cepekolodziej
01.03.12, 13:32
Witek
Dom dziecka w N., w trzypiętrowej kamienicy. Sypialnie, świetlice, na
dole kuchnia, jadalnia, obok pomieszczenia, w których nas kąpano.
Moczyłem się co noc, i tak było z większością chłopców, z którymi
spałem. Wszystko przesycał kwaśny odór zastarzałego moczu.
Prześcieradła zmieniano rzadko, materacy i sienników nigdy. Co kilka
dni wychowawczyni kładła na stół duży arkusz białego papieru i
wyczesywała nam kolejno głowy. Po każdym przesunięciu gęstego
grzebienia na papier spadały z cichym stukotem wszy. Trzask gnid
zgniatanych między paznokciami. Fetor w ubikacjach bez drzwi, zawsze
zatkane i pełne rzadkiego kału miski klozetowe, bez desek, robaki.
Chodziłem do trzeciej klasy, wysyłano mnie od czasu do czasu po
naukowe pomoce do pomieszczenia pełnego map i plansz, poniemieckich.
Na jednej, pod obrazem, napis: Siegfrieds Tod, jakiś rycerz o zaciekle
ponurej twarzy wbijał oszczep w plecy młodzieńca schylonego nad
źródłem. Ale bardziej fascynowała mnie tam wisząca na ścianie wielka
plansza przedstawiająca człowieka jako fabrykę. Do otwartych ust
wjeżdżają wagoniki z pokarmem. Potem młyny zębów, potem kadzie ze
śliną. Pasy transmisyjne z języka do przełyku i dalej do żołądka, tam
kąpiel w kwasach, jakiś HCl (pamiętam ten wzór), stamtąd znów pasy
transmisyjne do dwunastnicy, rury do krwioobiegu, serca i mózgu,
wątroby, potem płyny rurami do nerek, cukry do krwi, mocz rurami do
pęcherza (przedstawionego jako wielki kocioł) z niego do kranu, części
stałe wagonikami do jelita grubego i dalej. Tryby, szyny, pasy
transmisyjne, przewody, rury.
Wszystko połączone ze wszystkim.
W mieście pełno było znaczków. Parcelowano poniemieckie klasery, można
było dostać rzadkie okazy niemal za darmo. Ja miałem Gujanę i
Tanganikę, w zamian za niemiecki oficerski epolet, wyszywany grubą
srebrną nicią.
Nie miałem w N. żadnego kolegi. Nikt nie zaprosił mnie do domu, na
żadne imieniny, żadnych wspólnych wędrówek po lekcjach w stronę domu,
wspólnego odrabiania lekcji. Byłem z domu dziecka.
Wracałem tego dnia ze szkoły na skróty, przez gruzowiska, przez roztrzaskaną
fabrykę i las pogiętych żelaznych filarów, które niczego już nie podpierały. Na
ulicy Kochanowskiego pojawił się nagle Witek. Zapytał bez wstępów:
– Masz coś nowego? No, jakiś nowy znaczek?
– Tylko Gujanę i Tanganikę.
– Wymienisz się na Burmę? Za Gujanę dałbym ci Burmę i trzech Hitlerów.
Mam w domu, chodź, pokażę ci.
Witek miał własny pokój. Oglądaliśmy znaczki, moja Gujana sprasowana
pomiędzy stronicami zeszytu nagle znikła. Witek twierdził, że mi ją
oddał, że włożył znów do zeszytu. Przeszukaliśmy na kolanach cały
pokój, ale znaczka nigdzie nie było.
Robiło się późno, musiałem pójść do ubikacji. Witek poszedł ze mną.
Weszliśmy do łazienki. Biała, lśniąca wanna z chromowanymi kranami, na
jednym, czerwonym napis Warm, na drugim, niebieskim – Kalt. Na ścianie
obok sedesu o drewnianej dębowej pokrywie biało-emaliowany pojemnik, z
wystającą z jego dna gumową rurką.
– Irygator – wyjaśnił Witek. – Głupi jesteś, i tak nie wiesz, do
czego to jest. A ja wiem, i wiem, gdzie ojciec trzyma kondony. Jak mnie
znów zleje, to wiem, co zrobię, przekłuję szpilką. I niech ma.
Wróciliśmy do pokoju. Spakowałem tornister i otwarłem drzwi do
przedpokoju. Witek przeglądał przy własnym stoliku do odrabiania
lekcji swoje klasery, przenosił w skupieniu pincetką znaczki z jednego do
drugiego. Spoza niedomkniętych drzwi kuchni dobiegały głosy. Męski
głos, ojciec Witka:
– I masz, akurat ten chorąży, wiesz, od tej roboty, od dzisiaj niby na
chorobowym. A właśnie przysłali takich trzech po wyrokach, ze Złotowa
czy Człuchowa, od jakiegoś Lepieszki czy coś. Wzywa mnie sam stary, że
niby muszę w zastępstwie.
Chwila ciszy. Potem znów on:
– Zapierałem się, że jestem z intendentury, a oni, że to nic takiego,
prowadzi się typa po schodach, że niby do celi w piwnicy, a ty
wyciągasz zza załomu rękę, jeden strzał i po kłopocie. I jest premia.
Idą normalnie jak baranki. Z dwoma pierwszymi jakoś poszło. No,
ale ten trzeci, jakiś nerwowy, szarpał się, krzyczał sukinsyn, że
jeszcze Polska. Nie trafiłem z tego wszystkiego w punkt, łeb mu się
rozwalił. obryzgało tego, co go prowadził z lewej strony. Porzygałem
się, a ten obryzgany do mnie z mordą, że jeszcze popamiętam.
– Uspokój się. Chcesz herbaty? – to matka Witka.
– A sama się uspokój, ku...ż jego mać. Bo zaraz potem znów mnie
wezwali na górę, a tam oficer polityczny, i też mordę drze. I na mnie
– wasz brat miał na imię Zygmunt? I urodził się w Święcianach w
piętnastym? Matka panieńskie miała jak? Co mi tu w ankietach
pieprzycie, że zginął w Berezie? Jak zginął, kiedy jest na liście płac
w tej Berezie? A skąd Niemcy wzięli jego nazwisko, że niby zamordowany
w Katyniu? No bratku, nie będzie łatwo.
Trzaśnięcie drzwi od kuchni. Dochodzą mnie już tylko podniesione głosy.
Kończę sznurowanie butów, Witek odrywa się od znaczków. Spogląda na mnie.
– Co, starzy znowu się kłócą? Dobrze, że tu jesteś, bo już bym oberwał
za stopnie. Leje mnie sznurem od żelazka. O, widzisz? – opuścił
spodnie, na pośladkach miał siną krechę. – A z ciebie to naprawdę
głupek – I co, widzisz?
Otwarł usta.
Moja zielono-niebieska Gujana leżała wilgotnie na jego języku.