benek231
01.07.17, 06:08
Magazyn Świąteczny
Anne Applebaum
Donald Trump chce odwiedzić kraj w Europie, w którym potraktują go jak w Arabii Saudyjskiej. Będą mu schlebiać, mówić, jaki jest wspaniały. Jarosław Kaczyński zorganizuje mu gorące powitanie. Z Anne Applebaum* rozmawia Maciej Jarkowiec.
MACIEJ JARKOWIEC: Ludzie związani z PiS-em mówią, że Donald Trump, który za kilka dni przylatuje do Warszawy, jest najbardziej propolskim prezydentem USA od czasów Ronalda Reagana.
ANNE APPLEBAUM: To absurd. Byłabym zdumiona, jeśli on wie, gdzie leży Polska.
To trudny moment dla Polski. Nie może być antyamerykańska, wziąwszy pod uwagę zależność wojskową od USA. A że teraz w zasadzie nie ma znaczących sojuszników w Europie, więc uzależnienie od dobrej woli Ameryki wzrasta. Paradoks polega na tym, że Donald Trump jest pierwszym prezydentem USA od 1949 r., kiedy powstało NATO, którego przywiązanie do sojuszu z Europą jest wątpliwe. Powtarza, że Europie nie ufa, że NATO jest marnowaniem pieniędzy.
Handel Polski z Niemcami jest wielokrotnie większy niż z USA. Pieniądze, które Polska otrzymuje z Unii, są setki razy większe niż środki z USA. Stosunki Polski z krajami Europy są o wiele istotniejsze niż ze Stanami, z jednym wyjątkiem – Ameryka zapewnia bezpieczeństwo. Problem polega na tym, że nie wiadomo, czy pod rządami Trumpa nadal tak jest. Żaden dotychczasowy prezydent USA nie wahał się potwierdzić gwarancji wynikających z art. 5 NATO. Trump jest pierwszy.
Każdy polski rząd musiałby robić to samo – zabiegać u Trumpa o zapewnienie gwarancji bezpieczeństwa.
Może właśnie po to przylatuje do Polski, żeby z pompą te gwarancje ogłosić?
– Nie wykluczam, że poszukuje dobrego politycznego momentu, by to zrobić, i że ten moment nadejdzie w czasie tej wizyty. Ale nawet jeśli tak się stanie, Polska w relacjach z Ameryką Trumpa powinna być bardzo ostrożna. To jest prezydent, który kłamie. Zrywa umowy i nie przestrzega ustaleń.
Przy wielu okazjach powtarza pani, że obserwowanie z bliska pod koniec lat 80. upadku bloku wschodniego było doświadczeniem, które zaważyło na całym pani życiu. Polska w tamtych przemianach odegrała kluczową rolę. Dziś najwięksi krytycy obecnej władzy twierdzą, że po ledwie półtora roku rządów PiS-u spuścizna 1989 roku i ponad ćwierć wieku pracy nad demokracją zostały roztrwonione. Jest aż tak źle?
– Jeszcze nie wiemy. Wiele zależy od tego, co się wydarzy w najbliższych latach. Na pewno PiS dokonuje zamachu na niektóre fundamentalne zasady funkcjonowania państwa przyjęte po 1989 r., do których stosowały się wszystkie dotychczasowe partie i rządy, łącznie z postkomunistami. Mówię choćby o niezależności sądów. Nastąpiło też totalne upolitycznienie służby cywilnej – o rozdziale stanowisk decyduje tylko i wyłącznie przynależność partyjna. Oczywiście mieliśmy z tym do czynienia w przeszłości, szczególnie w latach 90., ale teraz ta sytuacja występuje w całkiem nowej, ogromnej skali.
Bardzo znaczące jest to, że dziś na dobrą sprawę nie mamy pewności, czy następne wybory będą wolne. Nie można odrzucić scenariusza, że rząd w jakiś sposób będzie próbował wpłynąć na ich wynik. To obrazuje skalę zniszczeń demokracji. Jest za wcześnie, żeby stwierdzić, czy ona się obroni.
Nasza pozycja na arenie międzynarodowej słabnie w oczach.
– Polska budowała reputację przez ponad 20 lat. Rząd Platformy i PSL-u był tylko kolejnym z wielu, które pracowały na to, żeby w ostatniej dekadzie Polska stała się najważniejszym i najbardziej wpływowym środkowoeuropejskim członkiem Unii. Jej pozycja ciągle rosła, wzrastało znaczenie uprzywilejowanej relacji z Niemcami, podobne, wyjątkowe stosunki Polska zaczynała budować z Francją. Gdybyśmy dziś mieli inny rząd, rozmawialibyśmy o niemiecko-francusko-polskim przywództwie w Unii. Jestem przekonana, że po zwycięstwie Emmanuela Macrona we Francji i prawdopodobnej wygranej Angeli Merkel w Niemczech taki triumwirat by się wykształcił.
Zamiast tego język antyeuropejski i działania wewnętrzne władzy sprawiają, że Polska wydaje się nieobliczalna i nieodpowiedzialna. Stała się państwem, na którym nie można polegać. Polska i Węgry są postrzegane jako skrajnie prawicowi szaleńcy Europy. Wielu ludzi na Zachodzie od zawsze miało taki właśnie stereotyp na temat Polski i dziś jest im bardzo wygodnie go szerzyć.
Naprawdę trudno przesadzić w podkreślaniu, jak wielka to strata. Być może nieodwracalna.
Nieodwracalna?
– Może przyjść inny rząd, ale nie wiemy, jak długo potrwa odbudowa reputacji i zaufania.
Dam przykład. W ostatniej dekadzie Polska była zdolna narzucić Unii politykę wobec Ukrainy, doprowadzić do umowy stowarzyszeniowej z tym państwem. Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy pozwolili na to Warszawie, bo zaufali, że Polska jest odpowiedzialnym centrowym graczem europejskim. Nie wiadomo, czy w dającej się przewidzieć przyszłości odzyska możliwość takiego wpływu.
Dziś chcemy mieć wpływ przez sojusz Trójmorza.
– Nie rozumiem, co to porozumienie miałoby osiągnąć.
Bliższa współpraca między 12 państwami regionu ma zaowocować silniejszą pozycją w relacjach z dużymi krajami Europy.
– No tak, ale musi być coś, na co ta dwunastka się umawia. Jakaś platforma wspólnych celów. Może ona istnieje, ale jeśli tak, nikt tego na razie nie wytłumaczył. Tymczasem, jeśli spojrzymy nie na 12 państw Trójmorza, lecz ledwie cztery kraje Grupy Wyszehradzkiej, jedyne, co je łączy, to sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców.
Przyjazd Donalda Trumpa na szczyt Trójmorza jest jednak dużym sukcesem rządu PiS-u.
– Trump chce odwiedzić kraj w Europie, w którym potraktują go jak w Arabii Saudyjskiej. Będą mu schlebiać, mówić, jaki jest wspaniały. Gdzie przywitają go tłumy. Miał jechać do Wielkiej Brytanii, ale odłożył wizytę na czas nieokreślony, bo wiedział, że tam spotkają go protesty. Doradcy przekonali go, że Polska to dobre miejsce. PiS zorganizuje gorące powitanie, przybędą ludzie z flagami, Trump powie coś o Jane Pawle II i o Reaganie.
Dostrzega pani podobieństwa między jego rządami a władzą PiS-u?
– Największa jest taka, że i Trump, i PiS reprezentują mniejszość. Największe poparcie, jakie PiS uzbierał w wyborach, sięgało 40 proc., częściej oscyluje w granicach 30 proc. Trump przegrał głosowanie powszechne, został prezydentem dzięki systemowi elektorskiemu. Dziś twarde poparcie dla niego nie przekracza 30 proc. I Trump, i PiS stają przed tym samym problemem politycznym: reprezentują mniejszość, a chcą się przedstawiać jako głos całego narodu. Pojawia się potrzeba utrzymywania władzy przy użyciu niedemokratycznych środków. Stąd ataki na sądy, na media.
PiS wie, że nie ma zdolności koalicyjnych. W ostatnich wyborach miał wielkie szczęście, bo koalicja lewicy nie przekroczyła progu wyborczego. Tylko wyjątkowo fartowna arytmetyka parlamentarna zdecydowała o tym, że PiS ma samodzielny, większościowy rząd. Drugi raz może być trudno o takiego fuksa. Trzeba więc zmieniać zasady.