Gość: krzys52
IP: *.proxy.aol.com
08.09.02, 04:31
spowiednik Tysiąclecia
Gwiazdor Zbigniew Zamachowski w filmie "Prymas – trzy lata z tysiąclecia"
kreował postać świętego niemal człowieka. Poczytajcie opowieść o tym
bohaterze Kościoła i filmu. Dowiecie się o tym, czego nie pokazano w kinie.
Był to człowiek gorącej wiary, niemal uczuciowej modlitwy, kochający Kościół
święty, oddany mu całym życiem. Ksiądz miał wybitne powołanie kapłańskie,
które kochał całą duszą. Poziom duchowy księdza był o wiele wyższy od
wysokiego.
Jeszcze dobrze komży nie ściągnąłeś, już za jaja cię trzymał, już wiedział,
kogo będzie brał pierwszego, w tej no... zakrystii. Nieraz jak z tacą
przyszedł z kościoła, nie, to zawsze nas wołał, wysypywał pieniądze na stół.
Taca pieniędzy cała, kurwa, papierowe sobie, te wyjebał i my grali w karty. I
tak każdego sobie wybierał, po kolei. Normalnie sadzał na krześle, majtki
ściągał i normalnie walił. Walił i chuj.
Czy to możliwe, żeby obie te – jakże różne – charakterystyki dotyczyły tej
samej osoby?
Możliwe. Pierwsza pochodzi od samego Prymasa Tysiąclecia, druga to
wspomnienia prostego chłopaka z Lubaczowa, byłego ministranta. Obie dotyczą
księdza kanonika Stanisława Skorodeckiego, spowiednika Stefana Wyszyńskiego i
przyjaciela Jana Pawła II.
Pojechaliśmy do Lubaczowa, by porozmawiać o księdzu Skorodeckim.
– Małe gówniarze wołały za księdzem na ulicy: "pedał". On nawet się nie
oglądał, tylko prosto do chałupy szedł. Skorodecki nie miał daru do kobiet w
ogóle. Tylko chłopcy i tyle. Pogłaskał po głowie, pogłaskał i wio –
wspominają w Lubaczowie. Z zażenowaniem, ale bez przejęcia, bo tajemnica
żadna. To wszyscy wiedzieli. Mówili tylko "a, ten pedał" – opowiada nasz
rozmówca. Nazwijmy go Piotrem.
Piotr był ministrantem u Skorodeckiego przez siedem lat. Od trzeciej klasy
podstawówki do ósmej. Rachunek się nie zgadza, bo dwa razy nie zdał. Ósmej
klasy nie dosłużył do końca, zabrakło mu odwagi.
– Raz w tej kanciapie u księdza nie było zamknięte. Wszedłem tam po coś, już
nie pamiętam, i widziałem jak Zenek Ryszewski jebie księdza.
On był pochylony, a ten z tyłu za nim. Uciekłem.
Do służenia Bogu u boku księdza Skorodeckiego chłopców zachęcali starsi
koledzy ministranci. Oni byli jego pupilami i werbownikami. Mieli klucze do
jego domu, dostawali pieniądze. Wieść niesie, że ich zabawy z księdzem
przybierały wymiar mniej delikatny niż petting, czyli pieszczoty ręką.
– Kozioł to non stop był tam u niego, non stop. On go w dupę walił jak nic.
Ten to miał kutasa, nich go krew zaleje, ze trzydzieści centymetrów albo
lepiej. On takich właśnie szukał, który ma większego.
– Ale który którego walił?
– Kozioł księdza. W dupę. A Zbyszek Kot to był drugi jego pupilek. On
normalnie brał chuja w pysk i mu druta ciągnął.
– Komu, księdzu?
– No a jak? Normalnie brał picia w pysk i ciągnął jak w burdelu, kurwa.
– Pan to widział?
– Ojej, nieraz...
Wielebny starannie dobierał ministrantów. Prawie wszyscy byli z
wielodzietnych rodzin, z najbiedniejszej ulicy w Lubaczowie. Ksiądz zawsze
miał 8–10 chłopaków w wieku od
9 do kilkunastu lat.
– On miał jednego takiego stałego klienta, cały czas, cały czas mu walił. To
tamten mnie namówił na ministranta. Jak przyszedł świeży, to brał osobno. I
za jaja... I do siebie do kanciapy. Nieraz człowiek normalnie się spuścił w
majtki, zanim on kurwa, ten...
– Cały czas mówimy o księdzu Skorodeckim?
– O Skorodeckim, o Skorodeckim.
Ulubieńcy księdza Skorodeckiego nie mieli źle. Po niedzielnej mszy wysypywał
na stół drobne pieniądze z tacy. Banknoty zabierał, monety zostawiał. Dawał
dzieciakom karty i grali.
– W oko. Kasa była, cukierki były, my mieli wszystko, co tylko było. Jak my
szli po pieniądze, to mało się nie pozabijali. Każdy brał jak najwięcej, żeby
grać.
– Graliście na pieniądze i kto wygrywał, ten zabierał?
– No a jak. Ten zabierał. Nie żeby jemu wrócić, tylko do kieszeni i do domu.
– Ksiądz nie chciał, abyście mu zwracali?
– Nie, nigdy w życiu, absolutnie. On brał tylko grube pieniądze, a reszta
drobnych na stół.
Gdy ministranci rozgrywali partyjki, ksiądz dosiadał się do nich i wybranemu
małolatowi wkładał ręce w majtki, targał za jaja. Czasem dwóm chłopcom naraz.
Reszta udawała, że nic nie widzi.
Potem wybierał jednego i szli do drugiego pokoju.
– Guziki w sutannie tylko rozpinał, a tych guzików od chuja było, guzik obok
guzika. Nie miał slipów, tylko takie rajtki, długie po kolana jak
spodenki.... Nieraz picek tak puchł, że aż piekł, niech go krew zaleje.
Nieraz jak od niego wychodzili z kanciapy, to tak, o, się za jaja trzymali.
– Jak wziął takiego jednego małolata do drugiego pokoju, to pół godziny
trzymał. Wypuszczał i szukał drugiego przy stole.
Wszystko odbywało się w parterowym drewnianym domu przy ulicy Świerczewskiego
14, dziś
ulicy Prymasa Wyszyńskiego. Ksiądz mieszkał tu przez kilka lat po wyprowadzce
z plebanii.
U swego spowiednika prymas Wyszyński bywał w Lubaczowie – oficjalnie i
prywatnie. Widziano, że witał się z ks. Skorodeckim wylewnie.
Ksiądz miał wideo. Puszczał im – jak mówi Piotr – "pornusy".
– On tych kaset miał, Boże. Siedziało dziesięciu w pokoju, on brał jednego i
do drugiego pokoju, a reszta oglądała normalnie. Ciastka nam dawał,
cukierki...
– Czy ksiądz wam jakoś tłumaczył swoje zachowanie?
– Mówił tylko, żeby nic nie gadać.
– Nie tłumaczył, dlaczego łapie za jaja?
– Nie.
Ministranci z góry wiedzieli, że co najmniej jeden będzie musiał się zabawiać
z księdzem przy okazji niedzielnego spotkania. Godzili się na to. Dawał im
przecież słodycze, jedzenie i kasę. Ich rodziny dostawały mąkę, olej, cukier,
konserwy i co tylko wtedy przychodziło z darów. Jeździli po to wózkami w
wyznaczone dni. Mogli sobie wybrać po parze butów. To były lata 80., Kościół
dysponował darami. W niektórych rodzinach ministrantów mąkę świnie żarły, a
psy i koty – konserwy.
– Tak dobrze im się żyło ze Skorodeckim – zapewnia jeden z rozmówców.
Było tak: w nocy jechał ktoś wyznaczony przez księdza do chałupy naprzeciwko
jego domu przy Świerczewskiego (tam pewna pani prowadziła księżowski skład z
darami) ciągnikiem z przyczepką, a później wracał do stodoły i dzielił te
dary. Ci, co się ociągali z obciąganiem księdzu, darów nie oglądali. W
kolejkę po dary zapisywał ksiądz.
Aktywna miłość bliźniego ks. Skorodeckiego trwała do 1986 r. Skandal zrobił
się dopiero wówczas, gdy kanonik dobrał się do nie dość dyskretnego chłopaka.
Początkujący
ministrant poskarżył się w domu. Matka wpadła do kościoła po mszy.
– Ty pedale, ty chuju – krzyczała – co z ciebie za ksiądz?! – On uciekł i
zamknął się w domu. To było w dzień. Widziało to wiele ludzi.
Zbyt wielu. Niedługo potem biskup Marian Jaworski pogonił Skorodeckiego na
drugi koniec Polski – do Szczecina. Dalej się nie dało.
Kilku z dawnych ministrantów Skorodeckiego ma dziś pojebane życie i problemy
ze sobą. Dwaj dawniejsi parobcy księdza to teraz alkoholicy, którzy czasem
lubią się zabawiać z facetami na łące nad rzeką. Niektórzy problemów nie
mają. Były przełożony ministrantów mieszka i pracuje we Włoszech. Jego ciotka
jest tam zakonnicą.
– Spotkałem tego jednego, co we Włoszech jest. Zapytałem: "Co, pedałku?".
Odwrócił się i poszedł. Nawet papierosem nie poczęstował.
Skorodecki to w Lubaczowie postać niemal święta, mimo że ludzie wiedzą, iż
ksiądz molestował seksualnie ministrantów. Plotkują też, że był
współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. W Lubaczowie można usłyszeć, że miał
pseudonim "Wanda" i był jednym z najlepszych TW w dawnym województwie
przemyskim.
Gdy do Lubaczowa