Gość: anatol
IP: 193.0.74.*
18.03.01, 14:30
Fałszywy dogmat wejścia
Wszystkie znaki na geopolitycznym firmamencie Europy wskazują, że negocjacje
państw kandydujących do członkostwa w Unii Europejskiej wchodzą w decydującą
fazę. Najważniejszym symptomem potwierdzającym fakt zbliżania się negocjatorów
do przełomowego punktu są ostatnie "przecieki", a także coraz częściej
pojawiające się wypowiedzi polityków, którzy zapowiadają
konieczność "kontrolowanych" ustępstw. Bruksela natomiast dopuściła teoretyczną
możliwość pewnych ustępstw natury finansowej po tym, gdy kilku unijnych
polityków w zbyt brutalny sposób rozwiało wiele złudzeń polskich negocjatorów.
Oczywiście, początkowo polscy politycy gwałtownie zaprzeczyli, oświadczając, że
w sprawach kluczowych "nie ustąpimy". Grożono nawet surowymi sankcjami
sprawcy "przecieków". Jednak po dziesięciu dniach przekonaliśmy się,
że "przecieki" były prawdziwe. W miniony piątek dowiedzieliśmy się, że polscy
dyplomaci w Brukseli przewidują, że do końca miesiąca rząd rozważy wycofanie
się z części postulatów o okresy przejściowe w rokowaniach z Unią Europejską.
Czyżby okresy przejściowe, a przynajmniej niektóre, nie były "kluczowe" dla
strony polskiej? A jeśli tak, to z których bylibyśmy w stanie zrezygnować?
Fałszywe dogmaty
Rosnąca ostatnio skłonność polskich polityków do ustępstw wobec żądań Unii ma
swoje źródło w fałszywej przesłance, że Polska powinna jak najszybciej zostać
członkiem Unii Europejskiej. Cóż, wielu polityków wmówiło dużej części Polaków
jako pewnik, że ewentualne członkostwo w UE jest dla Polski niepowtarzalną
szansą na dokonanie olbrzymiego skoku cywilizacyjnego i ekonomicznego.
Widocznie zapomnieli, że warunkiem dokonania skoku cywilizacyjnego i
ekonomicznego jest pracowitość a nie cwaniactwo, które zakłada wzbogacenie się
bez pracy (Unia coś nam da!). Przekonują więc, że trzeba łapać "niepowtarzalną"
okazję na szybkie, wręcz bezbolesne, podniesienie poziomu życia Polaków.
Konsekwencją tego jest nachalna propaganda, która usiłuje wmówić Polakom, że
Polska powinna jak najszybciej zostać członkiem UE. Dlatego właśnie ewentualna
data polskiego członkostwa stała się główną osią negocjacji. A tymczasem sprawy
naprawdę ważne są podporządkowywane fałszywemu dogmatowi pod nazwą 1 stycznia
2003 r.
Sztywne trzymanie się przez polskie władze daty 1 stycznia 2003 r. jako terminu
wejścia Polski do Unii Europejskiej oraz całkowite podporządkowywanie temu
dogmatowi negocjacji akcesyjnych wydaje się być nie tylko irracjonalne, ale i
groźne dla polskich interesów. W rzeczywistości bez znaczenia jest, kiedy
Polska znajdzie się w Unii. Ważne jest, aby wstąpienie Polski do UE nie
dokonało się kosztem jej politycznych i gospodarczych interesów.
O wiele więcej trzeźwości w tej sprawie zachowują politycy unijni, którzy już
od wielu miesięcy wybijają z głowy premierowi Buzkowi jego rojenia o szybkim
członkostwie. Dwa tygodnie temu zrobiła to także pani Lindt, która ostrzegła,
że "wyznaczenie błędnej daty może się okazać politycznie niebezpieczne". Jej
zdaniem, datę można podać nie wcześniej niż na rok przed spodziewanym
zakończeniem negocjacji. A kiedy to nastąpi, wciąż nie wiadomo.
W ostrzejszych słowach z rojeniami polskich polityków o szybkim członkostwie w
UE rozprawił się Eneko Landaburu, który uznał, że polski kalendarz negocjacji
członkowskich z Unią Europejską, przewidujący ich zamknięcie w końcu roku,
jest "nierealistyczny". - Nie można pracować w pośpiechu. (...) Nie da się
wyznaczyć docelowej liczby zamkniętych obszarów, ponieważ to zależy od
przebiegu negocjacji - powiedział. Stwierdził ponadto, że zmieni zdanie tylko
wtedy, gdy Polska wycofa przed końcem roku wszystkie wnioski o okresy
przejściowe (dodatkowy czas na dostosowanie do reguł unijnych po wejściu do UE)
i udowodni, że jest zdolna do wdrożenia tych reguł od pierwszego dnia
członkostwa.
Brak realizmu rządu zaczynają wreszcie dostrzegać niektóre polskie media. Jacek
Zalewski w dzienniku "Puls Biznesu" ("Wypadałoby już przestać żonglować datą
integracji", 12.02.2001 r.) uważa, że wyprawy premiera Jerzego Buzka do
Sztokholmu i Rzymu "powinny wreszcie urealnić naszym decydentom termin wejścia
Polski do UE". Jego zdaniem, 1 stycznia 2003 r. to data abstrakcyjna i
trzymanie się jej nie ma żadnego sensu. Wystarczy przeczytać Traktat Nicejski,
aby pozbyć się co do tego wątpliwości. "Wszystkie jego zapisy korygujące ustrój
UE przygotowane zostały pod datę 1 stycznia 2005 r. A zatem jest to najpierwszy
możliwy termin rozszerzenia" - pisze Zalewski.
Chcecie szybciej - ustąpcie
W rokowaniach z UE nie ma spraw nieistotnych. Przekonują o tym jednoznaczne
wypowiedzi polityków unijnych. Minister spraw zagranicznych Szwecji Anna Lindh
powiedziała 5 lutego br. przed wizytą premiera Buzka w Sztokholmie, że jeśli
Polska chce szybszego postępu w negocjacjach członkowskich z UE, powinna zacząć
rezygnować z próśb o okresy przejściowe. - Jest za wcześnie, żeby przewidzieć,
czy będzie możliwe zamknięcie 11 działów negocjacji. To jest także kwestia, ile
dyskusji będziemy mieli w każdej dziedzinie o takich problemach jak okresy
przejściowe. Skracanie okresów przejściowych ułatwi zamykanie kolejnych działów
negocjacji - powiedziała szwedzka minister.
Nikt nie ma wątpliwości, że negocjacje nie ruszą z miejsca, jeśli Polska nie
pójdzie na ustępstwa, np. w kwestii dopłat do rolnictwa. Dał to wyraźnie do
zrozumienia wiceminister rolnictwa Szwecji Per-Goeran Oejeheim. Mówiąc o
negocjacjach w sprawie rolnictwa, podkreślił, że "z Polską jest większy
problem, bo chodzi o więcej pieniędzy (na dotacje) i o większą skalę
produkcji". Polska domaga się objęcia polskich rolników pełnymi dotacjami już z
chwilą wejścia do UE. Polscy politycy z premierem Buzkiem włącznie wielokrotnie
zapewniali, że w tej kwestii ustępstw nie będzie.
Jednak występująca w imieniu Unii szwedzka minister nie wykluczyła tu okresu
przejściowego, w czasie którego Polska stopniowo dochodziłaby do pełnego
wymiaru dotacji. Podobnego zdania jest Eneco Landaburu, dyrektor generalny ds.
poszerzenia w Komisji Europejskiej. - Jest oczywiste, że jeśli chcecie
zakończyć negocjacje w końcu tego roku, jak domaga się tego wasz rząd, musicie
zrobić pewne rzeczy, żeby to było możliwe. Bo jeśli będziecie obstawać przy
swoim obecnym stanowisku, będzie to bardzo, bardzo trudne - powiedział w
ubiegłym tygodniu w wywiadzie dla PAP najwyższy rangą urzędnik zajmujący się
poszerzeniem w organie wykonawczym UE.
Dyrektor zapewnił, że negocjacje w rolnictwie może już teraz zakończyć każdy
kandydat, który zaakceptuje wszelkie reguły unijne i zrezygnuje z płatności
bezpośrednich dla rolników. Unia nie przewidziała tych płatności dla nowych
członków, ale Landaburu przyznał, że jest to "dyskusyjne" i że Komisja "bardzo
poważnie nad tym myśli".
Cenne wskazówki
Po tych oświadczeniach powinien otrzeźwieć nawet czujący głęboki afekt do Unii
Europejskiej premier polskiego rządu. Unijni politycy dali bardzo wyraźnie do
zrozumienia, że w negocjacjach akcesyjnych polska strona nie może liczyć na
żadne ustępstwa w kluczowych sprawach. I nie zmienia tego faktu piątkowa
wypowiedź unijnej komisarz ds. budżetu, Niemki Michaeli Schreyer, która
oświadczyła, że "Unii Europejskiej wystarczy pieniędzy, aby obdzielić nawet 10
nowych członków, w tym Polskę, począwszy od 2004 r.". Wypowiedź ta różni się od
wypowiedzi pani Lindh i Eneco Landaburu zasadniczo tylko na poziomie
retorycznym. Na płaszczyźnie faktów wszystkie te trzy wypowiedzi są tożsame.
Czy jednak premier Buzek zechce to zauważyć? Dotychczas wszystkie
niezobowiązujące i ogólnikowe wypowiedzi unijnych dygnitarzy odbierał jako
ważne deklaracje. Kto wie, czy podobnie nie będzie w wypadku słów
wypowiedzianych przez niemiecką komisarz.
W każdym razie wypowiedzi unijnych polityków oraz dotychczasowe doświadczenia w
rela