Dodaj do ulubionych

Co nas może zaskoczyć w unii europejskiej?

IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 03.06.03, 20:34
Powie ktoś - to czysta futurologia, wróżenie z fusów - ta cała pisanina o
skutkach wejścia Polski do Unii Europejskiej. Któż może wiedzieć, co nas tam
czeka, zresztą - gorzej niż jest nie może już być... Ktoś, kto tak mówi, z
gruntu się myli. Po pierwsze - może być gorzej, wystarczy spojrzeć na
niektóre kraje postkolonialne. Po drugie - nasza przyszłość w Unii
Europejskiej jest możliwa do przewidzenia dla każdego, kto nie zamyka oczu
na doświadczenie i analizuje zjawiska społeczno-gospodarcze w Europie i na
świecie.
Proces integracji Polski z Unią nie zaczął się dzisiaj, lecz trwa od 1
stycznia 1994 r. na mocy traktatu stowarzyszeniowego i jego skutki są aż
nadto widoczne w naszym kraju. Ponadto dobrego materiału do porównań
dostarcza przypadek byłej NRD, która jako pierwsze państwo postkomunistyczne
weszła do Unii 13 lat temu. Znane są także w ogólnych zarysach wyniki
negocjacji, które lokują Polskę na pozycji członka UE drugiej kategorii.
Wreszcie - trzeba jasno zdać sobie sprawę, iż Unia jest krokiem w kierunku
globalizacji, zaś efekty procesów globalizacyjnych są znane, bowiem ze
szczególną ostrością ujawniły się w dotkniętej kryzysem Argentynie.

Akcesja dla prawnuków?
Część opinii publicznej, poddana "medialnej obróbce", skłonna jest myśleć o
Unii w kategoriach życzeniowych. Tymczasem w wąskim kręgu politycznych elit
wszyscy są zgodni co do jednego - pierwsze 3 lata po akcesji będą dla Polski
czasem niesłychanej nędzy, potu i łez, a bezrobocie stanowić będzie
społeczną plagę co najmniej do 2010 r. Taką opinię można usłyszeć zarówno od
zwolenników, jak i przeciwników akcesji. Tylko w rządowej kampanii na ten
temat głucho.
Wypada więc w tym miejscu zapytać, dlaczego w takim razie rząd i
proeuropejskie elity tak prą do Unii, wiedząc, że będzie źle?
Kalkulacje mogą być tu różne. Jedni obawiają się przewrotu na scenie
politycznej i definitywnej utraty wpływów, inni boją się rozliczeń
związanych z doprowadzeniem kraju do ruiny, u niektórych zaś wynika to z
oceny, że po pierwszych ciężkich latach w Unii kiedyś będzie lepiej (skąd my
to znamy?). Ci ostatni utrzymują, że dzięki integracji dystans, jaki dzieli
Polskę od bogatego Zachodu, będzie się stopniowo skracał i jest szansa, że
za 20-30 lat osiągniemy taki jak tam poziom dochodu narodowego na jednego
mieszkańca. Tymczasem negatywne procesy uruchomione wraz ze stowarzyszeniem
z Unią z chwilą akcesji jeszcze się wzmogą, doprowadzając do dalszego
ekonomicznego osłabienia naszego państwa, a następnie do jego likwidacji na
rzecz superpaństwa europejskiego. Trzeba ratować kraj przez zmianę
dotychczasowej ultraliberalnej polityki na protekcjonistyczną wobec polskiej
gospodarki, a zwłaszcza rolnictwa. To zaś bez suwerennego państwa nie będzie
możliwe. Akcesja zamknie możliwość odwrotu od polityki Balcerowicza, i
ostatecznie uniemożliwi rozliczenie elit za prowadzenie rabunkowej
gospodarki przez 13 lat III Rzeczypospolitej.

Tu i teraz
Nie wdając się jednak w rozważania o tym, co w razie integracji spotka nasze
wnuki i prawnuki, spróbujmy zastanowić się nad tym, co czeka nas samych i
nasze rodziny.
Wejście kraju ubogiego, jakim jest Polska, do elitarnego klubu milionerów,
jakim w istocie jest Unia, wywoła zjawisko określane szokiem integracyjnym.
Sprowadza się ono do uświadomienia sobie przez opinię publiczną, iż
obiecywane profity z akcesji nie nastąpiły, za to negatywne jej skutki są aż
nadto odczuwalne.
Dnia 1 maja 2004 roku, którą to datę europejska lewica wybrała
nieprzypadkowo jako moment akcesji, na pozór nic nadzwyczajnego się nie
stanie - to samo słońce, to samo niebo nad Polską... Radykalna zmiana dokona
się jednak w sferze prawa: w tym dniu na własne życzenie przestaniemy być
państwem suwerennym, w którym Naród Polski decyduje o swoich sprawach.
Nadrzędne stanie się prawo Unii.

Będzie drożyzna
Co nas zaskoczy? Pierwszym najbardziej widocznym dla przeciętnego obywatela
skutkiem akcesji będzie wzrost cen, spowodowany uzgodnieniem w toku
negocjacji wyższych niż dotąd stawek podatku VAT. Unia bardzo naciskała na
te podwyżki, ponieważ procentowo określona część VAT trafia do Brukseli w
formie składki. Kraj o tak niewielkim dochodzie jak Polska, a o tak dużej
liczbie mieszkańców, musi zatem płacić relatywnie wyższy podatek VAT (22
proc.), aby poziom składki nie odbiegał zbyt daleko od stawek w krajach
Piętnastki o zbliżonym potencjale. Z drugiej strony - nasz rodzimy resort
finansów gwałtownie poszukuje środków na akcesję - 11,5 mld zł w 2004 r. i
dalszych 30 mld zł do 2006 r. Poszukuje - rzecz jasna - w naszych
kieszeniach.
Za co więc Polacy zapłacą po akcesji drożej? Jak podaje w swoim opracowaniu
ekspert prawa finansowego Janusz Szewczak - przyjdzie nam drożej płacić
m.in. za usługi gastronomiczne, geodezyjne i kartograficzne, prawne,
wiertnicze, związane z budową dróg i mostów (wzrost VAT z 7 do 22 proc.),
turystyczne, sportowe i pogrzebowe (wzrost VAT z 0 do 7 proc.), za materiały
budowlane, maszyny rolnicze, instrumenty muzyczne, strzykawki, okulary i
szkła kontaktowe, aparaty do mierzenia ciśnienia (wzrost VAT z 7 do 22
proc.), a także za wyroby rękodzieła ludowego (wzrost VAT z 3 do 22 proc.).
Szczególnie dotkliwy będzie, zdaniem Szewczaka, wzrost cen na artykuły
niezbędne dla każdej rodziny, np. najwyższą 22-procentową stawką VAT
obciążone zostaną towary dla dzieci, odzież, obuwie, kosmetyki, wózki
dziecięce, przybory szkolne oraz... ogłoszenia prasowe.
Ponadto podwyżki obejmą wiele podstawowych artykułów żywnościowych, takich
jak cukier (o 30 proc.), mleko, mąka, oraz... banany i papierosy (w ostatnim
przypadku z racji wzrostu akcyzy).

Płace w zamrażarce
Na wzrost kosztów utrzymania poważny wpływ będzie miał także fakt, że Unia
zamierza wprowadzić akcyzę na nośniki energii - gaz i węgiel, oraz dodatkową
opłatę za prąd.
Oprócz tego wzrosną ceny usług komunalnych. Dlaczego? Ponieważ w
negocjacjach przyjęliśmy unijne normy z zakresu ochrony środowiska, których
spełnienie wymaga w najbliższych kilkunastu latach nakładów na inwestycje
rzędu 45 mld euro - według szacunków resortu środowiska, a w ocenie Banku
Światowego - aż 66 mld USD. Około 20 proc. z tej kwoty wyłoży unijny Fundusz
Spójności, resztę jednak samorządy i przedsiębiorstwa muszą wygospodarować
same. Jeśli ktoś sądzi, że np. elektrownia nie odbije sobie na klientach
wydatków na filtry ograniczające emisję do atmosfery, ten nic nie zrozumiał
z ponaddziesięcioletniej lekcji ekonomii, jaką przerabiamy w Polsce. To samo
dotyczy przedsiębiorstw gospodarki komunalnej - które podyktują nam wyższe
opłaty za wodę, odprowadzenie ścieków, wywóz śmieci, komunikację miejską.
Oczywiście samo inwestowanie w środowisko jest rzeczą ze wszech miar
pożądaną, jednak nie na taką skalę, iżby zachwiało to podstawami egzystencji
mieszkańców.
Słowem - ceny w Polsce po akcesji będą europejskie, za to płace... pozostaną
na niezmienionym poziomie. Już dziś resort finansów mówi o zamiarze
rezygnacji z waloryzacji rent i emerytur oraz zamrożeniu płac budżetówki.
Poniekąd jest to zrozumiałe w wypadku waloryzacji cenowej (a taką mamy w
Polsce), skoro inflacja osiągnęła pułap zaledwie 0,3 proc. Po akcesji jednak
ceny pójdą w górę, a mimo to emeryt nie dostanie nawet tych śmiesznych 18
złotych! Notabene pierwszą ofiarą integracji padli artyści - ci sami, którzy
bezmyślnie uśmiechają się do nas z billboardów, zachwalając akcesję. Na
rzecz Unii przyjdzie im oddać część swoich dochodów, bowiem minister
finansów zamierza zmniejszyć wolne od podatku koszty uzyskania przychodu.
Oczywiście artyści protestują, ale przecież sami tego chcieli...
Dla zubożałego społeczeństwa będzie niewielką pociechą, że po akcesji spadną
ceny biletów samolotowych i międzynarodowych rozmów telefonicznych, a także
importowanych samochodów (za to benzyna pójdzie w górę).
Obserwuj wątek
    • Gość: +++Ignorant Re: Co nas może zaskoczyć w unii europejskiej? IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 03.06.03, 20:39

      W transportowej sieci
      Cóż jeszcze w razie akcesji zaskoczy przeciętnego obywatela? Z pewnością ruch.
      Polska, jako kraj tranzytowy w przewozach na Wschód, po wejściu do Unii
      szczególnie odczuje wzrost natężenia ruchu. W negocjacjach zobowiązaliśmy się
      wpuścić na nasze drogi od pierwszego dnia akcesji największe unijne TIR-y, o
      nacisku 11,5 tony na oś. Na razie będą się mogły poruszać po jednej czwartej
      naszej sieci drogowej (o długości 4600 km z 18 tys. km dróg krajowych), ale od
      2010 r. uzyskają dostęp praktycznie wszędzie, bez względu na to, czy zdążymy z
      inwestowaniem w poprawę nawierzchni.
      W Polsce prawie nie ma w tej chwili nawierzchni, które zdolne byłyby przyjąć
      tak ciężkie pojazdy, nawet najlepsze drogi krajowe wytrzymują nacisk do 10
      ton. Trzeba więc wybudować autostrady. Za co? Według dyrektora Marka Rolli z
      Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad - Unia oferuje na ten cel 1 mld
      euro. Resztę trzeba pożyczyć w bankach. Tymczasem budowa jednego kilometra
      autostrady kosztuje 3-5 mln euro, a wybudować trzeba setki kilometrów. Dodajmy
      do tego budowę tysięcy kilometrów dróg niższej klasy, ale o wzmocnionej
      nawierzchni, oraz koszty utrzymania dotychczasowej sieci drogowej,
      dewastowanej po akcesji przez ponadnormatywne pojazdy - i obraz staje się
      pełny: czekają nas horrendalne wydatki.

      Z kieszeni podatnika
      Jaką formę przybierze nasza składka na sieć drogową - na razie nie wiadomo.
      Pierwsza próba zebrania pieniędzy na realizację tych ambitnych planów
      skończyła się niepowodzeniem wskutek powszechnego sprzeciwu. Chodzi o
      osławione winiety. Resort infrastruktury pracuje gorączkowo nad innym
      rozwiązaniem. Może skoczy w górę akcyza, a z nią ceny paliw? Niech jednak nikt
      sobie nie wyobraża, że będąc w Unii będziemy mogli skorzystać na swoim
      tranzytowym położeniu, pobierając myto... Nic z tych rzeczy! Wprowadzenie
      jakichkolwiek dodatkowych opłat trzeba notyfikować w Brukseli, a objęcie nimi
      samych przewoźników zagranicznych jest sprzeczne z unijnym prawem. Dlatego
      każdą opłatę trzeba tak kalkulować, aby przy okazji "nie zarżnąć" własnych
      przedsiębiorstw transportowych.
      Wprawdzie bez pieniędzy dróg nie będzie, ale - jak mówi stare polskie
      przysłowie - "słowo się rzekło, kobyłka u płota". TIR-y ruszą na te drogi,
      które są. Będą jechać, żłobiąc koleiny w asfalcie, bo najważniejszą rzeczą w
      Unii jest wielki rynek od Gibraltaru po Rygę i wszystko jest mu
      podporządkowane. Zresztą trzy czwarte tych przewozów kompletnie nie ma sensu,
      bo po co np. wozić holenderskie mleko z Holandii do Włoch, a włoskie z Włoch
      do Niemiec, zatruwając po drodze piękne Alpy? Mimo to TIR-y przemierzać będą
      dzień i noc centra polskich miast na czele ze stolicą, ponieważ nie
      zaplanowano obwodnic dla ruchu tranzytowego. TIR-y będą stać na światłach,
      korkować skrzyżowania, dymić i warczeć. Jeśli więc komuś w mieszkaniu zadrżą
      szyby w oknach - to poczuje, że jest w Unii.

      Rewolucja na półkach
      Po akcesji zmieni się oferta sklepów. Miejsce wielu polskich produktów zajmie
      towar importowany. Stanie się tak dlatego, że polscy przedsiębiorcy nie
      zdołają na czas przygotować się do unijnych standardów, o czym za chwilę.
      Import już od połowy lat 90. stopniowo zastępuje polską produkcję, a po
      akcesji zjawisko to jeszcze się nasili. Jak podaje prof. Mieczysław Kabaj z
      Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, importujemy nawet takie drobiazgi, które z
      powodzeniem moglibyśmy produkować u siebie - jak gwoździe, pinezki, śruby,
      wkręty, kartony, pudła, torby papierowe, papier toaletowy, chusteczki
      higieniczne, zamki, kłódki, klucze, miotły, pędzle, szczotki, tiule, koronki,
      hafty, zszywki, spinacze, a nawet grzebienie i guziki.
      Oczywiście szary obywatel-konsument może być nawet zadowolony z poszerzonej
      oferty, ale ten sam obywatel jako pracownik szybko odczuje ten import na
      własnej skórze, kiedy pewnego dnia przyjdzie mu zameldować się w urzędzie
      pracy. I niech nikt nie mówi, że zawojujemy Unię naszym eksportem, skoro przez
      ostatnie 10 lat rokrocznie deficyt wzajemnej wymiany handlowej wahał się w
      granicach 5-8 mld USD na naszą niekorzyść, a dziś sięga kwoty co najmniej 70
      mld USD.
      Deficyt wymiany towarowej, według prof. Kabaja, ma 10-procentowy udział w
      globalnym popycie krajowym. W Polsce jest ok. 15 mln ludzi w wieku
      produkcyjnym, a zatem - wskutek importu 1,5-1,6 mln z nich dotkniętych jest
      bezrobociem z powodu tegoż deficytu.
      Zalew importu będzie szczególnie bolesny w wypadku produktów żywnościowych.
      Nęcić będą nas ze sklepowych witryn płaty plastikowej szynki bez smaku,
      kiełbasy o dziwnie ostrej czerwonej barwie. Na chłodniczych półkach zamiast
      polskiego schabu, z którego można usmażyć aromatyczne schabowe - narodowy
      przysmak - królował będzie schab z wielkich tuczarni zachodnich, twardy jak
      podeszwa. Wraz z upadkiem większości mleczarni zniknie większość naszych
      serków, jogurtów i tanie mleko w folii. Wraz z upadkiem małych ubojni i
      masarni znikną wędliny pachnące dymem wędzenia. Niestety, będziemy musieli
      kupować towar zachodni, bo dobry polski, nawet jeśli się ostanie, będzie dla
      nas za drogi (firmy muszą sobie odbijać na klientach podwyższone koszty
      wynikające z dostosowania do unijnych standardów).
      Nie będzie także wolno promować towaru hasłem "dobry, bo polski". Reklama
      odwołująca się do narodowych uczuć jest w Unii zakazana.

      Kłody pod nogi
      Niemiła niespodzianka w razie ewentualnego wejścia Polski do Unii czeka
      naszych przedsiębiorców. Zamiast poszerzenia rynków zbytu napotkają
      administracyjną blokadę.
      Z dniem akcesji zaczną obowiązywać europejskie normy, standardy i certyfikaty.
      Przedsiębiorcy, którzy nie będą ich spełniać, nie będą mogli prowadzić
      działalności i sprzedawać swoich produktów zarówno na polskim, jak i unijnym
      rynku. Kontrola rynku pod tym względem zostanie wzmocniona. Miejsce naszych
      wyrobów szybko zajmą napływające szeroką falą produkty z krajów Piętnastki.
      Spotykana gdzieniegdzie opinia, że wzmożona konkurencja zagraniczna dotyczy
      tylko eksporterów, a ci, którzy sprzedają towary na lokalnym rynku, mogą spać
      spokojnie, świadczy o kompletnej ignorancji tego, kto ją wyraża. Polski rynek
      stanie się częścią jednolitego rynku europejskiego i poddany zostanie tym
      samym prawom.
      Według eksperta UKIE dr. Macieja Duszczyka, deficyt Polski w obrotach z
      Piętnastką po akcesji wzrośnie. Do 2001 r. sięgnął on 63 mld euro i co roku
      powiększa się o dalsze 5-7 mld euro. Badania przeprowadzone przez ekspertów z
      Europejskiego Centrum w Natolinie wykazały, że akcesja grozi likwidacją 60
      proc. polskich małych i średnich przedsiębiorstw.

      Przepustka na rynek
      W wypadku wielu wyrobów przemysłowych wymagane będzie posiadanie znaku CE.
      Stanowi on przepustkę na rynek, świadcząc, że dany wyrób spełnia wymagania
      bezpieczeństwa wynikające z unijnych dyrektyw i może być dopuszczony do
      obrotu. Zakres wyrobów podlegających oznakowaniu CE jest szerszy niż lista
      produktów objętych dotąd w Polsce znakiem "B", stąd część producentów dotąd
      nie jest świadoma, iż muszą posiadać certyfikat. Ponadto przez wyrób należy
      rozumieć nie tylko produkt finalny, lecz także jego komponenty, przez co
      łańcuch certyfikatów ulega wydłużeniu. Oznaczenie CE musi posiadać sprzęt
      elektryczny, wysoko- i niskociśnieniowy, urządzenia gazowe, kotły wodne,
      zabawki, wyroby budowlane, maszyny, środki ochrony indywidualnej,
      nieautomatyczne urządzenia wagowe, implanty medyczne, urządzenia medyczne,
      urządzenia diagnostyczne in vitro, materiały wybuchowe na cywilny użytek,
      jachty i łodzie rekreacyjne, dźwigi i urządzenia linowe do przewozu osób,
      chłodziarki i zamrażarki, wyposażenie radiowe i telekomunikacyjne.
      Procedura uzyskania znaku CE bywa różna w zależności od rodzaju wyrobu.
      Najprostsza polega na przygotowaniu precyzyjnej dokumentacji technicznej,
      wystawieniu przez producenta certyfikatu zgodności i wyrywkowej kontroli
      • Gość: +++Ignorant Re: Co nas może zaskoczyć w unii europejskiej? IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 03.06.03, 20:40
        Przepustka na rynek
        W wypadku wielu wyrobów przemysłowych wymagane będzie posiadanie znaku CE.
        Stanowi on przepustkę na rynek, świadcząc, że dany wyrób spełnia wymagania
        bezpieczeństwa wynikające z unijnych dyrektyw i może być dopuszczony do
        obrotu. Zakres wyrobów podlegających oznakowaniu CE jest szerszy niż lista
        produktów objętych dotąd w Polsce znakiem "B", stąd część producentów dotąd
        nie jest świadoma, iż muszą posiadać certyfikat. Ponadto przez wyrób należy
        rozumieć nie tylko produkt finalny, lecz także jego komponenty, przez co
        łańcuch certyfikatów ulega wydłużeniu. Oznaczenie CE musi posiadać sprzęt
        elektryczny, wysoko- i niskociśnieniowy, urządzenia gazowe, kotły wodne,
        zabawki, wyroby budowlane, maszyny, środki ochrony indywidualnej,
        nieautomatyczne urządzenia wagowe, implanty medyczne, urządzenia medyczne,
        urządzenia diagnostyczne in vitro, materiały wybuchowe na cywilny użytek,
        jachty i łodzie rekreacyjne, dźwigi i urządzenia linowe do przewozu osób,
        chłodziarki i zamrażarki, wyposażenie radiowe i telekomunikacyjne.
        Procedura uzyskania znaku CE bywa różna w zależności od rodzaju wyrobu.
        Najprostsza polega na przygotowaniu precyzyjnej dokumentacji technicznej,
        wystawieniu przez producenta certyfikatu zgodności i wyrywkowej kontroli
        produktów pod kątem zgodności z przepisami UE. Warunkiem skorzystania z tej
        drogi jest jednak stosowanie norm unijnych, te zaś zostały w dużej części
        przyjęte do zbioru Polska Norma w wersji angielskiej. Producent, chcąc się
        nimi posłużyć, będzie musiał zatem skorzystać z usług tłumacza i ponieść
        niemałe dodatkowe koszty (z tłumaczeniem tych wysokospecjalistycznych tekstów
        mają trudności nawet tłumacze przysięgli). Większość procedur zmierzających do
        uzyskania znaku CE wymaga jednak udziału tzw. organu notyfikowanego,
        skomplikowanych testów i badań nad prototypem, procesem produkcji i produktem
        seryjnym. Koszt uzyskania znaku CE sięga, według ekspertów UKIE, 120-280 tys.
        euro i wiąże się z dodatkowymi wydatkami na dostosowanie linii produkcyjnych,
        rzędu 70-300 tys. euro.

        Kosztowny HACCP
        Jeszcze większe wymagania postawione zostaną po akcesji produktom spożywczym.
        Tutaj certyfikat HACCP będzie obowiązywał nie tylko w fazie produkcji, lecz
        także w transporcie i handlu żywnością, gastronomii i cateringu. Wyłączeni z
        tego obowiązku będą jedynie rolnicy, jeśli sprzedają nieprzetworzone płody
        rolne. Uzyskanie tego certyfikatu jest jeszcze droższe niż w wypadku wyrobów
        przemysłowych. Jego koszt według UKIE może sięgać 1,2 mln zł, a dalsze 4 mln
        producent będzie musiał zainwestować w modernizację produkcji. Same koszty
        doradztwa to dziesiątki tysięcy złotych. W branży mięsnej tylko 1 proc. firm
        posiada certyfikat HACCP, w mleczarstwie - 5-10 proc. Według Eurostatu
        (europejski odpowiednik GUS-u), w takich krajach jak Hiszpania, Portugalia,
        Austria z powodu braku certyfikatów po akcesji ok. 30 proc. firm zbankrutowało.
        Ubocznym skutkiem podwyższonych standardów będzie likwidacja bazarów i
        targowisk, do których tak przywykliśmy przez ostatnich 13 lat. Tymczasem
        powszechnie wiadomo, że wszystkie wielkie skandale związane ze skażeniem
        żywności (dioksyny, BSE i in.) miały miejsce nie w Polsce, lecz pod czujnym
        okiem Brukseli.

        BAT na przedsiębiorców
        Nie mniejszym problemem dla producentów będzie konieczność uzyskania
        zintegrowanego pozwolenia na działalność. Dotyczy to firm, które wpływają na
        środowisko np. przez emisję gazów i pyłów, spust ścieków, składowanie odpadów,
        emisję hałasu lub w inny sposób. Firmy takie będą musiały dokonać inwestycji
        dostosowujących poziom emisji do wymagań UE, stosując tzw. Najlepsze Dostępne
        Techniki (z ang. BAT). Według szacunków resortu środowiska, dostosowanie - i
        to jeszcze przed 2004 r. - będzie musiało przeprowadzić ok. 2 tys. polskich
        przedsiębiorstw. Tymczasem do tej pory większość z nich o tym nie wie, zaś
        stosowne wnioski złożyło zaledwie kilkadziesiąt podmiotów, a pozwoleń wydano
        10. Przedsiębiorcy, którzy w chwili akcesji nie będą posiadali zezwolenia,
        będą musieli zamknąć swoje zakłady. Polska zobowiązała się podczas negocjacji
        wydać na inwestycje w ochronę środowiska co najmniej 40 mld euro, a niektóre
        źródła szacują wydatki jeszcze wyżej, np. Bank Światowy na 66 mld USD.
        Wsparcie Unii nie przekroczy 40 proc. tej kwoty, a może być znacznie mniejsze.
        Gros obciążeń spadnie na przedsiębiorców, a pozostała część - na samorządy.
        Dla pierwszych oznaczać to będzie wzrost kosztów i spadek konkurencyjności w
        zderzeniu z firmami unijnymi. Samorządy zaś, posiadając monopol naturalny w
        zakresie usług komunalnych, wnet odbiją sobie większe wydatki na mieszkańcach.
        Oznacza to wzrost opłat za wodę, ścieki, wywóz śmieci, wprowadzenie podatku
        katastralnego, słowem - wzrost kosztów utrzymania.
        Równie kosztowne dla polskich producentów okaże się zapewne dostosowanie do
        standardów sanitarnych. Na przykład producenci drobiu muszą wymienić
        praktycznie wszystkie klatki, ponieważ obecne nie odpowiadają unijnym normom.
        Szkoda, że nikt im tego nie powiedział kilka lat wcześniej, kiedy masowo
        kupowali klatki wycofywane z byłej NRD...
        Przedsiębiorcy przeważnie nie zdają sobie sprawy także z tego, że wszyscy nowi
        podatnicy VAT działający krócej niż rok, jeśli chcą po akcesji eksportować
        towary na unijny rynek, będą musieli zapłacić kaucję gwarancyjną i uzyskać
        zabezpieczenie bankowe lub majątkowe w wysokości 400 tys. zł. Wymagają tego
        przepisy Unii jako zabezpieczenia wobec nadużyć związanych z rozliczaniem VAT.

        Rewolucja w opłotkach
        Co może zaskoczyć rolników? Trudno będzie im zaakceptować odwróconą logikę
        unijnej polityki rolnej. Traktuje ona gospodarstwo rolne jak małą fabrykę.
        Rolnicy będą musieli zakupić komputery, prowadzić ewidencję sprzedaży i płacić
        podatek dochodowy. Muszą przy tym uważać, aby nie przekroczyć dozwolonych kwot
        produkcji, ponieważ w takim wypadku Unia wymierza dotkliwe kary finansowe.
        Ostatnio spotkało to fińskich producentów mleka, którzy nieopatrznie
        zainwestowali w rozwój produkcji. Nadwyżki plonów będą musiały być przez
        rolnika po prostu niszczone - tak jak w całej Unii.
        Zwiększą się kłopoty ze sprzedażą plonów z polskich pól i hodowli.
        Nierównoprawne dopłaty, jakie ustanowiono w negocjacjach, wystawiają polskiego
        rolnika na nierówną, nieuczciwą konkurencję z zachodnim farmerem. Dopłata nie
        stanowi bowiem w istocie pomocy dla samego rolnika, lecz jest sposobem na
        dotowanie konsumpcji, tzn. trafia w rzeczywistości do kieszeni konsumenta,
        który płaci mniej za żywność. Nasze produkty będą po prostu droższe niż
        zachodnie, bo Unia będzie je dotowała w mniejszym stopniu. Na skutek tego
        stopniowo zostaną wyparte z rynku. Sytuacja dochodowa rolników pogorszy się,
        prowadząc do likwidacji większości małych i średnich gospodarstw. Na ich
        miejscu powstawać będą wielkie przedsiębiorstwa agrarne, gospodarujące na
        setkach hektarów ziemi. Opustoszeją polskie wioski. Zamiast nich - jeśli
        okolica jest atrakcyjna - wyrosną luksusowe zagraniczne letnie rezydencje.
        Obiecujący polskiej wsi finansowe korzyści ignorują zresztą rzeczywistość.
        Wielu rolników nie będzie w stanie skorzystać nawet z tych niskich dopłat, z
        uwagi na trudną procedurę składania wniosków, nadmierne rozdrobnienie
        gospodarstwa, a także z uwagi na nieuregulowany stan własnościowy.
        Skorzystanie zaś przez rolnika ze środków strukturalnych na inwestycje wymaga
        pokonania wielu administracyjnych barier oraz prefinansowania, czyli
        uprzedniego sfinansowania inwestycji z własnej kieszeni lub przy pomocy
        kredytu bankowego.

        Bajer dla młodzieży
        Przykra niespodzianka czeka też po akcesji młodzież, której rządowa propaganda
        obiecuje pracę i studia na Zachodzie.
        W kraju nie tylko miejsc pracy nie przybędzie, ale jeszcze ubędzie - wskutek
        masowych plajt polskich przedsiębiorstw, a także zwolnień spowodowanych tzw.
        restrukturyzacją
        • Gość: +++Ignorant Re: Co nas może zaskoczyć w unii europejskiej? IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 03.06.03, 20:42
          Rewolucja w opłotkach
          Co może zaskoczyć rolników? Trudno będzie im zaakceptować odwróconą logikę
          unijnej polityki rolnej. Traktuje ona gospodarstwo rolne jak małą fabrykę.
          Rolnicy będą musieli zakupić komputery, prowadzić ewidencję sprzedaży i płacić
          podatek dochodowy. Muszą przy tym uważać, aby nie przekroczyć dozwolonych kwot
          produkcji, ponieważ w takim wypadku Unia wymierza dotkliwe kary finansowe.
          Ostatnio spotkało to fińskich producentów mleka, którzy nieopatrznie
          zainwestowali w rozwój produkcji. Nadwyżki plonów będą musiały być przez
          rolnika po prostu niszczone - tak jak w całej Unii.
          Zwiększą się kłopoty ze sprzedażą plonów z polskich pól i hodowli.
          Nierównoprawne dopłaty, jakie ustanowiono w negocjacjach, wystawiają polskiego
          rolnika na nierówną, nieuczciwą konkurencję z zachodnim farmerem. Dopłata nie
          stanowi bowiem w istocie pomocy dla samego rolnika, lecz jest sposobem na
          dotowanie konsumpcji, tzn. trafia w rzeczywistości do kieszeni konsumenta,
          który płaci mniej za żywność. Nasze produkty będą po prostu droższe niż
          zachodnie, bo Unia będzie je dotowała w mniejszym stopniu. Na skutek tego
          stopniowo zostaną wyparte z rynku. Sytuacja dochodowa rolników pogorszy się,
          prowadząc do likwidacji większości małych i średnich gospodarstw. Na ich
          miejscu powstawać będą wielkie przedsiębiorstwa agrarne, gospodarujące na
          setkach hektarów ziemi. Opustoszeją polskie wioski. Zamiast nich - jeśli
          okolica jest atrakcyjna - wyrosną luksusowe zagraniczne letnie rezydencje.
          Obiecujący polskiej wsi finansowe korzyści ignorują zresztą rzeczywistość.
          Wielu rolników nie będzie w stanie skorzystać nawet z tych niskich dopłat, z
          uwagi na trudną procedurę składania wniosków, nadmierne rozdrobnienie
          gospodarstwa, a także z uwagi na nieuregulowany stan własnościowy.
          Skorzystanie zaś przez rolnika ze środków strukturalnych na inwestycje wymaga
          pokonania wielu administracyjnych barier oraz prefinansowania, czyli
          uprzedniego sfinansowania inwestycji z własnej kieszeni lub przy pomocy
          kredytu bankowego.

          Bajer dla młodzieży
          Przykra niespodzianka czeka też po akcesji młodzież, której rządowa propaganda
          obiecuje pracę i studia na Zachodzie.
          W kraju nie tylko miejsc pracy nie przybędzie, ale jeszcze ubędzie - wskutek
          masowych plajt polskich przedsiębiorstw, a także zwolnień spowodowanych tzw.
          restrukturyzacją górnictwa i hutnictwa oraz ucieczką mieszkańców wsi do miast.
          Co więcej - nie będzie również legalnej pracy na Zachodzie, ponieważ kraje
          Piętnastki, dotknięte kryzysem, same borykają się z rosnącym bezrobociem.
          Dlaczego zagraniczny pracodawca miałby zatrudnić Polaka, jeśli musi mu płacić
          tyle samo co swojemu rodakowi? Jeśli więc młodzież zdoła się zatrudnić, to w
          większości na czarno, a więc bez ubezpieczenia i gwarancji socjalnych. Akcesja
          nic pod tym względem nie zmieni. Młodzież musi też pamiętać, że w wyniku
          negocjacji najważniejsze rynki pracy - m.in. niemiecki i austriacki, pozostaną
          dla niej zamknięte przez 7 lat.
          Równie nieuczciwe jest obiecywanie młodzieży, że będzie mogła studiować, gdzie
          chce. Przecież już dziś może to robić, jeśli ma pieniądze na opłacenie nauki i
          utrzymanie. Otwarcie uczelni na zagranicznych studentów może natomiast
          przynieść skutek zgoła nieoczekiwany: wzrośnie u nas w kraju presja, aby
          wprowadzić powszechną odpłatność za studia. To zaś oznacza, że młodzieży
          naszej nie tylko nie będzie stać na studiowanie na Sorbonie, ale i polskie
          uniwersytety pozostaną dla niej niedostępne.
          Co zaś tyczy się "swobody podróżowania", warto, aby młodzież wiedziała, że na
          zachodniej granicy zachowana zostanie po akcesji kontrola paszportowa i stan
          ten będzie trwał latami, ponieważ Polska ma być strefą buforową, chroniącą
          Unię przed napływem emigrantów ze Wschodu. Natomiast zamknięta zostanie nasza
          granica wschodnia przez wprowadzenie obowiązku wizowego dla wschodnich
          sąsiadów. Oznacza to, że w większości przypadków i od nas, Polaków, tamta
          strona zażąda wiz. Dlaczego utrzymanie paszportowego status quo na Odrze i
          zaciągnięcie żelaznej kurtyny na wschodzie miałoby ułatwić Polakom
          podróżowanie? Propagandowe hasło jest, jak widać, pozbawione logiki.

          Ciąganie po sądach
          Zaskoczeni będą też po akcesji mieszkańcy Ziem Odzyskanych. Układy Polski z
          Niemcami, polegające m.in. na potwierdzeniu przez Zjednoczone Niemcy granicy
          na Odrze i Nysie, celowo pomijają kwestie indywidualnych roszczeń byłych
          niemieckich właścicieli do majątku pozostawionego na ziemiach zachodnich i
          północnych. Sprawa ta jest, zdaniem Niemców, nadal otwarta. O ile pozostając
          poza Unią, mieszkańcy tych terenów chronieni są przez polskie prawo, to po
          wejściu do Unii muszą liczyć się z tym, że byli właściciele wystąpią z
          roszczeniami przed unijnymi sądami. Otwarcie przyznał to unijny komisarz
          Verheugen podczas niedawnej wizyty w Polsce. Mówili też o tym kanclerz Niemiec
          Gerhard Schroeder podczas zjazdu wypędzonych i wielu innych polityków. Przed
          kilku laty wiele szumu w Polsce wywołała też uchwała Bundestagu, w której
          niemiecki parlament uznał tzw. wypędzenie za sprzeczne z prawem
          międzynarodowym. Wiadomo, że w niemieckich archiwach zgromadzona jest
          kompletna dokumentacja dotycząca ok. 600 tys. nieruchomości na Ziemiach
          Odzyskanych.
          Na temat zaskakujących skutków akcesji można by pisać jeszcze długo. Wypada
          więc życzyć wszystkim Polakom, abyśmy jednak... nie dali się zaskoczyć!
          Małgorzata Goss



    • alfalfa Re: Co? Polska właśnie! /nt 03.06.03, 21:31
    • Gość: doku Kapitalne! IP: *.chello.pl 03.06.03, 22:04
      Gość portalu: +++Ignorant napisał(a):

      > dobrego materiału do porównań
      > dostarcza przypadek byłej NRD, która jako pierwsze państwo postkomunistyczne
      > weszła do Unii 13 lat temu.
      ...
      > wszyscy są zgodni co do jednego - pierwsze 3 lata po akcesji będą dla Polski
      > czasem niesłychanej nędzy, potu i łez, a bezrobocie stanowić będzie
      > społeczną plagę co najmniej do 2010 r. Taką opinię można usłyszeć zarówno od
      > zwolenników, jak i przeciwników akcesji. Tylko w rządowej kampanii na ten
      > temat głucho.

      Wszyscy są też zgodni, że szczęśliwi i bogaci socjalistyczni Niemcy teraz w
      kapitalizmie gniją marnie, a Berlin Wschodni z tętniącej życiem metropolii
      zamienił się w ponure rumowisko - taka opinię wyraża zarówno niemiecka lewica
      jak i prawica, jedynie centrum o tym milczy.

      Biedny ignorancie, taka propaganda przekonuje mnie, że trzeba głosować "tak"
      choćby po to, aby podzielić los czerwonych Niemców i odmienic swoje życie tak
      jak to zrobili oni.

      Wałęsa jeszcze przeskakiwał mur, wschodni Niemcy mur zburzyli, a my zamiast
      muru mamy już tylko otwarte bramy, a za nimi kwitną drzewa, z białych skał
      sfrunęła mewa, trzepotliwa, śnieżnobiała, w dziobie złoty klucz trzymała,
      klczem skały otwierała, otwierała złote bramy, skarbce, zamki i sezamy. A w
      pobliżu piekne place, na nich domy i pałace, a w pałacach rajskie ptaki, a w
      ogrodach złote maki, a dokoła mleczne rzeki zdążające w świat daleki - w takim
      świecie nagle znaleźli się wschodni Niemcy i w takim świecie my też się
      znajdziemy.
      • Gość: tami Re: Kapitalne! IP: *.lodz.mm.pl 04.06.03, 11:15
        Doku!
        Wyrzucili Cię z tego szatniarza w MF, a dalej pieprzysz jak potłuczony.
        Ale pamiętaj - niedługo kończy się zasiłek!
        Może wreszcie pusty żołądek doda Ci rozumu.
        • Gość: doku Czy ty się odchudzasz? IP: *.chello.pl 09.06.03, 22:23
          Gość portalu: tami napisał(a):

          > Może wreszcie pusty żołądek doda Ci rozumu.

          Kiedy w brzuchu pusto, w głowie groch z kapustą. Jeżeli czasem Ci się zdarza
          przeżyć na głodniaka jakieś olśnienie, to nie ufaj temu. Prawdopodobnie to
          efekt halucynacji głodowych. Jeżeli po jedzeniu nie możesz nic wymyślić, to
          musisz się pogodzić z rzeczywistą swoją inteligencją, dla własnego zdrowia.
          Pogódź się z sobą, odzyskaj spokój, a przekonasz się, że odkryjesz w sobie
          sporo naturalnej inteligencji.
    • Gość: Polityczny Re: Wszystko !!!! IP: *.dip.t-dialin.net 09.06.03, 22:59
    • Gość: maniekxxx Re: Co nas może zaskoczyć w unii europejskiej? IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 10.06.03, 00:14
      zaskoczy i to napewno wysoki stopien bezrobocia-beda polacy
      mogli pracowac legalnie a to momentalnie zmieni sytuacjie
      dotychczasowa kiedy oplacalo sie polakow przyjmowac na
      czarno.NO i okaze sie ze ten owoc o ktorym tak wielu
      myslalo niejest taki slodki jak wielu spodziewalo sie.Przyklady
      kilku krajow udowadniaja totongue_outORTUGALIA,GRECJIA,FRANCJIA,WLOCHY gdzie
      pomimo duzego stazu w UE wciaz utrzymuje sie wysokie
      bezrobocie a prawie wiekszosc czlonkow pracy poszukuje w
      Niemczech.Wyzej wymienione kraje maja staly wysoki stopien
      bezrobocia i czlonkostwo w UE niczego niezmienilo w zyciu
      przecietnego obywatela w owych krajach.Natomiast takie kraje
      jak:Niemcy,Holandia,Austria,Dania czy Szwajcaria sa to tradycyjnie
      kraje o strukturze spolecznej-konserwatyzmu i takie kraje
      dosyc dobrze sobie radza nawet bez UE.Tak ze uwazam ze
      polacy beda zawiedzeni oczekujac kupe forsy z UE ktora
      niestety niedojdzie do Polski.Jezeli sami niezakasamy rekaw i
      niewezmiemy sie do pracy -nikt za nas tego niezrobi,
      przykladem niech bedzie CHILE ktore jest potega ekonomiczna
      w Ameryce poludniowej i jest czlonkiem NAFTA ,kraj ten
      zawdziecza swoja silna pozycjie miedzynarodowa tylko i wylacznie
      PINOCHETOWI.Popatrzmy na inne kraje Ameryki poludniowej-gdzie
      rzadzi od dziesiatek lat lewica-do czego doprowadzily ich
      rzady -do przepasci ,zadlurzenie jest w takim stanie ze jest
      rownoznaczne z bankructwem tych krajow:Brazylia,Peru,Argentyna,Kolumbia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka