyjaśniać dziennikarzom Sztandaru Młodych i
                      innych mediów okresu wczesnego Gierka jak mogło dojść
                      do „zaginięcia" paru naszych kolegów w Bieszczadach. Było to trochę
                      tak jak z informacjami Radia Erewań o rozdawaniu rowerów na Placu
                      Czerwonym.

                      Zimą dwaj bracia K. oraz Wiesiek S. wyszli ze schroniska w
                      Ustrzykach Górnych na nartach na Halicz. Śnieżna zamieć zmiotła ich
                      na stronę „worka". Jeden złamał nartę. Zanocowali w opuszczonej
                      bacówce. Postąpili właściwie. W schronisku, gdzie zostały ich
                      plecaki, podniesiono alarm. Przyszli umordowani wieczorem następnego
                      dnia. Odwalili szmat drogi w kopnym śniegu. Zainteresowani niech
                      przestudiują mapę. Prasa miała co pisać. To było tak dawno. Nigdy
                      nie przypuszczałem, że ubiegłoroczne komunikaty PAP o zaginięciu w
                      Ałtaju dwóch Polaków mogą mieć coś wspólnego z tamtym wydarzeniem.
                      Niestety miały. Ojcem jednego z zaginionych był uczestnik
                      narciarskiej wyprawy do bieszczadzkiego „worka". Próbując odtworzyć
                      wszystkie okoliczności jakie towarzyszyły dramatowi na zboczach
                      Biełuchy trafiłem na Wojtka Grzelaka, polskiego biznesmena
                      mieszkającego w Barnaule, który na temat ostatnich dni życia
                      zaginionych zebrał bardzo dużo informacji. Niestety chłopaków do
                      dnia dzisiejszego nie odnaleziono.

                      Nie wykluczone, że wpadli w lodową szczelinę.

                      Po roku, gdy śniegi zeszły z dolnych partii gór, ruszyła ich
                      szlakiem wyprawa poszukiwawcza pod kierownictwem Walerego
                      Jakubowskiego naczelnika Górnoautajskiej Federalnej Służby
                      Ratowniczej. Zaginionych nie odnaleziono.

                      Korespondujemy z Wojtkiem. Ostatnio przesłał mi swoje obserwacje na
                      temat odradzania się szamanizmu w rejonie świata uważanym za jego
                      kolebkę.

                      Zinajda uczyła w podstawówce. Mieszka w drewnianym domku na
                      obrzeżach Gornoałtajska, stołecznego i jedynego miasta Republiki
                      Ałtaj, która wchodzi w skład Federacji Rosyjskiej i graniczy z
                      Mongolią, Chinami oraz Kazachstanem. W nielicznych chwilach wolnych
                      od obowiązków pedagogicznych i zajęć domowych szamani. Miejscowi
                      mówią: kamła.

                      Oddajmy jej głos: To moje przeznaczenie. O tym, że zostanę szamanką,
                      wiedziałam od dzieciństwa. Miałam niezwykły dar: czułam zapach
                      śmierci, wiedziałam, za kogo wyjdę za mąż. Oświecenie przyszło, gdy
                      przyśnił mi się starzec w bieli. Powracał w moich snach. Mój ojciec
                      był wtedy ciężko chory; uzdrowiłam go. Objawiono mi wiele rzeczy:
                      patrzę na Ziemię jak na istotę składającą się z różnych organów: jej
                      kręgosłup to Rosja, a Ałtaj jest pępowiną. Rzeki, góry i lasy Ałtaju
                      to także jakby rozmaite części ciała. Poznałam swoich przodków.
                      Jestem dwunastą szamanką w moim rodzie. Kiedy nawiedzą mnie wszyscy
                      moi przodkowie, wtedy będę mogła posługiwać się bębnem.

                      Mircea Eliade, najznakomitszy badacz szamanizmu, postrzega go jako
                      bardzo złożone zjawisko, zaznaczając jednak, że w ścisłym sensie
                      jest to fenomen syberyjski i środkowoazjatycki, choć istniał m.in.
                      także wśród dawnych ludów europejskich. Szaman potrafi wprawiać się
                      w stan ekstazy, a zdolności te umożliwiają mu magiczny lot,
                      odwiedzanie zaświatów i panowanie nad niektórymi ich mieszkańcami.
                      Dzięki temu może uzdrawiać ludzi, a także pomagać im w rozstrzyganiu
                      innych ważnych problemów życiowych. Wśród wielu narodów Syberii
                      funkcjonuje instytucja szamana, która na Ałtaju jest szczególnie
                      wyrazista. Istnieją pewne pokrewieństwa technik szamańskich z innymi
                      systemami magii. Niezwykły lot szamana w światy niewidzialne, choć
                      wykonywany na innym, niż fizyczny, planie, przywołuje słuszne
                      skojarzenia z lotniczymi umiejętnościami europejskich czarownic.
                      Bęben szamański jest odpowiednikiem różdżki czarnoksięskiej, więzi
                      też duchy, które średniowieczni demonolodzy próbowali usidlać w
                      kręgach magicznych. Szaman ałtajski należy bez wątpienia do
                      wielkiego bractwa czarowników i magów, jakkolwiek Gandalfa raczej
                      nie przypomina.

                      Bęben szamański to wielka odpowiedzialność - mówi Tamara Michajłowa,
                      dyrektor Instytutu badań Humanistycznych w Gornoałtajsku. — Kiedyś
                      etnografowie zabrali do Nowosybirska bęben zmarłego szamana z Kosz
                      Agacz. Ale… brzemię okazało się za ciężkie. Wkrótce zaczęły się
                      przytrafiać im wypadki, które sprawiły, że odwieźli bęben tam, skąd
                      go wzięli. Jednak nikt nie chciał przejąć fatalnego instrumentu. Aż
                      wreszcie zdecydował się na to początkujący szaman,
                      dwudziestopięcioletni chłopak. Nie umiał wszak poradzić sobie z
                      ukrytymi w bębnie mocami i popełnił samobójstwo.

                      Następuje ożywienie bębna. Drzewo, z którego wykonano obręcz,
                      wybrano bardzo starannie — szaman otrzymał ścisłe wskazówki od
                      duchów. Przed ścięciem posmarowano je krwią i alkoholem. Teraz na
                      obręcz spływają krople piwa, rozpryskują się na skórze bębna. Skóra
                      poczyna drgać i rozpoczyna opowieść o swojej przeszłości. Szaman
                      wciela się w łosia, którego skóry użyto do wyrobu bębna, opowiada o
                      jego życiu w tajdze, dzieciństwie i wieku dojrzałym oraz o myśliwym,
                      co pozbawił zwierzę życia. Gardłowy głos raz po raz przechodzi w ryk
                      wydawany przez zranionego byka...

                      Geografia ałtajskiego wszechświata jest w zasadzie prosta: istnieją
                      trzy światy — górny, środkowy i dolny. W pierwszym z nich rządzi bóg
                      Ulgen, w drugim żyją ludzie, a trzeci, utożsamiany z piekłem, to
                      dziedzina Erlika. Wyobrażenia tych sfer przedstawiają rysunki na
                      szamańskich bębnach i kostiumach. Tam właśnie wędruje szaman podczas
                      kamłania, najczęściej w pościgu za porwaną przez demony duszą.
                      Postaci duszy u Ałtajczyków jest kilka, a panteon zamieszkujących
                      zaświaty bóstw bardzo liczny. Szaman musi się w nim dobrze
                      orientować, aby pomyślnie stoczyć walkę i odzyskać uprowadzoną
                      duszę. Kiedy zwróci ją właścicielowi, ten będzie uzdrowiony.

                      Szaman zostaje powołany z woli bogów. Wcześniej, nim dostąpi
                      wtajemniczenia, musi jednak przejść różne próby. Faktycznie
                      przemiana następuje, gdy przyszły szaman przeżywa własną śmierć.
                      Leży dwa, trzy dni bez życia, a w tym czasie w zaświatach mijają
                      lata, podczas których poddawany jest niezwykłym procesom. Demony
                      rozrywają jego ciało na strzępy, łamią kości, wylizują mózg, aby
                      potem stworzyć na nowo istotę obdarzoną już nadprzyrodzonym
                      talentem. Kamłam tylko w określone pory — mówi Zinajda. — Nigdy
                      podczas dni następujących po pełni księżyca i po zachodzie słońca.
                      Zwłaszcza, gdy słońce zachodzi na czerwono. Wtedy otwierają się
                      bramy piekieł. Nie mam jeszcze dość sił, aby przeciwstawić się
                      duchom ciemności. Zresztą, kiedyś one trzymały się daleko od
                      domostw. Teraz bywa, że zbliżają się do ogniska, serca domu i
                      rodziny. Zło tkwiące w ludziach ośmiela demony. Młoda szamanka
                      rzeczowo opowiada o źródłach swoich umiejętności, które związane są
                      ze szczególną historią ałtajskiego narodu. Do własnej przeszłości
                      Ałtajczycy odnoszą się z wielkim szacunkiem i bardzo dużo na ten
                      temat wiedzą. Za miejsca kultu uważają zespoły kurhanów na południu
                      kraju, choć są one przeważnie pochodzenia scytyjskiego, a znalezione
                      w nich s
                      • hasz0 __________i najciekawsze!!!!!!!!!!!!!!!!!!____ 19.06.10, 11:46
                        Autor tekstu: Witold Stanisław Michałowski;
                        Oryginał: www.racjonalista.pl/kk.php/s,4160
                        Feliks Kon zesłany za działalność rewolucyjną po odbyciu wielu lat
                        katorgi z zapałem oddawał się badaniom etnograficznym. Był jednym z
                        pierwszych Polaków, którzy pozostawili w literackim dorobku zapisy
                        dotyczące szamanów Syberii. .

                        Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne dorobek z wyprawy etnograficznej
                        za Sajany politycznego przestępcy, którego od stryczka uratowały
                        wpływy i pieniądze bogatej żydowskiej rodziny z której pochodził
                        nagrodziło złotym medalem. Wyprawę sfinansował i przydzielił do jej
                        ochrony znaczny oddział kozaków carski rząd. Wielka to być może
                        szkoda dla etnografii, że jej szef był zatwardziałym rewolucjonistą
                        stawiającym sobie za cel zmianę porządku społecznego w którym się
                        urodził. Ale chyba nie rozwalenie imperium.

                        Zdaniem jednego z carów Rosja to nie imperium, to część świata.

                        Nazwisko Kon, Cohn, Kohn można pisać na wiele sposobów. Rodzina
                        chlubi się starożytnym sięgającym Sumeru rodowodem. Wydała wielu
                        uczonych rabinów, mędrców, profesorów, artystów, polityków. Ludzi
                        ogromnej wiedzy i intelektu. Od wieków wchodzących w skład elit
                        wielu krajów świata. Nie można zakładać, że osobistości kierujące
                        nawą państwową przedrewolucyjnej Rosji to były same durnie i
                        cymbały. W służbie zagranicznej, a nawet wszechwładnej CzeKa,
                        jeszcze przez wiele lat po zwycięstwie rewolucji piastowali
                        najróżniejsze stanowiska nader liczni przedstawiciele minionego
                        systemu.

                        Warto przyjrzeć się zmianom jakie zachodziły na mapach rosyjsko-
                        chińskiego pogranicza na przestrzeni minionych trzech wieków.
                        Obserwujemy stałą, konsekwentną ekspansję północnego sąsiada.
                        Wszelkie środki są dobre i wszelkie argumenty do wykorzystania. Cel
                        to nie tylko utrzymanie tak długo jak tylko będzie to możliwe w
                        kolonialnej zależności Syberii i Dalekiego Wschodu, ale również
                        dotarcie do brzegów Oceanu Indyjskiego. Darujmy sobie cytaty
                        stosownych dzieł, opracowań i publikacji potwierdzających tą tezę.
                        Zajęłyby zbyt wiele miejsca.

                        Wielomiesięczna wyprawa oddziału kozaków ochraniających ekspedycję
                        Kona za Sajany do kraju Sojotów była, stosując terminologię prawa
                        międzynarodowego, zbrojnym wtargnięciem i to o setki kilometrów w
                        głąb sąsiedniego państwa. Używanie w tym przypadku określenia, że
                        mamy do czynienia z błahym naruszeniem granicy byłoby
                        nieporozumieniem. Feliks Kon nie posiadał naukowego przygotowania do
                        przeprowadzania badań etnograficznych. Zdecydowano jednak właśnie
                        jemu powierzyć realizację trudnego zadania. Musiał już wówczas być
                        człowiekiem, któremu się ufa, który nie zawiedzie, i który potrafi
                        zachować należną dyskrecję. Potrzebną, gdy ma się do czynienia ze
                        strategicznym rozpoznaniem dość dużego terytorium, na które carska
                        Rosja ostrzyła zęby. Wojska rosyjskie rozpoczęły zajmowanie
                        dzisiejszej Republiki Tuwa niespełna dziesięć lat po zakończeniu
                        jego ekspedycji. Obszar Kraju Urianchajskiego był prawie tej samej
                        wielkości, co powierzchnia zaboru naszego kraju przez ZSRR w 1939
                        roku

                        Pełny tekst raportu, jaki sporządził Feliks Kon z tej wyprawy, nigdy
                        nie został i prawdopodobnie nie zostanie opublikowany. W
                        archiwach Wielkiej Brytanii też są zapisy dotyczące wydarzeń w
                        Polsce w okresie II wojny światowej, które nie mogą zostać
                        ujawnione, pomimo upływu już więcej niż pół wieku od jej
                        zakończenia.

                        W 1908 roku, pięć lat po powrocie z chińskiego pogranicza razem z
                        dr. Hermanem Diamantem, dr. Feliksem Perlem, dr. Emilem Bobrowskim i
                        Stanisławem Żmigrodzkim, jest członkiem Sądu Obywatelskiego nad
                        wybitnym krytykiem literackim, oskarżanym o współpracę z carską
                        Ochraną, Stanisławem Brzozowskim. Proces odbywał się w Krakowie.
                        Stefan Żeromski, uczestnik procesu, dobry znajomy i rówieśnik
                        Feliksa Kona, tak go wówczas zapamiętał: Postać, wywiędła,
                        zniszczona, człowiek jakby ze mgły, o twarzy sympatycznej nerwowego
                        utopisty, bohater warszawskiego Proletariatu. Jeden z tych, których
                        dumne cienie w kajdanach widywało się na zbiorowej
                        fotografii „proletaryatczyków" w izbach socyalistów.

                        Dla całej polskiej inteligencji, która w ogromnej większości
                        poczynając od autora Ludzi Bezdomnych solidaryzowała się z
                        obwinionym, uważając go za swego duchowego przywódcę, sprawa nie
                        została rozstrzygnięta. Zaszczuty Brzozowski zmarł na gruźlicę. Po
                        kilkudziesięciu latach w wydanych w 1936 r. po rosyjsku
                        wspomnieniach ZA PIETDZIESIAT LET mieszkający już do końca życie w
                        Moskwie Feliks Kon wraca do tamtej sprawy twierdząc, że wprawdzie
                        wielbiciele talentu Brzozowskiego nazywali go "polskim
                        Michajłowskim", ale że miał w ręku dokumenty potwierdzające
                        przesyłanie przez niego raportów o ruchu rewolucyjnym do
                        departamentu policji. (NARODZINY WIEKU, str.540, Wyd. Książka i
                        Wiedza, 1969).

                        Na przełomie wieku Feliks Kon był człowiekiem godnym zaufania dla
                        elit kierujących polityką zagraniczną imperium, które obejmowało
                        obszar 1/6 kuli ziemskiej. Pozostał nim również dla elit, które
                        wyniosła do władzy Rewolucja Październikowa, skoro on głównie
                        negocjował ze sztabem generalnym wilhelmowskich Niemiec warunki
                        przejazdu w zaplombowanym wagonie Lenina wraz ze świtą,
                        zmierzającego już wówczas do objęcia władzy w Petersburgu. Na parę
                        lat późniejszym zdjęciu widzimy starszego pana w kraciastej
                        maciejówce obok Juliana Marchlewskiego i Feliksa Dzierżyńskiego

                        w centrum zbiorowego zdjęcia członków Tymczasowego Komitetu
                        Rewolucyjnego armii najeźdźców własnej ojczyzny. Renegat? Bez
                        wątpienia. Ale tylko w niewiele większym stopniu niż uważany za
                        jednego z ojców narodu kanadyjskiego Kazimierz Gzowski, Zbigniew
                        Brzeziński czy jeden z byłych członków rządu francuskiej republiki
                        noszący nazwisko ostatniego króla Polski.

                        Na plebani w Wyszkowie zjawił się luksusowym samochodem. Lenin też
                        jeździł tylko rolls roysami.
                        W pisanej z charakterystycznym dla
                        tamtych lat patosem broszurze ubolewał nad oddawaniem
                        praniemieckiego Śląska i Gdańska pod władanie polskich panów i
                        burżujów. To już nie było chwilowe zauroczenie rewolucyjnymi ideami.
                        To była służba. Służba interesom imperium ze stolicą w Moskwie,
                        rozpoczęta wywiadowczym rekonesansem do Urianchajskiego Kraju
                        .

                        • hasz0 Pomyliłem wątki..........! 19.06.10, 13:16

                          forum.gazeta.pl/forum/w,13,113099715,113114845,Re_o_donoszeniu_na_policje.html
                          • hasz0 Re: Pomyliłem wątki..........! z tamtym wątkiem 19.06.10, 13:17

                            Spór o film z Colinem Farrellem
                            spór film colinem farrellem powrotna droga back Zamieszkała w
                            Kornwalii rodzina polskiego weterana wojennego Witolda Glińskiego
                            twierdzi, iż to jego wojenne przejścia były inspiracją dla
                            filmu "The Way Back" ("Droga Powrotna") z Colinem Farrellem w roli
                            głównej - pisze brytyjski tygodnik "Mail on Sunday".
                            oryginalna wiadomość: film.interia.pl/news/spor-o-film-z-
                            colinem-farrellem,143903115 luty, 2010 07:08 | źródło: Interia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka