swiatlo
04.03.04, 21:14
Lato w Józefowie, wczesne lata siedemdziesiąte.
Od paru już dni wszystkie baby niezmiernie podniecone. Biegają od jednej do
drugiej, przesiadują razem wieczorami, latają na okrągło do kościoła.
Otóż od paru dni krążą wieści, że obrazy święte same schodzą ze ścian i potem
na progu chałup się je znajduje.
Proboszcz nie ma na ten temat nic do powiedzenia, ale baby go naciskają aby
pojechał do biskupstwa. Po całej osadzie Józefów krążą różne wizje co to
wszystko ma oznaczać.
"Pani Kolaszyńsko, to bydzie już kuniec świata!"
"A co tam pani plecie, pani Kimak, to tylko nasza Matko Bosko tak płacze nad
naszymi grzychami".
Światło właśnie wrócił z zalewu i po kolacji siedzi na ganku słuchając
świerszczy których cykanie dochodzi z mokradeł dochodzących aż do Morg.
Nadchodzi rześka, ciepła lipcowa noc.
Wsłuchując się w odgłosy nocy mimochodem zaczyna nasłuchiwać się głosom
dobiegającym z kuchni. Przy jednej zapalonej lampce siedzi tam ciotka ze starą
Weszczakową. Siedzą i rozmawiają podniecone.
"Słyszała pani, u Kimaków obraz zszedł ze ściany i stary Kimak dopiero po
godzine odnalazł go na progu domu" - drżącym głosem mówi Weszczakowa.
"Eee, tam pani, widziała to pani sama? Tak tylko wymyślają".
"No cu pani, przeca tak musiało być! A ło!" - broni się Weszczakowa.
Światło usiadł w kącie kuchni i nasłuchuje. Żadna z bab nawet go nie
zauważyła. Po piętnastu minutach słuchania Światło wstaje i cicho zdejmuje
obraz ze ściany. Na obrazie widać Anioła Stróża przeprowadzającego małe
dzieci, dziewczynkę i chłopczyka, poprzez dziurawy drewniany mostek wśród
szalejącej nocnej burzy.
Cicho i niepostrzeżenie Światło wychodzi z obrazem do sieni. Tam na za
progiem domu, na schodach, drzemie Stefka Kolbuska, biedne nieszczęście
ludzkie pokrzywdzone przez zły los. Stefka chodzi od domu do domu za strawą i
dobrym słowem. Babka Światła niedawno dała Stefce miskę krupniku, i Stefka
teraz drzemie oparta o bieloną wapnem ścianę domu.
Światło spokojnie kładzie obraz na progu, po czym na palcach przez sień, a
potem przez kuchnię, siada znowu przy babach.
Mijają minuty. Weszczakowa wreszcie wstaje: "Idę do Kimaków, może cuś się
jeszcze dowiem.."
Kimakowa znika w sieni.
Za parę sekund widać ją znowu w kuchni, twarz blada jak prześcieradło, ręce
sie trzęsą.
Światło stara się ukryć twarz. Aby tylko nie parsknąć....
Legenda trwa....