Gość: +++IGNORANT
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
03.02.03, 04:27
tygodnikforum.onet.pl/1102136,1,4144,797,1,artykul.html
Ekonomiczny apartheid
To kraje kandydackie, w tym Polska, zapłacą za rozszerzenie Unii
Europejskiej. A Niemcy czy Austria na tym nieźle zarobią - napisał w
dzienniku "Die Welt" Jacek Saryusz-Wolski, były szef Urzędu Komitetu
Integracji Europejskiej
JACEK SARYUSZ-WOLSKI
28.11.2002
Na szczycie w Kopenhadze ma dojść do największego rozszerzenia w historii
Unii Europejskiej. Pozostało tylko kilka tygodni na ustalenie warunków.
Strona finansowa rozszerzenia wyraźnie zdominowała dyskusje o tych
wydarzeniach. Tak więc i tutaj powinniśmy jeszcze pomówić o pieniądzach.
Kto ma dobrą pamięć, wie, że obietnice zawarte w Agendzie 2000 (plan
finansowy UE na lata 2000-2006 - przyp. FORUM) roztopiły się jak kostka lodu.
Najpierw była mowa o 53 mld euro na lata 2002-2006 dla sześciu nowych krajów,
teraz Unia mówi o 40 mld na lata 2004-2006 dla dziesięciu krajów. Jeśli odjąć
składki członkowskie, pozostaje 25 mld, jeśli odjąć pieniądze "wirtualne",
czyli środki które na początku i tak nie zostaną wykorzystane, będzie to w
istocie 8 mld euro dla 10 krajów przez trzy lata, czyli tyle ile dostała sama
Hiszpania w 1999 r. I tak Polska w pierwszych trzech latach netto otrzyma być
może maksymalnie 4-5 mld euro. To znacznie mniej niż uchwalono trzy lata temu
na szczycie w Berlinie. Istnieje niebezpieczeństwo, że Polska będzie w
pierwszym roku płatnikiem netto albo osiągnie wynik bliski 0, czyli znajdzie
się w gorszej sytuacji niż w ostatnim roku przed przystąpieniem.
Poza tym bilansem budżet kandydatów zostanie obciążony wydatkami sięgającymi
10-15 proc. ich budżetu na współfinansowanie programów unijnych oraz
wdrażanie prawa europejskiego.
Gdzie piekarz kupi mąkę?
Za uroczystymi deklaracjami nie następowały odpowiednie czyny. Sakiewka była
coraz bardziej ściśnięta. Ale Polska nie przystępuje do Unii z przyczyn tylko
finansowych. Gdyby nawet nie było pieniędzy, nam by to nie przeszkadzało.
Przeszkadza nam natomiast, że jesteśmy traktowani nierówno. W Unii
Europejskiej zapanuje ekonomiczny apartheid, bowiem obywatele i
przedsiębiorcy w nowych krajach będą w gorszej sytuacji niż w starych. Jeśli
rolnik po jednej stronie granicy otrzymuje sporą dopłatę, a po drugiej
stronie - mizerną, to łatwo jest nam odpowiedzieć na pytanie, gdzie piekarz
kupi mąkę.
Zapomina się również, kto jest głównym beneficjentem rozszerzenia - a
mianowicie obecni członkowie Unii Europejskiej. Dywidenda ze zjednoczenia
Europy trafia do nich już dziś. Zarówno ekonomiczna jak i polityczna.
Według telewizji Deutsche Welle PKB Niemiec może wzrosnąć dzięki rozszerzeniu
o 1,5 proc., a Austrii - o 0,8 proc. Jak to się ma do roztopionych sum netto,
które otrzymują nowi członkowie, i jak to się ma do poczucia dyskryminacji,
które tam się rozprzestrzeni? Jest więc paradoksem, że to Europa Środkowa i
Wschodnia zapłaci za rozszerzenie, podczas gdy zachód kontynentu w sensie
makroekonomicznym zarobi na tym procesie.
To największy błąd w rozumowaniu rozszerzenia ze strony krajów Unii
Europejskiej, w tym Niemiec. Unia Europejska to nie kasa oszczędnościowa,
którą można prowadzić niczym kramarz, to sojusz oparty na solidarności, w
którym nie każdy zysk powinno obliczać się w euro. Tak jest też w Niemczech,
gdzie bogatsze landy wspierają biedniejsze.
Być może strona polska przeliczyła się w negocjacjach. Widocznie Warszawa
uwierzyła Berlinowi i zbyt wcześnie zaakceptowała ograniczenia w dostępie do
unijnego rynku pracy w wysokości siedmiu lat, do którego dążyli Niemcy. A
wszystko w nadziei, że ułatwi to wygranie kanclerzowi Schröderowi wyborów.