cepekolodziej
17.03.19, 11:34
Najpierw.
Były zachwiania w funkcjonowaniu rodziny. Trafiłem do jednego z domów dziecka we Wrocławiu.
Zaliczyłem lata 1950-1952; jestem absolwentem.
Absolwentem czego? Głodu (jedzenie było, ale nie do przełknięcia), wszawicy, brudu, wszechobecności resztek i fekaliów.
Wszechobecności, także w mowie. To tam, mając 8 lat, dowiedziałem się, jak wyglądają formy ludzkiego zbliżenia. Codziennie, po kilkanaście, kilkadziesiąt razy skrótowe ujęcia, tu kilka:
ten/ta w d.pę j.bany/a
ten/ta w mordę j.bany/a
w mordę j.ebiec
ch.j ci/mu/jej w d.pę
W nocy ściąganie co przystojniejszych chłopaków z sienników, półgłosy: zbranzluj, bierz w mordę. To wychowawcy (z okazji akademii w czerwonych zetempowskich krawatach), i starsi wychowankowie (do szkoły w czerwonych chustach).
Po mnie nie sięgali, chodziłem z nieustannie wypływającym z nosa glutami.
To tam dowiedziałem się, co to znaczy branzlotechnika (dzisiaj: onanizm, masturbacja), tam dowiedziałem się, że można j.bać i brać w d.pę.
Tam poznałem chłopca, mojego rówieśnika (ale był w DD o kilka lat dłużej), którego zrobiono k.rewką, taką, co to bierze w mordę. Często płakał. Pocieszałem go, choć tak naprawdę nie wiedziałem, co przeżywał. Nie pamiętam jego imienia. Ale pamiętam wstrząs, kiedy odkryliśmy go w cuchnącym kiblu, jako wisielca.
Tyle.
Nie wiem, co bym wtedy dał, żeby zostać adoptowanym, przez parę kochających się osób, mężczyzn czy kobiet, nieistotne. Ale - wtedy - takich możliwości nie było.
I teraz.
Nie mam 'naocznego' doświadczenia, nie wiem, jak wygląda dzisiaj sytuacja dzieci w domach dziecka. Nie wykluczam, że jest lepiej, szlachetniej, że nie odbywają się tam kursy przyśpieszonej seksualizacji, niewykluczającej gwałtu - z udziałem wychowawców/wychowawczyń i starszych/e wychowanków/anic.
Niezależnie. Nikt mnie nie przekona, że dzieci adoptowane przez równo-płciowe pary muszą - muszą - się stać zboczeńcami, pederastami/pedofilami.
Wykrzyknienie: wara od naszych dzieci - odbieram jako afirmację zakrzywiania perspektywy.