Gość: jegomosc
IP: *.almda1.sfba.home.com
17.06.01, 04:04
"Sąsiedzi" w Jedwabnem
W roku ubiegłym w Wydawnictwie Pogranicze, Sejny, ukazała się antypolska
książka Jana Tomasza Grossa (*) pt. "Sąsiedzi". Opisuje ona mord Żydów w
powiecie łomżyńskim, w miejscowościach Radziłów i Jedwabne pod okupacją
niemiecką w lipcu 1941 roku, a więc bezpośrednio po wycofaniu się z tych
terenów wojsk sowieckich. Angielskie tłumaczenie tej książki ma ukazać się w
kwietniu br. w Stanach Zjednoczonych na trzy miesiące przed obchodami 60-ej
rocznicy wydarzeń w Jedwabnem. Spodziewać się również można prezentacji tak
samo zatytułowanego filmu o tych wydarzeniach w reżyserii Agnieszki Arnold.
Zafałszowań historii jest w książce Grossa tak wiele, że nie możemy pozostawić
ich bez komentarza. Najpierw krótkie streszczenie książki Grossa.
"Polacy gorsi od Niemców"
Początkowe rozdziały książki informują, że z chwilą wybuchu wojny w 1939 roku
mieszkało w Jedwabnem około 1600 Żydów, co stanowiło około 60 procent ogólnej
liczby mieszkańców miasteczka. Zarówno przed wojną, jak i w ciągu jej
pierwszych dwóch lat pod okupacją sowiecką, współżycie polsko-żydowskie
układało się dobrze (a nawet lepiej niż w innych rejonach Polski). Gwałtowna
zmiana nastąpiła w końcu czerwca 1941, wraz z wejściem na te tereny armii
niemieckiej. Polacy przyjęli wejście Niemców z ogromną radością. W Radziłowie
(str. 41) "wybudowali oni na cześć armii niemieckiej łuk triumfalny, ozdobiony
swastyką, portretem Hitlera i hasłem: <<Niech żyje armia niemiecka, która
wyzwoliła nas spod przeklętego jarzma Żydo-komuny!>> Pierwszym pytaniem tych
chuliganów było: czy można zabijać Żydów? ".(**) Otrzymawszy pozytywną
odpowiedź, Polacy przystąpili do okrutnych mordów: np. obcięto głowę młodej
Żydówce, a ciało jej zatopiono. Bito, kopano, znęcano się i rabowano - opisy
tych bestialskich mordów zajmują kilka stron książki. Na stronie 46 dowiadujemy
się, że "Polacy byli władcami, bo ani jeden Niemiec nie był obecny". W
końcu "Niemcy oświadczyli, że Polacy za dużo sobie pozwolili. Przyjście Niemców
uratowało 18 Żydów, którym się udało schować podczas pogromu (podkr. M.Z.).
Wśród nich znajdował się 8-letni chłopak, który był już zasypany w grobie,
odżył i wykopał się z ziemi [...]. Razem z Żydami zostało też zniszczone
wszystko, co jest żydowskim w miasteczku: uczelnia, synagoga i też cmentarz".
Na stronie 51 książki akcja przenosi się do pobliskiego miasteczka Jedwabne. W
międzyczasie, ukonstytuowały się tam nowe władze miejskie z burmistrzem
Marianem Karolakiem (mianowany burmistrzem przez Niemców, pochodził ze Śląska i
był Reichsdeutchem, - przyp. M.Z.). Nowy polski zarząd miasta "zaplanował i
uzgodnił z Niemcami wymordowanie jedwabiańskich Żydów" (str.51). "Z pewnością
wiele osób też miało te informacje, skoro okoliczni chłopi zaczęli się schodzić
do miasteczka i zjeżdżać furami już z samego rana, chociaż to nie był dzień
targowy.[...] Koordynatorem akcji mordowania Żydów w Jedwabnem, 10 lipca, 1941
roku był ówczesny burmistrz miasta, Marian Karolak[....] choć cały zarząd
magistracki [...] brał udział w tym mordzie". Nie wiadomo kto inicjował ten
mord (na str. 52, Szmul Wasersztajn zeznał, że "taki rozkaz wydali Niemcy"),
nie jest to jednak ważne, bo się jedni z drugimi porozumieli, a
mianowicie "przyjechało taksówką czterech czy też pięciu gestapowców i zaczęli
w magistracie rozmawiać". Zresztą nie wiadomo, w którym dniu miała miejsce ta
wizyta gestapowców, czy w dzień masowego mordu, czy też wcześniej. Jak
wyglądało to porozumienie też nie wiadomo, ale najprawdopodobniej "Niemcy dali
Polakom wolną rękę na osiem godzin, aby zrobili z Żydami co im się podoba (str.
54). [...] Panami sytuacji w Jedwabnem byli oczywiście Niemcy i tylko oni mogli
podjąć decyzję o wymordowaniu Żydów. [...] I nie uczynili tego. Jeśli nawet
sugerowali zachowanie przy życiu pewnej liczby fachowców żydowskich, to robili
to bez przekonania, skoro w końcu wszystkich spalono. [...] (str. 56)
posterunek żandarmerii (niemieckiej, przyp. M.Z.) w Jedwabnem okazał się
najbezpieczniejszym miejscem dla Żydów tego dnia i kilka osób uszło z życiem
tylko dlatego, że tam się akurat znaleźli" (podkr. M.Z.). Na str. 65-73 podany
jest opis straszliwego mordu na Żydach. "Zaopatrzeni przez niemiecką
żandarmerię i zarząd miasteczka w kije, baty i drągi, Polacy spędzali Żydów
bijąc, mordując, kamieniując i okaleczając. Konno i z orczykami wyłapywali
uciekinierów. Wśród drwin i śmiechu mordowano, topiono matki z dziećmi na ręku,
bito żelaznymi hakami, kłuto nożami w brzuch, obcinano język i męczono" [...]
ale przecież zorientowali się wkrótce, że tymi metodami nie uda się do
zmierzchu zabić półtora tysiąca osób. Postanowiono więc spalić wszystkich Żydów
na raz w stodole" (str. 70). I tak to zostało wykonane. Uciekających z płonącej
stodoły dobijano. "Po 10 lipca nie wolno już było Polakom mordować Żydów w
Jedwabnem wedle własnego uznania i trochę niedobitków nawet wróciło do
miasteczka (podkr. M.Z.). Przepędzono ich w końcu do getta w Łomży". Na str. 57
jest trzykrotnie powtórzona informacja, kto mordował Żydów w
Jedwabnem : "sprawcami tego zajścia byli Polacy. Niemcy brali udział tylko w
fotografowaniu [...] Niemcy udziału w mordowaniu Żydów nie brali, a stali i
fotografowali jak Polacy znęcali się nad Żydami [...] Żydzi mordowani byli
przez ludność narodowości polskiej" (podkr. M.Z.).
Niewiarygodne źródła
Główny proces o morderstwo Żydów jedwabiańskich odbył się w Okręgowym
Sądzie w Łomży, gdzie po odbytym śledztwie miała miejsce rozprawa w dniach 16 i
17 maja 1949 roku, a więc w najczarniejszym okresie stalinowskiego terroru.
Wiemy wszyscy, jak przebiegało wówczas śledztwo (szantaż, zastraszanie,
tortury) i jak wyglądała sprawiedliwość. Przyznaje to również sam Jan Gross,
pisząc na str. 21, że "zarówno sądownictwo jak i organa śledcze cieszyły się
zasłużenie złą opinią. W dodatku na rozprawie oskarżeni jeden po drugim
oświadczają, że ich bito w śledztwie i w ten sposób zmuszano do składania
zeznań - co, zważywszy na metody wówczas stosowane przez UB, jest bardzo
prawdopodobne".
A jednak olbrzymia większość źródeł, którymi posługuje się autor
książki "Sąsiedzi", to właśnie zeznania i dokumenty instytucji z tego okresu.
Przynależą tu dwaj "filarowi" świadkowie opisanych w książce zdarzeń, Szmul
Wasersztajn, którego pamięci poświęcona jest cała książka, oraz Menachen
Finkelsztajn. Składali oni zeznania w 1945 roku w Żydowskim Instytucie
Historycznym oraz przed Żydowską Komisją Historyczną w 1946 roku, w "dowolnym
tłumaczeniu z języka żydowskiego" (podkr. M.Z.) jak się wyraził Gross!!!
Zeznania te różnią się między sobą w szczegółach (może ze względu na
owo "dowolne tłumaczenie"?). Około 60% odnośników w książce Grossa pochodzi z
takich właśnie źródeł. Raz jeszcze należy przypomnieć, iż powstały one w
czasach, gdy nieograniczona władza spoczywała w rękach ludzi takich jak Jakub
Berman, czy Hilary Minc, a sądownictwem i śledztwem rządzili krwawo i
niepodzielnie Różański i Światło (dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy oni
byli Żydami).
Nawet pomijając kwestię prawdziwości przytoczonych zeznań świadków, uwagę
zwraca fakt, iż plączą się oni w opowiadaniach i niejednokrotnie zaprzeczają
sami sobie. Np. w relacji na str. 40 czytamy: "Tych cywilów co bili, nie
poznałem, gdyż byli dużą grupą Niemców otoczeni", a kilka linii poniżej
następna informacja podaje: "Autorami tych mordów, z przyzwolenia Niemców, byli
[...] chuligani miejscowi".
Książka sprawia w sumie wrażenie niedbałego połączenia pośpiesznie i celowo
wybranych takich fragmentów, które oskarżają Polaków.
Na str. 12 znajdujemy u Grossa następujący opis wstrząsającej śmierci dwóch
Żydówek podany przez Wasersztajna: "Tego samego dnia zaobserwowałem straszliwy
obraz: Kubrzańska Chaja, 28 lat, i Binsztajn Basia, 26 lat, obie z niemow