galba
21.05.03, 12:57
Karol Wojtyła, kiedyś wielki, odważny człowiek o szerokich horyzontach, dziś
papuga powtarzająca to, co mu szepczą SBecy.
Jak do tego doszło? Czy można całą winę składać na karb jego starczej niemocy?
Sądzę, że nie.
Jeszcze w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych Jan Paweł II budził
nienawiść wszelkiej maści lewicowców polskojęzycznych. Gdy podczas
pielgrzymki 1991 bez ogródek mówił o potrzebie obrony norm moralnych,
tradycji i polskości Wyborcze, Trybuny, Kwaśniewskie i Millery nie mogły
opanować swej wściekłości: Papież nie rozumie teraźniejszości, Papież nie
zauważył końca komunizmu, Papież sieje nienawiść, itd. Mimo tej zmasowanej
akcji pogrobowców Bieruta i Bermana Papież ani na krok nie odstąpił od swej
misji, głosił Prawdę i Chwałę Wiary Ojców.
Widząc, że Jana Pawła II nie da się zastraszyć komuniści postanowili go
ugłaskać. Przełom wieków to czas, który Kwaśniewski, Oleksy, Michnik i inni
spadkobiercy PZPRu poświęcili na łamanie charakteru Karola Wojtyły. Kij nie
działa? Podrzućmy mu marchewkę!
Rozpoczęło się coś co od dawna budziło mój niesmak – budowa kultu Karola
Wojtyły, która obliczona była na wykorzystanie jego miłości własnej. Co roku
pielgrzymka do Ojczyzny, co roku rozdęte do monstrualnych rozmiarów fety na
cześć "przybywającego po raz ostatni", co roku głowa państwa służąca na
tylnych łapkach swemu gościowi.
Ryba łyknęła haczyk. Papież wyraźnie bardziej czuć się zaczął gwiazdą pop-
kultury niż sługą Bożym. Coraz więcej złota w oprawie wizyt, coraz więcej
pompatycznej fanfaronady. Skromność człowieka, którego znaliśmy kiedyś
zastąpił głód powszechnego uwielbienia. Jakie są gwiazdy sceny i ekranu
wiemy: powiedzą i zrobią wszystko by być oklaskiwanymi, sprzedadzą godność
byle nie spaść w rankingach popularności o jedno miejsce. Najwidoczniej
gwiazda ołtarza jest taka sama. Paniczny strach przed odrzuceniem przez
rodaków, apetyt na kolejne tournee oraz błędna wiedza na temat nastrojów w
kraju powodują, że ten stary człowiek powie wszystko czego (jak sądzi)
oczekują od niego jego fani.
Jeszcze raz okazało się, że nie ma ludzi nieprzekupnych – jedyny problem leży
w znalezieniu odpowiedniej waluty. Dla jednego będzie to srebrnik, dla innego
dolar a jeszcze dla innego możliwość bycia żywym bóstwem.
Ci, którzy prawdziwie kochali Jana Pawła II zostali przez niego zdradzeni na
rzecz jego zaprzysięgłych wrogów. Tak oto dożyliśmy chwili gdy Plac św.
Piotra stał się Mekką tych, którzy mordowali księdza Jerzego czy więzili
Prymasa Tysiąclecia. Józef Oleksy ze łzami w oczach mówi: Ojciec Święty
naładował moje akumulatory, towarzyszka Huebnerowa wali przeciwników
krucyfiksem między oczy, szeregowy Barański w Trybunie składa
hołdy "prowincjonalnemu wikaremu". My to jakoś przeżyjemy... ale czy Jan
Paweł II zastanawiał się co będzie się działo za parę lat? Czy po krachu
integracyjnym przeprosi rodaków? Czy z godnością zniesie manifestacje pod
wspólnym hasłem Balcerowicz, Miller i Wojtyła muszą odejść? Czy aby w
nieposkromionym apetycie na popularność nie podłożył bomby zegarowej pod swe
przyszłe miejsce w historii? Chyba tak.
Co zrobi za parę lat? Czy w zamian za swoją 157 pielgrzymkę będzie nawoływał
do legalizacji aborcji i eutanazji? Czy w panicznym strachu przed odrzuceniem
zaakceptuje historyczną konieczność oddania Wrocławia Niemcom (no i
oczywiście przeprosi ich za 1 września)? Kto wie. Wszak zakamarki duszy
Żyjącego Bożka nie są dostępne dla zwykłych śmiertelników.
Jeśli mam wybierać między Polską a Papieżem: wybiorę Polskę.
Karolu Wojtyło, czasem wielkość polega na tym, że wie się kiedy powiedzieć
STOP. To co tobie może się wydawać heroicznym trwaniem na posterunku innym
jawić się może jako smutna próba bicia kolejnych, wydumanych rekordów (sto
dziesiąta pielgrzymka, sto jedenasta pielgrzymka, sto dwunasta pielgrzymka...
pięćset dwudziesty pomnik w Pcimiu, trzysta szesnaste honorowe obywatelstwo
powiatowe, milion pięćset dwudziesty siódmy uścisk dłoni Pani Prezydentowej,
etc.). Czas na odpoczynek.
G.