nocny007
11.11.04, 02:07
Fakt, posoka tryska z ekranu strumieniami i całość mogłaby przypominać głupawe
horrory z gatunku gore, gdyby nie natrętna stylistyka filmu. Mianowicie
reżyser podpatrzył dokonania Leni Riefenstahl w jej propagandowym dokumencie
„Triumf woli” z 1935 roku o zjeździe NSDAP w Norymberdze i „Żołnierzy kosmosu”
nakręcił w podobnej estetyce. Co robi wrażenie.
Mamy więc w filmie gigantyczne widowisko wojenne, na którego tle toczą się
losy bohaterów. Ich samych zdają się bardziej zajmować perypetie miłosne niż
walka z wielkimi robalami, skutecznie wyrzynającymi im bliskich. Walka
przecież stała się codziennością w świecie, gdzie prawo głosu mają tylko
„obywatele”, czyli ci, którzy zdecydowali się służyć ojczyźnie w wojsku.
Verhoeven obsadził w filmie aktorów młodych, pięknych i znanych z
amerykańskich seriali dla młodzieży. Przy czym zarówno ich gra aktorska, jak i
osobiste dramaty granych przez nich postaci niewiele różnią się od tych z
seriali właśnie, co stwarza w „żołnierzach” dość niepokojący, choć już
opatrzony kontrast: papierowi ludzie i bardzo realistyczne sceny przemocy.
Plus oko wielkiego brata, komentującego wszystkie wydarzenia w telewizyjnych
serwisach informacyjnych.
Film jest na swój sposób szalenie zabawny, jeśli przełknąć reżysera
nieustannie mrugającego do nas okiem zza kamery, dającego nam tym samym
wyraźnie do zrozumienia z jaką ironią i humorem mamy tu do czynienia. Czcza
zabawa może, ale za to wystawna i huczna.