hasz0
28.03.07, 10:25
Pana nazwisko znajduje się w tzw. "raporcie Rokity" jako osoby podejrzewanej
o nadużycia w sprawie śmierci zmarłego na
komisariacie MO Tadeusza Wądołowskiego.
Kiedy się o tym dowiedziałem w 1991 roku, poprosiłem znanego
działacza "Solidarności" senatora Leszka Lackorzyńskiego o radę,
co mam robić. Odpowiedział, że nic, bo nie zrobiłem niczego złego.
To dlaczego znalazł się pan w raporcie?
Umieszczenie mojego nazwiska w takim kontekście, jak w raporcie Rokity,
uważam za krzywdzące.
Przecież raport kończy się wnioskiem o sprawdzenie odpowiedzialności
dyscyplinarnej pana i prok. Barbary Godlewskiej, która
prowadziła sprawę!
Tyle że przeciwko mnie nigdy nie było prowadzone żadne postępowanie
dyscyplinarne czy karne. W tej sprawie mam czyste ręce i
sumienie. Zarówno jako prokurator, jak i człowiek.
Pamięta pan sprawę Wądołowskiego?
Normalnie bym pewnie nie pamiętał. Ale po raporcie Rokity zrobiłem kwerendę.
Chciałem, by moja córka wiedziała, że jej ojciec
nie jest kanalią. Zresztą, ta sprawa nigdy nie stanowiła żadnej tajemnicy.
Wiedzieli o tym wszyscy moi przełożeni.
Jaka była pana rola w śledztwie?
W październiku 1986 r., z polecenia ówczesnego zastępcy proku-ratora
rejonowego w Gdyni, poszedłem do komisariatu kolejowego,
który miał siedzibę vis a vis prokuratury. Od kilku miesięcy byłem asesorem.
Przełożony powiedział mi, że w komisariacie
doszło do zgonu zatrzymanego przez milicję mężczyzny.
Co pan zastał na miejscu?
Przy stanowisku dyżurnego leżały zwłoki Wądołowskiego. Pomieszczenie dla
zatrzymanych było otwarte. Na posadzce widziałem
wyraźną smugę krwi ciągnącą się od pomieszczenia dla zatrzymanych do dyżurki.
Razem z lekarzem medycyny sądowej dokonałem
oględzin zwłok. Nie zauważyłem śladów wskazujących na przestępstwo.
Sporządziłem notatkę i następnego dnia przekazałem ją
prokuratorowi rejonowemu, który dalsze czynności zlecił prokurator Barbarze
Godlewskiej. Na tym moja rola się skończyła.
Nie zbyt łatwo uznał pan, że nie było przestępstwa? Nie zaintrygowała pana ta
smuga krwi?
Gdyby mężczyzna był skatowany ślady bicia byłyby bardzo wyraźne, tymczasem ja
żadnych śladów bicia nie znalazłem. Krew na
posadzce mogła być wynikiem krwotoku z nosa, ale na pewno nos nie był
złamany.
A co orzekł lekarz?
Że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych. Mimo to zadecydowałem o przekazaniu
zwłok do zakładu medycyny sądowej.
Bo musiał pan to zrobić.
Wcale nie. Gdybym chciał coś tuszować, mógłbym od tej czynności odstąpić, bo
lekarze stwierdzili śmierć naturalną.
Śmierć na komisariacie, w czasach, gdy milicja katowała ludzi za byle co, z
reguły wywoływała oburzenie społeczne. Nie miał
pan żadnych rozmów z SB czy przełożonymi jak prowadzić sprawę?
Nie miałem, tym bardziej, że nawet przez chwilę nie prowadziłem tego
śledztwa! Z tego, co pamiętam, w styczniu 1987 prok.
Mieczysław Dzienisiewicz, umorzył je, uznając że nie doszło do przestępstwa.
Ja ze sprawą nie miałem już kontaktu.
Ale to pan przesłuchiwał biegłego Tomasza Gosa, który dokonywał sekcji zwłok.
W sierpniu i październiku 1987 miałem ostatni kontakt z tą sprawą przed 1989
rokiem. Zlecono mi wtedy przesłuchanie Gosa.
Już po umorzeniu sprawy?
Tak. Zapewne był to wynik zażalenia złożonego przez rodzinę zmarłego.
Do sprawy wrócono po 1989 roku.
To prawda. 2 sierpnia 1990 po pismach od rodziny Wądołowskiego, prok.
Godlewska, wówczas z gdańskiej prokuratury
wojewódzkiej, wydała decyzję po podjęciu na nowo postępowania. Chodziło o
zweryfikowanie opinii sądowo-lekarskich przez
biegłego z innego niż gdański zakładu. Opinia ze stycznia 1991 r. sporządzona
przez biegłego z Poznania utrzymała tę
sporządzoną przez pana Gosa.
Nie sądzi pan, że Gos miał przykazane tuszować sprawę?
Uważam, że to niemożliwe. To prawy człowiek i nie dałby się złamać. W lutym
1991 r. umorzyłem to postępowanie, nie
stwierdzając przestępstwa. Moją decyzję zaskarżyły matka i siostra zmarłego.
Dlaczego?
Z tego co pamiętam, opierały się na relacjach kogoś, kto miał być w celi
razem z Wądołowskim i widział, że mężczyzna był
skatowany. W 1991 r. zlecono mi przesłuchanie załóg karetek. Nie wniosło ono
nic do sprawy, choć trzeba pamiętać, że wtedy
minęło już pięć lat od chwili śmierci Wądołowskiego.
Do sprawy wrócono jeszcze raz, po opracowaniu raportu Rokity.
W styczniu 1992 roku na polecenie prokuratora generalnego podjęto umorzone
śledztwo. Prokurator, który je prowadził, uznał,
że należy je umorzyć dokładnie z tych samych przyczyn, dla których już
dwukrotnie było umarzane wcześniej. W listopadzie
1992 umorzenie zyskało aprobatę departamentu prokuratury ministerstwa
sprawiedliwości. Po zażaleniu ze strony rodziny sprawę
definitywnie umorzono w styczniu 1993 r.