Janina Barycka pisała w latach 30. XX wieku;
„O ile o Kościele mowa, słyszy się często opinję, że Śląsk Górny
Kościołowi głównie zawdzięcza swój polski charakter. Zapewnienia te
brzmią specjalnie fałszywie na tle germanizacyjnej działalności
kleru śląskiego. Jeśli dziś na Śląsku rozbrzmiewa język polski, to
dzieje się to nie dzięki zasługom kleru, ale mimo jego
germanizacyjnych usiłowań, faktem jest bowiem, że tak, jak to dziś
czynią księża na Śląsku Opolskim czy w Prusach Wschodnich, tak samo
przed wojną kler śląski wytężał wszystkie siły, by ludowi polskość
jego odebrać. Faktu tego nie zmieni powoływanie się na działalność
niektórych jednostek z pośród kleru, które istotnie w bardzo
ciężkich czasach dla ratowania polskości Śląska poważne położyły
zasługi. Ale... jednostki owe, czujące po polsku i pracujące dla
polskości, są tylko jaśniejszemi punktami w ponurej masie księży
renegatów, pracujących na rzecz niemczyzny”.Wielkopolska
Choć podaje się, że w Wielkopolsce Kościół był ostoją polskości, to
jednak znów – jeśli idzie o hierarchię – sprawa jest złożona.
Arcybiskup Teofil Wolicki (od 1828 r.), który troszczył się o język
polski, w szczególności w szkołach parafialnych, bronił narodowego
charakteru Kościoła oraz utrzymania archidiecezji gnieźnieńskiej
jako symbolu polskości. Za polskiego patriotę uznać również można
abpa Leona Przyłuskiego (od 1845 r.), a wreszcie Edmunda Dalbora (od
1915 r.), który popierał udział duchowieństwa w powstaniu
wielkopolskim (1918–1919) i akcji plebiscytowej na Śląsku i Warmii.
Bardziej dwuznaczna była postawa innych arcybiskupów: Mieczysław
Ledóchowski (od 1866 r.) początkowo współpracował z rządem pruskim i
ograniczał udział duchowieństwa w propagowaniu haseł narodowych, a
nawrócił się na patriotyzm, kiedy rząd wystąpił z metodycznym
atakiem na katolicyzm w okresie Kulturkampfu; Juliusz Dinder (od
1886 r.) wzburzył opinię publiczną, wprowadzając nauczanie religii w
języku niemieckim już od najniższych klas gimnazjalnych, jednak
później sprzeciwiał się polityce germanizacyjnej rządu pruskiego;
Florian Stablewski (od 1892 r.) występował co prawda w obronie prawa
do używania polskiego języka, ale prowadził politykę ugodową wobec
władz. Bardziej zajmowała go walka z socjalizmem. W 1894 r.
mówił: „Potępiam propagandę polską na Górnym Śląsku, bo w tej
dzielnicy, oddzielonej na podstawie prawno-państwowej przez 5 czy 6
stuleci od Polski; a zatem w czasie, w którym uczucia narodowego w
naszem zrozumieniu w ogóle nie było, rozbudzanie tego uczucia nie
posiada w dobie dzisiejszej żadnego uprawnienia”.Ale już
zdecydowanie negatywnie ocenić należy postawę arcybiskupów: Jana
Gabriela Podolskiego (od 1767 r.), który był współorganizatorem
konfederacji radomskiej (1767 r.), zaś w czasie konfederacji
barskiej czynił zabiegi w celu utworzenia stronnictwa prosaskiego
współdziałającego z Rosją; Antoniego Kazimierza Ostrowskiego (od
1777 roku) – wykonawcę poleceń Rosji, symbol hańby polskiego kleru,
gdyż na sejmie w latach 1772–1775 przewodniczył delegacji
podpisującej traktaty rozbiorowe Polski i pozostawał na żołdzie
ościennych mocarstw; Ignacego Raczyńskiego (od 1806 r.) – całkiem
uległego wobec zarządzeń władz pruskich; czy w końcu Edwarda
Likowskiego (od 1906 roku), który również prowadził politykę
uległości wobec Prusaków. Wraz z prałatem Dorszewskim wydał odezwę
wzywającą Polaków pod sztandary niemieckie, gdyż jak powiadał – „w
narodzie polskim nie wymarło poczucie obowiązku względem władzy z
woli Boga nad nim postawionej”. Jednocześnie przestrzegał, żeby nie
dawano się zwodzić „agentom i burzycielom pokoju”, którzy odwodzili
Polaków od prawowitej władzy.Arcybiskup lwowski, Józef Bilczewski, w
odezwie z 4 sierpnia 1914 roku nakazywał Polakom bić się za Austrię.
Kiedy w proteście przeciw rusyfikacyjnej polityce władz rosyjskich w
Królestwie Polskim rozpoczął się strajk i bojkot szkół rządowych
(1905 r.), arcybiskup warszawski Popiel wydał odezwę (23 lipca),
odczytaną we wszystkich warszawskich kościołach, a wzywającą
młodzież do powrotu do rosyjskich szkół.Zrywy niepodległościowe
Kiedy wybuchło powstanie listopadowe, ówczesny papież Grzegorz XVI
pospiesznie wydał encyklikę do polskiego duchowieństwa, w której
nazwał powstańców „podłymi buntownikami, nędznikami, którzy pod
pozorem dobra powstali przeciw władzy swojego monarchy”
(prawosławnego cara!). Grzmiał z Rzymu: „Słyszeliśmy, że
nieszczęście okropne, jakie nawiedziło wasze Królestwo, nie miało
innego źródła, jak machinacje kilku krętaczy i agitatorów, którzy
pod płaszczykiem religijnym podnieśli głowy przeciwko uświęconej
prawem potędze władcy”. W dziesięć lat później tłumaczył się, że
został wprowadzony w błąd i stąd ten surowy osąd.
Uwiecznił to Juliusz Słowacki w „Kordianie”, gdzie papież
mówi: „Niech się Polaki modlą, czczą cara i wierzą, (...). Niech
wasz naród wygubi w sobie ogniów jakobińskich zaród albo na pobitych
Polaków pierwszy klątwę rzucę”. W „Beniowskim” wyraził to jaśniej
(papież nazwany jest tam „podstępnym Włochem”

: „Polsko – Twa zguba
w Rzymie”. Jeszcze bardziej ponuro ukazuje papieża w utworze „Poema
Piasta Dantyszka”: „I w dymie stanął anioł, jak ogień czerwony, i
szepnął mi do ucha: »Ja mord – lecę z Rzymu«

...). Tak, żem spytać
go musiał: »A któż tam mordował?« A on mi znów szepnął z
cicha: »Ojciec Święty«”.Jeszcze bardziej radykalne uczucia przelewa
na papier poeta romantyczny Seweryn Goszczyński, ogłaszając w czasie
powstania listopadowego, w marcu 1931 r., wiersz pt. „Modlitwa”:
Precz z Bogiem co w dłoń zabobonu
Powierza sztandar złej sławy,
Co z piorunowego tronu
Gnębi świat krwawymi prawy!
Precz z nim, precz z opieką jego,
On nie jest Bogiem wolności!
Kościół dążył później, już po odzyskaniu niepodległości, do
stopienia sprawy religijnej z narodowowyzwoleńczą. Przedstawiał
siebie jako obrońcę sprawy narodowej. Jednak to kolejny mit, gdyż
najwybitniejsi działacze, poeci, pisarze i filozofowie tego okresu
jawnie temu przeczą. Tomasz Woltarewicz