sz0k
16.05.11, 22:06
W typowej dyskusji między dupokratą a monarchistą musi paść ze strony tego pierwszego stwierdzenie: „No tak a najlepiej to gdybyś to ty był tym monarchą, no nie?”. Kiedy ten „argument” upada (szanujący się monarchista wcale nie chce być królem, tylko króla mieć), pojawia się kolejna maczuga w postaci: „No tak bo wy monarchiści to jesteście tępe, nic nie umiejące, nie potrafiące o siebie zadbać matoły, które potrzebują nad sobą bata, tego Pana i Władcę, który się o was zatroszczy. Macie mentalność niewolników i lubicie być poddanymi”.
Argument o „poddaństwie” to jedna z ulubionych tez każdego szanującego się i prostego w swym myśleniu dupokraty. Prezentują ją tutaj chociażby snajperek z matołolotem, a w TV wszyscy dyżurni dupokraci. Ostatnio np. niejaki Leszczyński (ten od jury w Idolu), który przy okazji ślubu pary książęcej w Wielkiej Brytanii (notabene oglądało to ponoć 2 miliardy osób – a to tępe, wiernopoddańcze chłopy pańszczyźniane!), pokładał się ze śmiechu w studiu TVN na tą „szopkę dla rozentuzjazmowanych, sentymentalnych tłumów, tęskniących za Panem i potrzebującym nad sobą Władcy”. Pomijam już fakt, że rzeczywiście była to w zasadzie w całości medialna szopka. Szopką zresztą od dawna jest tzw. „monarchia” brytyjska, która poza fasadą z monarchią ma już niewiele wspólnego, a ichni król (czy też królowa) z rzeczywistym władcą. Jednak to co istotne i nad czym warto się przez chwilę pochylić to kwestia tego całego „poddaństwa”. O jakim tu bowiem „poddaństwie” mówimy? I czy rzeczywiście należałoby w ogóle mówić o „poddaństwie”?
Dla mnie jako konserwatysty sprawą kluczową jest bowiem hierarchia. Hierarchia jest najbardziej pierwotną i naturalną formą organizacji społeczeństwa. Hierarchiczność obserwujemy już od najprostszych form organizacji społeczeństwa – jak rodzina, do tych bardziej złożonych, jak miejsce pracy, nauki, czy wreszcie struktur rządowych – samorządowych, miejskich, państwowych.
Nikt nie neguje tego, że w pracy jest Prezes, potem dyrektorzy, kierownicy i pracownicy szeregowi. Nikt nie traktuje tej struktury w kategoriach władca-poddany. No przynajmniej nie mówimy tu o żadnym „poddaństwie”, prawda?
Zresztą w dupokracji też mamy przecież strukturę hierarchiczną. Jest prezydent, jest premier, są marszałkowie, ministrowie, senatorzy, posłowie… Ich „poddanymi” nie jesteśmy? Dlaczego więc akurat w przypadku monarchii od razu dupokratom zapala się czerwona lampka we łbach z napisem „poddani”? Ja rozumiem, że są to naleciałości historyczne z okresu kiedy monarchia tryumfowała, czyli okresu feudalizmu i wtedy zwrot „poddany króla” funkcjonował na porządku dziennym, no ale… dziś już feudalizmu nie ma, lenników króla też nie. Dziś „poddany” jest zwrotem używanym w znaczeniu pejoratywnym i po to właśnie jest stosowany przez dupokratów, z odruchem godnym psa Pawłowa, jak tylko pojawi się jakaś wzmianka o monarchii, czy królu.
Używanym oczywiście kompletnie bez pomyślunku. Bo „poddanym” króla bylibyśmy dokładnie w tym samym sensie co jesteśmy dzisiaj „poddanymi” naszego szefa w pracy, czy „poddanymi” Tuska z Komorowskim… W tym samym sensie, ale w zakresie nieporównywalnie mniejszym, dlatego że zakres władzy nad nami, dzisiejszych dupokratów jest o niebo większy niż najbardziej nawet zaborczego monarchy w dziejach historii…
Dlatego niezmiennie niepojętym pozostaje dla mnie używanie przez dupokratów „argumentu” o rzekomej chęci bycia „poddanym” monarchistów, w momencie kiedy „poddanym” jesteśmy obecnie idąc do byle biurwy w okienku urzędu, czy podlegając tzw. „kontroli” drogowej. I tutaj nasi dupokraci nie widzą nic zdrożnego, to łykają na zimno, uważając to jeszcze najczęściej za wielkie zdobycze dupokracji…
Ostatnio właśnie zostałem zatrzymany do takiej „rutynowej” „kontroli” drogowej. Z karocy, ustawionej na poboczu, wysypało się dwóch Jaśniewielmożnychpanów, skinieniem berła, dając mi znak abym się zatrzymał obok nich. Uczyniłem to oczywiście pośpiesznie, po wstępnym, chłodnym przywitaniu, zapytałem czy złamałem jakiś przepis (ku rwa znowu 51 kroków galopem na ograniczeniu do 50?), na szczęście okazało się, że nie. Jeden z Jaśniewielmożów skonfiskował moje glejty i ruszył do karocy, sprawdzać zapewne czy mają właściwe pieczęcie i czy mogę się poruszać bezpiecznie po tych ostępach, drugi natomiast przystąpił do oglądu mojego wozu. Z wielce poważną i zadumaną miną począł wydawać mi rozkazy – Proszę podnieść koniu ogon! – Proszę otworzyć kufer bagażowy! No i zaczął z pochodnią zaglądać do… hmmm…. hmmmm…no do środka…Dobrze, że Kasztan zdążył się wcześniej wypróżnić… Pod ogonem nic nie znalazł (mam nadzieję), natomiast w kufrze zainteresował się pewnym tobołkiem, który akurat wiozłem i wskazując władczo berłem, nakazł mi go otworzyć. W środku znajdowały się przeróżne żetony pieniężne przeznaczone do gry hazardowej, na szczęście poza pytaniami o zawód (- SZULER???) nie skończyło się to nakazem płacenia zaległego podatku od gier hazardowych, czy przedstawianiem stosownych oświadczeń od Wielkiego Podskarbiego na prowadzenie działalności hazardowej. Niestety Jaśniewielmożnypan dopatrzył się też pewnych braków w kufrze, tj. konkretnie wiadra piasku do gaszenia nagłych pożarów wozu oraz płotka ochronnego w razie gdyby mi się koło na drodze urwało (- No ale przecież nie na naszych, Jaśniewielmożnypanie!) i musiałbym je wymieniać. Zostałem na tą okazję odpowiednio upomniany oraz serdecznie poinstruowany (-W niedalekim zajeździe Tescoville mają takie Panie po 20 kopiejek). Na odchodnym, Jaśniewielmożnypan w czcigodności swojej dał mi również dobrą radę: - Czy trzyma Pan Wóz pod chałupą? – Ano trzymam. – To proszę chować do kufra tą latarnię co Pan tu powiesił na przedzie, bo może kusić złodzieja. – Ależ oczywiście Jaśniewielmożnypanie – oddaliłem się tyłem w pokłonach…