Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
03.11.02, 04:01
Wolność dla wybranych
Janusz Korwin-Mikke
Po raz drugi już zajmę się na naszych łamach tekstem z miesięcznika "Unia
Europejska", który - niewątpliwie za pieniądze europodatnika - dość uczciwie
pisze o sytuacji w krajach "15" i problemach związanych z Wielkim Anschlußem
planowanym przez niektórych na 1 I 2004 r. Zamieszcza nawet moje opinie - ze
słowem "Anschluß" włącznie. Może sobie na to pozwolić, gdyż nie jest pismem
masowym, lecz pismem przeznaczonym dla tych, którzy chcą poważnie, bez
wrzasków, podyskutować o UE... i dowiedzieć się, co się tam naprawdę dzieje.
Przypomnę jeszcze tylko, gwoli porządku, że według zgodnych opinii wszystkich
tzw. Rząd III RP nie ma żadnego alternatywnego planu na okoliczność, gdy
okaże się, że Polska w tym dniu przyjęta nie będzie - po prostu p. Premier
myśli, że 1 I 2004 r. pozbędzie się odpowiedzialności: jak się zawali, to
niech Unia ratuje - a jak nie uratuje, to winę zwali się na Unię... Być może
p. Premier powie nawet, że rację miał Korwin-Mikke - tylko szkoda, że wyborcy
nie chcieli go słuchać. Co oczywiście niewiele nas ucieszy.
Wracamy do spraw wewnątrzunijnych. Otóż (sygnowany AP) tekst pt. "Praca w
Unii Europejskiej" zaczyna się od słów: "Poszukiwanie pracy na terytorium
drugiego państwa członkowskiego jest fundamentalnym prawem pracownika i
bezrobotnego" po czym idzie: "Swoboda przepływu pracowników stanowi jedną z
czterech wolności rynku wewnętrznego Unii (...)". Zatrzymam się w tym miejscu
na chwilę.
Otóż pierwszą mą myślą po przeczytaniu powyższego było: "No, tak, w ZSRE
odruchowo mówią tylko o "ludziach pracy" - inni ich nie interesują, w ogóle
innych nie dostrzegają; trochę tylko dziwne, że nie użyto sztancy o "prawach
człowieka"...". I była to myśl zupełnie błędna!!!
Dalsza uważna lektura tekstu okazała, że nie jest to sztampowy zwrot z
socjalistycznej nowomowy: jest to precyzyjnie ujęte stanowisko prawne.
Okazuje się bowiem, że "bycie pracownikiem" daje w UE - jak to w kraju
socjalistycznym - pewne prawa niedostępne normalnemu człowiekowi!
Dowiedziałem się po drodze, że niezbywalnym prawem uzupełniającym swobodny
przepływ pracowników, jest prawo pobytu w miejscu zatrudnienia - zgodnie z
przepisami krajowymi państwa przyjmującego - oraz dostęp do mieszkań i ich
własność. Co wywołało u mnie - słuszną tym razem - refleksję, że przypomina
to ustawy państwa niewolniczego, gwarantujące niewolnikom, że jeśli pracują,
to mogą mieszkać, a nawet - ho, ho! - posiadać mieszkania na własność. Co w
Rzymie stało się możliwe jeszcze przed Chrystusem...
Powstaje pytanie, czy "przepisy krajowe państwa przyjmującego" nie będą aby
przewidywać, że Portugalczyk zamiatający restaurację w Bonn może zamieszkać w
Bonn - ale już nie w położonym po drugim brzegu Renu Könikgwinter? Baraki
roboli powinny być obok fabryki!
Ta "swoboda" wynika z art. 3c Traktatu WU ("Wspólnot" - nie "Unii"!!). Co
więcej, "dyrektywa" 90/364/EWG (nie: UE!) przewiduje, że "osoba, która ma
wystarczające środki", może osiedlić się w dowolnym kraju Unii.
Z dalszych przedstawień P.T. Autorów wynika jasno, że "swoboda
przemieszczania się" dotyczy tylko i wyłącznie pracowników.
Ponieważ "bezrobotny" jest przez Czerwonych traktowany jako "ułomny człowiek
pracy" - to też przyznano mu łaskawie prawo przenoszenia się z kraju do
kraju. Jeśli natomiast ktoś nie jest "ludziem pracy" - to nie może osiedlić
się, gdzie chce! Nawet jeśli dzięki temu byłby bliżej rodziny, która za
chlebem wyemigrowała np. z Portugalii do np. Austrii!! I to władze Austrii
będą oceniały, czy p. Cuneiro da Costa Verde ma "dostateczne" środki, by żyć
w np. Tyrolu; bez nart K2, jak wiadomo, mieszkać tam się nie da.
Jak widać - z tą "wolnością" jest w krajach Unii dość średnio; cóż, jak
napisał śp. Lech Beynar (ps. Paweł Jasienica): "Najbardziej liberalna
republika współczesna wydawałaby się ludziom [sprzed rewolucji francuskiej]
jednym wielkim domem niewoli".
Ta "swoboda swobodnego rzeźbienia" nie obejmuje tym samym np. studentów
(którzy muszą mieć odpowiednie zezwolenia) oraz emerytów. Ponieważ w krajach
UE występują, chwalić Boga, różne granice wieku przechodzenia na emeryturę,
oczekujemy poważnych orzeczeń Trybunału Europejskiego, że np. Polka w wieku
lat 63, nie będąca emerytką w świetle prawa RFN (ale w Polsce już w wieku
emerytalnym), byłaby "bezrobotnym człowiekiem pracy", który może się
przemieścić - czy też nie? Znając prędkość unijnej procedury, doradzałbym tej
Polce raczej, by zeznała, że jest prostytutką.
W praktyce, oczywiście, okaże się, że trzeba w całej UE ujednolicić granice
wieku emerytalnego (proces unifikacji wszystkiego jest w państwie
biurokratycznym niepowstrzymany!). Co może stworzyć pewne napięcia między
Sycylią, (gdzie żyje się średnio 60 lat) a Finlandią (83 lata)...
Oj, będzie zabawnie...
Mniej zabawne jest - co wynika z następnego tekstu "Europejski ład
społeczny", tym razem sygnowanego EC. Zaczyna się on od słów: "Współczesny
europejski ład społeczny oparty jest na uniwersalnych i nienaruszalnych [?? -
JKM] prawach socjalnych, które stały się [oczywiście same - JKM] integralną
częścią obowiązującego kanonu praw człowieka (...). Państwo jest zobowiązane
do gwarantowania i ochrony praw socjalnych obywateli, wyrównywania warunków
życia i pracy różnych grup społecznych, tworzenia możliwości równego dostępu
do praw obywatelskich i usuwania nierówności społecznych".
I wszystko jest przeraźliwie jasne, jakby słowa te wypowiedział sam
Włodzimierz I. Uljanow (ps. Lenin). Poza może: "tworzeniem możliwości równego
dostępu do praw" - ale powiedzmy, że syntaktyka jest wadliwa, za to treść
nadal jasna... Dalej mamy jeszcze powołanie się na Jana Jakóba Rousseau,
który ponoć powiedział: "Nie ma Francuzów, Niemców i Hiszpanów, nie ma już
nawet Anglików. Lecz tylko Europejczycy".
Co oznacza, że w 1916 r. my, Europejczycy, sami truliśmy się gazem, a w 1941
r. sami się masowo mordowaliśmy...
Dalej dowiadujemy się, że dzięki Jakóbowi Delorsowi "francuskiemu socjaliście
i działaczowi chrześcijańskich związków zawodowych" ustalono, że "obywatele
muszą mieć zagwarantowany minimalny poziom bezpieczeństwa socjalnego i
ekonomicznego" (?? - to chyba oksymoron? - JKM).
A dlaczego jest to konieczne? Wyjaśnienie znajduje się kawałek
dalej: "Państwa bogatsze obawiały się nadal powstania dumpingu społecznego i
przenoszenia działalności przedsiębiorstw do krajów uboższych, w których
koszty związane z zabezpieczeniem socjalnym są znacznie niższe, co wynika z
gorszych warunków pracy i niższych standardów BHP".
I teraz już każdy widzi, że troska Francuzów i Niemców o to, by robotnik w
Polsce czy w Portugalii mył ręce 10 razy dziennie nie wynika z obawy, że
robotnik się czymś zarazi - lecz jest to chęć, by koszt mydła spowodował
niechęć do przenoszenia pracy do krajów uboższych. Czyli: nie chcą, by
przedsiębiorcy otwierali firmy w Polsce, dając zarobić uboższym polskim
robotnikom i bogacąc Polskę; niech zarabiają bogatsi robotnicy, a Polska
rozwija się jeszcze wolniej niż trwające w stagnacji kraje "15".
Co właśnie się stało. Pozostaje tylko ustalić, co to ma wspólnego
z "wyrównywaniem szans" i "chrześcijańskim socjalizmem"?
Janusz Korwin-Mikke