Gość: miłosz
IP: *.centertel.pl
13.07.07, 13:51
Kilka słów o bezrobociu w Warszawie, takie moje przemyślenia obserwacje z
ostatniego roku od kiedy to buduję dom w jednej z podwarszawskich
miejscowości. Może bez konkretów, ale jest to miejsowość granicząca z
Warszawą, około 25 km od centrum Wawy.
Decydując się na budowę domu wiele słyszałem o niesolidnych robotnikach,
problemach z pracownikami itp. Ale to co spotkało mnie podczas ostatniego
roku, woła po prostu o pomstę do Boga.
Znalezienie ekip, którym będzie się chciało ruszyć dupę do pracy graniczyło z
cudem. Mimo że płaciłem im zadaniowo a nie dniówki, efektywność ich pacy była
minimalna. Na nic się zdało tłumaczenie że im szybciej zrobią tym szybciej
dostaną kasę i będą mogli iść na kolejną budowę. Takich ekip przez mój dom
przewinęło się 8. Na szczęśćie od kilku tygodni mieszkam już u siebie i
jedyne co muszę zrobić to prace wykończeniowe na około domu. I tu zaczyna się
problem...
Postanowiłem dać zarobić miejscowym fachowcom. Poszedłem do miejscowego
urzędu i dostałem całą masę kontaktów i namiarów na "fachowców". Oczywiście
żaden nie jest zainteresowany pracą, po prostu im się nie chce. Wolą narzekać
i stać pod sklepem niż ruszyć się i cokolwiek zrobić. Wolą dostać 1000 zł
renty czy kilkaset zasiłku niż u mnie w 2-3 dni zarobić 500 zł.
Przecież w dwa dni są w stanie zarobić połowę tego co mają od Państwa (czyli
z moich podatków). NIE MA BEZROBOCIA !!! Ostatnio jeden z "fachowców"
uświadomił mi że w większych hurtowniach magazynierom płacą po 2000 zł, a tam
to jeszcze można coś ukraść a do mnie w dwa dni skopać ogródek czy posprzątać
teren się nie opłaca.
To jest właśnie podejście do pracy większości ludzi. W Polsce praca fizyczna
hańbi a w Anglii za niewiele więcej to kible po murzynach można sprzątać.