dzoanm
22.05.06, 09:59
Na początku chcę zaznaczyć, że nie jeżdżę na wózku inwalidzkim, ani nie
poruszam się o kulach.
Jestem absolwentką ZSP im. gen. Władysława Andersa w Złocieńcu. Tak jak prawie
każdy absolwent, chciałabym podzielić się wrażeniami, po trzech latach
spędzonych w tej szkole.
Mogłabym napisać o lekcjach historii, na których nasz nauczyciel nie omówił
powstań narodowowyzwoleńczych i działań wojennych w czasie II wojny światowej,
za to poświęcił trzy lekcje na omawianie tematu o kulturze i nauce w
dwudziestoleciu międzywojennym. Mogłabym napisać o biologii, na której jedni
uczniowie mogą zdobywać dodatkowe punkty pod koniec semestru, pozostali
natomiast „mieli na to cały semestr”. Mogłabym również pisać o systemie
punktowym, który ma być bardziej sprawiedliwy niż oceny, i uczyć
systematyczności, a nie spełnia żadnego ze swoich zadań. W każdej szkole jest
wiele absurdów. Ja chce napisać o największym ze wszystkich z jakimi spotkałam
się w tej szkole.
Szkoła, na której apele mogłam przyjść w dresie, gdzie przez trzy lata nie
chodziłam na religię, a i tak miałam szóstkę, gdzie na sprawdzenie
sprawdzianów z niektórych przedmiotów czekałam miesiącami, postanowiła mnie
ukarać. Stwierdzono, że skoro nie ćwiczę na wuefie, nie mogę zatańczyć
poloneza na studniówce. Początkowo traktowałam to jako żart. Okazało się
jednak, że faktycznie istnieje taki zakaz. Ma on powstrzymać uczniów przed
dostarczaniem do szkoły „lewych” zwolnień z wuefu. Tylko co mają zrobić ci,
którzy mają zwolnienia „prawe”? I na jakiej podstawie nauczyciele stwierdzają
kto ma „lewe” zwolnienie? Udałam się więc do pana wicedyrektora, aby wyjaśnić
tą sprawę. Pan wicedyrektor stwierdził, że muszę dogadać się z moim
nauczycielem wuefu. Po przedstawieniu sprawy mojej wychowawczyni, pani
porozmawiała z wuefistą i powiedziała, że wystarczy przynieść zaświadczenie od
lekarza, że mogę zatańczyć poloneza (czyli uginać nogi w kolanach i chodzić po
sali, tak przecież wygląda polonez) i to wystarczy. Siedziałam więc dwie
godziny w przychodni by dostać papierek, który jak się później okazało nadawał
się tylko do jednego celu... (przynajmniej dostarczyłam rozrywki lekarzowi
rodzinnemu). Przekonana, że wszystko załatwione, poszłam zapytać wuefisty,
kiedy zaczniemy ćwiczyć taniec. Usłyszałam, że zaświadczenie od lekarza nic mi
nie daje, bo wszystko zależy od dyrektora (Swoją drogą, od kiedy dyrektor wie
o moim zdrowiu więcej niż lekarze?! ). Dowiedziałam się jeszcze, że skoro mogę
tańczyć poloneza, równie dobrze mogę ćwiczyć na wuefie. Kiedy powiedziałam, że
istnieje różnica między polonezem a grą w siatkę (tak mi się przynajmniej
wydaje), usłyszałam, że takiej różnicy nie ma. Na odchodnym usłyszałam
jeszcze, że powinnam udać się do pana wicedyrektora- koło się zamknęło.
Moja mama pojawiła się w szkole kilka dni później, to też nie przyniosło
rezultatu. Pan wicedyrektor stwierdził, że w mojej sprawie nie może zrobić
wyjątku. Pytam się w takim razie: po co kazano mi przynosić śmieszne
zaświadczenia i biegać od wicedyrektora do wuefisty?! Nie można było
powiedzieć od razu, że bez względu na to czy mam zwolnienie „lewe” czy „prawe”
i tak nie mogę zatańczyć?! A może powinnam dostarczyć do szkoły całą
dokumentację z poradnie hematologicznej, pod której kontrolą jestem od 10 lat,
żeby udowodnić panu wicedyrektorowi, że mam powody by na wuefie nie ćwiczyć,
ale nie mam przeciwwskazań by uginać nogi w kolanach?! Myślę, że i to nie
byłoby wystarczająco przekonujące. Poza tym pan wicedyrektor powiedział, że
przecież coś może mi strzelić w kręgosłupie! No cóż, jak wstawałam z ławki do
odpowiedzi , też mogło mi „coś strzyknąć”. Nikt mi jednak nie zabronił
odpowiadania przy tablicy.
Dopiero kiedy zainterweniowała mama innej dziewczyny, mającej tak jak ja
„prawe” zwolnienie, pani wychowawczyni znalazła dwa wyjścia z sytuacji:1)
Poloneza będziemy ćwiczyć po lekcjach z koleżankami, bo jako osoby zwolnione z
wuefu na hali ćwiczyć nie możemy. 2) Przyniesiemy zaświadczenie od lekarza, że
część ćwiczeń wykonywać możemy, będziemy ćwiczyć na wuefie i tańczyć poloneza
z klasą.
Nie chciałam znowu siedzieć pół dnia w przychodni po świstek papieru, który
pewnie znowu okazałby się niewystarczający. Z resztą wuefista i wicedyrektor
skutecznie zniechęcili mnie do poloneza. Stwierdziłam jednak, że zatańczę.
Tylko po to by udowodnić panom, iż mimo ich całej złośliwości i tak postawię
na swoim. Z moją niećwiczącą na wuefie koleżanką, poszłyśmy na próbę poloneza,
żeby chociaż popatrzeć jak wygląda układ. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy
podszedł do nas wuefista i powiedział, że jeśli chcemy, możemy dziś zatańczyć,
pod warunkiem, że „nikt się o tym nie dowie”. Zatańczyłyśmy. Na kolejnych
próbach zresztą też, ponieważ wuefista się nie pojawił, a pozostali panowie
nie mieli nic przeciwko temu byśmy tańczyły. Pytam się więc: po co były te
wszystkie awantury?
Zatańczyłam poloneza na studniówce. Wbrew obawom pana wicedyrektora, przeżyłam
ten żywiołowy taniec.
To by było na tyle, jeśli chodzi o poloneza. Poza tym, że otwierając
studniówkę pan dyrektor, zamiast życzyć nam udanej zabawy, wspomniał o pewnej
dziecinnej fanaberii, czyli proszeniu naszych mam o zwolnienie z wuefu, tylko
dlatego, że nam się nie chce ćwiczyć.
Niby wszystko jest ok., w końcu tańczyłam. Ale nie jest. W informatorze dla
gimnazjalistów napisano: „Będziemy się starać, żebyś o nas pamiętał całe
życie”- to prawda, nigdy nie zapomnę jak w szkole potraktowano mnie i moją
mamę. Poza tym ten zakaz to zwykła złośliwość. W żadnym innym liceum nikt nie
robi problemów osobom zwolnionym z wuefu.
Mówi się, że lata liceum to najpiękniejsze lata w życiu człowieka. Jestem
chyba wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. Teraz z niecierpliwością oczekuję
rozpoczęcia roku akademickiego. Nareszcie będę uczyć się tego co chcę, nie
tego co przewiduje ustawa. Może za pięć lat stwierdzę, że studia nie są tak
fajne, jak wszyscy twierdzą. Pewnie spotkam się tam z jeszcze większą
złośliwością i niesprawiedliwością. Pierwsze doświadczenia mam już za sobą.
Jedno jest pewne: z niczego się tak jeszcze nigdy nie cieszyłam, jak z tego,
że nie wrócę już do tej szkoły. Jeśli spotkało mnie tu coś miłego, to musiało
być niewiele znaczące. Z liceum pamiętam jedynie złośliwość i
niesprawiedliwość niektórych nauczycieli. I wiem na pewno, że nie chcę mieć z
tą szkołą nic wspólnego.
Życzę wszystkim uczniom, do których dotrze mój list, aby mieli lepsze
wspomnienia z liceum niż moje.