karlin
05.09.03, 14:16
Prasa podała - "uczniowie biją nauczycieli". Odkrycie.
W czasach gdy chodziłem do szkoły podstawowej (60-te), ktoś wpadł na pomysł
iż należy zlikwidować szkoły dla "trudnej" młodzieży, a rozparcelowane załogi
przydzielić, po klasie, do szkół normalnych. No i pojawili się, 5-6 lat od
nas starsi. W ciągu trzech miesięcy uciekły z ich klasy trzy nauczycielki.
Pewnie nie tylko w naszej szkole, bo postanowiono te "specjalne" klasy
rozwiązać i ich zawartość rozparcelować do klas normalnych. Z jednego
takiego, co siedział na końcu klasy z "Szarotką" przy uchu, był nawet pewien
pożytek. Za "wąskotorówki" (kto pamięta, co to było?) można było zamówić
łomot dla swojego oponenta. Czy dotyczyło to również nauczycieli? Nie
pamiętam.
Jak widać, humanizm w traktowaniu "trudnej" młodzieży ma w Polsce bogatą
tradycję. Nie przewiduję tu istotniejszych zmian. Gdy zdrowy 17-latek skatuje
staruszkę, po zwyczajowych słowach oburzenia, zawsze odezwą się tacy, którzy
zasugerują - no, staruszce już i tak niewiele brakowało, a on młody, życia mu
łamać nie wolno. Niska społeczna szkodliwość czynu. Społeczna.
Tymczasem jest dokładnie na odwrót. To właśnie "zero torelancji" dla mażącej
mury i jeżdżącej na gapę gówniaterii pozwoliły Nowemu Jorkowi stać się z
jednego z najmniej jednym z najbardziej bezpiecznych, wielkich miast w USA.
Przemoc w szkole to nie jest problem szkoły, rodziców, Kościoła czy drużyn
harcerskich. Bandytyzm to problem policji i wymiaru sprawiedliwości. Jeśli o
tym zapominamy, powinniśmy mieć również do policji pretensje o to, że dziecko
siada w domu do stołu nie umywszy uprzednio rąk, a do szkoły że opowiada na
głos dowcipy podczas mszy. Nauczyciele i dyrekcja są w szkole po to, aby
dzieci uczyć i wychowywać, a nie walczyć z bandytami, wyręczając tych którym
się za to płaci.
Dla niektórych, np. tych którym pijani rodzice nie są w stanie przekazać
niczego, a kumple z podwórka jedynie bogate tradycje brania pod glany,
wybawieniem może być tylko jak najszybsze udowodnienie związku przyczynowo-
skutkowego wina:kara. I to już od etapu pustej puszki rzucanej na trawnik.
Niska społeczna szkodliwość czynu - policjant idzie dalej. Przecież parę lat
temu prokuratury masowo zwalniały do domu gangi młodocianych złodziei,
okradających ludzi w autobusach i na ulicach, z ogromnym nakładem wysiłku
łapanych przez policję. Teraz pewnie już nie zwalnianych, bo nikt ich nie
łapie.
Czy ci wszyscy opiekunowie bandytów - profesorowie od prawa, socjologi itp.
rzeczywiście są takimi idiotami? Słuchając wypowiedzi niektórych, brak mi
złudzeń. Jednak na pewno nie może to być przypadłość wszystkich. Mam na ten
temat swoją teorię. Jeśli jest już oczywistym związek między zorganizowaną
przestępczością, a polityką, to niby co miałoby ustrzec przed takimi
związkami nasz "świat nauki"? Świadczą o tym choćby lekarze wydający
zaświadczenia o klaustrofobii idącemu do aresztu gangsterowi. Skoro prawo
piszą i stanowią u nas nierzadko przestępcy, co miałoby chronić teoretyków
tego prawa przed przyjaznym, "merytorycznym" wsparciem ze
strony "praktyków"?