nick.kertiz
06.02.06, 20:06
Za to chamstwo, za tą arogancję. Ustalmy, o czym mówimy. W pewnym momencie
koalicja pod przywództwem Ameryki i prezydenta Busha osobiście postanowiła
odwołać gubernatora z Bagdadu (był nim niejaki Bremer, osobnik nie do końca
udany, ale któż z nas jest w końcu ideałem) i oddać władzę w państwie
Irakijczykom. Oczywiście te irackie władze nosiły na sobie pewne piętno
pochodzenia i zależności od okupantów i były z założenia absolutnie
tymczasowe, spełniły zresztą właściwą swoją rolę - przygotowując wybory
pierwszego, też tymczasowego parlamentu, by ten przygotował już według
życzenia narodu irackiego ordynację dla parlamentu właściwego.
Niemniej jednak te pierwsze irackie władze po obaleniu tyrana nie były już
administracją okupacyjną - państwem rządził iracki premier (szyita) na spółkę
z irackim prezydentem (sunnitą).
Wcześniej - po wygraniu wojny ze zbrodniczą kliką i zajęciu całego
terytorium - koalicjanci, w ramach swoich okupacyjnych porządków, wprowadzili
bezterminowe moratorium na stosowanie kary śmierci. Była to dobra decyzja,
decyzja, która nie budzi najmniejszego cienia moich wątpliwości. Jedną z
pierwszych decyzji władz irackich, gdy Bremer (i Belka) przestali już się w
Bagdadzie szarogęsić, było rzeczywiste potwierdzenie, że okupacja się
zakończyła, a więc nie ma powodów do przedłużania moratorium, naturalnie
zniesiono to niepotrzebne już moratorium. Tu z niewyobrażalnym chamstwem
pisnęli Duńczycy. Że oni nie będą przekazywać zatrzymanych władzom irackim,
bo nie przekazują nikogo tam, gdzie jest stosowana kara śmierci. Skąd ci
debile w ogóle sie wzięli w Iraku. Ani jeden (żaden) żołnierz duński nie
nadstawiał głowy, gdy toczyła sie wojna. Ot wykazali się pewnym zrozumieniem
dla operacji przeprowadzonej wcześniej przez aktywniejsze państwa, a że
akurat należą do euroatlantyckiej cywilizacji, której z właściwą sobie dumą i
dostojeństwem przewodzi Ameryka, więc poproszono ich, by wsparli budowanie
wolnego Iraku wzmacniając siły stabilizacyjne swoimi oddziałami. Pozycję
Duńczyków w Iraku (zwłaszcza po aferze, ktorej poświęcam teraz słowa
zdecydowanej krytyki) najlepiej można opisać krótką metaforą: przykleiło się
focze góvvno do transatlantyku i też płynie.
Nic mi nie wiadomo, by rząd premiera Ijada Alaviego zwrócił specjalną uwagę
na te niedorzeczne piski, ale myślę że powinien. Powinien zażądać
jednoznacznych przeprosin od wszystkich konstytucyjnych ośrodków władzy w
Danii, w przypadku niespełnienia dać 48 godzin na opuszczenie Iraku przez
wszystkich żołnierzy duńskich, w przypadku przedłużania sie pobytu ponad 48
zarządzić bezwzględną rozwałkę tych niedorzecznych intruzów w mundurach. Moim
zdaniem przyczyną tego zaniechania było albo przeoczenie duńskich pisków,
albo zupełny brak poczucia mandatu od spoleczeństwa irackiego przy znacznym
poczuciu zalezności od sił okupacyjnych.
Uchwyćcie właściwie moje stanowisko. Nie neguję polityki niewydawania. Na
przykład bodaj pierwszym, komu w Iraku prokuratura zagroziła karą śmierci był
obywatel oskarżony (prócz innych czynów przestępczych też) o to, że zgwałcil
i zamordował kilkunastoletnią dziewczynkę ze swojej rodziny. Otóż gdyby
własnymi siłami typ ten przedostał sie do Danii, to nie mam najmniejszych
zastrzeżeń, że Dania wzięła by odpowiedzialność za jego życie. Tak trzeba
postępować, ekstradycja nie może być zabiegiem bezalternatywnym,
mechanicznym, oczywistym.
Chamstwo polega na tym, że ni stąd, ni zowąd Dania zapragnęła narzucać
wewnątrz Iraku Irakijczykom swoje brudne, europoidalne standardy całowania
przestępców w oba policzki wraz z wdzięcznym przyklękiem przed
psychopatycznym zbrodniarzem (bo czymże innym są dożywotnie - nie luksusowe,
ale jednak dość komfortowe - wczasy).