Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
03.06.03, 20:34
Powie ktoś - to czysta futurologia, wróżenie z fusów - ta cała pisanina o
skutkach wejścia Polski do Unii Europejskiej. Któż może wiedzieć, co nas tam
czeka, zresztą - gorzej niż jest nie może już być... Ktoś, kto tak mówi, z
gruntu się myli. Po pierwsze - może być gorzej, wystarczy spojrzeć na
niektóre kraje postkolonialne. Po drugie - nasza przyszłość w Unii
Europejskiej jest możliwa do przewidzenia dla każdego, kto nie zamyka oczu
na doświadczenie i analizuje zjawiska społeczno-gospodarcze w Europie i na
świecie.
Proces integracji Polski z Unią nie zaczął się dzisiaj, lecz trwa od 1
stycznia 1994 r. na mocy traktatu stowarzyszeniowego i jego skutki są aż
nadto widoczne w naszym kraju. Ponadto dobrego materiału do porównań
dostarcza przypadek byłej NRD, która jako pierwsze państwo postkomunistyczne
weszła do Unii 13 lat temu. Znane są także w ogólnych zarysach wyniki
negocjacji, które lokują Polskę na pozycji członka UE drugiej kategorii.
Wreszcie - trzeba jasno zdać sobie sprawę, iż Unia jest krokiem w kierunku
globalizacji, zaś efekty procesów globalizacyjnych są znane, bowiem ze
szczególną ostrością ujawniły się w dotkniętej kryzysem Argentynie.
Akcesja dla prawnuków?
Część opinii publicznej, poddana "medialnej obróbce", skłonna jest myśleć o
Unii w kategoriach życzeniowych. Tymczasem w wąskim kręgu politycznych elit
wszyscy są zgodni co do jednego - pierwsze 3 lata po akcesji będą dla Polski
czasem niesłychanej nędzy, potu i łez, a bezrobocie stanowić będzie
społeczną plagę co najmniej do 2010 r. Taką opinię można usłyszeć zarówno od
zwolenników, jak i przeciwników akcesji. Tylko w rządowej kampanii na ten
temat głucho.
Wypada więc w tym miejscu zapytać, dlaczego w takim razie rząd i
proeuropejskie elity tak prą do Unii, wiedząc, że będzie źle?
Kalkulacje mogą być tu różne. Jedni obawiają się przewrotu na scenie
politycznej i definitywnej utraty wpływów, inni boją się rozliczeń
związanych z doprowadzeniem kraju do ruiny, u niektórych zaś wynika to z
oceny, że po pierwszych ciężkich latach w Unii kiedyś będzie lepiej (skąd my
to znamy?). Ci ostatni utrzymują, że dzięki integracji dystans, jaki dzieli
Polskę od bogatego Zachodu, będzie się stopniowo skracał i jest szansa, że
za 20-30 lat osiągniemy taki jak tam poziom dochodu narodowego na jednego
mieszkańca. Tymczasem negatywne procesy uruchomione wraz ze stowarzyszeniem
z Unią z chwilą akcesji jeszcze się wzmogą, doprowadzając do dalszego
ekonomicznego osłabienia naszego państwa, a następnie do jego likwidacji na
rzecz superpaństwa europejskiego. Trzeba ratować kraj przez zmianę
dotychczasowej ultraliberalnej polityki na protekcjonistyczną wobec polskiej
gospodarki, a zwłaszcza rolnictwa. To zaś bez suwerennego państwa nie będzie
możliwe. Akcesja zamknie możliwość odwrotu od polityki Balcerowicza, i
ostatecznie uniemożliwi rozliczenie elit za prowadzenie rabunkowej
gospodarki przez 13 lat III Rzeczypospolitej.
Tu i teraz
Nie wdając się jednak w rozważania o tym, co w razie integracji spotka nasze
wnuki i prawnuki, spróbujmy zastanowić się nad tym, co czeka nas samych i
nasze rodziny.
Wejście kraju ubogiego, jakim jest Polska, do elitarnego klubu milionerów,
jakim w istocie jest Unia, wywoła zjawisko określane szokiem integracyjnym.
Sprowadza się ono do uświadomienia sobie przez opinię publiczną, iż
obiecywane profity z akcesji nie nastąpiły, za to negatywne jej skutki są aż
nadto odczuwalne.
Dnia 1 maja 2004 roku, którą to datę europejska lewica wybrała
nieprzypadkowo jako moment akcesji, na pozór nic nadzwyczajnego się nie
stanie - to samo słońce, to samo niebo nad Polską... Radykalna zmiana dokona
się jednak w sferze prawa: w tym dniu na własne życzenie przestaniemy być
państwem suwerennym, w którym Naród Polski decyduje o swoich sprawach.
Nadrzędne stanie się prawo Unii.
Będzie drożyzna
Co nas zaskoczy? Pierwszym najbardziej widocznym dla przeciętnego obywatela
skutkiem akcesji będzie wzrost cen, spowodowany uzgodnieniem w toku
negocjacji wyższych niż dotąd stawek podatku VAT. Unia bardzo naciskała na
te podwyżki, ponieważ procentowo określona część VAT trafia do Brukseli w
formie składki. Kraj o tak niewielkim dochodzie jak Polska, a o tak dużej
liczbie mieszkańców, musi zatem płacić relatywnie wyższy podatek VAT (22
proc.), aby poziom składki nie odbiegał zbyt daleko od stawek w krajach
Piętnastki o zbliżonym potencjale. Z drugiej strony - nasz rodzimy resort
finansów gwałtownie poszukuje środków na akcesję - 11,5 mld zł w 2004 r. i
dalszych 30 mld zł do 2006 r. Poszukuje - rzecz jasna - w naszych
kieszeniach.
Za co więc Polacy zapłacą po akcesji drożej? Jak podaje w swoim opracowaniu
ekspert prawa finansowego Janusz Szewczak - przyjdzie nam drożej płacić
m.in. za usługi gastronomiczne, geodezyjne i kartograficzne, prawne,
wiertnicze, związane z budową dróg i mostów (wzrost VAT z 7 do 22 proc.),
turystyczne, sportowe i pogrzebowe (wzrost VAT z 0 do 7 proc.), za materiały
budowlane, maszyny rolnicze, instrumenty muzyczne, strzykawki, okulary i
szkła kontaktowe, aparaty do mierzenia ciśnienia (wzrost VAT z 7 do 22
proc.), a także za wyroby rękodzieła ludowego (wzrost VAT z 3 do 22 proc.).
Szczególnie dotkliwy będzie, zdaniem Szewczaka, wzrost cen na artykuły
niezbędne dla każdej rodziny, np. najwyższą 22-procentową stawką VAT
obciążone zostaną towary dla dzieci, odzież, obuwie, kosmetyki, wózki
dziecięce, przybory szkolne oraz... ogłoszenia prasowe.
Ponadto podwyżki obejmą wiele podstawowych artykułów żywnościowych, takich
jak cukier (o 30 proc.), mleko, mąka, oraz... banany i papierosy (w ostatnim
przypadku z racji wzrostu akcyzy).
Płace w zamrażarce
Na wzrost kosztów utrzymania poważny wpływ będzie miał także fakt, że Unia
zamierza wprowadzić akcyzę na nośniki energii - gaz i węgiel, oraz dodatkową
opłatę za prąd.
Oprócz tego wzrosną ceny usług komunalnych. Dlaczego? Ponieważ w
negocjacjach przyjęliśmy unijne normy z zakresu ochrony środowiska, których
spełnienie wymaga w najbliższych kilkunastu latach nakładów na inwestycje
rzędu 45 mld euro - według szacunków resortu środowiska, a w ocenie Banku
Światowego - aż 66 mld USD. Około 20 proc. z tej kwoty wyłoży unijny Fundusz
Spójności, resztę jednak samorządy i przedsiębiorstwa muszą wygospodarować
same. Jeśli ktoś sądzi, że np. elektrownia nie odbije sobie na klientach
wydatków na filtry ograniczające emisję do atmosfery, ten nic nie zrozumiał
z ponaddziesięcioletniej lekcji ekonomii, jaką przerabiamy w Polsce. To samo
dotyczy przedsiębiorstw gospodarki komunalnej - które podyktują nam wyższe
opłaty za wodę, odprowadzenie ścieków, wywóz śmieci, komunikację miejską.
Oczywiście samo inwestowanie w środowisko jest rzeczą ze wszech miar
pożądaną, jednak nie na taką skalę, iżby zachwiało to podstawami egzystencji
mieszkańców.
Słowem - ceny w Polsce po akcesji będą europejskie, za to płace... pozostaną
na niezmienionym poziomie. Już dziś resort finansów mówi o zamiarze
rezygnacji z waloryzacji rent i emerytur oraz zamrożeniu płac budżetówki.
Poniekąd jest to zrozumiałe w wypadku waloryzacji cenowej (a taką mamy w
Polsce), skoro inflacja osiągnęła pułap zaledwie 0,3 proc. Po akcesji jednak
ceny pójdą w górę, a mimo to emeryt nie dostanie nawet tych śmiesznych 18
złotych! Notabene pierwszą ofiarą integracji padli artyści - ci sami, którzy
bezmyślnie uśmiechają się do nas z billboardów, zachwalając akcesję. Na
rzecz Unii przyjdzie im oddać część swoich dochodów, bowiem minister
finansów zamierza zmniejszyć wolne od podatku koszty uzyskania przychodu.
Oczywiście artyści protestują, ale przecież sami tego chcieli...
Dla zubożałego społeczeństwa będzie niewielką pociechą, że po akcesji spadną
ceny biletów samolotowych i międzynarodowych rozmów telefonicznych, a także
importowanych samochodów (za to benzyna pójdzie w górę).