t_ete
16.07.20, 12:36
"Władza w miejsce dokształcania mas zdecydowała się obrać strategię dochamiania elit – pisze Tomasz Kozłowski.
(...)
Polityczna narracja ewidentnie wykorzystuje istniejące w społeczeństwie podziały i stara się wycisnąć z nich maksimum. Polska A, kraina wykształciuchów, inteligencka, pseudoelitarna, chodząca do teatru i jedząca bezy łyżeczką, brzydzi się prawdziwymi Polakami, grupą drugiej kategorii, a więc i ich ukochaną muzyką. Tymczasem każdy przecież wie, że o gustach się nie dyskutuje, w związku z tym niby dlaczego disco polo nie miałoby zagościć na salonach i festiwalach? Kto zaręczy, że z częstochowskich rymów i równie kulawych fraz nie wyłoni się nagle gatunek na miarę bluesa – muzyki prostych, niepiśmiennych niewolników? Ponieważ zwykły Polak wreszcie ma głos a prawdziwa władza wreszcie ma stosowny mandat zaufania, muzyce zwyczajnych ludzi zostanie przywrócone właściwe miejsce i godność. Jednocześnie przemilcza się, że tego rodzaju postawa – założenie nieweryfikowalności gustów – neguje sens estetyki jako osobnej dziedziny filozofii.
Wszelkie traktaty, kanony piękna, złote proporcje, podziały i symetrie są w tym prostym zdaniu unieważnione, sprowadzone do poziomu jakiejś reakcyjnej pseudonarracji. Popełniany jest tutaj błąd polegający na utożsamianiu wartości i wolności: wartości sztuki i prawa do cieszenia się nią w każdej odmianie. O ile wolno każdemu słuchać zarówno Bacha, jak i Zenka Martyniuka, o tyle zrównywanie jednego i drugiego – bo przecież o gustach się nie dyskutuje – dzieje się ze stratą dla kultury i cywilizacji, których istota zasadza się na niekwestionowanych standardach. A w Polsce, pod pozorem „oddawania Januszowi co Januszowe”, przemycane jest działanie obliczone na polityczny efekt, które w rezultacie stawia dziedzictwo kultury na głowie.
(...)
Władza w miejsce dokształcania mas zdecydowała się obrać strategię dochamiania elit (słowo dziś skrajnie niebezpieczne, mimo wszystko jednak – zaryzykuję). Aczkolwiek z drugiej strony można upierać się, że dochamianie wystartowało już dawno, ma się świetnie i Zenek Martyniuk – do którego osobiście nic nie mam – prędzej czy później, za tej czy innej władzy, i tak by się pojawił.
(...)
Ale mówimy tu o czymś więcej, czymś wcześniej niespotykanym. Polacy – wiele na to wskazuje – w swoim prostactwie najwyraźniej się rozsmakowali. Jesteśmy prawdziwymi koneserami prymitywizmu, eksplorującymi coraz to nowe warstwy geologiczne, przy których disco polo wydaje się niewinną wprawką. Wymyśliliśmy patostreamy: transmisje na żywo video kanałami z melin i innych siedlisk patologii to polski wynalazek, który święci tryumfy mierzone w „donejtach” o wartości milionów złotych. Każdy oglądający może bowiem oglądanemu „patusowi” przesłać stosowny datek, nader wielu z tej opcji korzysta.
Owo niewytłumaczalne pieszczenie się swoim chamstwem znajduje zresztą wyraz w narastającej autoironii, by nie powiedzieć autocynizmie.
Stworzyliśmy co najmniej dwie sztandarowe postaci: Janusza i Sławomira, które są emanacją prostactwa dość nietypowego, służącego wyłącznie rozrywce, niekoniecznie zaś refleksji. Imiona te nie są na szczęście kojarzone z patostreamerami, którzy stanowią skraj naszego kontinuum, mimo to mówią wiele o polskiej umysłowości.
Janusz to imię… małpy, nosacza sundańskiego, który jest mężem Grażyny, ojcem Seby (ew. Sebiksa), teściem Karyny, dziadkiem Dżesiki i Brajanka. Uosabia wszystko to, od czego naród z jednej strony się odżegnuje, z drugiej zaś – z czym pragnie się spoufalać, z czego śmieje się i co oklaskuje na przeglądach kabaretów, jak gdyby potwierdzając: tak, to my, to o nas. Z kolei Sławomir to sceniczny pseudonim Sławomira Pawła Zapały, performera i piosenkarza, który z charakterystycznym wąsem, zarośniętymi pachami i zaczesem flirtuje z estetyką Polaka-prostaka. (...)
Wygląda na to, że miotamy się gdzieś pomiędzy tymi symbolami bezguścia: Martyniukiem, Zapałą i Januszem. Czy naprawdę wybraliśmy sobie takie właśnie autorytety?
Czy naprawdę dyskusja o popularności takich ikon ma zastąpić temat upadku wszelkich – jak przystało na czas postmoderny – standardów? Odnoszę wrażenie, że otaczając kultem takie postaci, staramy się za wszelką cenę zakomunikować swój brak kompleksów, albo wręcz nadpodaż pewności siebie, wszystko jedno, czy jest tak w istocie.
Warstwy wyższe według Ortegi y Gasseta charakteryzowały się ostentacją w konsumpcji. Czas i pieniądze trawiono na rzeczy niepraktyczne, czego najlepszym przykładem była nauka martwych języków w elitarnych szkołach. Czy – analogicznie – warstwy o niższym kulturowym kapitale też właśnie urządzają sobie ostentacyjną konsumpcję, z tą różnicą, że konsumują to, co znają, lubią i rozumieją? Obecna władza zdaje się działania te wspierać (by nie powiedzieć: katalizować). A ci, którzy podważają walory prostych, skocznych szlagierów, stawiani są w jednym rzędzie z nie-Polakami. Robi się z nich kulturalną piątą kolumnę, która gardzi estetycznymi wyborami większości (sic!) społeczeństwa. Tymczasem zwykły Polak ma wszelkie prawo być takim, jakim chce. Szkoda tylko, że najwyraźniej nie chce już stawać się kimś trochę lepszym i zadowala się tym, kim jest. Jest spełniony i samowystarczalny.
Procesy kulturowe, w sensie antropologicznym, „startują” wówczas, gdy jednostka zdaje sobie sprawę, że są względem niej oczekiwania: że musi zachowywać się w określony sposób, ale także, że może być kimś innym niż jest, kimś lepszym. Od tej podstawowej refleksji zaczyna się gotowość do przełamywania własnych ograniczeń, do pracy nad charakterem. Z niej też bierze swój początek nieobojętność na los wspólnoty.
Schlebiania gustom nie należy jednak utożsamiać z budowaniem wspólnoty, a mam wrażenie, że to właśnie usiłuje nam wmówić polityka uprawiana przez media publiczne. (...)"
wiadomo.co/kozlowski-diskorenesans-w-czasach-patostreamerow/
Zachecam do przeczytania calosci tekstu.
W mojej opinii - celna diagnoza.
tete