thinking
16.07.03, 04:56
www.se.com.pl/iso/Dzisiaj/Wiadomosci/irak/irak_1.shtml
Głoduje za wygnanych
Najpierw było głośno w Iraku o polskich żołnierzach. Potem o prof. Belce.
Teraz mówi się tam o 25-letniej Ewie.
Ewa Jasiewicz głoduje w imieniu Palestyńczyków wyrzucanych z domów w
Bagdadzie. - To dopiero początek mojego protestu - zapowiada.
Ewa Jasiewicz: - To rodzice nauczyli mnie zauważać krzywdę innych
Foto | Piotr Grzybowski
Zobacz film
Wiecej zdjęć w galerii
Korespondencja z Iraku
- Po wojnie pogorszył się los nie tylko Irakijczyków. Cierpią też
Palestyńczycy, którzy są wyganiani z domów - wyjaśnia nam Ewa. I prowadzi nas
na obrzeża irackiej stolicy. Obóz Al-Avda sprawia przygnębiający widok: rzędy
namiotów, a w nich stłoczeni ludzie.
Czas na Irak
- Widzicie sami. Im nikt tu nie pomaga - mówi. Idziemy do jednej ze
szmacianych chatek. Gospodarz, siwiutki Darish Mustafa Fakayet, ściska się z
Ewą. Bo Polka zdobyła tu niezwykłą sympatię. Nie dość, że mówi biegle po
arabsku, to od 5 lat jeździ po świecie i staje w obronie uciemiężonych. Była
już w palestyńskich obozowiskach w Izraelu, upominała się o wolność
irlandzkich katolików w Belfaście, walczyła o tanie leki dla afrykańskich
dzieci.
Teraz przyszedł czas na Irak. Ale tu zadziwiła wszystkich. Sprzeciwiła się
propagowanym przez międzynarodowe organizacje humanitarne programom, które
głoszą, że pomoc należy się tylko byłym poddanym Saddama.
- Zapraszam w nasze skromne progi - mówi nam Fakayet. Siadamy na podartej
derce. Za chwilę dostajemy palestyński chleb i słodką herbatę. A potem
słuchamy: w małym namiociku żyje osiem osób. Ta rodzina tuła się po świecie
od 1948 roku. Mieli nadzieję, że osiądą w Bagdadzie. Nie ukrywają: Saddam im
pomagał. Ustalił niski czynsz dla Palestyńczyków wynajmujących w Iraku domy.
Ale gdy go obalono, do domów rodzin palestyńskich przyszli Irakijczycy z
karabinami. Wypędzili ich wrzeszcząc: "Wracajcie do siebie. My bierzemy te
domy!".
Część ludzi poszła na ulice. Przeprowadzili się do pospiesznie organizowanych
przez ONZ obozów.
Nie mają pracy, prądu, wody. Jedzenie tylko z paczek Czerwonego Krzyża. Sami
pieką chleb. Żyją z dnia na dzień, niepewni przyszłości.
Zwrócić uwagę świata
- Chcę zwrócić uwagę świata na ich cierpienie - wyznaje z przekonaniem Ewa.
Jest dumna, bo właśnie przybyła do niej katarska telewizja al-Dżazira. Polka,
razem z irlandzką przyjaciółką i kolegą z Francji, stają przed kamerą.
Ich przesłanie idzie w świat. Cała trójka była też na spotkaniu z
administratorem Iraku, Paulem Bremerem. I powiedzieli mu: pomagajcie
wszystkim, a nie tylko wybrańcom.
- Moja matka pochodzi ze wsi Broniaki pod Łomżą, a tata z Warszawy. Ja
urodziłam się w Londynie. Ale chodziłam do polskiej szkoły i kościoła. Często
też jeżdżę do Polski. Bo tam mam rodzinę: wujków, ciocie, cioteczne siostry i
braci - podkreśla z dumą.
Skąd pomysł na życie aktywistki? Ewa mówi: - Zawsze byłam wrażliwa na krzywdę
innych. Także mój ojciec, który przeszedł wojenną gehennę w Wilnie, a potem
został wywieziony na Sybir, nauczył mnie zauważać krzywdę innych.
Co prawda jej mama cały czas denerwuje się o jej los. Gdy Ewa wyrusza w
świat, pyta: - Po co ci to moje dziecko?
- Ale i tak wierzę, że jest ze mnie dumna - zamyśla się Polka i bierze łyk
wody. Jeść nie chce: to jej protest.
Nagle podchodzi do niej jeden z Palestyńczyków.
- Przyjechali ci z ONZ. Chcą z tobą rozmawiać - krzyczy.
Za wcześnie na jedzenie
Ewa zrywa się z miejsca. A potem nam relacjonuje: - Zauważyli nasz protest,
pytają o to, co dzieje się w obozie. Polka nie kryje radości: strajk głodowy
przynosi efekt. Ale ani myśli rzucać się na jedzenie.
- To dopiero początek. Wezmę coś do ust, dopiero gdy będę miała pewność, że
tym ludziom się polepszy - przekonuje.
***********
Wasze opinie?