cepekolodziej
24.02.12, 23:17
Był rok '57. Jesień.
Nasza polonistka, Krystyna T., świeżo po studiach na UJ, opowiadała nam z przejęciem o "Po prostu", cytowała "Rehabilitację" krakowskiej poetki o pretensjonalnym imieniu Wisława, i Ważyka, "Poemat dla dorosłych". Całkiem niedawno - chyba podczas wakacji? - znikł otoczony drutami kolczastymi obóz. Ze strażniczych wieżyczek błąkały się przez lata światła reflektorów, teraz za ulicą Szeroką ciągnęło się opustoszałe pole. Nikt już nie wyprowadzał rankiem kolumn mężczyzn w szarych drelichach i drewniakach.
Nadeszły wakacje. Kolega Franek S., syn miejscowego pastora, wyjechał na kilka tygodni do Niemiec, do rodziny. Kiedy wrócił, oglądaliśmy z podziwem jego rower - nowiutką wyścigówkę z przerzutkami.
W kilka dni po rozpoczęciu nowego roku szkolnego mieliśmy z polskiego klasówkę. Mieliśmy o czymś pisać, chyba o tym, tak - o tym, jak będzie wyglądał rok 2000 i kim będziemy wtedy my. Nasza pani Krystyna przechadzała się między ławkami, podchodziła kolejno do piszących zadanie. Zauważyłem, że kiedy przystanęła przy Franku, jakby od niechcenia podniosła mankiet jego bluzy i patrzyła na jego nowiutki, jedyny w klasie zegarek.
Sekundy.
Franek oderwał wzrok od zeszytu i spojrzał na nią. Zaczerwieniła się i odeszła.