Dodaj do ulubionych

-------------- Polski holocaust --------------

IP: *.157.81.214.Dial1.Weehawken1.Level3.net 14.07.03, 17:47
W niedzielę 11 lipca 1943 r. od rana padało. Gęsty deszcz zniechęcił wielu
ludzi do udziału w niedzielnej sumie, toteż w renesansowej kolegiacie w
miejscowości Kisielin w wołyńskim powiecie Horochów zgromadziło się nie
więcej niż 150 osób. "Jeszcze przed nabożeństwem dostrzegłem w pobliżu
kościoła jakichś obcych ludzi, ale nikt nie zwrócił na nich specjalnej uwagi
(...). Po nabożeństwie na dziedzińcu zaroiło się od czarnosotennych. Ludzie
momentalnie zawrócili do kościoła. Wtedy bandyci otworzyli ogień. Ci, którzy
nie zdążyli cofnąć się w porę, padli w czasie tej pierwszej strzelaniny" -
wspominał świadek Sławomir Dąbski, po wojnie nauczyciel szkoły muzycznej w
Lublinie.

Około stu osób ukryło się na plebanii, reszta postanowiła poddać się, licząc
na litość napastników. Ale 11 lipca 1943 r., w dniu prawosławnego święta
świętych Piotra i Pawła, w Kisielinie nie było litości. "Na dole banderowcy
zaczęli mordować tych, co się poddali. Na dziedziniec kościelny drzwiami z
kaplicy wyszło kilkanaście osób, obok nich eskorta. Szli za dzwonnicę tą samą
drogą, jaką zawsze chodzili w procesji" - relacjonował inny świadek,
Włodzimierz Sławosz Dębski. Po chwili ukryci na plebanii usłyszeli salwy.

Tego dnia w Kisielinie oddział Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA) zamordował
90 Polaków.

Było to apogeum terroru: między 11 a 15 lipca oddziały UPA i OUN (Organizacja
Ukraińskich Nacjonalistów) zaatakowały równocześnie 167 zamieszkanych przez
Polaków miejscowości na terenie trzech wołyńskich powiatów: horochowskiego,
łuckiego i włodzimierskiego. Raport niemieckiego kontrwywiadu z 13 lipca
informował krótko: "Nacjonaliści ukraińscy prowadzą na Wołyniu eksterminację
ludności polskiej; ruch banderowski unicestwia polskich osadników na
Wołyniu".

Wokół Wołynia

"I Ukraińcy, i Polacy mają własny pogląd na wspólną historię, naznaczony
gorzkim doświadczeniem krzywd, pacyfikacji i przymusowych przesiedleń" -
przypomina kard. Lubomyr Huzar, zwierzchnik ukraińskiego kościoła
greckokatolickiego, w liście ,,do polskich i ukraińskich sąsiadów, braci w
Chrystusie". ,,A tej historii nie można zmienić, napisać od nowa ani jej
negować. Pamięć historyczna, tak obciążona negatywnymi emocjami, ciąży nad
nami i dziś".
Warto dodać: ciąży szczególnie w przeddzień 60. rocznicy tragedii na Wołyniu.
Ale ciąży tylko nad tymi, którzy chcą pamiętać. Jak wynika z badań, o zbrodni
na Wołyniu wie zaledwie 48 proc. Ukraińców. Młodzi przeważnie nic nie wiedzą.
Wśród tych, którzy wiedzą, blisko połowa twierdzi, że winę za tragedię
ponoszą zarówno Ukraińcy, jak i Polacy. 40 proc. nie chce, by Ukraińcy
przepraszali Polaków za Wołyń...

O Wołyniu pisze się dziś w ukraińskich mediach często, ale niektóre artykuły
budzą konsternację. W lwowskiej gazecie ,,Arka" publicysta Jurij Pidlinskij
stwierdza: ,,Polscy historycy twierdzą, że liczba ofiar tragedii wołyńskiej,
jak nazywają wydarzenia sprzed 60 lat, wynosi 15-30 tys. zamordowanych".

Po pierwsze: liczbę ofiar nasi historycy szacują na 50-60 tys., po drugie -
dobrze by się stało, gdyby ukraińscy historycy i publicyści w ślad za
polskimi kolegami też uznali wydarzenia sprzed 60 lat za tragedię. Pidlinski
pisze dalej: ,,Niektóre polskie ugrupowania mówią o 300 tys. zamordowanych"
(sic!). Nieporozumienia okazują się głębsze niż spory wokół liczby ofiar i
podważają sens wysiłków zmierzających ku pojednaniu. Choć autor
stwierdza: ,,przeprosiny to moralny imperatyw, nie podlegający dyskusji",
lecz niepokoi go forma i sens, w jakiej ich się wymaga". Niepokoi go, iż
władze RP ,,zażądały od prezydenta Ukrainy oficjalnych przeprosin", bo to
szantaż ,,w kontekście rozszerzenia UE i przekształcenia granicy polsko-
ukraińskiej we wschodnią granicę Unii. Polska nieraz oświadczała, że
europejska integracja Ukrainy uzależniona jest od przeprosin za Wołyń". Że
Polska Ukrainy nie szantażuje i że Pidlinskij błędnie interpretuje nasze
oczekiwania - czytelnikom "TP" tłumaczyć nie trzeba.

Pidlinskij pisze dalej, że Polacy stawiają znak równości pomiędzy Ukraińcami
a członkami OUN-UPA (skąd ta pewność?) i rzeczywistość wojenną redukują do
stereotypu: dobrzy Polacy i źli Ukraińcy. Uznanie organizacji
nacjonalistycznych winnymi zbrodni ludobójstwa, twierdzi, oznacza, że o
niepodległość Ukrainy walczyły ugrupowania bandyckie. Ergo: ,,Idea walki
niepodległościowej wydaje się przestępstwem, a państwo polskie - obrońcą
status quo". Pidlinskij twierdzi, że ideę tę lansuje polski MSZ...

Podkreślmy: autor uważa, że przeprosiny to moralny imperatyw, dodając, że i
Polska powinna przeprosić - za międzywojenne winy wobec Ukraińców. Ale czy w
istocie chodzi mu o prawdę historyczną czy o coś więcej? Jeśli o prawdę, co
znaczą słowa: ,,Czy warto przypominać, kto zaczął pierwszy" bratobójczą
walkę? Chyba warto - w imię przyszłych stosunków, bo prawda nie pogłębi
konfliktu między Polakami i Ukraińcami - jak twierdzi Pidlinskij - lecz
pomoże przezwyciężyć wzajemne urazy. Czy bez prawdy możliwe jest wzajemne
przebaczenie?

Nikt w Polsce nie kwestionuje ukraińskiej niepodległości i jej sensu nie
podważy wcale prawda o OUN-UPA.
Pidlinskij jednak pisze: ci, którzy twierdzą, że działania nacjonalistów
walczących o ukraiński Wołyń były nielegalne, chcą tym samym powiedzieć, że
dzisiejsza niepodległość Ukrainy ,,jest chimerycznym zbiegiem historycznych
uwarunkowań".

Kto jak kto, ale Polska i jej racja stanu nie uznają Ukrainy ani za chimerę,
ani za prowizorium. Pidlinskij dalej pisze: Polska, jako członek NATO, a
wkrótce UE, czuje swoją przewagę nad Ukrainą, zwraca się do niej z pozycji
silniejszego; obecność Ukrainy w europejskich strukturach zależy od
przychylności Polski A to mit, szkodliwy mit - uważa publicysta "Arki".

Dlaczego warto zauważać poglądy takie, jak autora ,,Arki"? Nie po to, by się
nad nim pastwić, lecz by zrozumieć, dlaczego ukraińscy pobratymcy niechętnie
pamiętają o tragedii sprzed 60 lat. A przy okazji: ,,Arka" jest pismem
greckokatolickim. Do jej czytelników zwracał się m.in. kard. Huzar. Czy
grekokatolicy wsłuchali się uważnie w głos swego zwierzchnika? Czy pamiętają,
co przed dwoma laty mówił na Ukrainie Jan Paweł II: ,,Niech pamięć o
przeszłości nie stanowi dziś przeszkody na drodze wzajemnego poznania"?

Jan Strzałka

Sądzony po wojnie przez sowiecki sąd Ohorodniczuk-Nikołaj Kwilkowśkij zeznał
podczas śledztwa: "12 lipca 1943 r. rano razem z grupą UPA liczącą około 20
ludzi wszedłem w czasie Mszy do kościoła (w Porycku) iwanickiego rejonu,
gdzie w ciągu 30 minut wraz z innymi zabiliśmy obywateli narodowości
polskiej. W czasie tej akcji zabito 300 ludzi, wśród których były dzieci,
kobiety i starcy. Po zabiciu ludzi w kościele udałem się z grupą do położonej
w pobliżu wsi Radowicze oraz polskich kolonii Sadowa i Jeżyn, gdzie wziąłem
udział w masowej likwidacji ludności polskiej. W wymienionych koloniach
zabito 180 kobiet, dzieci i starców. Wszystkie domy spalono, a mienie i bydło
rozgrabiono".
Inny członek UPA, Arsenij Bożewśkij, opowiadał przed sądem: "W lipcu 1943 r.
nasz oddział przybył do byłej posiadłości hrabiego Koszewskiego, gdzie
mieszkało około 100 Polaków, których zlikwidowaliśmy bezlitośnie przy użyciu
broni palnej i białej. Zlikwidowaliśmy całe rodziny nie oszczędzając starców,
kobiet i dzieci. Dzieci płakały, kobiety-matki prosiły, aby pozostawić ich
dzieci przy życiu. Ale nie zwracaliśmy na te prośby uwagi i zabijaliśmy je
używając do tego broni i noży".
Wedle ustaleń Ewy i Władysława Siemaszków, autorów monumentalnej - dwa tomy,
1500 stron druku - książki "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów
ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-45", cały bilans ofiar
wołyńskiej tragedii po polskiej stronie to 50-60 tysięcy zamordowanych, z
czego 19,5 tysiąca udało się zidentyfikować z imienia i nazwiska. Jeśli
doliczyć ok. 20-25
Obserwuj wątek
    • Gość: polishAM Re: -------------- Polski holocaust ------------- IP: *.157.81.214.Dial1.Weehawken1.Level3.net 14.07.03, 17:51
      . 20-25 tysięcy ofiar z przedwojennych województw lwowskiego, tarnopolskiego i
      stanisławowskiego oraz kilka tysięcy z terenów południowo-wschodniej Polski w
      jej dzisiejszych granicach, bilans strat zamyka się liczbą około 100 tysięcy
      zabitych.
      Wtedy, latem 1943 r., Sławomir Dębski wskutek odniesionych ran stracił nogę. Do
      szpitala odwieźli go dwaj znajomi Ukraińcy. Za pomaganie Polakom ze strony UPA
      groził wyrok śmierci. W pracy Siemaszków jest mowa o 250 znanych przypadkach
      pomocy udzielonej Polakom. Wiadomo, że dla 167 Ukraińców skończyło się to
      śmiercią - z rąk rodaków.
      Po wojnie przez dziesięciolecia nad wołyńską tragedią zalegała cisza. Nie
      uczono o niej w szkołach ani na uniwersytetach. Pamięć trwała jedynie wśród
      tych, którzy to widzieli i wśród ich rodzin. Oni też, świadkowie, a nie
      zawodowi historycy, wykonali największą pracę dokumentacyjną, aby pamięć nie
      zaginęła. Świadectwo prawdy było dla nich rodzajem moralnej powinności.
      - Wtedy zrozumieliśmy, że jeśli sami nie zbierzemy dokumentacji losu Polaków na
      Wołyniu, nikt tego nie zrobi, a pamięć po ofiarach zbrodni nigdy nie będzie
      uczczona - opowiada Andrzej Żupański, przez wiele lat sekretarz, a dziś
      przewodniczący Okręgu Wołyńskiego Światowego Związku Żołnierzy AK. -
      Rozesłaliśmy więc apel do naszych członków w Polsce i w ciągu kilkunastu
      kolejnych miesięcy mieliśmy kilkaset spisanych świadectw.
      Ze świadectw tych powstała broszura "Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich
      dokonane na ludności polskiej na Wołyniu 1939-45", wydana w 1990 r. (autorzy:
      Jan Turowski i Władysław Siemaszko).
      Dalsze prace przez kolejne 10 lat prowadził Siemaszko z córką Ewą.
      W poszukiwaniu dokumentów i relacji Siemaszkowie przeczesywali archiwa, czytali
      akta procesowe sądzonych po wojnie członków UPA, docierali do świadków.
      Wołyń obecny jest także w biografii Władysława Siemaszki. Urodzony w 1919 r.,
      był żołnierzem 27. Dywizji AK i do 1944 r. żył na Wołyniu. Wcześniej, w 1940
      r., sowiecki sąd skazał go na karę śmierci (zamienioną na 10 lat łagru).
      Siedział w więzieniu w Łucku, gdy w czerwcu 1941 r. III Rzesza zaatakowała ZSRR
      i w więzieniach położonych na terenie okupacji sowieckiej cofające się oddziały
      NKWD rozpoczęły systematyczne mordowanie więźniów uważanych za "politycznych".
      Siemaszko przeżył taką masakrę w Łucku.
      W 1945 r. aresztowany ponownie przez Sowietów i przekazany polskim władzom
      komunistycznym, spędził w więzieniu kolejne dwa lata. Potem, w PRL, pracował
      jako radca prawny.
      - Dlaczego to zrobiliśmy? - Ewa Siemaszko, córka Władyslawa, powtarza pytanie. -
      Bo naszym obowiązkiem było danie świadectwu prawdzie, skoro nikt inny nie
      chciał tego zrobić.
      To samo mówiła, kiedy jesienią ubiegłego roku odbierała przyznaną po raz
      pierwszy Nagrodę im. Józefa Mackiewicza. Ewa Siemaszko od początku określa
      zbrodnie popełnione na Polakach mianem ludobójstwa (zgodnie z definicją
      Konwencji ONZ z 1948 r.) i nie przyjmuje do wiadomości żadnych innych słów,
      jakimi określa się tę zbrodnię.
      Dla części ukraińskich historyków takie określenie jest nie do przyjęcia, choć
      trudno zakwestionować im dane zawarte w tej pracy: Władysław i Ewa Siemaszkowie
      udokumentowali zbrodnie popełnione na Polakach w 1721 wsiach, osadach i
      miasteczkach Wołynia - mniej więcej w połowie ówcześnie istniejących jednostek
      administracyjnych.
      Kiedy Ewa Siemaszko odbierała w imieniu swoim i ojca Nagrodę im. Mackiewicza, w
      mediach pojawiły się pierwsze przecieki, że w 2003 r. odbędą się oficjalne
      obchody 60. rocznicy masakr na Wołyniu. 13 lutego tego roku prezydent
      Aleksander Kwaśniewski zakomunikował, że obejmuje nad nimi oficjalny patronat.
      Nie powołano żadnego komitetu. Sprawą obchodów zajmuje się szef Biura
      Bezpieczeństwa Narodowego i bliski współpracownik prezydenta Marek Siwiec.
      - Czekaliśmy na tę chwilę 60 długich lat - mówi Andrzej Żupański. - Mijały
      kolejne rocznice, a nigdy wcześniej ani władze PRL, co poniekąd zrozumiałe, ani
      władze III Rzeczypospolitej, co już niepojęte, nie wypowiedziały się w sprawie
      100 tys. polskich obywateli, zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich, nie
      oddały im hołdu.
      W archiwum państwowym obwodu wołyńskiego w Łucku wśród wielu dokumentów
      znajduje się tajna dyrektywa północnego dowództwa UPA podpisana przez jego
      komendanta płk. Romana Dmytra Klaczkiwskiego. Dyrektywa brzmi: "Powinniśmy
      przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Przy wycofywaniu
      wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej
      ludności w wieku od 16 do 60 lat (...). Leśne wsie oraz wsie położone obok
      leśnych masywów powinny zniknąć z powierzchni ziemi".
      Choć Klaczkiwski kierował eksterminacją Polaków, jego pamięć w wielu
      środowiskach na Ukrainie jest czczona. W Zbarażu, gdzie się urodził, stoi jego
      pomnik; rada obwodowa w Równem wystąpiła o przyznanie mu tytułu "Bohatera
      Ukrainy". Nie dlatego, że jego oddziały mordowały Polaków, ale za to, że oddał
      życie za niepodległą Ukrainę: zginął w 1945 r., otoczony przez NKWD. Pomnik ma
      także Roman Szuchewycz (pseudonim "Taras Czuprynka"), oficer w niemieckim
      batalionie Nachtigall, od jesieni 1943 dowódca UPA. Pomnik stoi w Biłhoroszczy
      koło Lwowa, gdzie Szuchewycz zginął w marcu 1950 r. w walce z Sowietami. W
      ubiegłym roku na 60. rocznicę powstania UPA rząd Ukrainy przygotował projekt
      ustawy, uznającej UPA za stronę walczącą w II wojnie światowej, a jej członkom
      nadający status weteranów wojennych (protest w tej sprawie złożyło rosyjskie
      MSZ).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka